Biografia · 6 min czytania
Szczęśliwy człowiek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Był maj, kwitły konwalie, niezapominajki - jak każdego roku. Co prawda, jakby po rowach jest ich mniej, maków też - znikają, chorują - ludzie znaleźli sposoby na unicestwienie tego maleńkiego piękna. Od kilku dni słońce rozkoszowało się świeżą zielenią. Po południu miał być pogrzeb. Stałam przy oknie i wyjątkowo długo patrzyłam na ogród - zupełnie zaniedbany - pomyślałam. Co ja mam wziąć na ten cmentarz? - niewiele mam oszczędności na dobry bukiet z kwiaciarni - tam potrafią to sprawnie i szybko przystroić, dopiąć to co trzeba, kolory dobrać - nie trzeba się martwić - zawsze poprawnie; jakoś nie mogłam tego przyswoić.
Zapytałam: tam na końcu rosną niezapominajki - może pójdę pozrywam je na bukiecik - jest jeszcze trochę czasu do pogrzebu.
Ile miał lat? Zabrzmiało to bezbarwnie. Dlaczego żył, był szczęśliwy? Był bardzo szczęśliwy - mówił o tym tak niedawno. Pamiętam wszystkie jego wystawy z okazji różnych "leci", ale ta ostatnia miała inny ton. Była uroczysta, już te ponad sześćdziesiąt trzy lata pracy twórczej, było okazją do przekazania mu złotej odznaki - tak niewielu artystów ją otrzymuje. Rozmowy przed wystawą, wybieranie prac, porządkowanie, katalog; wszystko to odbywało się u Artysty w domu. Nie chciał wychodzić; był po chorobie, czuł się jeszcze niepewnie fizycznie, bezpieczeństwo domu trzymało go przy siłach. Na moje prośby i zapewnienia, że fotel będzie nie tylko wygodny i łatwy do przemieszczenia, bo na kółkach - nic nie obiecywał.
Trochę było mi żal, czułam się jakby niedowartościowana, egoistycznie smutna, kiedy nie przyjechał na wernisaż. Grono wernisażowych gości gęstniało, trzeba było zafunkcjonować i skupić się na nich, wszystko zgodnie z planem "popłynęło". Gratulacje, listy pochwalne, telegramy, laurki, odznaka, którą przywieziono z Warszawy - zostały przekazane na ręce Pani Meli - dla Tatusia.
Część 22 / 2
Radość, grzeczności; było dużo - nie było Artysty. Teraz Go rozumiem - myślę, że denerwowały Go takie większe "fety" i pochwały, w głębi serca był naprawdę skromnym i cichym człowiekiem. Robił swoje z miłością i upodobaniem, z pasją i z zachwytem. Był sobą aż do granic... "Nie wyobrażam sobie, abym w życiu mógł robić coś innego. Wydaje mi się, że robię to właśnie co powinienem i co potrafię najlepiej. Dlatego jestem szczęśliwym człowiekiem" - tak mówił.
Otwarcie przyznawał się do nierozumienia abstrakcji - tak mało Go obchodziła - może nigdy nie potrzebował jej rozumieć, czy głębiej poznać;"Wolę malować to co widzę - przecież jest najpiękniejsze, co widzę w naturze".
Niewiele też zajmował Go człowiek ze swoją skomplikowaną i przewrotną naturą - chociaż z mojej skromnej obserwacji w pracy i w Związku Plastyków, zawsze był ogromnie tolerancyjny na wszelkie mankamenty ludzkiego postępowania. Nie tyczyło to jednak działań artystycznych - tu potrafił "wypalić z grubej rury", ostro, jasno, zdecydowanie i prosto - mówił co mu się