Fantastyka · 42 min czytania
Szczury
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Abigail podniosła głowę i spojrzała w okno. Robiło się ciemno, chmurzyło się. "Zbiera się na deszcz", pomyślała. Niebo było szare, grafitowe, ciężkie, a z pomieszczenia, w którym siedziała, zdawało się również być ciemniejsze, niż w rzeczywistości. Lampa oliwna zakołysała się nad zasłanym papierami stolikiem; po belce, do której była przywieszona, przebiegł szczur. Abigail wodziła za nim wzrokiem, dopóki nie zginął w ciemności pułapu. Jeszcze raz spojrzała w okno, na zrujnowane podwórze, i wróciła do swoich notatek.
***
Wiał silny wiatr; wypychał poły płaszcza, zakręcał kaptur wokół czoła, targał końską grzywę i ogon. Nie było niczego, co mogłoby powstrzymać wichurę na tym wrzosowisku. Podróżny wjechał na pagórek. U jego stóp zobaczył dwupiętrowy dwór, otoczony niewysokim, rozsypującym się murem. Tył dworu ochraniał las; podróżny nie pamiętał, żeby ktokolwiek, kto wskazywał mu drogę, wspominał mu o nim. W jednym z okien zobaczył nikłe światełko. Pewnie kiedy indziej wolałby ominąć miejsce, które wyglądało na opuszczone, a jednak w którym ktoś przebywał. Ale teraz, kiedy słońce już zaszło, a wokół szalała wichura, chciał jedynie znaleźć miejsce na nocleg. Poza tym, zaczynało kropić.
***
Pisała właśnie o reakcjach organizmu ludzkiego na wywar z... o bogowie, co za senny wieczór..., kiedy usłyszała kroki na korytarzu. Powolne, ale niezbyt ostrożne; przy każdym kolejnym stąpnięciu trzeszczała podłoga. Momentalnie oprzytomniała, odeszło jej całe zmęczenie. Jedną ręką sięgnęła do pasa, po sztylet, w drugą wzięła butelkę jakiejś mikstury. Nieważne jakiej, liczyło się to, że butelka była z bardzo, naprawdę bardzo grubego szkła. Wstała powoli, napięła wszystkie mięśnie, gotowa do obrony. Drzwi otworzyły się powoli, bez spodziewanego, mrożącego krew w żyłach skrzypienia. W zupełnej ciszy do pokoju wszedł wysoki człowiek, z jego płaszcza na podłogę spływała woda. Abigail rzuciła szybkie spojrzenie za okno; faktycznie, deszcz lał się strumieniami. Przybysz zdjął kaptur: miał szarobrązowe włosy i oczy, które wyglądały tak, jakby ślizgał się po nich płynny biały ogień. Doprawdy, rzadko spotyka się ludzi o tak jasnym wzroku jak ten mężczyzna. Abigail poczuła, jak pod jego wpływem powoli uspokaja się. Wtedy przybysz przerwał ciszę. - Witaj. Jestem Merah.
***
Część 22 / 3
Erbe nakreśliła krąg w powietrzu lewą dłonią, z prawej wysypała trochę błękitnego proszku; zamigotał przez chwilę i zniknął. Wyśpiewała jakiś dźwięk, uczyniła gest, jakby chciała coś odegnać. Przed nią pojawiła się niebieska, płaska elipsa. Wzięła do ręki lekką skórzaną sakwę i wstąpiła w portal.
***
Abigail nie bardzo wiedziała, co ma uczynić z przybyszem. Nie czuła się w dworku gospodynią, nie była pewna, czy ma mu zaproponować kolację, czy co... Nie miała zbyt wiele jedzenia, tylko tyle, ile przewidziała dla siebie na podróż. Z drugiej strony, nie wiedziała, na ile może czuć się przy tym mężczyźnie bezpieczna. Wzbudzał zaufanie, ale to w końcu nieznajomy... Od dylematów wybawiła ją Erbe, nagle wchodząc do pokoju. - Witaj siostrzyczko! Widzę, że masz gościa? - spojrzała ciekawie na siedzącego w fotelu mężczyznę. - Erbe? Co tutaj robisz? I jak...? - Poprzez portal. Tam się otworzył, w korytarzu - przerwała Erbe. - Spodziewałam się, że będziesz się nudzić tego wieczora, więc wpadłam cię odwiedzić. Widzę jednak, że masz towarzysza. Wobec tego, napijmy się! - zamaszystym gestem wyciągnęła z sakwy butlę koniaku. Abigail już wstawała, by wyciągnąć swój kubek, jednak wtedy Merah odwrócił się do swojej torby i wyciągnął jakiś bukłak. - Może lepiej napijmy się tego... To pierwszorzędna brandy - powiedział, patrząc na Erbe. Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem, żadne nie zamierzało odwrócić oczu. Widząc ten niemy pojedynek, Abigail westchnęła i wstała. - W piwnicach pod dworkiem jest pełna winiarnia, prawie wszystkie butelki są nienaruszone. - potoczyła spojrzeniem po czarodziejce i podróżnym. - Zejdźmy tam razem, żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości. Piwnice były suche i chłodne, na ziemi, nie wiedzieć czemu, leżało wyschnięte siano. Rzędami ustawione były sięgające do sufitu półki z butelkami i beczkami, pod ścianami stały pełne gąsiory. Na ten widok Merah aż otworzył usta ze zdumienia. - Jak to się stało, że jeszcze nikt nie zrabował takiego bogactwa? Ile to może mieć lat, dziesięć? - Siedemdziesiąt najmłodszy rocznik - odrzekła Abigail. Merah nie mógł otworzyć ust jeszcze szerzej, niż na początku, więc postanowił je zamknąć. - Potem sobie pogadacie - ucięła Erbe. - Bierzmy wino i chodźmy na górę. Nie lubię podziemi - wzdrygnęła się. Na górze Merah rozsiadł się w fotelu i otwierając wino, rozpoczął rozmowę. - Kim jesteś, Abigail? Skąd i dokąd podróżujesz? - Z Em do Antitii, jestem alchemiczką. Potrzebuję kilku substratów, których nie da się kupić w Em, za to są dostępne w Antitii. - Po co więc włóczysz się po tych bezdrożach? Przecież z Em do Antitii jest dzień drogi bitym traktem - korek z wina wystrzelił z pyknięciem i rozbił wiszące na ścianie lustro. - O cholera... To chyba był zabytek. - Spokojnie, nic się nie stało. No, nalej mi, spokojnie, nie tak chojnie. Tak wracając do rozmowy - wolę jechać tędy, bo na tym szlaku jest bezludnie. Bezpiecznie. - Abigail pociągnęła łyk trunku z kubka. - Tak, faktycznie... Obecnie napotkanie człowieka na gościńcu może skończyć się równie źle, jak napotkanie watahy wilków w lesie. Lub nawet gorzej. Mimo to, pora nie jest bezpieczna. Wkrótce berezery zejdą z gór. - Dopiero za dwa tygodnie. Przez chwilę panowała cisza. Po chwili odezwała się Erbe. - A ty, Merah? Czym się zajmujesz i jak się znalazłeś w tym dworku? - Po prostu... wędrowałem tędy. Przewożę towary. - Rozejrzał się po pokoju. Erbe chciała już coś powiedzieć, ale zaczął znowu mówić. - Jak stary jest ten dom? - Ma niecałe osiemdziesiąt lat. Został opuszczony jakieś siedemdziesiąt temu. - odpowiedziała Abigail. - A więc był zamieszkany przez krótki czas. Czemu został opuszczony? I jak to się dzieje, że jest tu tak czysto? I... czy mi się wydawało, czy ja to lustro przed chwilą rozbiłem? Zabytkowe zwierciadło wyglądalo na nienaruszone. - Rzucono tu zaklęcie ładu - rzeka tonem znawcy Erbe. - Jest bardzo silne i niesłychanie trwałe. Bywa, że na ruinach starego domu w ogóle nie osiada pył, bo dawno temu został zaklęty. A jeśli się przyjrzysz temu lustru z bliska, to zobaczysz, że w rzeczywistości jest wygląda jak mozaika, bo przed chwilą zostało rozbite, tylko że samo się z powrotem złożyło i oprawiło. Merah rozejrzał się z podziwem. Ktoś musiał dysponować potężną mocą, by tak silnie zaczarować tak duży budynek. - Istnieje wiele wersji historii tego dworku - powiedziała Abigail. - Jedna z nich mówi, że córka właściciela, kasztelana, została uwiedziona przez elfa i zaszła w ciążę. Kasztelan przyjął elfa do domu jak swojego, był już nawet planowany ślub. Żona kasztelana była temu przeciwna i z niejasnych powodów nienawidziła elfa. Więc kiedy córka umarła przy porodzie, a dziecko urodziło się martwe, rzuciła klątwę. Wkrótce sama zmarła, a po niej elf. Na podwórzu po dziś dzień stoją trzy kopce, bo córka została pochowana razem z dzieckiem. Po tych wydarzeniach kasztelan opuścił dom. - Ale piwnice pozostawił pełne. - Merah napił się wina. - Tylko winiarnię - odrzekła Abigail. - Reszta piwnic jest pusta. Podobno wyjeżdżał w pośpiechu, zapewne nie miał czasu wszystkiego ze sobą zabrać. - Tym lepiej dla nas - Erbe przeciągnęła się w fotelu, ziewnęła. Zerknęła na Meraha spod przymrużonych powiek; to spojrzenie nie umknęło uwadze Abigail. - Sugeruję iść już spać - powiedziała. - Jutro trzeba ruszać dalej. - Dobrze - Merah wstał. - Pójdę spać do innego pokoju. Nie będę się wam napraszał - uśmiechnął się i lekko ukłonił. - Idź do komnaty na końcu korytarzu, po prawej. Zdaje się, że jest w całkiem dobrym stanie. My zostaniemy tutaj. - Zatem, dobranoc. - Merah zabrał swoją torbę i wyszedł, zamykając drzwi. Erbe wzięła się pod boki, spojrzała na Abigail i głośno wypuściła powietrze, po czym uśmiechnęła się uśmiechem osoby wiedzącej, co się święci. Lub takiej, której wydaje się, że wie. - Noo... - powiedziała - widzę, że ładnie sobie poczynasz poza miastem. - A co, zazdrościsz? - Abigail skrzywiła się, ale zaraz potem również uśmiechnęła. - Nie... ale masz może przy sobie coś z tych twoich cudownych i niezawodnych środków? - Tobie mogę najwyżej dać szklankę zimnej wody. Na głowę - odrzekła Abigail, i za chwilę musiała ze śmiechem uskakiwać przed kuksańcem siostry. - Chodźmy już spać, Abi - powiedziała Erbe. W oczach miała niesłychaną wesołość.
***
Meraha obudziło słońce. Przez szybę rozjaśniało pokój, tańczyły w jego świetle drobinki kurzu, niemogące nigdzie osiąść. Zaklęcie ładu, przyszło mu do głowy. Wszystko na swoim miejscu. Podniósł się na łokciach, wstał powoli. Przeciągnął się; zachrupotało mu w kościach. Wyjrzał przez okno. Dzień zapowiadał się piękny - deszczowe chmury przeszły w nocy, teraz niebo było nieskazitelne. Uśmiechnął się: taką miał naturę, że cieszyły go drobne rzeczy. Przeciągnął się jeszcze raz. Tym razem kości nie zachrupotały, nic nie zakłóciło ciszy. Właśnie, ciszy - pomyślał. Nawet ptaki nie śpiewały tego ranka. Nagle przytłoczyły go bezmiar i pustka nieba, poczuł, jak odbiera mu oddech ten zimny błękit. Szybko wyszedł z pokoju. Na korytarzu zobaczył Abigail, ubraną w strój podróżny. - Dzień dobry - powiedziała i uśmiechnęła się do niego. Spodobał się mu wyraz jej śmiejących się wespół z ustami oczu. - Szłam właśnie sprawdzić, czy już wstałeś. A skoro tak, to zapraszam na śniadanie. - Dzień dobry - odpowiedział. - Zaczekaj chwilkę. Nie będę was objadał - Wszedł do pokoju i zabrał swoją torbę. Spojrzał jeszcze raz przez okno; wrażenie niepokoju zniknęło. W komnacie Erbe rozlewała właśnie do kubków herbatę zaparzoną nad kominkiem. Na stole leżał przyniesiony przez nią wczorajszego wieczoru chleb. Abigail wzięła nóż i pokroiła go, Merah wyjął z torby grudkę zawiniętego w płótno koziego masła i trochę sera. Po chwili siedzieli wokół stołu, w milczeniu pijąc ciepły napar i jedząc. Gdy skończyli, rozsiedli się wygodnie w fotelach, a Erbe otworzyła okno. Świeże poranne powietrze zawirowało w pomieszczeniu, niosąc orzeźwiający chłód, przez nozdrza wdzierając się do płuc i głowy i trzeźwiąc zaspane umysły, przeganiając ostatnie sny. Przez chwilę siedzieli tak, kontemplując ten moment spokoju i oddychając głęboko. Droga jednak wzywała, trzeba było się już zbierać. Pierwsza poruszyła się, o dziwo, Erbe, która nie musiała się przecież spieszyć. Wstała i sięgnęła po swoją skórzaną sakwę. - Będę już się żegnać - powiedziała. - Abi, daj mi znać, gdy będziesz już w Antitii. Do widzenia, Merah - uśmiechnęła się do podróżnika. - Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. Póki co, do widzenia - odpowiedział jej. Wyjęła z sakwy jakiś słoiczek, wysypała na dłoń trochę niebieskiego proszku. Podniosła już lewą dłoń, by uczynić krąg, kiedy z podwórza dobiegł szum. Narastał stopniowo; oczy zebranych zwróciły się w stronę okna. Wtem zza domu wypadły ptaki; wspólny trzepot setek skrzydeł uderzył ich jak grom. Przeleciały całą chmarą i pofrunęły przed siebie, tam, gdzie kończył się wzrok, a zaczynał horyzont. Abigail siedziała oszołomiona, z dłoni Erbe powoli wysypywał się na podłogę błękitny pył. Merah przypadł do okna. Na okolone poprzewracanym murem podwórze wbiegła zza dworu grupa wilków z podkulonymi ogonami; obejrzały się za siebie i wybiegły przez zrujnowaną bramę. Za nimi pojawiła się lisica z piszczącymi młodymi, potem kilka dzików. Wybiegły na wrzosowisko i uciekały przed siebie. Podróżni patrzyli za nimi w oniemieniu. - Co mogło się zdarzyć, że zwierzęta uciekają z lasu? - spytała Erbe. - Ja... ja chyba wiem - odrzekła Abigail. Merah nic nie powiedział. Zza dworu wybiegł jeleń, stanął i ryknął przeraźliwie. Na podwórze wpadła reszta stada. A za nim, burorudą falą wysypały się setki berezerów. W jednej chwili skoczyły na kilkanaście saren, które nie zdążyły umknąć, i zaczęły je żywcem rozrywać. Płacz zwierząt poniósł się echem wśród murów ogrodzenia. Niektóre berezery zaczęły wspinać się na nie. - Czy wszystkie okna i drzwi na parterze są zamknięte? - zapytał Merah. Abigail bez słowa rzuciła się na korytarz, ku schodom. Merah popędził za nią. - To ty powinieneś wiedzieć, wchodziłeś do dworu jako ostatni! - zdążył jeszcze usłyszeć za sobą oskarżycielski krzyk Erbe, nie obejrzał się jednak sprawdzić, czy ona również biegnie. Zeskoczył ze schodów i skręcił do pokojów. - Stój! - krzyknęła Abigail. - Wszystkie okna na parterze są przecież zabite deskami! A ja na pewno zabezpieczyłam drzwi frontowe! - W takim razie... do stajni? - Tak! O ile przy zwykłych zabudowaniach gospodarskich stajnia to oddzielny, zazwyczaj drewniany budynek, o tyle przy dworze stanowiła ona część domu i była murowana. Znajdowała się z tyłu, zaraz za pomieszczeniami dla służby i posiadała nawet kamienny piec, aby konie nie marzły zimą. Ktoś, kto ją zbudował, musiał o nie bardzo dbać. Abigail i Merah wpadli do środka i szybko ocenili sytuację. Berezery wyraźnie wyczuły konie znajdujące się w stajni i usiłowały się do niej dostać; brama drżała pod ich naporem. Jej skrzydła były dla nich jednak za ciężkie, dębowe ze stalowymi okuciami. Merah podszedł i założył na nie belkę, po czym odwrócił się do Abigail. - To moja wina. Nie zamknąłem bramy. - Nic się przecież nie stało - odpowiedziała, uspokajając swojego konia. Merah podszedł do własnego i odpiął od siodła kuszę. - Pozostawiłeś ją tutaj na noc? - zdziwiła się. - Czemu? - Na wypadek, gdybym nie spotkał tu ciebie, tylko kogoś innego. - Abigail dopiero teraz spostrzegła, że pod płaszczem, przy pasie nosił dość krótki miecz. Skarciła się w myślach za takie przeoczenie i wyszła na korytarz.
***
Część 33 / 3
Na górze wyjrzeli przez okno. Berezery uporały się już z częścią saren, pozostawiając resztę. Wyglądało jednak na to, że nigdzie się nie wybierają. Wręcz przeciwnie, rozlazły się po całym placu, wspięły na ogrodzenie i wyraźnie szykowały do drzemki. Merah zaklął. - Teraz będą się wylegiwać do wieczora. Pieprzone chomiki - dodał. Rzeczywiście, berezery przypominały trochę chomiki. Było to jednak bardzo ogólne podobieństwo. Przede wszystkim, osiągały rozmiary kota. Miały łapy na tyle długie, by umożliwiały szybki bieg, a ich chwytne palce były opazurzone. Poza tym żaden chomik nie posiada paszczy pełnej kłów. Jeden z leżących na murze berezerów ziewnął właśnie, prezentując swoje dorodne uzębienie. Erbe wzdrygnęła się mimowolnie. - Pozostaje nam czekać, aż się wyniosą. Na takie stado nie ma rady.
***
Godziny poranne dawno już minęły, a berezery ciągle wygrzewały się w słońcu. Kilka zwlekło się ze swoich legowisk i ruszyło posilić resztą krwawych szczątek, które jeszcze niedawno były sarnami. Merah stał przy oknie i strzelał do nich z kuszy, przy każdym chybieniu mamrocząc coś o cholernych chomikach. Erbe obserwowała to z lekkim znużeniem. Sztuka polegała na tym, by przyszpilić berezera do drzewa, obok którego właśnie przechodził. Trafione zwierzę wydawało krótki pisk i nieruchomiało niemal natychmiast. Z początku podróżnicy mieli nadzieję, że wykonanie egzekucji na paru sztukach wywoła paniczną ucieczkę reszty, ale gdzie tam. Berezery były zbyt leniwe nawet na to, by przejąć się widmem wiszącej nad nimi nagłej śmierci. W tej chwili rozgrywka miała na celu jedynie zabicie nudy. Merah naciągnął cięciwę, wycelował i puścił. Strzała przeszyła na wylot młodego berezera. Jego stojąca obok matka nawet nie zwróciła na to uwagi, nie przerywając posilania się. - Zero instynktu macierzyńskiego - rzekła Erbe, i dodała: - Sukinsyny. Merah zerknął na nią z ukosa. - Idę po resztę bełtów. - powiedział i wyszedł z pokoju. Abigail podniosła głowę znad swoich notatek i spojrzała na czarodziejkę z teatralną ciekawością. - Sukinsyny? Rozbestwiłaś się, Erbe. - Kąciki ust zadrżały jej w hamowanym śmiechu. - Dawniej nigdy nie klęłaś. - Byłam ostatnio pod wpływem olbrzymich stresów i zaczęłam. - Erbe uniosła brwi i popatrzyła na sufit. Potem podbiegła na palcach do drzwi i przez szparę wyjrzała na korytarz. Abigail obserwowała to z coraz większym rozbawieniem. Czarodziejka odwróciła się do niej i spytała: - Jak myślisz, kim on może być? Mówi, że przewozi towary. - Mówisz o Merahu? - Abigail wyraźnie nie mogła się uspokoić i zaczynała się już jawnie śmiać. - Rozumiem, że jesteś pod wpływem napięcia spowodowanego zaistniałą sytuacją - zdenerwowała się Erbe - i w ten sposób próbujesz je rozładować, ale miej na uwadze to, że mi się również tu nie podoba i mam tego dosyć. Alchemiczka zdecydowała się zreflektować. Na swoje nieszczęście zdążyła jeszcze zadać pytanie. - To czemu nie przeskoczysz portalem do miasta? Erbe znów zaczęła oglądać sufit z uniesionymi brwiami. Efekt był tak komiczny, że Abigail nie strzymała i wybuchnęła dzikim rechotem. Jej siostra był wyraźnie zniesmaczona. - Pytałam cię o coś. - Przemytnikiem - odpowiedziała alchemiczka, powstrzymując śmiech. Wzięła oddech i przybrała zwyczajny wyraz twarzy. - Tak myślę. Nie przyznał się, co przewozi, skąd ani dokąd. Oprócz tego pozostawił otwartą bramę do stajni i kuszę przy siodle. Był gotowy do ucieczki, w razie zagrożenia. - Zwykły kupiec też może wozić przy sobie kuszę. - Erbe wzruszyła ramionami. - Jasne. Ale żaden nie używa bełtów, które po trafieniu w cel rozdzielają się na troje. Są nielegalne, a kupcy nie lubią ryzykować. - Przecież do berezerów strzelał zwyczajnymi... - Tamte zostawił przy siodle. Nie chce się ujawnić. I lepiej nie pytaj go, co przewozi. Teraz jest w porządku, ale lepiej się nie narażać. Erbe w milczeniu pokręciła głową. Przez chwilę słychać było jedynie piski i warczenie berezerów walczących o resztę jedzenia. Potem dźwięki bójki ucichły i rozbrzmiało wyjątkowo paskudne mlaskanie. Wtedy wszedł Merah. - I jak, moje panie? - uśmiechnął się. - Przydałby się jakiś obiad, prawda? Upolowałem te dorodne okazy "na wędkę". - Wyciągnął zza pleców dwa przestrzelone berezery. Jednemu z nich piana ciekła z otwartego pyska i skapywała na podłogę. - Do bełtu przywiązuje się sznur i... No co? Wiecie, jak smaczny jest pieprzony chomik z rożna? Abigail i Erbe na początku robiły wrażenie, jakby miały zaraz zwymiotować. Potem zaczęły głupawo chichotać. A w końcu wybuchły wściekłym, niepohamowanym i brzmiącym nieco histerycznie śmiechem, i długo nie mogły się opanować.
***
Wieczorem sytuacja zmieniła się jedynie o tyle, że w mroku berezerów już nie było widać z okien dworku. Za to było je słychać. Większość pochrapywała lub popiskiwała przez sen, reszta obgryzała kości saren - mięso zostało już w całości pożarte i nawet częściowo zutylizowane. Smród był tak nieznośny, że trzeba było zamknąć okno, a Abigail została zobligowana przez wrażliwą na takie niedogodności Erbe do użycia jakiegoś pachnidła, które odświeżyło nieco powietrze w pokoju. Wewnątrz atmosfera była jednakowo interesująca, jak na podwórzu. Abigail i Erbe nie dały się namówić na zjedzenie "pieprzonego chomika", przez co Merah został zmuszony do wyrzucenia jednego przez okno. Został on natychmiast skonsumowany przez stado. Widocznie berezerom nie robiło różnicy, jeleń czy swój. Merah obgryzł drobne kostki z tkanki i wyrzucił je do kominka. Odkroił sobie następną porcję z nabitego na rożno korpusu. Abigail przyglądała się mu z zaciekawieniem, Erbe z obrzydzeniem. Merah nie zwracał na to uwagi i ze stoickim spokojem jadł dalej. Kiedy skończył, wstał od stołu. - Idę nakarmić konia. - Też idę. - powiedziała Abigail. - Idę z wami, przecież nie będę tu sama siedzieć - Erbe zerwała się szybko z fotela i wyszli. W połowie korytarza usłyszeli rżenie jednego z koni. Przyspieszyli kroku i weszli do stajni. Widok sprawił, że ugięły się pod nimi kolana, a z gardeł nieświadomie wyciekł jęk. Na ziemi, wśród starego, zatęchłego siana leżał koń Abigail, a dookoła niego i na nim kłębiły się szczury. Wielkie, tłuste, brudne gryzonie o małych, złośliwych oczach. W całym pomieszczeniu unosił się ich zapierający dech smród. Nieszczęsny koń żył jeszcze, rżał żałośnie przez pogryzione chrapy; cała jego skóra została rozerwana i szczury wyjadały żywe mięso. Inne podchodziły do konia Meraha, który tratował je w przerażeniu; jego pęciny krwawiły. Merah przyskoczył do konia Abigail i jednym machnięciem miecza ukrócił mu mękę. Szczury rozbiegły się i syknęły, ukazując żółte siekacze; Merah zaczął je ciąć. Erbe piszczała i strzelała w pojedyncze sztuki magicznymi iskrami; Abigail wybiegła ze stajni. Wróciła po kilku minutach z jakimś woreczkiem w ręku. Stała w drzwiach, a szczury uciekały obok niej. Sięgnęła do woreczka i wysypała coś w powietrze; nagle wszystkie pozostałe gryzonie znieruchomiały i spojrzały w górę, na opadający na nie pył. Powoli, wszystkie po kolei skręcały się bez dźwięku i legły na ziemi. W stajni nagle zapadła cisza, przerywana jedynie rżeniem drugiego konia. Merah opuścił…