Zbrodnia · 33 min czytania
Szalony Richie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Szalony Richie
"To czas by powiedzieć do widzenia" - Krzywy i wyraźnie pisany w pośpiechu napis widniał na białych drzwiach garażu Grega Mosby'ego. Była godzina 15, a on wracał właśnie z pracy swym wysłużonym fordem. Wysoki żywopłot pani Morris - miłośniczki kotów i kociego żarcia, która była sąsiadką Grega sprawił, że ten dostrzegł napis dopiero w momencie gdy podjechał na podjazd. Zatrzymał się naciskając hamulec ciężką stopą, chyba najmocniej jak umiał. Czarne, szpetne litery namalowane sprayem w miejscu, w którym się ich nie spodziewał najpierw wprawiły go w osłupienie, a po chwili w złość. Farba jeszcze spływała po gładkiej fakturze metalowych drzwi tworząc zacieki. Greg nie zauważył tego od razu, zdał sobie z tego sprawę później. Wysiadł z auta z jeszcze większą trudnością niż przychodzi mu to zawsze. Gniew i próba zrobienia tego jak najszybciej przyniosły odwrotne skutki. Okazało się, że trwało to dłużej i było jeszcze bardziej skomplikowane. Podstawą zawsze jest oddalenie fotela od kierownicy, odchylenie jego oparcia, później maksymalne podniesienie kierownicy i najszersze z możliwych otwarcie drzwi. Dopiero po wykonaniu tych czynności Greg i składające się na niego 220 kilogramów mogą jako tako swobodnie opuścić pojazd, stający się wówczas lżejszy mniej więcej o 25% poprzedniej wartości. Tego popołudnia to co mężczyzna zobaczył wzburzyło go na tyle by zapomnieć o wszystkich tych wymagających cierpliwości i spokoju zajęciach. Postanowił wyjść z samochodu nie tracąc czasu na regulację fotela i kierownicy. Trochę się przeliczył, a pani Morris może żałować, że nie podlewała akurat jednego ze swoich dziwnych kwiatów hodowanych na balkonie, bo widok Grega walczącego ze starym fordem o wolność był co najmniej komiczny. Gdy udało mu się wreszcie wygramolić, a może lepiej będzie powiedzieć wylać… był jeszcze bardziej zdenerwowany… i Bogu dzięki, że udało mu się uniknąć upadku, który wisiał na włosku zaraz po tym, gdy uwolnił jedną nogę, a o wolność drugiej wciąż walczył. Gdyby wtedy upadł i co gorsza, musiał później wstać, pewnie spotkalibyśmy się z apogeum wściekłości. A przekraczający wszelkie normy grubas, w dodatku głodny po pracy i rozwścieczony aktem wandalizmu na jego własnym podwórku, nie byłby niczym dobrym, ani dla ludzi ani dla świata ani nawet dla samego siebie. Na szczęście nie musimy o tym myśleć, bo Greg nie upadł, utrzymał się na swoich galaretowatych nogach i choć był zmęczony, a na jego czole już zaczął skraplać się pot, to nie musieliśmy się martwić, że zamieni się w trochę uboższego Hulka. Był wściekły, ale w granicach przystępności, zostawiając margines odstępu od furii. Poprawił zmięte ubranie i ruszył stawiając króciutkie kroczki, w stronę garażu. Ciuchy kupował na specjalne zamówienie i teraz najlepiej było to widać. Garnitur, który miał na sobie przypominał worek, skrojony w niektórych miejscach tak by mógł udawać marynarkę, spodnie były po prostu dwiema połączonymi ze sobą nogawkami. Nikt nie zadbał by je zwęzić u dołu - jeśli w pasie były bardzo szerokie, to na wysokości kostek również. (Praca wymagała od Grega garnituru, więc go nosił.) Przyczłapał chodem podobnym do chodu kaczki i zatrzymał się tuż przed drzwiami zaciskając pięści wielkości połówek arbuza. "To czas by powiedzieć do widzenia" - przeczytał wściekle, półszeptem i zaczął się zastanawiać kto mógł zrobić mu podobny kawał. Każda litera miała około pięćdziesięciu centymetrów wysokości. Pięćdziesiąt centymetrów głębokiej czerni, układającej się w apostrofę skierowaną w kierunku właściciela płótna, na którym została wymalowana. Napis jak mało co wcześniej zdołał wpłynąć na emocje Mosby’ego, ale to nie przez treść. Mężczyzna nie przejmował się nią na tyle co autor "dowcipu", wystarczyła sama obecność czarnej farby, w miejscu gdzie nie ma ona prawa występować. To miało dla grubasa największe znaczenie. Poprawił okulary na nosie, zrobił dziwną minę - tę samą, którą robił zawsze wtedy, gdy się skupiał na czymś co wpędzało go w zakłopotanie. Rozchylił lekko usta, zmrużył oczy, uniósł kącik górnej wargi, a językiem dotknął dolnej... i przyglądał się napisowi. Był jeszcze świeży. Przejechał po nim palcem wskazującym, grubości mojego palucha. Poczuł lepkość, spojrzał na opuszek, jeszcze bardziej mrużąc oczy - był brudny, nie czarny, ale brudny. Chociaż nie miał pojęcia jak długo może schnąć podobna farba, pomyślał, że napis jest bardzo świeży, a sprawca może jeszcze być gdzieś w pobliżu. Rozejrzał się dokoła, niby wnikliwie, (na to wskazywał jego wyraz twarzy) ale pobieżnie, nic nie zobaczył, poza dwoma kotami przy żywopłocie dzielącym go od sąsiadki. Wpatrywały się w niego tak jakby coś wiedziały, ale nie miały zamiaru nic mówić, obdarowując jego tłusty zad pogardą. Nie wiem czy on sam odniósł to samo wrażenie, w każdym razie wziął mały kamyk żwirowy, których w okolicy leżało całkiem sporo i cisnął nim w kierunku Bogu ducha winnych kotów, rzucając jednocześnie przekleństwo. I najwyraźniej musiało mu na tym bardzo zależeć, jeśli był gotów poświęcić tak wiele energii i trudu by sięgnąć po kamyk znajdujący się bliżej ziemi niż rzepy w jego butach. Ciężko później dyszał, pewnie trochę ze złości, a trochę ze zmęczenia. Szczęśliwie, że całego incydentu nie widziała pani Morris, która kochała te koty bardziej od swojego zmarłego męża, nawet gdy jeszcze żył. Była drobną i starą kobietą, ale gdy tylko chciała, potrafiła pluć strasznym jadem i zażarcie walczyć o to by jej racja stała się ogólną racją. Mosby już wiele razy się z nią konfrontował, chociaż wolał unikać walki, to czasami była ona nieunikniona. Przez chwilę pomyślał nawet, że być może to staruszka, która dożywotnio chowa urazę, postanowiła zemścić się na nim. Znalazła kilku gości w fullcapach, szerokich spodniach i z deskorolką przy nodze, którzy bardzo chętnie sprzedali jej kilka puszek sprayu, dodatkowo podbijając cenę, wiedząc że pani Morris nie wie nic o tym rynku. Następnie staruszka podszyta przeklętością, przybrała ten swój uśmiech, obnażający nienaturalnie nienaganną sztuczną szczękę i zdewastowała drzwi garażowe tajemniczą "groźbą?". Gdyby sobie to wyobrazić, to mogło to wyglądać naprawdę zabawnie, i chyba Greg właśnie to zrobił, bo natychmiast przestał podejrzewać niedołężną sąsiadkę. Znów spojrzał na drzwi i na napis. Przysunął swą twarz bardzo blisko, jakby chciał powąchać czy to na pewno zapach farby. Jeden z trzech jego podbródków - ten najbardziej wysunięty - dotknął zimnych, metalowych drzwi, dokładnie w miejscu litery „D”, w słowie „DO WIDZENIA”. Greg poczuł tę samą lepkość na brodzie albo szyi (trudno było to u niego odróżnić) co wcześniej na palcu wskazującym i natychmiast odsunął głowę od drzwi. Przetarł dłonią brodę/szyję. Na palcach został czarny ślad. – Kurwa – powiedział nie na tyle głośno by mógł go ktokolwiek usłyszeć i ruszył swoim kaczkowatym krokiem w stronę drzwi wejściowych do domu. Zatrzymał się przed nimi zdenerwowany i zmęczony zdając sobie sprawę, że nie ma klucza i będzie musiał po niego wrócić do starego forda. Rzucił jakieś średnio dosadne przekleństwo pod nosem, obrócił się robiąc kilka malutkich kroczków w miejscu i znów w swoim stylu udał się do samochodu. Klucz do drzwi leżał na fotelu pasażera, razem ze wszystkimi dokumentami i gazetą, którą zabrał do domu tylko dlatego, że w pracy nie zdążył doczytać przejmującego artykułu o losach lokalnej drużyny baseballowej, w której grywał mając 20 lat i 100kg mniej. – Już wtedy był do tego za gruby, ale przecież w każdej szanującej się drużynie było jedno wolne miejsce dla ofermy. Wciśnięcie połowy ciała do samochodu na szczęście okazało się dużo łatwiejsze niż przypadek, gdy wymagane byłoby posadzenie go w środku całego. Można więc powiedzieć, że Gregowi względnie szybko udało się zabrać klucz i telefon leżący obok. Gazety nie obłaskawił nawet drobnym spojrzeniem. Wziął co było mu potrzebne, nie zamykał samochodu i udał się do domu, gdzie w pierwszej kolejności miał w zamiarze przemyć brudną brodę/szyję, a następnie bezzwłocznie poinformować o całym wydarzeniu odpowiednie służby. Ani jednego ani drugiego nie udało mu się zrobić. Gdy włożył klucz do drzwi i spróbował go przekręcić okazało się, że drzwi były otwarte. Najpierw, chociaż na bardzo krótko, pomyślał, że nie potrzebnie wracał do samochodu skoro mógł wejść do domu bez klucza – myśl typowa dla jego lenistwa i fizycznych ograniczeń. Dopiero po chwili zrozumiał, że coś jest nie tak, bo mieszkał sam i mógł przysiąc powołując się na nazwy wszystkich słodyczy, które znał, że rano, przed wyjściem do pracy własnoręcznie zamykał dom. Zdziwiony, a w związku z tym co zobaczył na drzwiach garażu również trochę przestraszony, że być może kogoś w domu spotka, wszedł do środka starając się zachować czujność. Przecenianie się to chyba jego ulubiona cecha, bo i tym razem wspominanej czujności wystarczyło mu na postawienie zaledwie dwóch kroków w wiatrołapie, po czym ktoś zza pleców zdzielił go w głowę nie wiadomo czym. Światło przed oczami Grega najpierw rozbłysło, a za chwilę zgasło. Mogłoby się wydawać, że taki kolos jak on ciężko upadnie, tymczasem przypominało to bardziej spotkanie ziemi z galaretką, niż ziemi z kowadłem.
Richie był pedantem… a przynajmniej w odniesieniu do tych rzeczy zachowywał się pedantycznie. Po prostu musiał mieć porządek, wszystko powinno być na swoim miejscu, dokładnie tam gdzie tego chciał. Sprawiało mu to przyjemność. Wpędzało go w dziwne poczucie działania według planu, który dzięki temu był dobry. Kończył właśnie czyścić nożyce. Odłożył wilgotną szmatkę, intensywnie pachnącą jakimś aromatyzowanym specyfikiem do mycia takich rzeczy. Z zadowoleniem rozciął nożyczkami powietrze, tak że można było usłyszeć charakterystyczne „ciach ciach”… i uśmiechnął się do nich, dostrzegając zdeformowane odbicie swojej twarzy na jednym z ostrzy. Nożyczki powędrowały na sam środek stołu nakrytego ciemnozielonym obrusem. Oprócz nich znajdowało się tam jeszcze wiele innych narzędzi, każde starannie wyczyszczone, z reguły w kolorze srebra. Zestawione razem wyglądały jak niezbędnik chirurga. Mnóstwo najróżniejszych ostrzy, szpikulców, pilników, igieł, skalpelów oraz nieco bardziej skomplikowane narzędzia, chyba bardziej specjalistyczne, bo jako laik, nie tylko nie jestem w stanie ich nazwać, ale również powiedzieć do czego służą. Niektóre z nich przypominały młotki, ale z dziwnymi zakończeniami, nie wyglądającymi jak obuch, inne kleszcze, tylko jakby bardziej skomplikowane. Było też kilka urządzeń z wtyczkami, jednak prezentujących się na tyle dziwnie, że nic więcej nie potrafię o nich powiedzieć. Richie stał nad stołem i przyglądał się temu arsenałowi z wyraźną radością. Nie wiadomo czy to dlatego, że go po prostu posiadał czy dlatego, że tak pięknie wyczyścił i ułożył… chociaż podejrzewam, że z obu tych powodów po trochę. …Był wesoły i to od razu rzucało się w oczy. Przy stole stało wiadro - mniej więcej piętnasto litrowe - pełne wody. Chwycił je w lewą, chudą i żylastą rękę, uniósł i ruszył przechylając ciało w prawą stronę, aby przenieść środek ciężkości. Zatrzymał się dopiero na drugim końcu pomieszczenia, które przypominało stary garaż, od dawna nie pełniący swojej pierwotnej funkcji. Gołym okiem dało się ocenić, że gdyby go oczyścić i powynosić wszystkie rzeczy, to z łatwością zmieściłyby się w nim cztery samochody pokroju forda tłustego Grega. Ale było to bez znaczenia. Nikt nie zamierzał wprowadzać tam żadnego samochodu, a już na pewno nie auta Mosby'ego. Richie położył wiadro na ziemi, po to by chwilę odpocząć. Greg siedział przed nim, całkowicie nagi, przywiązany do krzesła, które Richie skradł chyba jeszcze przed wojną z jakiegoś gabinetu dentystycznego. Teraz już się takich nie robiło - ćwierć tony żelastwa, z podnośnikami wypełnionymi kilkunastoma litrami oleju. Ciężko byłoby to ruszyć, nawet takiemu goliatowi choroby cywilizacyjnej jakim bez wątpienia był Mosby, a krzesło było na dodatek przykręcone do ziemi czterema wielkimi śrubami, na oko dwudziestkami czwórkami, po jednej na każdym krańcu przekątnej kwadratu. Grubas był więc bez szans. Na wpół siedział, na wpół leżał, nieprzytomny, ze zwieszoną głową nakrytą czarnym workiem, lekko związanym na wysokości szyi. Richie uniósł wiadro z wodą, prawą ręką chwytając za dno od spodu, lewą trzymając za krawędź u góry, zamachnął się i wylał całą zawartość na schowaną w worku twarz Grega. Woda pociekła po całym torsie, w kierunku brzucha i ud, nie docierając jedynie do stóp olbrzyma. Niespodziewana lodowata kąpiel natychmiast przywróciła mu świadomość. Na początku był zdezorientowany, ale gdy zdał sobie sprawę, że jest przywiązany i ma zakrytą głowę, a w mózgu pojawiły się wspomnienia tego co stało się z jego drzwiami garażowymi, a później w domu, z nim - przestraszył się. Wydał z siebie jakiś dziwny stłumiony dźwięk, a Richie się zaśmiał. - Witaj Obelixie! Witaj! – powiedział radosnym głosem. - Kto tu jest? Czego chcesz? – zapytał nerwowo Greg. - To tylko ja: Richie… i chcę ciebie. – Spojrzał na stół, na którym rozłożył swoje narzędzia i ruszył w jego kierunku. Mosby wiedział co się dzieje. Był obleśnym grubasem, ale nigdy się tym szczególnie nie przejmował, nie miał problemów z kompleksami, a nawet przesadnie obnosił się ze swoją pewnością siebie, tak jakby czuł się lepszy. W tym momencie również o niej nie zapomniał. - Nie dostaniesz mnie. Nie wiem kim jesteś, ale zadarłeś nie z tą osobą co trzeba. - Wooow, woooah… Spokojnie kolego. Nie rób mi krzywdy – zaśmiał się Richie – Kiedyś były komiksy… chyba jako pierwsze. Pamiętasz? Jako dzieciak lubiłem je czytać, ale do czasu. Gdy powstał film, wolałem film. Gerard Depardieu był świetny. To dobry aktor… Ale wiesz co? – Znów wybuchł salwą śmiechu. – Ty byłbyś lepszy, nie musiałbyś wcale grać. Wystarczyłoby tylko to co masz wokół kręgosłupa. Nie musiałbyś nawet przyjeżdżać na casting, samo zdjęcie by ich zadowoliło. – Richie nie mógł przestać się śmiać, od zawsze najbardziej śmieszyły go jego własne dowcipy. Greg nie widział nawet jego twarzy i chociaż próbował się wyrywać to mocne więzy i jeszcze mocniejszy fotel pozostawały niewzruszone. Tymczasem jego oprawca przechadzał się po garażu dokładnie przyglądając się swojej ofierze. Wyglądało to tak jakby widok nagiego grubasa, z którym może zrobić co zechce go podniecał. Wysoki i bardzo chudy mężczyzna był jego przeciwieństwem i gdybyś mógł zobaczyć jak wyglądali obok siebie, pierwsze o czym byś pomyślał, to: „w jaki sposób Richiemu udało się obezwładnić, a później przenieść takiego kolosa jak Greg?” Trudno było przypuszczać by robił to własnoręcznie, ale zważając na jego zamiary, równie trudno przypuścić, że poprosił kogoś o pomoc. Końcem końców, Greg znalazł się tam gdzie się znalazł, a jego sytuacja nie wyglądała najlepiej. - Nie wierć się teraz. Zdejmę worek z twojej głowy, tak byś mógł widzieć co się dzieje. Rozplątał nieszczególnie skomplikowany węzeł, a następnie zdjął worek w sposób charakterystyczny dla iluzjonistów – jednym, szybkim ruchem ręki. - Tadaam - powiedział kłaniając się. Humor mu dopisywał. Światło oślepiło Mosby'ego. Dwie lampy były skierowane wprost na jego twarz. Dopiero po chwili wzrok się przyzwyczaił i zdołał dostrzec Richiego, a zaraz po tym całą resztę: cztery ściany garażu i wszystkie znajdujące się w nim graty, włącznie z fotelem, na którym siedział. Richie odwrócił się do niego plecami i ruszył w kierunku stołu nakrytego zielonym obrusem, po drodze splunął przynajmniej dwa razy i zaczął nucić melodię, której tytuł Greg miał gdzieś na końcu języka. - Tata ratatata ra ra raaa… - Brzmiało to mniej więcej tak i przypominało wesołą historię. Greg podążył za nim wzrokiem i siłą rzeczy musiał dostrzec stół oraz to co na nim. To był ten moment, w którym po raz pierwszy się przestraszył. - Co robisz? Co chcesz zrobić? - krzyczał w kierunku Richiego. Mężczyzna chwytał i unosił na wysokość oczu po kolei coraz to ciekawsze zabawki. - Nożyce byłyby dobre, ale możemy do nich wrócić później. Tasak, uuuu… - Uśmiechnął się w okropny sposób. - Ten skończyłby z tobą zbyt szybko. Może obcęgi? Co myślisz Obelixie? Miażdżenie palców? Wyrywanie zębów? Reflektujesz? - Spojrzał na Mosby'ego, w jednej dłoni trzymając jasno połyskujące obcęgi, drugą opierając na leżącym na stole młotku. Uśmiechnął