wojna · 15 min czytania
Szalony Major
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kawalerzyści jechali ścieżką przez makowe pole. Zbliżali się do wsi. Nie była to duża wieś, nie miała nawet nazwy. Niektórzy polscy chłopi wołali na nią Jawornik, a Niemcy nazywali ją Obstgarten, co oznaczało sad. Konni jechali teraz do niej. Prowadził ich brodaty mężczyzna w mundurze Wojska Polskiego. Był to major Henryk Dobrzański "Hubal", zagończyk, dowódca Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego. Minął grudzień 1939, rozpoczął się 1940. Minęła zima, rozpoczęła się wiosna. Oddział wciąż funkcjonował. "Hubal" chciał za wszelką cenę walczyć z Niemcami i nie poddać się. Wielu żołnierzy opuszczało jednak oddział z powodu dowództwa. Generał Stefan Rowecki nie był zadowolony z działalności Dobrzańskiego i próbował go przekonać do rozwiązania oddziału. "Hubal" jednak szedł w zaparte. Teraz ułani zbliżali się do wsi. Według relacji miejscowych, w osadzie grasowali Niemcy. Kiedy dojechali do pierwszej chaty, wybiegł z niej starszy mężczyzna. Miał jakieś siedemdziesiąt lat i dużo zmarszczek. Aż podskoczył na widok ułanów. Próbował uciec do chaty, ale powstrzymał go major. Stój! - krzyknął. - Spokojnie, myśmy swoi! Przybyliśmy, aby rozprawić się z dręczącymi was Niemcami. Niemców tu nie ma – wyjąkał mężczyzna. - Idźcie do sołtysa Bogdanki, on wam wszystko powie. Gdzie mieszka sołtys Bogdanko? - spytał major. W domu nad rzeką – odparł stary. - Blisko pomostu, przy gęstych szuwarach! Dobrze – powiedział "Hubal". - Dziękujemy, dobry człowieku! Oddział, ruszać! Ułani ruszyli. Zagłębiali się w wieś. Przy drodze stały ubogie drewniane chaty, kryte strzechą. "Jak w średniowieczu", pomyślał Dobrzański. Osada wyglądała jak słowiańska wieś. Na środku stała rzeźba. Z początku "Hubal" nie potrafił rozpoznać przedstawionej w niej postaci, ale szybko zorientował się, że to diabeł Boruta. Tylko co robił w Górach Świętokrzyskich? Przed chatą sołtysa, żołnierze zeskoczyli z koni. Ich przybycie do wsi wzbudziło dużą sensację. Mieszkańcy wychodzili z chat i patrzyli na poczynania Hubalczyków. Jeden z ułanów, Ksawery Mankiewicz, zapukał do drzwi chaty sołtysa. Otwórzcie! - krzyknął. - Czy to dom sołtysa Bogdanki? A owszem – żołnierze usłyszeli gruby głos. Drzwi się otworzyły i na podwórze wyszedł tęgi mężczyzna z wąsami, w wieku sześćdziesięciu lat. Za nim wybiegła sołtysowa, niska kobieta w wieku męża. O, Bolek! - krzyknęła. - Żołnierze przyjechali! Czego chcecie?! - fuknął sołtys. - Mojej wódki nie dostaniecie! Grzeczniej! - zdenerwował się ułan Mankiewicz. - Nie chcemy wódki! Co?! - oburzył się Bogdanko. - Zawsze chcieliście wódki! Że co?! - parsknął Dobrzański. - Pan jest pijany! Proszę pani, czy może pani zabrać męża na pomost?! Ale dlaczego? - wystraszyła się sołtysowa. Jak nie zacznie mówić na poważnie, to skończy w szuwarach – wyjaśnił Mankiewicz. - My często przeprowadzamy "szuwarka". O nie, nie! - jęczał stary. - Nie będziecie mnie wrzucać do rzeki! W szuwarach są pijawki.... Powiem, co chcecie... Przyjechaliśmy w sprawie Niemców – powiedział Dobrzański. W sprawie szkopów? - ucieszył się Bogdanko. - To dobrze, bardzo dobrze. Trzeba się rozprawić z hultajami! Hultajami? - zdziwił się Mankiewicz. Ano, wejdźcie do środka, wszystko wam opowiem. Zostańcie przed chatą i poczekajcie! - nakazał ułanom "Hubal". - Ja wejdę z Ksawerym do środka i dowiem się, gdzie są Niemcy! To nie potrwa długo. Żołnierze nie odpowiedzieli i rozsiadli się na trawie. Sołtys wpuścił do środka majora i ułana, a starowinka zamknęła drzwi. Chata była przestronna. Bogdanko zaprosił partyzantów do niewielkiego pokoiku, na środku którego stał drewniany stół, a obok niego stary fotel. Sołtysowa uśmiechnęła się. Więc co was sprowadza, zuchy? - spytała. - W sprawie Niemców, hę? Ale z nich łobuzy... Dobrze, że się nimi wreszcie zajmiecie. "Hubal" nic nie powiedział. Łobuzy? Był przyzwyczajony do określania szkopów bandytami, zbirami, opryszkami, ale łobuzy? Ja wszystko wyjaśnię, co z Niemcami! - burknął sołtys Bogdanko. - Szwaby przenoszą obóz z miejsca na miejsce. To hultaje, przychodzą do wiosek wieczorami, piją wódkę i łobuzują! Tu kogoś pobiją, to krowę zastrzelą.... Z początku dało się wytrzymać, ale później było jeszcze gorzej. Przychodzili, pobierali haracz. Chłop Huda pierwszy się przeciwstawił i poszczuł jednego szkopa psem. Później strasznie go zakatowali, a psa zastrzelili. Huda wisiał na drzewie, głową do dołu. Żywy. A Niemcy strzelali tuż obok niego. Wisiał pięć godzin, aż go zdjęli. I zapłacił. Więcej nie zdzierali. Zaczęli pobierać myto na drodze. Tam, w lesie, przy mostku! Kto nie płacił, dostawał w papę i nie mógł przejść. Kto się stawiał, leżał w dole. Później naprawdę przegięli. Podpalali chałupy, zabijali zwierzęta i strzelali do ludzi. Chłop Guc miał dość. Wziął kilku parobków, psy, i poszli do obozu Niemców w lesie. Później jakaś chłopka poszła do lasu. Znalazła Guca i parobków, powieszonych na dębie przy rozstajach. Anka, moja córka, jak się o tym dowiedziała, rozpłakała się i uciekła! I stało się nieszczęście! Spotkała szkopów! Związali ją i wrzucili w pszenicę. Powiedzieli, że jeszcze po nią przyjdą. Ale znaleźli ją przypadkowo chłopi. Zaczaili się na Niemców, poprzebijali grabiami i zostawili ciała wronom na pożarcie.... A gdzie są teraz Niemcy? - spytał zniecierpliwiony "Hubal". Pewnie w gospodzie – wzruszył ramionami Bogdanko. W jakiej gospodzie, do kaduka? - tupnął nogą major. W gospodzie za rzeką, przy gościńcu. Nie wiem, gdzie to jest! - powiedział Mankiewicz. - A pan, panie majorze? Gówno, nie gospoda! - mruknął "Hubal". - Drewniana oberża, dają piwo, karmią, ale ja tam nie chodzę! Karczmarz to tłusty volksdeutsch i na dodatek gbur. Dostał ode mnie już ostrzeżenie. Czyli wiedzą panowie, gdzie znaleźć Niemców – ucieszył się sołtys. - My już chyba nie jesteśmy potrzebni... Pojedzie pan z nami do gospody – powiedział major. Spokojnie, ale stanowczo Bogdanko trochę się zmieszał. Do pokoju wbiegła dziewczyna, może piętnastoletnia. Miała ciemnobrązowe włosy, związane z tyłu głowy i brązowe oczy. Ubrana była w sukienkę. Uszanowanie panom – zagadnęła, trochę zdziwiona obecnością żołnierzy. - Ania Bogdanko do usług! Ksawery Mankiewicz, miło mi! - ukłonił się ułan. Dobrzański nie powiedział nic. Anka usiadła na krześle i spojrzała na ojca. Sołtys pogłaskał ją po włosach, po czym zwrócił się do "Hubala". Skoro taka jest pańska wola, to jedźmy. Wolę mieć to za sobą. Ilu posiada pan ułanów. Pod domem czeka trzydziestu. A wie pan, jakimi siłami dysponują Niemcy. W okolicy kręci ich się z dwudziestu. W karczmie nie będzie wszystkich, ale z pewnością spotkamy tam ich herszta. To dezerterzy. Łatwa robota – powiedział Mankiewicz. Więc zbierajmy się! - huknął Bogdanko. - Jestem gotowy. Anka, zostajesz! Jedziesz do karczmy?! - przestraszyła się dziewczyna. - Uważaj, ojcze, to niebezpieczne. He, he! - zaśmiał się grubo sołtys. - Będzie mnie ochraniało trzydziestu ułanów, nie bój się o mnie. Jedziemy przez las, panie majorze? Przez most myta? Oczywiście! - przytaknął "Hubal". - Zrobimy porządek ze zbójami. Mężczyźni wyszli z domu. Sołtysowa i Anka żegnały ich, machając. Ułani wyjechali ze wsi. Zjeżdżali przez pola w stronę lasu. Sołtys jechał na czele, wraz z Dobrzańskim i Mankiewiczem. Minęło…