Komedia · 10 min czytania
Szatańska robota (część 1)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Niestety, ogłoszenie już nieaktualne… - Potrzebujemy tylko osób z doświadczeniem… - Proszę? Nie, nie! Pomyłka! Zgrzytając zębami, wykreśliłam ostatnią pozycję z mojej listy ewentualnych źródeł zarobku. Od kilku dni wisiałam na linii telefonicznej, usiłując znaleźć jakąkolwiek robotę na wakacje, lecz niestety nikt jakoś nie leciał na wyścigi z chęcią zatrudnienia mojej osoby. Szlag mnie trafił. - No i? – Do pokoju zajrzała moja matka. - No i nic – warknęłam, stukając ołówkiem w kartkę i obgryzając paznokieć. Matka wzięła się pod boki. - Jak to nic? – spytała z oburzeniem. – Niemożliwe, żeby nic nie było, na pewno się nie starasz! Unikasz pracy, tylko byś w chałupie siedziała i czytała książki! Wstyd, dwadzieścia jeden lat na karku i zero pomyślunku! Ech! Spełniwszy swój pedagogiczny obowiązek, rodzicielka opuściła pokój. Zgrzytnęłam zębami mocniej. Bóg jeden raczy wiedzieć, skąd mojej matce wzięło się przekonanie, że oferty pracy stosami leżą na ulicy, a ja, prawie się o nie potykając, zapewne złośliwie nie okazuję im należnej uwagi i zainteresowania. Nie chce mi się pracować po prostu, oto cała prawda! I cóż, że na dwa tygodnie w środku miesiąca nikomu się pracownika nie opłaca zatrudniać? To nie ma nic do rzeczy, po prostu leniwa jestem! Wstyd! Gdybym miała odrobinę przyzwoitości, zamieniłabym się w bardzo zawstydzony paproch. Nie zamieniłam się, widać nie byłam przyzwoita. Trudno. Potrzebowałam popracować sobie tylko przez dwa tygodnie, potem wyjeżdżałam z Polski na upragnione wakacje i moja rodzicielka stwierdziła, że to grzech i obraza boska siedzieć tak na tyłku w domu. Niewygodnie jej było widać z tą myślą, że po roku zasuwania na studiach mogłabym trochę odpocząć, poczuła się zatem w obowiązku wyprostować mi moje głupie poglądy na temat pracy i odpoczynku! Niech ja sobie głupio nie wyobrażam, że mi się taki luz może podobać! Tak naprawdę to nie podoba mi się wcale, przeciwna mu jestem, całe moje jestestwo woła o jakieś zajęcie, tylko ja tak beznadziejnie nie znam siebie. Ona zatem mi tu zaraz pokaże, jak powinien odpoczywać młody człowiek! Jak? Pracując, oczywiście! Patrzyłam na jej zapał z rezygnacją, hamowanie mojej matki w działaniu było bowiem równie skuteczne, jak próba zatrzymania rozpędzonej lokomotywy. Nie zależało mi specjalnie na przedwczesnym zgonie, przyglądałam się zatem nieco tępo jej szalonej działalności. Tym razem jednak rodzicielka nie poprzestała na wzniosłych mowach i snuciu wielkich planów – nie, ona wzięła się za wcielanie ich, o zgrozo, w życie. Plan polegał na tym, że kilka razy dziennie właziła do mojego pokoju i natrętnie wypytywała o efekty moich poszukiwań źródła zarobku. Następnie drepciła mi chwilę za plecami, przestawiała rzeczy na biurku, zaglądała przez ramię, otwierała i zamykała okno, znów zaglądała przez ramię, a potem zganiała z fotela twierdząc, iż ona bierze sprawy w swoje ręce. Siadała więc za komputerem, patrzyła przez moment w monitor, potem wzdychała ostentacyjnie, wstawała i demonstracyjnie opuszczała pokój nieroba. Ze swojej strony ograniczałam się do wściekłych zgrzytów zębami, dzięki czemu dentysta zaczął mi świtać na horyzoncie dość szybko. Nie podobało mi się to i popadałam w gniewną zadumę. Robota z nieba sama nie spada – myślałam ponuro, bazgrząc bezmyślnie w rogu kartki. – Pazurami ją z tego nieba ściągam i za każdym razem na łeb mi spada nie to, co trzeba… Ech, już mi wszystko jedno, co będę robić, byleby się ta hetera ode mnie odczepiła wreszcie! Diabli nadali z tą pracą! Nie wymyśliwszy nic konstruktywnego, najzwyczajniej w świecie poszłam spać.
Obudził mnie dziwaczny chrobot w mojej własnej szafie. Otworzyłam niechętnie jedno oko i spojrzałam na mebel z nieco sennym oburzeniem. Szafa zachrobotała silniej i wreszcie do mojego zaspanego umysłu dotarło, że meble same z siebie dźwięków wydawać nie powinny, a zatem niewątpliwie coś jest nie tak. Usiadłam na łóżku. Znienacka, jakby w odpowiedzi na moją zmianę pozycji, drzwi szafy otworzyły się i wyszedł z nich, jak Boga kocham, diabeł. Wywaliłam na niego gały (stwierdzenie, że popatrzyłam na niego ze zdumieniem, byłoby kłamstwem wręcz bezczelnym). - Zgiń, przepadnij, maro nieczysta… - powiedziałam niepewnie na wszelki wypadek. – Zaraz, chwila, co ja ględzę? - Też się zastanawiam – powiedziała z niesmakiem istota piekielna. Nie zwróciłam na to uwagi, zaprzątnięta nową myślą. - Śpię po prostu – poinformowałam przestrzeń tonem naukowego odkrycia. – Człowiekowi mają prawo przyśnić się różne rzeczy, a ja pacierza nie zmówiłam, kara boska po prostu. Diabeł popatrzył na mnie z politowaniem. Przyjrzałam mu się ciekawie – mogłam sobie w końcu pozwalać, sen nie sen, jedyna okazja, żeby na diabła za życia popatrzeć! Przedstawiciel Piekła ubrany był nader wytwornie - garnitur w prążki, na