Fantastyka · 26 min czytania
SZCZELINA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
SZCZELINA
Blok stał nad Odrą. Od brzegu rzeki dzieliło go zaledwie dwadzieścia, może trzydzieści metrów trawy, po której biegały dzieciaki, psy, po której spacerowali ludzie, poszukujący choć pozoru kontaktu z naturą. Wędkarze, mieszkańcy tego właśnie bloku i kilku następnych, stojących w równym szaro-paskudnym rzędzie, przesiadywali na swych krzesełkach łowiąc wyimaginowane ryby. Wydawać by się mogło, że równie dobrze mogliby zarzucić spławiki wprost z okien bloku, jednocześnie oglądając kolejny odcinek „Familiady”. Światło słoneczne skrzyło się na toni wody, wysyłając w kierunku bloku jasne promienie. Ta jego, część skierowana wprost na rzekę, w jasne dni upodabniała się do wielkiej baterii słonecznej. Ludzie zaś mieszkający za oknami musieli nosić okulary przeciwsłoneczne, by nie oślepnąć… Tak przynajmniej przypuszczali ci, którzy zamieszkiwali mieszkania z drugiej strony, wiecznie okrytej mrokiem cienia rzucanego przez sąsiedni blok. Oni blask słoneczny dostrzegali tylko wtedy, gdy któryś z mieszkańców bloku obok otwierał okna, posyłając im szklisty promień odbitego światła. Marek był jednym z tych, którzy okryci byli cieniem. Cień jednakże mu nie przeszkadzał, Marek bowiem zapomniał już, kiedy po raz ostatni odsłaniał żaluzje w oknie. Wsłuchiwał się w rumor samochodów jadących ulicą i czekał, kiedy coś się wydarzy. Bo musiało się wydarzyć. Wyczekiwał tego z lękiem, ale i z fascynacją. Tak samo, jak ci, którzy dostrzegają uchylone wieko trumny i postanawiają choć na moment zajrzeć do środka… Choć rzucić okiem. Marek nie mógł zdecydować, czy da upust swej ciekawości, czy też nie. Nie zawsze mamy wpływ na to, co dzieje się obok nas. Czasem możemy jedynie czekać. Spojrzał na ścianę, przy której stało łóżko. Patrzył na nią już wielokrotnie, wpatrywał się w nią, jakby wzrok miał sprawić, że (no, no, już!) wszystko nabierze tempa. Łóżko stało kiedyś przy samej ścianie, Marek chciał zasłonić nim miejsce zaraz blisko posadzki, którego nie potrafił pomalować - zawsze pojawiały się na nim paskudne plamy. Odsunął je jednak, by lepiej widzieć. By lepiej widzieć pęknięcie w ścianie, biegnące niemal od samego sufitu, aż do podłogi. Cieniutka, powykręcana linia, zwiastująca… właśnie, co? Dzieci bawiły się na dworze. Marek słyszał ich głosy. Przypominały mu te, które słychać na filmach katastroficznych, zaraz przed wybuchem bomby jądrowej lub przed atakiem kosmitów. Bo większość, oj, znaczna większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje wokół nich. Kierowcy w swych wozach nie wiedzieli, spacerujący po przydeptanej trawie mieszkańcy nie wiedzieli, nikt nie wiedział… Marek sięgnął po kapeć leżący zaraz obok. Podniósł go do góry i kilkakrotnie uderzył nim w podłogę. Nasłuchiwał. Z dołu dobiegła odpowiedź - uderzenia w sufit. Nikt nie wiedział poza nim i Jackiem. Oni dwaj wyczekiwali. Siedzieli wpatrując się w ściany w obawie, że coś przegapią. Przestraszeni i podnieceni. Przecież jedynie oni widzieli te pęknięcia. Tylko w ich mieszkaniach się one pojawiły. Z pewnością tak było. Wszyscy inni mieszkańcy bloku byli beztroscy, niczego nie dostrzegali, nieświadomi. Być może też mieli wszystko zauważyć, ale w swoim czasie. Uderzenia z dołu. Znak, że wszystko w normie, żadnych zdarzeń. Marek odpowiedział. Cisza. Pojawiło się przed tygodniem. Tak, raczej tak. Niespodziewanie wyrosło na ścianie, niczym korzeń dziwacznej rośliny. Powiło się w dół, wdarło się do mieszkania poniżej i gdy tam dotarło niemal do podłogi, zatrzymało się. Marek był przerażony, wydawało mu się, że jeszcze moment i wszystko trafi szlag, rozsypie się, zamieni w gruzy albo przyjedzie ekipa „Uwagi” i nakręci program o tym, jak to niebezpiecznie żyje się w polskich blokach. Nic się jednak nie stało. Pęknięcie ukazało się i trwało. - Co to za jebaństwo? - rzucił Marek, gdy Jacek przybiegł do góry. Marek pamiętał jeszcze, że tamten miał zapłakane oczy, całe napuchnięte. - Nie wiem. Nie wiedzieli tydzień wcześniej, nie wiedzieli również tydzień później. Choć byli pewni, że to pęknięcie, ono chciało im się wytłumaczyć lub też z nimi podroczyć. Następnego dnia po tym, jak się ukazało, dobiegł z niego głos. Cichy, mrukliwy szept. Marek podbiegł do szpary i przyłożył do niej ucho. Słyszał niby-słowa, ale niewyraźne, nierozpoznawalne. Jacek też je słyszał, stukał w sufit. Obaj nasłuchiwali, nasłuchiwali i nie zrozumieli, jakie słowa dolatywały do ich uszu. - Może to nie były słowa - powiedział Jacek. W dłoniach trzymał łańcuszek, obracał go w palcach jak różaniec. - A co? - Nic. Jakiś mruk, jęk, czy coś takiego. - A może tych słów po prostu nie zrozumieliśmy, może były wypowiedziane w innym języku. - A może tylko nam się zdawało, że w ogóle były słowami. - A tam! Ale dźwięki powróciły. Obaj długimi godzinami nadstawiali uszu, nieraz nawet sądzili, że zdołali wyłuskać pojedyncze wyrazy, ale one umykały, kryły się w szumie życia za oknami. Marek rozważał nawet możliwość zapchania nieszczelnych okien czymkolwiek, by zagłuszyć hałas miasta. Zszedł na dół do Jacka. On to uczynił. Porozrywał łóżko i fragmentami gąbki z materaca pozapychał szczeliny. Wydawał się być z tego dumny. Jego wargi były popękane, pokryte zaschniętą krwią. Uśmiechał się niemal drapieżnie. - I co? Sądzisz, że to faktycznie pomoże? - spytał Marek. W mieszkaniu sąsiada unosił się zapach niemytego, zapoconego faceta. - Nie wiem. Ale zawsze warto spróbować, nie? Marek wyczekiwał więc dźwięków w swym mieszkaniu, Jacek zaś w swoim, ograniczali kontakty z sobą, komunikowali się głównie za pomocą uderzeń. Bum, bum - Wszystko gra? Bum, bum - Gra! Szczelina zaś nie powiększała się, jakby po prostu wypełniała swoje zadanie - pojawiła się i tyle, nic więcej. Mijały kolejne dni, Marek tylko raz postanowił wyjść na zewnątrz, by uzupełnić pustą lodówkę. Kupił trochę jedzenia koledze, ale ten nie otwierał, gdy Marek dzwonił do drzwi. Powrócił do swego mieszkania i wsłuchał się w szczelinę. Głos szemrał i wypowiadał niezrozumiałe wyrazy. Marka zaczynały ogarniać wątpliwości. Bo przecież tajemnicze głosy płynące ze szczeliny mogły być jedynie wymieszanymi w tyglu czterech ścian głosami mieszkańców bloku. Przelewały się w przestrzeni, nakładały się na siebie i ulatywały przez te szczelinę, zgodnie z prawami fizyki, akustyki, czy czegoś podobnego. Marek rozglądał się po swoim mieszkaniu, nie sprzątanym od wielu dni, pozostawionym samemu sobie, przypominającym norę borsuka, który zapadł w sen zimowy i poczuł ukłucie strachu. A co, jeśli tak już będzie? Co, jeśli każdy kolejny dzień będzie nasłuchiwaniem nieistniejących głosów, wyciąganiem pieniędzy ze skrytki i myśleniem, że kiedy się skończą, będzie musiał iść do pracy? Zaglądał do swego schowka i przeliczał pieniądze na dni, nadal z pozornym spokojem, lecz już podbudowanym drobnym pierwiastkiem lęku o to, że przecież nic nie trwa wiecznie. Pieniądze nie śmierdzą, wbrew opiniom. Te, które tak skrupulatnie kalkulował nie pachniały niczym innym niż farbą drukarską i podpisem Hanny Gronkiewicz-Waltz. Uderzył kapciem w podłogę, brak odpowiedzi. Powtórzył uderzenie. Nic. - Jacek! - zawołał. - Odezwij się! Jacek! Upadł na podłogę, ucho przystawił do podłogi. Drugie przesłonił dłonią, potem wepchnął palec głęboko w ucho. Zamknął oczy, wstrzymał oddech. Głosy miasta przekształciły się w odległe buczenie, niemal przestały istnieć. Marek słyszał bicie swego serca. Waliło jak zdziczałe. Słyszał też szloch Jacka. Bardzo wyraźnie. Facet płakał. Marek otworzył oczy. Usiadł, oparł się o starą meblościankę. W zasięgu ręki miał otwartą paczkę herbatników, więc zjadł jednego. Z trudem przełknął wilgotna papkę. Zjadł jeszcze jedno ciastko. Podszedł do okna i wydłubując językiem lepką słodycz spomiędzy zębów wygiął jeden ze szczebelków żaluzji. Zmierzchało. Auta rozświetlały ulicę reflektorami, ludzie wracali do domów z pracy (jaki był dziś dzień? Na placu zabaw pod blokiem szalały dzieciaki, pewnie był więc piątek? sobota?), by spokojnie przeżyć wieczór i noc. Marek włączył lampkę stojącą na podłodze obok przykurzonej wieży. Blask żarówki nadał pokojowi jasno brunatny kolor. W tym świetle szczelina w ścianie wydawała się szersza, niemal żarłoczna. Marek zbliżył się do niej powoli, pociągał nogami. Zaczynał odczuwać zmęczenie, głowa zdawała się ostrzegać przed nadpływającym bólem. Tak, brakowało mu słońca, powietrza, brakowało mu witamin i tym podobnych pierdów. Ale przecież wyszedł tego dnia na dwór. Poszedł do sklepu, kupił co miał kupić i… już. Nie oddalał się za bardzo od bloku, bo nie chciał zostawiać Jacka samego, bał się o kolegę, przecież spotkała go ostatnio wielka tragedia i Bóg jeden wiedział, co mogło mu strzelić do łba. No i nawet zrobił zakupy dla niego: chleb, masło, wędliny. Nie odszedł daleko, bo bał się o kolegę. Tyle i tylko tyle. Szczelina miała chropowate krawędzie. Marek mógł wcisnąć w jej wąskość zaledwie koniec paznokcia, taka była wąska. Przesunął po niej dłonią. Z ledwością ją wyczuwał. Przy odrobinie nieuwagi mógłby jej nigdy nie dostrzec, potraktować jako najnaturalniejszy element bloku, ot, zmęczenie materiału, błąd budowniczych… Mógłby z nią żyć. Ona nie wadziła jemu, on jej. Ale widział ją zbyt długo, zbyt długo wpatrywał się w jej czarną szparę… Jezu, wsłuchiwał się w nią, więc nie potrafiłby jej tak o, po prostu, uznać za element rzeczywistości równie oczywisty jak bulgotanie wody w spłuczce. Nie, nie, nie. Ta szczelina istniała w jego mieszkaniu i w mieszkaniu Jacka, nikt inny jej nie miał, nie widział, nie był świadom głosów z niej dobiegających. Tak, Marek to wiedział, jednocześnie jednak zaczynał podejrzewać, że… że mu odpierdala… Przyłożył ucho do szczeliny. Głosy istniały i tego wieczora zdawały się wypowiadać słowa bardziej zrozumiałe. Może jakiś nieziemski logopeda się nimi zajął, hę! Marek przymknął oczy i usłyszał wyraźnie kobiecy głos, głos znajomy. Głos, którego nie słyszał od dobrego miesiąca. Przerażony odsunął się od ściany. Fala gorąca uderzyła w niego jak wściekły byk nacierający na torreadora. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Ten głos z pewnością nie stanowił mieszaniny głosów mieszkańców bloku. Marek dokładnie rozpoznał jego barwę, ale przecież jak mógł uwierzyć swym zmysłom? No bo przecież zmysły mogły się mylić, uszy mogły dać się oszukać. Ze szczeliny dobiegał głos Halinki, a Halinka nie żyła od miesiąca. XXXXX Halinka, jak to mówią, zginęła niepotrzebnie. Jej śmierć była głupia, idiotycznie banalna i kretyńska. Marek, gdy po kilkunastu dniach od tragedii spłynął z niego pierwszy szok, pomyślał, że o takich śmierciach czyta się w brukowcach, „Nagrodach Darwina” i kręci głową ze zdziwieniem, że to prawda, że ktoś może zginąć w taki sposób. Wracała z pracy. W jednej dłoni miała siatkę z zakupami, w drugiej przyłożoną do ucha komórkę, przez którą rozmawiała z Jackiem (wielokrotnie potem zapewniał Marka, że to on zabił Halinkę, że to jego durny telefon sprawił, że kobieta przekroczyła granicę między życiem i śmiercią). Jacek zadzwonił do Halinki zupełnie nieświadom tego, że dzielą ich cztery piętra bloku. Myślał, że jest jeszcze daleko od domu, a ona właśnie sięgała dłonią objuczoną w siatkę do drzwi windy. Jacek powiedział Markowi, że przekomarzał się z Halinką o to, czy zdoła jej opowiedzieć cały swój dzień w pracy przez telefon. Też coś, myślał Marek, też mi coś. Jacek pracował wtedy w magazynie supermarketu i jego codzienność przesłonięta była przez stosy palet wypełnionych tonami jajek, cukru i tandetnych kubeczków po 4,99. To była gówniana praca za gównianą zapłatę. Marek zastanawiał się, czy on sam zdolny byłby do wstawania codziennie rano, siadania na wózek widłowy i jeżdżenia, jeżdżenia, jeżdżenia… Zastanawiało go to i przerażało zarazem. Sprawiało, że patrzył na uszczuplające się zapasy gotówki z coraz większym niepokojem. No i Jacek opowiadał Halince, jak to przestawiał palety z miejsca na miejsce, jak to kolega z pracy poślizgnął się i wylądował dupą w wielkim opakowaniu mąki, która eksplodowała rozsiewając wokół biała chmurę pyłu. Halinka zaś sięgała do drzwi, otwierała je. Jacek usłyszał jeszcze ciche „Oj!” Halinki, a potem jej komórka zapiszczała przeciągle i nastała cisza. Natychmiast poczuł, że coś się stało. Byli tak blisko siebie, że być może ich ciała nawiązały nadświadomy kontakt, który niespodziewanie uległ zerwaniu. I ciało Jacka zareagowało instynktownie, niemal bezmyślnie - pognało w poszukiwaniu swego dopełnienia. Jacek, wraz z grupką sąsiadów, znalazł Halinkę zmiażdżona kabiną windy. Kobieta otwarła drzwi, gdy kabina jeszcze nie zjechała z góry. Drzwi nie zaprotestowały, tylko najnormalniej w świecie dały się otworzyć. Spadła kilka metrów w dół, wydając z siebie ostatnie „Oj!”. Lekarze stwierdzili, że zginęła na miejscu. Że tak szczęśliwie (Jacek wzdragał się na myśl o tym, że rzeczywiście w tym przypadku słowo „szczęśliwie” w odniesieniu do śmierci było jak najbardziej na miejscu) spadła, natychmiast łamiąc sobie kark. Następnie zaś z góry zjechała kabina i zmiażdżyła…