Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 13 min czytania

Szansa-cz.1 (Burzowe chmury na niebie koloru krwi)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Błękitnooki mężczyzna siedział sztywno na kuchennym krześle. Wpatrywał się apatycznie w ścianę. Oczy szkliły mu się nienaturalnie. Smukłe palce prawej ręki obejmowały wciąż jeszcze ciepły kubek z aromatyczną herbatą. -Co tak siedzisz? - zapytał zaspany głos. Mężczyzna odwrócił się niespiesznie do źródła dźwięku. W progu stała młoda kobieta z czarnymi włosami, stanowiącymi cudowny przykład artystycznego nieładu. Ubrana była jedynie w długą czarną koszulkę "Social Distortion". "Znów spała w moich rzeczach" - pomyślał bez cienia irytacji. O dziwo, było mu to dzisiaj całkowicie obojętne. Kobieta westchnęła głęboko i przeciągnęła się, wyciągając ręce w górę. W wyniku tej czynności, jej sięgająca ud koszulka, uniosła się jeszcze bardziej. Mężczyzna upił niewielki łyk herbaty, nie wykazując szczególnego zainteresowania. Płeć piękna go nie kręciła. I ona doskonale o tym wiedziała. Dziewczyna przeczesała dłonią włosy i lekkim krokiem podeszła do lodówki. Todd słyszał ciche plaśnięcia, gdy jej bose stopy dotykały kafelków. Odchrząknął i złapał się za gardło. Bolało od rana. Miał nadzieję, że gorący napój trochę pomoże, lecz na razie nie zauważył wielkiej poprawy. -Todd, coś marnie wyglądasz. - oświadczyła, wyjmując butelkę wody mineralnej. Odkręciła ją z wdziękiem i wlała w gardło trochę chłodnego, przezroczystego płynu. -Naprawdę? - jeśli wyglądał równie paskudnie jak się czuł, to od dzisiaj będą go wołać Quasimodo. -No... - przytaknęła. - Jesteś blady jak trup - odstawiła flaszkę na półkę za siebie. Założyła ręce na piersi i popatrzyła na niego z autentyczną troską. -Wszystko w porządku? - spytała. Todd poczuł przyjemny dreszcz, zbiegający mu wzdłuż kręgosłupa. Świadomość, że twój los nie jest komuś obojętny, jest bardzo krzepiąca. -Trochę łamie mnie w kościach. Chyba złapałem grypę. - podzielił się swoimi wątpliwościami. -Grypę... - mruknęła do siebie z namysłem. Sprężystym krokiem podeszła do przyjaciela. Zajrzała głęboko w szkliste oczy i przyłożyła dłoń do jego spoconego czoła. -Ty masz gorączkę! - krzyknęła, a Todd mógł przysiąc, że w jej głosie brzmi szczere oburzenie. - Wiesz, jakie to niebezpieczne? Pewnie nie masz pojęcia... Faceci... - wzniosła oczy ku niebu i odwróciła się na pięcie. Po kilku plaśnięciach i cichnącym szepcie, Todd domyślił się, że skierowała swoje kroki do łazienki. Szczęk otwieranej szafki. -Hm... Todd? Gdzie się podziały te wszystkie prochy na przeziębienie? - łazienkowe echo zniekształciło trochę jej wypowiedź, lecz nie mogło zmienić wyraźnego zaskoczenia, jakie ze sobą niosło. -Cóż... Nie pamiętasz? Połknęłaś wszystkie jak leczyłaś kaca... - rzucił swobodnie. Echo przyniosło do jego uszu nerwowy kaszel. -No to chwilowo nie dostaniesz żadnego medykamentu. - w następnej chwili stała już przed nim, trzymając w ręce jakiś dziwny przedmiot. Zanim Todd zdążył zaprotestować, zdecydowanym ruchem wsadziła mu go do ust. Mężczyzna zrobił zeza, starając się skupić wzrok na intruzie. Zamrugał szybciej oczami. -Co to? - spytał. -Termometr, głuptasie. - pozwoliła sobie na ironiczny uśmieszek. - A teraz zamknij dziób, bo ci wyleci. - zaśmiała się, jednak jej oczy rozbłysły groźnie. Todd pojął, że w jego szeroko pojętym interesie leży nie zniszczenie tego urządzenia. Rebel w gniewie była straszna... Podparł głowę ręką, bezmyślnie obracając językiem termometr. Zapanowała między nimi cisza, z rodzaju tych, które aż dzwonią w uszach. Todd czuł, że koniecznie musi przerwać milczenie, inaczej zwariuje. -Jimmy jeszcze śpi? - zadał pytanie i mimowolnie wytężył słuch. -Taa... - przytaknęła, uśmiechając się kwaśno. - Wrócił do domu nad ranem, pozbył się ubrania w przedpokoju i padł nieżywy na łóżko. Nie wiem gdzie był i, szczerze mówiąc, nawet się z tego cieszę. Cokolwiek robił, z pewnością nie było to nic legalnego. - westchnęła melancholijnie. -Tego możemy być pewni. - powiedział z rozbawieniem. -Tak, ale to nie ty musisz świecić oczami przed komendantem! - wydęła gniewnie wargi. -A szkoda, bo to naprawdę fajna dupa. - wybuchnął śmiechem, przytrzymując palcami wskaźnik, by nie wypadł podczas tego wybuchu wesołości. Rebel posłała mu grobowe spojrzenie. -Daj spokój, żartowałem.. - machnął ręką. Dla dziewczyny ten temat był bardzo drażliwy. Jako dzieciaki bawili się razem w czwórkę, a Morgan Stevenson - przyszły komendant policji - podkochiwał się w niej. Ona jednak wybrała jego starszego brata Jimmy'ego, łamiąc jednocześnie młodszemu serce. Dlatego wizyty na komendzie nie sprawiały jej szczególnej przyjemności. -Pokaż termometr. - oświadczyła chłodno. Todd zrobił skruszoną minę i wypełnił jej polecenie bez szemrania. -Dziękuję - powiedziała oficjalnym tonem, przyjmując szklaną rurkę. "Obraziła się..." - pomyślał Todd. - "Kobiety..." Jego zamyślenie przerwał zduszony okrzyk. -Boże, ty masz 40 stopni! Oczy zaokrągliły się mu jak spodki. -Niemożliwe... - mruknął. Rebel podsunęła mu termometr prawie pod nos. Spojrzał z niedowierzaniem na srebrną linię rtęci. Technika jednak nie kłamie... Wypuścił powietrze z głośnym sykiem, a gardło zapiekło go żywym ogniem. -W tej chwili masz iść do lekarza. - rozkazała. -A co się stało? - trzecia osoba włączyła się do dyskusji. Todd i Rebel odwrócili się zaskoczeni. O framugę drzwi opierał się młody, nagi mężczyzna. Kiwał się sennie i pocierał piąstkami oczy, lecz na jego ustach już igrał pogodny uśmiech, z którego był znany. Duże dziecko, bezpruderyjny hulaka i właściciel największego serca na świecie - Jimmy Saint we własnej osobie. Z obu gardeł wyrwało się ciche westchnięcie. Wyglądał tak słodko... Wymienili pełne bólu spojrzenia. Todd nie wytrzymał i spuścił głowę. To nie jego wina, że oboje kochają tego samego mężczyznę... Tymczasem Jimmy, nieświadomy rozterek swoich przyjaciół, zaczął powoli wracać do życia. W bladozielonych oczach budziły się figlarne iskry. Ziewnął rozdzierająco, pokazując zebranym swoje siódemki. Podrapał się po głowie, nie robiąc przy tym najinteligentniejszej z min. Właściwie, cały jego wygląd - drobna postura, strzecha koloru smoły i wieczny uśmiech - sprawiał, że ludzie brali go za nieszkodliwego kretyna. Błąd. Może i był idiotą, ale, jeśli chodzi o ścisłość, wyjątkowo sprytnym i piekielnie skutecznym idiotą. Gdy sytuacja tego wymagała, stawał się naprawdę niebezpiecznym skurczybykiem. Ale na co dzień był po prostu beztroskim dzieciakiem, zawsze chętnym do zabawy. -Hm... - zmarszczył czoło - Jakoś dziwnie wyglądasz Todd... -Też mu to mówiłam... - Rebel położyła ręce na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Szansa-cz.1 (Burzowe chmury na niebie koloru krwi) — czytnik · opowiadania