Fantastyka · 1 godz. 18 min czytania
Syreni śpiew
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Syreni śpiew
Potężny grzmot przetoczył się przez zasnute czarnymi chmurami niebo. Gałęzie błyskawic raz po raz oświetlały pogrążone w nawałnicy niespokojne morze. Jęki i zawodzenia wiatru przeplatały się z hukiem spienionych, groźnych fal, tworząc niebezpieczną dla słuchających pieśń sztormu. Zwały zwykle spokojnej i cichej wody, przesuwały się teraz błyskawicznie w stronę lądu niczym nieujarzmione dzikie bestie, by z ogromną siłą rozbić się o skały klifu. Każdy kto znał i kochał morze, wiedział, że tak jak kobieta jest nieprzewidywalne – potrafi złościć się, w okrutny sposób ukazać swój gniew, by po chwili znów stać się łagodnym i tajemniczym. W samym środku zawieruchy, otoczony kaskadami śmiercionośnej wody, unosił się spory okręt walczący o przetrwanie. Żagle, niegdyś białe, wydęły się do granic wytrzymałości. Maszty jęczały żałośnie pod naporem wiatru, deski statku niepokojąco trzeszczały. Fale co rusz wdzierały się na pokład i uderzały z hukiem o burty, powodując nieustanne przechyły okrętu. Ten, wznosząc się i opadając na falach, nieprzerwanie opierał się rozszalałemu żywiołowi. Na pokładzie uwijali się ludzie, ostatkiem sił walcząc z morderczym sztormem. Człowiek przy sterze z dość kiepskim skutkiem manewrował statkiem na przekór woli morza. Jedyną szansą na ocalenie było osiągnięcie odpowiedniej odległości od brzegu i utrzymanie się na powierzchni. Wpłynięcie na klify skończyłoby się tragicznie. Aż trudno uwierzyć, że zaledwie parę godzin temu na okręcie rozbrzmiewał śmiech i muzyka. Ledwo można było teraz poznać, po poszarpanej wichrem fladze i niemal całkowicie zniszczonych zdobieniach, że to statek książęcy. Burza zaskoczyła załogę nagle, tak że teraz musieli walczyć o życie. Wielu z nich właśnie się o to modliło, trzymając w odrętwiałych rękach śliskie od wody liny. Nagle jeden z szotów, przytrzymujących główny żagiel, urwał się. Płótno wybrzuszyło się jeszcze bardziej, uprzykrzając sternikowi robotę. Deszcz wzmógł się na sile, zagłuszany przez ryk wody, dodatkowo utrudniając widoczność. W powietrzu unosił się zapach ozonu i morskiej soli. Nikłe szanse na przetrwanie stały się jeszcze bledsze, gdy chwilę później, pod wpływem kolejnego, dość celnego grzmotu, maszt zaczął się z trzaskiem łamać i powoli opadać na pokład. Rozległy się okrzyki. Statek zaczął się niebezpiecznie przechylać pod naporem kolejnych fal. Maszt opadł z hukiem, przygniatając przy tym paru ludzi. Inni zaczęli już wyskakiwać za burtę. Teraz nikt już na nikogo nie patrzył – każdy starał się ratować własne, jakże cenne w tej chwili życie. Jeden z mężczyzn, ubrany w postrzępioną i przesiąkniętą słoną wodą koszulę, ostatni opuścił pokład, skacząc w groźną morską toń. Natychmiast otoczyła go lodowata woda. Zamachał rękami, próbując wydostać się na powierzchnię. Jednak część tonącego okrętu przydusiła go i zaczęła ciągnąć na dno. Rozpaczliwie się odepchnął, czując jak coś ześlizguje mu się po plecach, zostawiając paskudną ranę. Płuca paliły go z braku tlenu. Nie miał już czasu, by zdążyć się wynurzyć. Przed oczami wirowały mu ciemne plamy, powoli poddawał się morskiej toni. Ostatnim przebłyskiem świadomości poczuł na swoim ciele dotyk jakby czyichś palców, być może rybich łusek. Złudzenie jakie go ogarnęło, wydawało się zbyt realne, lecz nie zastanawiał się nad tym. Osunął się w ciemność...
* * *
Ocknął się na plaży. Pod palcami czuł piasek i drobne kamienie, woda delikatnie obmywała jego ciało. Otworzywszy przekrwione oczy, ujrzał nad sobą prawie bezchmurne niebo, na którym świeciło jasno słońce. Podniósł się z trudem, bolały go wszystkie mięśnie. Zakaszlał parę razy, by pozbyć się wody zalegającej mu w płucach. Powoli przetarł ręką czoło. Nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Nie pamiętał nawet jak się tu znalazł. Miał jedynie wrażenie, że całkiem niedawno tonął, ale było to przeczucie tak mgliste i niepewne, że nie był pewien, czy jest prawdziwe. Oprócz tego, nieważne jak się wysilał, nie był w stanie nic sobie przypomnieć. Poczuł dręczące go pragnienie a także głód. Usta miał spieczone jakby od morskiej wody, w gardle nieprzyjemną suszę. Spróbował wstać. O mało się nie przewrócił, lecz nagły atak bólu pleców sprawił, że musiał z powrotem usiąść. Wygiął rękę do tyłu. Poczuł pod palcami podłużną ranę. Nie wiedział, gdzie się jej dorobił. Rozejrzał się w koło, mrużąc oczy. Gdzieś w oddali widniały jakieś zabudowania. Postanowił ruszyć w tamtą stronę. Po dobrej godzinie stawiania chwiejnych kroków dotarł do wioski. Domki, a właściwie chatki, były położone blisko siebie. Zadbane, lecz wyglądające na biedne, ciągnęły się wzdłuż bruku. Wioskę przecinało kilka prostych uliczek wyłożonych nieznanym mu kamieniem. W oddali unosił się jakby dym ogniska. Było dość cicho i pusto, jedynie z jakiegoś budynku dochodził gwar rozmów. Dwoje ludzi przeszło obok niego w milczeniu, jedynie patrząc na niego dziwnie. Stary człowiek prowadził na powrozie szkapę, po której widać było wysłużone lata. W oknach, gdzie niegdzie uchylonych, nie dostrzegał żadnych dzieci. W powietrzu unosił się zapach ryb, siana i morza, który wiatr przywiał znad wody. Dopiero gdy upadł z ogarniającego go wycieńczenia, ktoś do niego podbiegł i przemówił. O dziwo rozumiał język, lecz brakowało mu sił, by odpowiedzieć. Człowiek podniósł go pomału, widząc jednak, że sam nie da rady, pobiegł po pomoc. Mężczyzna ponownie stracił przytomność. Obudził się w przyciemnionej izbie. Tuż obok niego siedziała postawna kobieta, przyglądająca mu się z wyraźną ulgą. - Gdzie ja jestem? – wychrypiał. - No, nie mów nic, dobrze żeś się obudził. W gospodzie synku jesteś, w izbie gościnnej. Zaraz przybędzie lekarz, to powie co ci dolega – odpowiedziała dobrotliwie. Westchnął cicho i przymknął oczy. Pamięć nadal nie wracała. Czuł lekkie pulsowanie na plecach, w miejscu gdzie miał szramę. Nic innego na razie go nie bolało. Po kilku minutach zaskrzypiały drzwi i do izby wszedł człowiek ubrany w wypłowiałą koszulę i znoszone spodnie, ściskający w dłoni małą walizkę. Jego szare oczy osadzone na bladej twarzy naznaczonej zmarszczkami przypatrywały mu się z uwagą. Za nim wsunęła się do izby młoda dziewczyna, nieśmiało zerkająca na przybysza. Jej płochliwe spojrzenie jakby unikało jego wzroku, lecz wiedział, że jej ciekawska natura zwycięży. Jasne włosy miała splecione w luźny warkocz. Była ubrana w prostą sukienkę, która tylko podkreślała jej urodę. W rękach trzymała spory dzban z wodą, który zaraz postawiła koło łóżka chorego. Lekarz uścisnął dłonie gospodyni i podszedł do mężczyzny. Przyłożył dłoń do jego czoła, po czym zwilżył je lekko wodą. - Jak ci na imię? – spytał. Mężczyzna milczał, lecz po chwili odpowiedział zgodnie z prawdą. - Nie wiem. Doktor zmarszczył brwi. - A wiesz coś po za tym? - Wiem tylko tyle, że dziś rano ocknąłem się na brzegu morza, ostatkiem sił dowlokłem się do tej wioski i że ponownie straciłem przytomność. Wszystko co działo się wcześniej jest dla mnie taką samą tajemnicą jak i dla was – wychrypiał. - Mówisz prawdę? – spytał lekarz z wątpliwością. - Nie mam powodów, by kłamać. - Cóż, w takim razie zobaczymy co ci jest. Gospodyni jakby przypomniała sobie o obecności dziewczyny. - Katrin, możesz już iść – powiedziała do niej łagodnie, acz stanowczo. Dziewczyna kiwnęła głową i wyszła z izby z widocznym ociąganiem. Doktor obandażował mężczyźnie ranę na plecach. Przebadał go dokładnie, lecz nic innego nie był w stanie wykryć. W końcu odstąpił od łóżka. Gospodyni popatrzyła na niego wyczekująco. - Jestem w stanie nastawić złamane kości, czy zszyć ranę, lecz na zanik pamięci nic nie poradzę. Potrzeba mu na razie tylko wypoczynku i jadła. Jeśli Bóg da, pamięć sama mu powróci – powiedział kręcąc w zamyśleniu głową. Kobieta odciągnęła lekarza na bok i spytała szeptem, który i tak doszedł do uszu mężczyzny. - I co z nim zrobimy? Doktor otworzył drzwi i wyciągnął zapraszającym gestem rękę. - Wyjdźmy na zewnątrz. Mężczyzna został sam. Z miernym zainteresowaniem rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Oprócz łóżka, małego stolika, krzesła i okna, nie było tu nic ciekawego. Zza źle domkniętych drzwi dochodziły go szepty. Było mu obojętne co postanowią. Czuł ogromne zmęczenie i najchętniej zapomniałby o całej sytuacji, w której się znalazł. Gdy już powoli przysypiał, drzwi ponownie się otworzyły. - Gospodyni przyniesie ci coś do jedzenia. Odpoczywaj jak najwięcej, wydaje mi się, że za parę dni będziesz zdrów jak ryba. Najgorsza jest ta rana na plecach, ale nie powinna się źle goić. Do zobaczenia – powiedział lekarz, zabrawszy swoje rzeczy. Po chwili wyszedł, mijając się z niosącą talerz gospodynią. Mężczyzna od razu zabrał się do jedzenia, by zaspokoić głód, który go trapił. Gdy tylko skończył, zasnął.
* * *
Jego rekonwalescencja trwała nie dłużej jak cztery dni. Jedynie świeżo zagojona rana przypominała mu , że nie powinien zanadto się wysilać. Jak na razie w miarę swoich możliwości pomagał przy różnych pracach mieszkańcom, dopóki oficjalnie nie dowiedział się, że może zostać i zamieszkać w wiosce. Dopiero wtedy zaczął szukać sobie zajęcia na stałe. Ludzie początkowo szemrali, miejscowe plotkary snuły bajeczki i domysły na jego temat, ale specjalnie się tym nie przejmował. Wiedział, że prędzej czy później głosy przycichną, choć pewnie trochę czasu minie zanim zacznie wzbudzać zaufanie. Szedł niespiesznie przez uliczkę niosąc na plecach niewielki tobołek. Na bruku bawiły się umorusane kurzem dzieci, które spojrzały na niego obojętnie, by zaraz powrócić do swojej zabawy. Jego widok nie dziwił już tutaj nikogo. Wpatrzony tępo przed siebie, rozmyślał, jak to ostatnio często robił, o sobie. Jego przeszłość była dręczącą zagadką, którą katował się całymi godzinami i dniami. Wiedział, że tylko cud jest w stanie pomóc mu odnaleźć rozwiązanie. Powoli tracił nadzieję, lecz mimo to nadal było mu ciężko się z tym pogodzić. Poprawił zawiniątko na plecach, przystając na chwilę. Jego wzrok skierował się na drzwi karczmy, zza których dobiegał stłumiony gwar rozmów. O tej porze pomieszczenie miało wielu bywalców. Po dłuższym zastanowieniu podszedł i nacisnął klamkę. Drzwi zaskrzypiały i po chwili znalazł się we wnętrzu karczmy. Gwar rozmów na chwilę przycichł, by znów wzrosnąć na sile. Ciekawskie spojrzenia wróciły do swoich kufli i kompanów. Karczma nie była zbyt piękna. Obdrapane ściany, nienajczystsze stoły, markotne światło paru lamp. Tak jak wszędzie, tu też zdarzały się bijatyki, które były jednymi z ciekawszych wydarzeń w wiosce. Popatrzył po zgromadzonych. Było tu kilku, których dosyć dobrze znał, ale byli i tacy, których tylko przelotnie i rzadko widywał. Znajdował się tu wśród nich także pewien człowiek, którego w wiosce szanowali i słuchali, który lubił zdrowo popić z kolegami, który kochał morze bardziej niż rodzonego syna, a z którego tylko samobójcy odważyliby się śmiać. Wołali na niego po prostu Stary. Był chyba najstarszym człowiekiem w wiosce i za takiego się uważał. Z jego nieczęsto prawdziwych, zwykle pijackich opowieści, dało się wysnuć, że żył jeszcze w czasach, gdy Anglia dopiero wykluwała się niczym pisklak z jaja. Mimo swojego wieku był silny jak byk i miał krzepę pięciu młodzieńców. Nie znalazł się jeszcze taki, który ośmieliłby się z nim zadrzeć. Właśnie on machnął przyzwalająco ręką na mężczyznę stojącego w drzwiach i dźgnął swojego towarzysza by zrobił miejsce przybyszowi. Mężczyzna podszedł do nich i usiadł, zsuwając tobołek z ramienia. Nie bał się Starego, lecz ostrożnie dobierał w jego obecności słowa, gdyż wiedział, że potrafi on wybuchać z najbłahszych powodów. Stary doceniał to, i choć tego nie okazywał, zaliczał go do grona swoich towarzyszy. - Coś taki markotny? – spytał go teraz. - Wydaje ci się. - Przecież widzę. Sobą się nie martw, pamięć ci wróci jak tylko chlupniesz sobie do gardziołka. Ja stawiam – Kiwnął ręką na karczmarza. Powtarzał to za każdym razem, ale pamięć mężczyźnie jakoś od piwa nie wracała. Mimo to alkohol miło rozchodził się po całym ciele. Karczmarz postawił przed mężczyzną kufel. - Dalej mieszkasz w gospodzie - zagadnął Stary po kilku łykach. - Szukam pracy, więc jak się uda to znajdę coś własnego, albo przynajmniej odpłacę gospodyni należycie za wynajem. - po wiedział mężczyzna. - A czego konkretnego szukasz? Wzruszył ramionami. - Jak coś znajdę, to wezmę. Przy stole zrobiło się nagle głośniej. Wszyscy zaczęli rzucać oferty i nawet przy dobrych chęciach nie usłyszałby porządnie ani jednej. - Cisza! – huknął Stary, trzaskając kuflem o stół. – Ja łajbę mam, ale nikogo nie potrzebuję, bo najlepiej mi się samemu pływa. Poradzę ci coś. Idź do starego Threva, on ma dwie łódki i nikogo do pomocy. Chyba się morza nie boisz, co? – łypnął na niego okiem. Mężczyzna pokręcił głową. - No i dobrze. Młodszy on jest ode mnie, ale chyba niedługo kipnie, więc może odziedziczysz łajby. Mężczyzna z nieco skonsternowaną miną niepewnie przytaknął. - Dobrze ci to zrobi, nie możesz wiecznie siedzieć pod skrzydłami gospodyni jak jakiś gołowąs. Chyba, że ty dla tej dziewki chcesz tam zostać, to jestem w stanie zrozumieć – zachichotał wraz z innymi. - Jak możesz! – poderwał się lekko wzburzony, czując, że jego honor został ugodzony. – To młodziutka dziewczyna jeszcze. W karczmie nastała cisza. Wszyscy z napięciem czekali reakcji Starego. Ale ten, jeszcze lekko rozbawiony odparł tylko. - Usiądź, usiądź – kiwnął ponownie na niego. – Żartowałem przecież tylko. Chociaż, ty jesteś niewiele od niej starszy – powiedział w zamyśleniu – Popatrz no mi się w oczy. Mężczyzna popatrzył się w zasnute prawie całkowicie kataraktami szarawe oczy. - No, nie pomyliłem się. Masz może trochę ponad 25 lat, nie mniej. Ona skończyła na wiosnę dwadzieścia jeden latek. Akurat. - Po oczach to poznajesz? – odparł mężczyzna, mając pomału dość tego swatania. - A tak. Bo w oczach najwięcej jest ukryte. No, dosyć już tych manipulacji – zakończył Stary. – Wypijmy na zdrowie. Pili przez jakiś czas w milczeniu, przypatrując się brzęczącym muchom, aż Stary znów się odezwał. - Musimy tobie wymyślić jakieś imię. – Dookoła rozległy się potakiwania. – Ja bym na ciebie Młody mówił, ale oni – tu sarknął na chłopaczków przy kontuarze, Bogu ducha winnych swojego wieku – nie mają takiego przywileju. Coś trzeba wymyślić. Głowili się dosyć długo, w końcu Stary poddał się. - Nic lepszego chyba nie wymyślę. Fedworn. Pasuje ci? - Fedworn... – powiedział cicho – Chyba może być... - Po staremu, gdyby odjąć „n” znaczyłoby „nieznajomy” – dodał. - Och, czyli będziecie nazywać mnie nieznajomym, tylko że w innym języku? – spytał ironicznie. - Jak ci się nie podoba to trudno. Wymyśl sobie lepsze. – obruszył się Stary. - Nie, może być. Lepsze to niż Młody – spojrzał wymownie acz z uśmiechem na Starego. Oblali hojnie paroma dużymi kuflami nadanie mu imienia, tak, że do gospody wracał dość chwiejnym krokiem. Gospodyni bez słowa podała mu kubek rumianku, lecz ucieszyła się, gdy powiedział jej o imieniu. - No, to teraz jesteś już naszym. Chociaż nie podoba mi się, że dużo czasu przebywasz ze Starym. Zdemoralizuje cię w końcu. Pod jego karcącym spojrzeniem szybko dodała. - Oczywiście nie jestem twoją matką, rób jak chcesz. - Nie bój się, nie jest tak źle – uśmiechnął się, przypominając sobie swatanie. Położył się spać, choć słońce dopiero zaszło, by rano obudzić się z potwornym kacem.
Część 22 / 3
* * *
Stary Threv bez żadnych oporów najął go do pracy, mimo że potem wiecznie narzekał na jego nieudaczność i nieznajomość fachu. Fedworn przekonał się, że są na tym świecie ludzie jeszcze gorsi od Starego. Od tamtej pory dla mężczyzny zaczął się nowy okres. Wypływał w morze wczesnym rankiem, wracał popołudniami, by w wiosce na targu sprzedać swój połów. Część pieniędzy płacił gospodyni za wynajem pokoju, część zostawiał na drobne wydatki. Coraz rzadziej przebywał w wiosce zajęty swoją pracą, także Stary nie za bardzo miał czas na demoralizowanie. Codzienne piesze spacery nad morze, wysiłek na łodzi, spowodowały, że nabrał kondycji. Wyrobiły mu się mięśnie, ciało nabrało siły i opaliło się od piekących promieni słońca. Brązowe włosy opadały mu kosmykami na oczy, także musiał je wkrótce związywać w węzeł, by nie przeszkadzały mu przy pracy. Te niby niewielkie zmiany w jego wyglądzie sprawiły, że zaczął wzbudzać zainteresowanie u młodych dziewcząt. Nie przeszkadzało mu to specjalnie, ale nie odwzajemniał ich umizgów. Zgodnie z przepowiednią Starego Threv wkrótce zmarł, pozostawiając Fedwornowi swoje łodzie. Stary skwitował to zdumionemu mężczyźnie krótkim: a nie mówiłem?. W końcu doszło do tego, że Fedworn sam musiał kogoś zatrudnić do pomocy.
* * * Wszedł do karczmy zastając w niej jedynie Katrin i gospodynię. Jak zwykle gospodyni z trudem wzięła od niego zapłatę, proponując w zamian sute śniadanie. Usiadł przy jednej z ław, przyglądając się krzątającym się kobietom. Ostatnio Katrin nieco się zmieniła, choć dotyczące ją zmiany obejmowały przeważnie jej wygląd – niesamowicie niebieskie oczy tak samo jak kiedyś przypatrywały się wszystkiemu z niemal dziecinną ciekawością, choć zniknęła gdzieś jej płochość. Prosta, lniana sukienka zasłaniała wysmukłe ciało, skórę miała jasną niemal bladą. Ze splecionego warkocza uciekło kilka złotych kosmyków nadając jej urzekający wygląd. Z beztroskiej istoty stała się dojrzałą, młodą kobietą. Fedworn zamieniał z nią czasem jakieś uprzejmości, ale starał się przeważnie nie zwracać na nią uwagi, co ignorowali wszyscy pozostali młodzieńcy w wiosce. Zjadł powoli postawioną przed nim strawę, rozmyślając o pomyślności dzisiejszych łowów. Już dawno przestał roztrząsać swoje pochodzenie, skupiając się głównie na pracy. Jak do tej pory sprawdzało się to znakomicie. Katrin zabrała puste naczynie, ale zamiast odejść, jak robiła to dotychczas, usiadła naprzeciw niego. Spojrzał na nią uważnie, czekając na to, co powie. - Czy mogę... – zaczęła niepewnie. Skinął głową. - Gdy przybyłeś do naszej wioski, mówiłeś... Znaczy, nie mówiłeś z takim akcentem jak wszyscy – poprawiła się. – Wysławiasz się całkiem jak moja matka, a ona jest z dobrego rodu, więc sądzę... - Wybacz, że ci przerywam, pani, ale dalsze spekulacje nie mają sensu. To i tak nie przywróci mi pamięci. Brak na te domysły dowodów. Mimo wszystko dzięki, że o tym pomyślałaś – skinął uprzejmie, powoli się podnosząc. - Och – wyglądała na rozczarowaną – Przepraszam, jeśli cię uraziłam – powiedziała, schylając lekko głowę. Zatrzymał się, a na jego ustach zabłąkał się cień uśmiechu. - Jeśli cię to pocieszy – nie jeden próbował mi pomóc, lecz jak do tej pory – bezskutecznie. Nie przejmuj się tym. Odwrócił się i wyszedł, zostawiając zrezygnowaną Katrin za sobą. Zdziwiło go trochę, że obchodził ją jego los, zmęczyły go natomiast wszystkie dociekliwe pomysły. Ucieszyłby się, gdyby wszyscy przestali zwracać na to uwagę, tak jak on. Zaciągnął się świeżym, morskim powietrzem i potrząsnął głową. Czekało go trochę pracy.
* * *
Jakieś dwa tygodnie później, otoczony bezkresem wody, znajdował się na swojej łodzi. Wypłynął na dwa dni, czując wiszące w powietrzu szczęście i morską bryzę, wiejącą teraz spokojnie i nieustannie w jego żagle. Cieszył się wolnością i pracą, wypełniającą jego czas i umysł. Liny ociężałe od słonej wody, cichy chlupot fal o burtę łodzi, wciąganie sieci, czasem ciężkiej od zapełniających ją ryb, czasem prawie pustej. To wszystko stało się teraz jego życiem. Nie było już ważne kim był kiedyś. Ważne było tylko kim jest teraz. Czuł, że jest mu z tym dobrze, że kiedy mruży oczy w popołudniowym słońcu, wpatrując się w cienką linię horyzontu oddzielającą nieboskłon od przestrzeni morza, jest szczęśliwy. Często wybierał się na dłuższe rejsy. Lubił samotność i nieujarzmioną wodę, co tylko nieliczni rozumieli i nie kręcili głowami, mierząc go pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Gdy tylko uznał, że ma wystarczająco ryb, postanowił wrócić. Wybrzeże tuż koło domku było skaliste, a woda od razu głęboka. Było jednak miejsce, gdzie brzeg nie schodził stromo do morza i gdzie nie było aż tylu skał. Tam właśnie wciągnął łódź. Dno łajby zachrobotało delikatnie o piach. Obok stała już druga, którą obsługiwał najęty przez Fedworna chłopak. Chwilę namyślał się czy iść do wsi, czy nie, ale stwierdził, że świeże ryby lepiej się sprzedadzą. Ruszył bez pośpiechu traktem prowadzącym do wioski. Niebo zdążyło się już trochę zachmurzyć, lecz deszcz na razie nie padał, a powietrze nadal było rześkie. Gdzieś w oddali dostrzegł postać na koniu opuszczającą w pośpiechu wioskę. Zdziwił się, ale powstrzymał się od domysłów. Stary, bądź ktokolwiek inny na pewno mu powiedzą, czym była wizyta nieznajomego. Popatrzył jeszcze chwilę na znikającą sylwetkę. Na targu było dziwnie cicho i pusto, jakby obcy, którego widział, przyniósł złowrogie wieści. Zgarnął pozostałe ryby do tobołka i udał się w stronę karczmy, gdzie chciał jeszcze zamienić parę zdań z gospodynią. Zazwyczaj oświetlone wieloma lampkami wnętrze gospody pogrążone było w nieprzyjemnym półmroku. Przy każdej z ław było pusto, całe pomieszczenie wyglądało na całkowicie wyludnione. Stał parę minut w zupełnej ciszy, namyślając się co zrobić. Po chwili usłyszał kroki i zza korytarza wyłoniła się sylwetka gospodyni. - Fedworn.. .- szepnęła – Tak myślałam, że ktoś wchodził. Bałam się, że to złodziej. Gdy podeszła bliżej zauważył, że miała lekko podpuchnięte, zaczerwienione oczy. - Co się stało? – spytał ją zaniepokojony. - Ach, usiądź najpierw – westchnęła, ukradkiem ocierając pojedynczą łzę. Nagle w kącie coś się poruszyło i sapnęło. Po chwili, podtrzymując się ściany ukazał się zaspany mężczyzna. - Stary! – zawołał zdziwiony Fedworn. – O co w tym wszystkim chodzi? – ponownie spytał gospodyni. – I kim był ten jeździec? - A, widziałeś go – odezwał się Stary, ciężko siadając na ławie naprzeciw niego. – Więc zacznijmy od początku. Skinął na gospodynię, by przyniosła coś do picia. Ta oddaliła się posłusznie, jakby nie chciała być świadkiem opisywanych zdarzeń. - Widzisz, nasza wioska jest dziurą zabitą dechami, w której niewiele się wie o szerokim świecie. Raz na pół roku przyjeżdża do nas pewien mężczyzna, który ma matkę w tych stronach. To ten jeździec, którego widziałeś. Wpada do nas na szklankę czegoś mocniejszego, a przy okazji przywozi wieści z królestwa. Tym razem nie były one najlepsze. – westchnął Stary. – Książę, ten sukinsyn – Fedworn wzdrygnął się, słysząc tak dosadne określenie – wymyślił dla zabawy podróż statkiem w dość niebezpieczne strony. Jak na złość burza zatopiła statek, w połowie drogi powrotnej. Roztrzaskał się na klifach parę kilometrów stąd. Dziwne, prawda? Na pokładzie znajdowała się matka Katrin. Była jedną z dam dworu. Wszyscy poszli na dno. Niektóre ciała wyrzuciło na brzeg. Książę też zginął, ale nie przywróci to niestety życia kobiecie – zakończył chrapliwie. - Znaleziono ciała? - Matki Katrin, nie, mówią, że księcia tak, ale podobno trudno rozpoznać, bo bardzo zniekształcone. Mam nadzieję, że bydle cierpiało przed śmiercią. - Co z Katrin, bardzo to przeżyła? – spytał Fedworn. - A jakże. Gołąbeczka jak to usłyszała pobiegła do izby i siedzi tam do tej pory. Nie zdziwiłbym się, gdyby utonęła we własnych łzach. Gosposię też to mocno to dotknęło. Oboje znaliśmy ją bardzo dobrze nim wyjechała, by służyć na dworze. To był anioł nie kobieta – pokiwał smutno głową, wspominając stare czasy. Siedzieli w milczeniu, dopóki nie weszła gospodyni. - Wracaj do chaty Fedworn, już ciemno się robi – powiedziała cichym, słabym głosem. Tym razem przyjął tę opiekuńczą radę bez słowa krytyki. Wiedział jak oni wszyscy cierpią. Skinął głową, uniósłszy się znad stołu. - Przekaż Katrin wyrazy współczucia. Przykro mi, że tak się stało. Pożegnawszy Starego i gospodynię wyszedł na pogrążoną w wieczornym półmroku ulicę.
* * *
Część 33 / 3
Mimo że już nic więcej się niedobrego nie zdarzyło, zapanował żałobny nastrój. Wszyscy serdecznie żałowali matki Katrin i wspólnie opłakiwali jej śmierć, złorzecząc jednocześnie księciu i jego zgubnym zachciankom. Nawet niebo w jakiś sposób przyczyniło się do ogólnego nastroju, przybierając pochmurne oblicze, które w ostatnich dniach często zalewało się łzami. Nie było to powodem radości Fedworna, bo choć nie bał się zbytnio morza, pamiętał ową chwilę na brzegu, kiedy wyrzucony najprawdopodobniej przez morskie fale, krztusił się wodą. Wolał nie wypływać nawet przy odrobinę zachmurzonym niebie. Czasem wysyłał swojego pomocnika, ale wtedy kazał mu się zbytnio nie oddalać i przy wyraźnej zmianie pogody jak najszybciej wracać. Niektórzy kpili z jego przezorności, ale nie mieli oni pojęcia o tym, jak groźne potrafi być morze. Ten dzień spędzał akurat w karczmie, przysłuchując się dyskusjom obecnych. Teraz, gdy goniec przywiózł z królestwa wieści, wiele było tematów do omówienia przy kuflu dobrego piwa. Do jego uszu doszedł właśnie strzęp rozmowy. - ...może by sprawdzić, to nie daleko, dzień szybkiej jazdy, może by ciało znaleźć... - Gdzie ty chcesz szukać, hę? – dobiegł go gromki głos Starego, który o tej porze zwykle przesiadywał w knajpie – To przecież jakieś dwa miesiące temu się wydarzyło! Jeśli morze nie zabrało, to ludzie, którzy szukali księcia, jedynie zdrapywać mogli z klifu. Albo przygniecione statkiem... Różne rzeczy mogły się zdarzyć, módlmy się tylko, że długo nie cierpiała. - Aż dwa miesiące? – spytał z niedowierzaniem Fedworn, włączając się do rozmowy. - A no tak. Mówiłem, że wieści do nas rzadko docierają – burknął Stary. - Ty! Jakiś niemłody już pijaczyna, lekko się chwiejąc, podszedł do osłupiałego Fedworna, wyciągając w jego kierunku brudny palec. - Jeśli się nie mylę, zawitałeś do nas jakoś dwa miesiące temu. Nie zdziwiłbym się, gdybyś ty z tego pioruńskiego statku był – powiedział schrypniętym głosem. Stary podniósł się groźnie. - Natomiast ja zdziwiłbym się, gdybyś miał choć krztę rozumu w tym łbie. Jakby tu do nas na brzeg przypłynął? Na grzbietach delfinów? Rozległ się rechot. Pijaczyna zamierzył się na Starego, lecz on złapał jego pięść w powietrzu, ścisnął mocno i powiedział. - Wielu już próbowało i nikomu się nie udało. Po czym popchnął go tak, że poleciał na jedną z ław. Rozpętała się iście pijacka burda. Kamraci popchniętego ze złowieszczymi minami pragnęli odwetu, na co towarzysze Starego odpowiedzieli równie groźną postawą. Poleciały pierwsze kufle, po czym pierwsze ciosy. Głośne okrzyki przywołały z innego pomieszczenia barmana, który zobaczywszy bijatykę, z niesmakiem prędko się wycofał. Fedworn, w obronie własnej, rozdał parę ciosów, uważając, by trwale kogoś przy tym, nie uszkodzić. Chwilę później Stary wypchnął go z zatłoczonej karczmy, gdzie słychać już było dźwięk tłuczonego szkła, co znaczyło, że w ruch poszły butelki. Stary wskazał mu drogę i ruszył obok niego miarowym krokiem. - Wiesz, to co Khared zdążył powiedzieć... – zaczął po chwili milczenia - ...to nie może się dostać do uszu innych. I tak niedobrze się stało, bo niektórzy już słyszeli. Mogłoby to podważyć twoją wiarygodność i zaufanie do ciebie. Jak wiesz, nie jesteśmy zwolennikami księcia, a wieść, że jakoby się z książęcego statku wziąłeś... – pokręcił głową. – Sądzę, że to bujda, bo jak niby mogłeś wpław pokonać taką odległość, ale biorę to też pod uwagę. Lecz inni mogą nie czekać na właściwy osąd. A co ty o tym wszystkim myślisz? Fedworn wzruszył ramionami. - Wydaje się to niedorzeczne. Nie wiem, co mam o tym sądzić, z resztą chyba nie moje zdanie się liczy? – popatrzył na Starego. Ten westchnął i kiwnął głową. - Póki co, jesteś bezpieczny, ale mogą pojawić się różne głosy. Być może to tylko głupie obawy starego dziada, ale uważałem, że lepiej będzie ci o tym powiedzieć. Fedworn zamyślił się. Towarzyszyła im tylko muzyka wiatru, przerywana dźwiękiem kroków. Gdzieś z oddali dochodziły odgłosy z karczmy. Bijatyka najwidoczniej nie ustała. - Powiedz mi jedno. Od jakiegoś czasu słyszę tylko w waszych rozmowach narzekania na królestwo, a głównie na księcia. O co w tym wszystkim chodzi? Co zrobił, oprócz tego, że poprowadził tą bezmyślną wyprawę? – spytał Fedworn. Stary popatrzył mu w oczy. Gdy nie znalazł w nich ani grama chęci, by już zakończyć tę rozmowę, ponownie westchnął, z rezygnacją opuszczając głowę. - A niech to. Ty nic nie wiesz. Ta katastrofa statku była tylko kroplą, która przelała czarę. Ta wioska – machnął ręką dookoła – i jeszcze więcej terenu z osadami podobnymi do naszej, jest, a raczej była w jego władzy. Nie wiem, czy król z obowiązku, czy z czystej chęci podarunku powierzył mu te ziemie, w każdym bądź razie miał je zagospodarować, ulepszyć, zadbać o dobro mieszkańców. Przynajmniej taki był pierwotny plan. I co widzisz? – sarknął. – Sypiącą się dziurę, którą ledwo da się utrzymać. Do kolejnej wioski są co najmniej trzy dni konno, a co dopiero pieszo. Nawet koni u nas brak. A jednak podatki co roku trzeba płacić, choć Bóg jeden wie, na co one idą. Nie mówiąc już o tym, że na jakieś wiadomości trzeba czekać pół roku. To ruina i nie wiem, czy może być już gorzej. Najśmieszniejsze jest to, że właśnie książę doprowadził do tego stanu rzeczy. Kiedyś te ziemie były lepiej rządzone. A teraz ta tragedia. Biedna dziewuszka dwa miesiące temu spokojnie żyła w przeświadczeniu, że jej matka żyje, podczas gdy ona najprawdopodobniej leżała już martwa na dnie oceanu. No i powiedz, gdzie w tym wszystkim sprawiedliwość? – zauważył smutno. - Być może to nie była jego wina. - Być może, ale kogo mam winić? Sternika? Że nie udało mu się wygrać ze sztormem? A może Boga? Że wywołał sztorm? Nie, Fedworn. Żeby to jeszcze była wyprawa w jakimś konkretnym celu. Ale nie. Ot, dla zabawy. Bronisz go i ja to rozumiem, ale nie wytłumaczysz tego ludziom, ani mi. - Nie, po prostu staram się myśleć racjonalnie – odparł. –A gdyby mógł to wszystko zmienić, przed tym jak zabiły go konsekwencje własnych czynów? - To tylko głupie domysły. Nic się już nie da zrobić – wzruszył ramionami. – Przeszedł do historii, tak jak wszyscy z nas kiedyś przejdą. Możemy tylko kląć na to, co zrobił, bądź na to, czego nie zrobił. Nawet cud nie przywróci mu życia, jeśli w ogóle jakieś cuda się zdarzają. Bo wydaje mi się, że nawet sam Bóg zapomniał o naszej wiosce...
* * *
Tej nocy nie mógł spać. Od pijackiej burdy w tawernie minął niecały tydzień i choć nigdy nie przejmował się zdaniem innych i wszystko robił po swojemu, coś nie dawało mu spokoju. Czasami miewał senne koszmary, w których przeważnie się topił, jednak ostatnio nic szczególnego go nie dręczyło. Aż do dzisiaj. Podniósł się lekko na rękach, dając spokój bezskutecznym próbom zaśnięcia. Przetarł twarz dłonią. Wstał i po omacku zaczął się ubierać. Nie zamierzał bezczynnie siedzieć i marnować pozostałej części nocy. Wyszedł na dwór. Uderzyło go rześkie, nocne powietrze. Na ciemnym niebie gościła blada tarcza księżyca otoczona nielicznymi gwiazdami, połyskującymi w mroku. Morze, wyjątkowo gładkie niczym tafla lodu, mieniło się kusząco, ukazując lustrzane odbicie nieba. Cichego pluskotu fal nie przerywało nic oprócz jego kroków, które brzmiały dziwnie w nieskończonej melodii ciszy. Było zadziwiająco spokojnie. Kiedy indziej Fedworn być może dałby się ubłagać zalotnemu widokowi wody, w końcu nieraz żeglował pod czarnymi skrzydłami nocy, ale nie dziś. Wędrował wzdłuż skalistego wybrzeża, co rusz wspinając się na większe głazy, uważając, by nie ześlizgnąć się do głębokiej i niebezpiecznej toni. Tu morze nie wchodziło już stopniowo na brzeg, lecz od razu zaczynało się mierzącymi kilkadziesiąt stóp głębokości otchłaniami. Fedworn rzadko spoglądał na tonący w nieprzeniknionych ciemnościach ląd, po swojej lewej stronie. Morze było o wiele bardziej atrakcyjnym widokiem, który ciągle, niczym wabiąca swoimi zmysłami kobieta, przyciągało nieustannie jego uwagę. Nie wiedział ile już uszedł, tylko tyle, że znacznie oddalił się od domu. Przysiadł na skale, by odpocząć. Zasłuchał się przez chwilę w cichy szum morza. Nagle oprócz chlupotu fal usłyszał inny głos. W miarę gdy zaintrygowany zbliżał się do źródła dźwięku, głos rósł na sile i przybierał wdzięczny kobiecy ton, który splatał się w delikatną pieśń. Było to na tyle dziwne, że Fedworn bez zastanowienia ruszył dalej. Pieśń była cicha i ulotna, niczym morska bryza, a jednak czuł, że w jakiś sposób nie może się jej oprzeć. Że wabi go i ciągnie ku sobie prawie tak samo jak morze. Mimo to zachował przytomność umysłu i gdyby chciał, mógłby się wyzwolić z wpływu tajemniczej pieśni. Jednak tego nie zrobił. Niemal czuł jak melodia otacza go i jak drży od niej powietrze. Wyłonił się zza kolejnego głazu i wtedy ujrzał ją. W odległości kilku stóp od niego, na jednej z gładszych i większych skał leżała syrena. Oszołomiony ledwo powstrzymał się od krzyku i chowając się bardziej za kamień, obserwował ją ukradkiem. Siła jej głosu była już tak namacalna, że wątpił, by mógł bez problemu odejść. Z resztą nie miał takiego zamiaru. Była bowiem niewyobrażalnie piękna. Słabe światło księżyca otoczyło jej ciało, tworząc lekką poświatę, w której jej łuski mieniły się perłowo. Ogniste włosy spływały jej kaskadą po ramionach, tylko częściowo zasłaniając krągłe piersi. Twarz, o alabastrowej skórze, gładziły delikatne podmuchy wiatru. Miała przymrużone jakby z rozkoszy oczy, z bladych, tylko lekko zaróżowionych ust wypływała zwodnicza pieśń. Koniuszek ogona moczyła z ukontentowaniem w wodzie. Nie słyszała go jeszcze ani nie dostrzegła. Pół-ryba, pół-człowiek. Fedworn z uczuciem fascynacji, zdumienia, a może też i strachu spoglądał na istotę, która występowała tylko w baśniach i legendach. Do dziś. Noga zdrętwiała mu od długiego bezruchu. Poruszył się trochę, by móc ją wyprostować. Spod podeszwy wyślizgnął mu się nieduży kamyk, który potoczył się, by zatrzymać się nieopodal. Pieśń umilkła i syrena otworzyła oczy. Wbiła swoje lodowate spojrzenie w Fedworna. Ten w duchu przeklinał własną głupotę, czując jak krople potu spływają mu po plecach. Syrena wpatrywała się w niego przez chwilę i przemówiła. - Kimże jesteś człowieku, że śmiesz przeszkadzać syrenie i potrafisz oprzeć się jej pieśni? – spytała groźnym głosem, unosząc głowę otoczoną rudymi włosami. Mężczyzna chcąc nie chcąc wyłonił się zza skały. - Pani, wybacz, że ci zawadziłem, twoja pieśń mnie tu przywiodła. – wychrypiał nerwowo. - Jednak nie uczyniła ci nic złego – powiedziała z namysłem. W mgnieniu oka ześlizgnęła się z cichym pluskiem do wody, tak, że do ramion była zanurzona w morzu. Jej włosy unosiły się na wodzie niczym płynna miedź. - Podejdź bliżej bym mogła cię ujrzeć – zażądała. Stanął na samym brzegu, tak, że światło księżyca dokładnie ukazywało jego profil. - Ach – syrena westchnęła do siebie. Fedworn nie wiedział jakie myśli krążą w głowie istoty, miał tylko nadzieję, że nie okażą się dla niego zgubne. - Jak masz na imię? – spytała jakby mniej pewnie. - Zwą mnie Fedworn, pani – odpowiedział nie kryjąc ulgi i powoli oddalając myśli o rychłej śmierci. Ofiar zwykle nie pyta się o imię. Księżyc chwilowo przysłoniła nieduża chmura, rzucając cień na ziemię, w którym Fedworn na szczęście nie zauważył nikłego uśmiechu na twarzy syreny po jego odpowiedzi. - Ja mam na imię Adray. Po tych słowach zanurzyła się w morzu i zniknęła. Czekał jeszcze przez chwilę, nie będąc pewien czy faktycznie odeszła, po czym wyruszył w powrotną drogę do domu z mieszanymi uczuciami. Jedno było pewne. Już nigdy nie będzie w nocy nigdzie łaził i szukał przygód jak dziś. Bo nigdy nie wiadomo jak to się może skończyć…
* * *
Z południa powiał chłodniejszy wiatr, od którego Fedworn się wzdrygnął. Siedział na skale, mając pod stopami spienione lekko morze, tuż nieopodal domu, naprawiając zepsutą sieć. W izbie co rusz mu się plątała, więc rozłożył ją na całą długość na kamieniu, by spokojnie zająć się pracą. Jakieś kilkadziesiąt stóp od niego przy łodziach uwijał się Martey, szykując się na niedługi rejs. Chłopak był bystry i inteligentny, lecz bardzo skryty, także Fedworn rzadko wymieniał z nim więcej niż parę słów. Mimo wszystko cenił go za jego umiejętności. Fedworn westchnął. Wydarzenie sprzed dwóch dni głęboko ukrył w zakamarkach swej pamięci, lecz ono wciąż powracało niczym upiorny koszmar. Starał się zająć umysł czym innym ale nie zawsze się to udawało. Tak jak teraz. Nie potrafił się skupić dłużej niż parę sekund na oczkach sieci, bo było to nudne i monotonne, a palce pracowały machinalnie. Przed oczami znów miał obraz bladego oblicza syreny, wpatrzonego w niego oczami pełnymi zieleni, niczym morskich wodorostów, ale zarazem tak chłodnego, jak bywa morze zimą. Odłożył na chwilę sieć, by dać odpoczynek palcom. Martey właśnie wypływał. Za chwilę znów zostanie sam. Być może jak tylko skończy też wypłynie na morze. Popatrzył na przerwane oczka. Podniósł się i poszedł do domu. Z jednej z szuflad wyciągnął zwitek sznurków. Wrócił, wpatrując się w gdzie niegdzie śliskie od wody kamienie. Podniósł wzrok, usłyszawszy jakiś szelest. W wodzie, oparta rękami na skale gdzie leżała jego sieć, znajdowała się syrena. Jakby piękniejsza w blasku dnia, nieporadnie próbowała połączyć oczka sieci drobnymi palcami. Fedworn stał jak wmurowany, bojąc się poruszyć. W końcu przemógł się i przemówił do pochłoniętej zajęciem syreny. - To nie tak, pani. Drgnęła i odwróciła się ku niemu, nie zdradzając jednak oznak zaskoczenia. - Pomożesz mi? – zapytała z prostotą. Podszedł i lekko drżącymi rękami zaczął naprawiać zepsutą sieć za pomocą przyniesionego sznurka. - Ach – uśmiechnęła się – Daj, spróbuję sama – wyciągnęła ku niemu rękę. Dopiero teraz zauważył, że między palcami miała malutkie, niemal przeźroczyste błonki, które nie przeszkadzały jej w czynnościach, które wykonywali ludzie. Siedzieli teraz w milczeniu. Syrena z niezwykłą sprawnością naprawiała oczka, jakby była to dla niej zabawa. On przyglądał się jej. - Tym się właśnie zajmujesz? – spytała po chwili, kiwnąwszy głową w stronę domu i łodzi. - Tak. Znów powiał wiatr, bawiąc się ich włosami. - Przepraszam, że przeszkodziłem ci tamtej nocy – przerwał ciszę Fedworn, zdziwiony własnymi słowami. Skinęła głową. - Moja pieśń jest niebezpieczna. Nie dziwie się, że cię do mnie przywiodła. Dziwię się, czemu cię nie zabiła – wzdrygnął się mimowolnie, ale ona kontynuowała, podnosząc ku niemu wzrok. – Inni przypłacili by życie, gnijąc na dnie oceanu. Dlatego starałam się być w odległości nikomu nie zagrażającej. Tam, gdzie mnie znalazłeś było tylko morze i pusty na wiele mil ląd. Między innymi po to chciałam się z tobą spotkać. By spytać cię, co robiłeś tak daleko od domu. Zaskoczyła go, ale czuł, że może jej powiedzieć prawdę. - Coś mnie dręczyło, nie mogłem spać – wyznał – Postanowiłem udać się na wędrówkę. Kiedy usłyszałem twój głos, było za późno. Kiwnęła głową ze zrozumieniem. - Jesteś sam? Nie masz rodziny, prawda? Po raz kolejny zbiła go z tropu. - Czemu tak uważasz, pani? - Bo to, co najczęściej dręczy duszę, to samotność – powiedziała smutno, unikając jego spojrzenia. Zamilkł. - I to imię – ciągnęła. – Nie jesteś tutejszy, Fedwornie. Poczuł się nieswojo. Syrena odkrywała rany, które odeszły już w zapomnienie. Jednak ta morskooka istota popatrzyła na niego, jakby wiedziała, o czym myśli i jakby czuła to samo.…