Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 8 min czytania

Szaleniec

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Prąd! iiiIII… Łup! O Boże… - Doktorze, tracimy go… - Wiem, do cholery, podwajamy moc! O nie… iiiIII… ŁUP! O matko, moje serce… Prąd!... iiiIII… ŁUP! Prąd!... iiiIII… ŁUP! Poczuł, jak łza mu leci po policzku. Nie wytrzymał. Lekarze stanęli jak wryci. Pacjent, bez zmiany wyrazu twarzy, powiedział błagalnie: - Nie zabierajcie mi duszy… proszę… iiiIII… A ta sama łza spadła z pluskiem na zimną posadzkę.

Kiedy byłem małym chłopcem Mój ojciec zabrał mnie do miasta, Żeby zobaczyć maszerującą grupę.

Kochanie… Otworzyłem oczy i zobaczyłem biel. … niebo? Oczywiście, że nie… Byłem w szpitalu. Łóżko niewygodne, prawie goła jarzeniówka, szmery rozmów, plastikowe zapachy… Znów w szpitalu. Kochanie… Ach, pamiętam… Pomyleńcy, dziwne pomysły, niepoukładane myśli, poczucie nieprzemijalności czasu i… ona. Ona była dziewczyną, którą pokochałem. Aaach, i wszystko zepsułem! Błogość leżenia w tej względnie miękkiej pościeli przegrała z nałogowym prawie wołaniem o leki. Moja głowa… Boli mnie nieustannie od leków, które dostawałem non stop przez poprzednie cztery lata. „To panu pomoże, proszę tylko je połknąć a wszystko będzie dobrze” – mówili. Jasne. To one mi ją odebrały, one i moja ehh… Głupcem jestem. Taka łagodna… jasny uśmiech, jasne włosy, jasna cera i to spojrzenie… anioła. Była tak naturalna, że stanowiła piękno sama w sobie. Nic w niej nie było ani za bardzo, ani za mało. Bezwzględny ideał wszystkiego, co istnieje na tej ziemi. Była… uosobieniem łagodności. Rozumiała mnie. Słuchała mnie. Słuchała tak naprawdę. I jednego byłem pewien – powinniśmy na zawsze być razem. Przyszła do mnie wtedy, kiedy jej najbardziej potrzebowałem. Byłem samotny, niezrozumiany, opuszczony. Zamknięty w czterech białych ścianach czekałem na pigułki… albo na śmierć. Wtedy ona weszła do pomieszczenia, łagodnie i bezszelestnie. Blask od niej promieniował. Powiedziała melodyjnym głosem: - Jestem Dobrocią. I uśmiechnęła się. Ten uśmiech i jej widok wystarczył, żeby pokochać życie na nowo. Powiedział: ”Synu, kiedy dorośniesz, Czy będziesz zbawicielem zrozpaczonych, pobitych i przeklętych?”

Leki, tak… Powoli, powoli podniosłem się z łóżka. Jakie mam lekkie ciało… A mimo to ledwie mogę podnieść nogę… Po dłuższej chwili już wyglądałem na korytarz. Dużo bieli, dużo światła, ale mało ludzi… Jak ja tu w ogóle trafiłem? Ach, tak… Miłość. Miłość, którą zabiłem miłością. Szaleńcze…

Byłem zmęczony. To życie, życie cię wykańcza… Zobaczyłem rządkiem trzy białe i twarde krzesła przy ścianie. Na jednym z nich siedział starzec. Patrzył się w przestrzeń rejestrującym wzrokiem. Dłonie wsparł na lasce. I ubrany był w szpitalną koszulę. Rad z możliwości odpoczynku usiadłem przy nim. Oddychałem głęboko, cieszyłem się każdym haustem powietrza. W tedy starzec powoli spojrzał się na mnie. Oczy… nieokreślonego koloru… głębokie jak bezdenna studnia, spokojne jak ocean o zachodzie słońca, a przenikliwe jak promienie. - Kim jesteś? – spytał. - Jestem szaleńcem. Starzec się przywitał: - Jestem mędrcem. I powrócił do swojego zajęcia. Mądrość…

Mądrość jest szeptem samotnika z samym sobą pośród gwarnego targowiska.

Czy mądrość jest taka wspaniała?

Mędrzec jest mędrcem tylko dlatego, że kocha. Zaś głupiec jest głupcem, bo wydaje mu się, że miłość zrozumiał.

Może tak… Bo skąd mogłem wiedzieć, że naszą znajomością spowoduję tylko problemów? To przeze mnie, przyłapali nas, odebrali mi ją, nie zrozumieli mnie… Gdy ją ode mnie odciągali nic nie mogłem zrobić, wyciągałem ku niej rękę, krzyczałem do niej, ale… została po niej tylko woń, zapach kwiatów, zapach najsłodszych kwiatów…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Szaleniec — czytnik · opowiadania