Inne · 12 min czytania
Szczęściarz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdy byłem mały, inne dzieci znęcały się nade mną, ponieważ byłem inny. Przynajmniej w ten sposób próbowała je tłumaczyć moja ulubiona nauczycielka, pani Szeli. Gdy tylko przekraczałem szkolne mury, biegały za mną. Czułem się jak piłka, każdy chce ją kopnąć, prawda? Aż w końcu im się udało. Wszystkie dzieci się śmiały, oprócz mnie. Karetka zabrała mnie do szpitala i tak otrzymałem nowe przezwisko: szczęściarz. Nazywam się Kuba, dorastałem w małym miasteczku w Teksasie, gdzie mamy jedną szkołę, kościół, supermarket, mały szpitalik i dziesięć barów. Rozrywka była uboga, ale mieszkańcy nie narzekali. Mieszkałem z tatą w domu z ogrodem, zagrodą i polem kukurydzy. Gdy dotarliśmy do szpitala, oprócz bólu, czułem również ulgę, że nie muszę już uciekać. Po prześwietleniu obu nóg, czekałem na diagnozę. Lekarze, jakby nie zdając sobie sprawy z mojej obecności, zaczęli prognozować: - Obie złamane - zaczął doktor, po czym kontynuował. - Może będzie potrzebna operacja, ale zacznijmy od gipsu a później się zobaczy. - Dobrze - przytaknął asystent i zamienił mnie w mumię, po czym pani Szeli odwiozła mnie do domu. Był już wieczór, ciszę zagłuszał odgłos świerszczy, gdy zobaczyłem tatę wracającego z pola. Gdy tylko mnie zauważył, zaczął biec ile sił w nogach. Nie miałem pojęcia, że jest taki szybki. - Co się stało? - krzyczał z daleka zasapany - Co się stało? - powtórzył niedźwiedzim głosem. - Dzwoniłam, ale pan nigdy nie odbiera, cholera, co z pana za ojciec?! - zaatakowała piskliwym tonem niczym mysz moja ulubiona pani, choć w jej oczach dostrzegłem byka. Zagarnęła włosy tak jak zawsze, gdy tylko się zdenerwuje. Zapadła cisza. Spojrzeli na siebie szukając usprawiedliwienia dla wypowiedzianych za głośno słów. - Przepraszam - zaczęła pani Szeli. Poczułem w powietrzu nić porozumienia, niczym troskę o dziecko martwiących się rodziców. Uśmiechnąłem się, bo poczułem się dla kogoś ważny. Tato przerzucił mnie przez plecy niczym worek z cementem i odprowadzając wdzięcznym wzrokiem panią Szeli do auta, ruszył w stronę drzwi. - Choć synu, opowiesz mi co się stało, a ja przygotuję Ci coś do jedzenia, okej? - spojrzał z uśmiechem na mnie i ja na niego. I tak przegadaliśmy całą noc. Ból odszedł, gdy w sercu pojawił się spokój, przynajmniej tak to zapamiętałem. Po ośmiu tygodniach w gipsie i kolejnych ośmiu fizjoterapii, lekarze zdecydowali się operować. Po kolejnych rehabilitacjach nieprzynoszących efektu i roku spędzonym u różnych lekarzy, miałem więcej prześwietleń niż zdjęć w albumie. W końcu lekarze się poddali. Zamieniono kule na elektryczny wózek inwalidzki, mój prywatny odrzutowiec. Szkoda tylko, że zamiast pasa startowego, miałem w domu schody. Naukę kontynuowałem w domu. Pani Szeli odwiedzała nas 3razy w tygodniu. Dzięki niej nauczyłem się czytać, pisać i liczyć. Poznałem również naszych prezydentów i mogę nazwać gwiazdy, nie te, które oglądamy w telewizji, ale te prawdziwe, na niebie. Gdy przyszło lato, nauczycielka przyniosła mi dyplom ukończenia szkoły. Założyłem togę, mój tata się wzruszył, było super. - Gratulacje - krzyczeli dumni i szczęśliwi. - Udało Ci się - dodali. Spojrzałem w lustro, jakby chcąc pożegnać chłopca ze szkoły i zacząć dorosłe życie. Ponieważ do liceum było za daleko, zakończyłem edukację na 10tej klasie. - Synu, ponieważ nadal musisz się wiele nauczyć, kupiłem Ci komputer - powiedział ojciec z kręcącą się łzą w oku. - Słyszałem, że komputery są przyszłością i kiedyś zastąpią nauczycieli - dodał, próbując mnie przekonać i siebie samego również, że to urządzenie stanie się lekiem na moje nieszczęścia. Więc zacząłem, strona po stronie, film po filmie, muzyka, strony dla dorosłych, wszystko w jednym miejscu. Odnalazłem swój świat, bez barier, schodów, niebezpieczeństw, zawsze mogłem go wyłączyć, gdy czegoś się przestraszyłem. I czas płynął, miesiące, lata, ojciec przestał się martwić, że za dużo pracuje i ciągle zostawia mnie samego. Mama odeszła od nas dawno temu, jak byłem mały. Prawie jej nie pamiętam, jej głos, zapach, wyobrażam sobie jak teraz może wyglądać. - Czy bym ją poznał? Dzięki tacie wiem jaka była, jak zwykł mówić: - była podstępną i chciwą żmiją, chyba każdy ją miał w tym miasteczku, może dlatego jesteś taki mądry, po wielu ojcach - kończył śmiechem, choć dla mnie to nigdy nie było śmieszne. Nie wybiera się rodziców, nie cofa czasu, mogłem tylko pomarzyć o innym życiu. W świecie wyobraźni nie byłem już sam. Mama i tata byli razem, a dzieci biegały ze mną, a nie za mną. Miałem przyjaciół i dziewczynę. Przelewałem zaczarowany świat na kartki papieru, by stał się bardziej prawdziwy. Malowałem i komponowałem melodie w rytmie marzącego serca. Zamykałem oczy, muzyka i pragnienia zapełniały puste pokoje zamieniając je w kolorowy świat niekończącego się szczęścia, śmiech rodziców, odgłos bawiących się dzieci z tyłu domu. Chcąc zasłonić ręką oślepiające mnie promienie słoneczne, zauważyłem koleżankę z klasy. - Ależ wypiękniała?! - zdawałem się mówić do siebie. Odwdzięczyła się spojrzeniem i podeszła śmiało, łapiąc mnie za rękę... i szary świat powrócił. Musiałem wyczyścić komputer po filmie dla dorosłych. Marzenia nie zawsze się spełniają, ale pomagają toczyć koło życia. Tego dnia spojrzałem w błękitne niebo, próbując znaleźć odpowiedź: - Panie Boże, stworzyłeś tyle sprzeczności na tym świecie, dlaczego? Lecz odzewu nie było. Tylko jedna osoba w moim życiu mnie nie zawiodła, nazywam go tatą, ale tak naprawdę to mój przyjaciel. I mimo, iż nie jest... - Jak nazwać kogoś, kto pierdnie, kichnie i splunie jednocześnie? - Okrzesany to chyba dobre określenie, ma serce konia i uczciwe oczy. Gdybyście mogli tylko poczuć na sobie jego spojrzenie, pełne i szczere. Wstaje o 4tej rano, ubiera się, je śniadanie i nuci ulubioną melodię pobudzając do otwarcia oczy. A gdy już je otworzy, przygotowuje dla mnie śniadanie mistrzów, dbając o szczegóły, buźki owocowe na kanapce z czekoladą, frankfurterki