Fantastyka · 7 min czytania
Szczęściarz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
***
Kiedy obudził się czuł jeszcze kwaśny smak wczorajszego piwa. Miał już z tym skończyć ale jakoś nic mu z tego nie wychodziło. Mimo to - pomyślał z niesmakiem - to co wczoraj w siebie wlewał byłoby wielką przesadą nazwać piwem. - Pierdolone tanie karczmy. Nigdy więcej nie przenocuje w takiej spelunie. - pomyślał. Przeciągnął się jeszcze parę razy po czym zgramolił się leniwie z łóżka. Okiem doświadczonego łowcy nagród ogarnął cały pokój i sprawdził po kolei czy wszystko to, z czym kładł się wieczorem nadal jest na swoim miejscu. Z niemal nadzieją zajrzał do sakiewki. - O w mordę. - zaklął pod nosem. - Ale musiałem wczoraj zabalować! Chyba będę musiał poszukać jakiejś roboty. - w czasie jego monologu rozległo się pukanie do drzwi. - Czego! - i łapiąc się za wciąż bolącą głowę podchodzi niepewnie do drzwi. Lecz nawet kac gigant nie był w stanie stępić jego wrodzonej ostrożności. Chwycił tylko swój ulubiony, mocno już wysłużony sztylet i zrobił kilka kroków w kierunku natarczywego odgłosu. - Człowiek z ostrzem w ręce czuje się od razu pewniej. - pomyślał zadowolony. W końcu otworzył drzwi a jego oczom ukazał się chłopiec w wieku około 15 lat. - Kiedyś wysyłali na mnie większych zabójców. - zażartował. - Chciałeś czegoś chłopcze? - spytał chowając ostrze do skórzanej pochwy. Atak przyszedł tak niespodziewanie, że nawet nie poczuł bólu. Najpierw nóż tkwiący w jego piersi wywołał pewnego rodzaju zdziwienie. Cała scena rozegrała się w mgnieniu oka. Kiedyś zastanawiał się dlaczego ludzie umierający w taki właśnie sposób jak on próbują jeszcze ostatkiem sił wyciągnąć śmiertelne ostrze. Teraz wiedział. Ten bezrozumny popęd ku zachowaniu życia, ta siła która pcha nas by chwycić za rękojeść i jakimś cudem uratować swoje życie zmuszała ich do tego. Lecz w wielu przypadkach jest już na to za późno. Próby wyciągnięcia sztyletu z piersi wywołały tylko grymas uśmiechu na twarzy jego zabójcy. Upadł na ziemię wprost w kałużę swojej krwi. - A więc tak ma wyglądać mój koniec? Zawsze wyobrażałem sobie, że zejdę z tego świata w nieco bardziej spektakularny sposób. Wielki pojedynek lub szczególnie wyniosłe i niebezpieczne zadanie byłoby odpowiednie. - pomyślał. Czuł się rozczarowany i oszukany, nie czuł nawet gniewu na swojego kata... ale było mu niezmiernie smutno. Tak smutno, że postanowił zamknąć oczy i zasnąć. Ciemność zwaliła się na niego jak wielka, ciężka kotara. Nagle poczuł jak zaczyna spadać i wirować wciąż niżej i niżej...
***
Ze snu obudziło go lekkie szturchanie. Odepchnął je niedbałym ruchem ręki i przewrócił się na drugi bok, ignorując zupełnie osobę starającą się go obudzić. - Kto to włazi do mojego pokoju bez pozwolenia? - przemknęła mu ulotna myśl. - Ale miałem dziwny sen, przyśniło mi się, że zabił mnie jakiś dzieciak. - przeciągnął się na posłaniu po czym otworzył oczy. To co ukazało się jego oczom nie było jego pokojem. Całkowicie już rozbudzony zerwał się na równe nogi i szybkim spojrzeniem omiótł całe pomieszczenie. Pierwsze jego spostrzeżenie to, że tam, gdzie się znajdował nie było ścian. Na prostym drewnianym stole stały dwie zapalone świece, obok stołu dwa, równie proste co stół, krzesła. Blisko niego leżało proste posłanie, z którego właśnie się poderwał. Trochę na lewo stała postać odziana w długi płaszcz z zaciągniętym na twarz kapturem. Spod niego było jedynie widać dolną część twarzy - była to twarz kobiety. Kobieta uśmiechała się, a był to najbardziej niezwykły i czarujący z uśmiechów na całym świecie. Zakochał się w tym…