Fantastyka · 16 min czytania
Szafirowy Różaniec ~ I. Surrealistyczna Lucienne ~
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Szafirowy Różaniec
I. Surrealistyczna Lucienne ~~ krew z krwi ~~
Wieczór był przepiękny. Wspaniały. Cudowny. Magiczny.
Anabelle, dziewczę tak młode i jednocześnie tak piękne, uosobienie beztroski, zawirowała z gracją. Radosny uśmiech zdobił jej słodką twarz, kiedy chichocząc, tańczyła na śliskich kamieniach. Obracała się i podskakiwała, spoglądała w niebo i przymykała oczy, wyobrażając sobie niezliczone cuda czekające na nią w odległych krainach, a mimo tego jej nagie stopy, zaróżowione od stonowanego zimna spokojnej jesieni, obleczone w mlecznobiałą mgłę niczym w zaczarowane pantofelki, jakimś cudem trafiały na częściowo zanurzone w płytkim strumyku występy skalne. Natchniona czymś więcej niż tylko euforią, czymś więcej niż tylko pożądaniem przygody, dziewczyna nie zamoczyła w lodowatej wodzie choćby czubków palców, lecz przy tym zdołała ochlapać wszystko wokoło.
Lucienne obserwowała siostrzenice z bezpieczniej odległości, chcąc uniknąć zmoczenia swojej bladożółtej sukni, wyszywanej w wielobarwne kwiaty i przyozdobionej misterną koronką, i choć uśmiech na jej twarzy był delikatny, właściwie ledwie dostrzegalny, to w istocie całym sercem i duszą radowała się spontaniczną pasją dziewczyny.
Anabelle malowała się w oczach ciotki niczym zesłana z niebios wróżka, stworzenie tak czyste, tak delikatne i piękne, że niemal ulotne, jak gdyby mogła, w ciągu jednego uderzenia serca, zlać się z mgłą i strumieniem, wniknąć w głąb ziemi lub poszybować w niebo, na spotkanie z Panią Chmur, gdzie zostałaby przywitana pucharem najsłodszego wina, stworzonego ze spływającej z gór krwi Olbrzymów, i ciepłym uściskiem przeznaczonym dla marnotrawnej córki Archaniołów.
Anabelle nie była córką Lucienne, nie była z jej krwi, lecz z krwi dawno zmarłej starszej siostry Lucienne. Mimo to Lucienne, której nie było nigdy dane posiadanie własnych dzieci, tak właśnie postrzegała Anabelle, jako dziecko, jej dziecko, które przecież sama karmiła kiedyś własną piersią, którym musiała się opiekować i zadbać, żeby jej słodka dziewczynka nigdy nie doświadczyła ni strachu ni smutku.
Część 22 / 4
Anabelle przeżyła już szesnaście wiosen, Lucienne zaś prawie czterdzieści, ale bardziej niż matkę i córkę, przypominały siostry. Anabelle miała bladą skórę, jaśniejszą niż ktokolwiek inny na dworze rodu Melleanów, a do tego gładką i często uroczo zaróżowioną, ze skłonnością do gwałtownych rumieńców. Skóra Lucienne nie była tak już tak gładka i jędrna, jednak w odcieniu niemalże identycznym co u młodszej dziewczyny.
Długie, gęste włosy Anabelle też były jasne, ale nie w ten zwyczajny, pospolity sposób. Wyglądały tak, jakby spłynęły na nie promienie słońca, lub nawet obydwu słońc, miały barwę złota i czasem odbijały się w nich krwistoczerwone płomienie, nieuchwytne, przepiękne. Patrząc na włosy Lucienne, przerzedzone przez troski dojrzałego wieku, długie i przerażająco cienkie, łamliwe pasma w kolorze słomy, trudno byłoby uwierzyć, że Surrealistyczna Lucienne niegdyś była nazywane Lucienne Złotowłosą, tak jednak było.
Obie kobiety miały piękne twarze, jakby wyrzeźbione przez Bogów, z tym, że w przypadku młodej Anabelle, Bogowie użyli Ciekłej Słodyczy, Nektaru zebranego w podwodnych jaskiniach ciągnących się głęboko pod powierzchnią Świętego Jeziora na Wyspie Wróżek, z kolei materiałem na twarz Lucienne była Martwa Kora zdarta z zakrwawionych pleców Bagiennych Drzewców w trakcie dwunastego roku Świętej Wojny. Owa Martwa Kora była, co prawda, czekoladowa, i niemal równie słodka jak słynny Nektar Wróżek, nie pozbawiona jednak pewnej nutki goryczy.
- Choć do wody, ciociu Lucienne! - zawołała roześmiana Anabelle, kręcąc się i podskakując, wyrzucając ręce na boki i spoglądając w niebo, jakby usiłując siłą woli rozedrzeć mgłę wpół i sprowadzić słońca z powrotem; serce Lucienne zabiło mocno, gwałtownie, kiedy przez ułamek sekundy ujrzała w jasnoniebieskich oczach Anabelle nagły, niemalże drapieżny błysk.
Te oczy, te bajkowe oczy o barwie wahającej się gdzieś między gładką bielą a burzliwym błękitem, zawsze kojarzyły się Lucienne z niezapominajkami bądź przebiśniegami, zależnie od pory roku, ale w tamtej krótkiej chwili zalśniły tak intensywnie, tak przejmująco, że zakręciło się jej w głowie i zmiękły pod nią kolana. Zadrżała, nieomal się przewróciła, i w nagłym skurczu, wypuściła z lewej dłoni pleciony koszyk, pełen kwiatów i dzikich jagód...
...tęczówki Anabelle wcale nie przypominały kwiatów...
Część 33 / 4
...były odbiciem kamieni szlachetnych...
...szafirów...
...koszyk spadał jakby w zwolnionym tempie, Lucienne obserwowała go kątem oka i wydawało się jej niemal, że powietrze, zupełnie niespodziewanie ostre i naelektryzowane, bardziej przypomina wodę, lub być może budyń, gęsty i lepki, w końcu jednak opadł w gęstą trawę i przewrócił się. Kwiaty rozwiały się na wietrze, wirując i kręcąc się z gracją Anabelle, z kolei jagody poturlały się w dół zbocza, wpadając do strumienia, i tylko nieliczne obijały się o stopy Lucienne.
Kobieta wzdrygnęła się ponownie kiedy głośny, piskliwy okrzyk jej siostrzenicy dotarł wreszcie do jej uszu, przedzierając się przez chybotliwą zasłonę brzęczącej ciszy, i drugi koszyk wyślizgnął się z jej prawej dłoni. On również wypełniony był kwiatami i jagodami, chociaż na szczęście, nie przewrócił się i tylko nieliczne, wielobarwne płatki kwiatów wyleciały zeń, szybując we mgle.
Delikatne dłonie Anabelle objęły gołe ramiona Surrealistycznej Lucienne, i kobieta wzdrygnęła się po raz trzeci, potrząsana gwałtownie przez swoją piękną siostrzenicę... przez dziewczynę, w której miała swoją jedyną córkę, choć owa dziewczyna nie była przecież z jej krwi...
Lucienne zdała sobie nagle sprawę z faktu, że Anabelle najwyraźniej coś do niej mówi. Usta dziewki poruszały się szybko, a w jej oczach lśniły niepewność i strach, ale w uszach Lucienne ponownie szumiała cisza, zagłuszając wszelkie inne odgłosy.
Część 44 / 4
Z pewnością uważa mnie za wariatkę.
Lucienne szybkim ruchem złapała podbródek dziewczyny, i tym razem to Anabelle się wzdrygnęła, ale nie odskoczyła, nie tyle posłuszna, co zbyt ufna, żeby lękać się dotyku ciotki... nawet szalonej ciotki... Lucienne uniosła lekko twarz Anabelle i przez chwilę w skupieniu studiowała jej słodkie, urocze obliczę. Rysy dziewczyny były delikatne, wręcz anielskie. Jej drobny nosek marszczył się lekko, najwyraźniej pod wpływem stresu. Jej policzki, wciąż zarumienione, zwłaszcza teraz tak bardzo kusiły, nęciły do pocałunku, choćby i szybkiego, ledwie muśnięcia warg, żeby przekonać się, czy skóra dziewczyny naprawdę jest tak jędrna i puszysta jak się zdawało. Drobne piersi Anabelle unosiły się i opadały w szybkim, niespokojnym rytmie, jak gdyby małe Cherubinki wygrywały na nich Melodię Nocy, ulubioną kołysankę wszystkich bękartów i Półbogów, pociągając w ustach różowe, przyozdobione gęsią skórką sutki, widoczne pod cienkim materiałem ciemnej, powiewającej na wietrze sukni. Lucienne zawstydziła się nieco, kiedy zapragnęła zapytać Cherubinki o ich fakturę i smak, choć pytanie to zrodziło się w jej głowie wyłącznie z ciekawości, i być może z szaleństwa, ale zaraz przypomniała sobie o najważniejszym...
...o oczach Anabelle...
...z niejakim wahaniem Lucienne przeniosła wzrok na oczy Anabelle, ale na szczęście, tęczówki dziewczyny nie lśniły już jak przedtem i ponownie bardziej przypominały piękne kwiaty, przebiśniegi i niezapominajki, niż szafiry... dopiero kiedy Lucienne zyskała w tej kwestii pewność, na powrót zaczęła normalnie oddychać.
Czy jestem obłąkana?
- Wybacz mi, kochanie... - rzekła w końcu Lucienne, puszczając podbródek siostrzenicy - ...przepraszam, upuściłam twój koszyk, no i wszystko mi się z niego wysypało. Tyle czasu spędziłaś