akcja · 6 godz. 11 min czytania
Szczyty życia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Rozdział pierwszy
Jeżeli nadal masz nadzieję, chociażby wszyscy o tobie zwątpili...
Jeden z norweskich malarzy namalował na obrazie przerażony krzyk, taki krzyk wydaje człowiek, który doszedł do granicy wytrzymałości. Ty tak krzyczałeś wiele razy, kiedy cię szarpałem jak rozhukanego konia za uzdę. Stawałeś wtedy dęba na krawędzi przepaści i padałeś połamany na ziemię, a potem zawracałeś w stronę kolejnych szczytów życia. Za pierwszym razem przestałeś pić, za drugim zacząłeś pisać książki. Jeżeli będzie trzeba, znowu cię połamię, znowu cię zmuszę do krzyku i będę to robił tak długo, aż zaczniesz latać. Potrafisz. Kiedy będziesz bardzo zmęczony, poniosę cię na swoich skrzydłach, posłuchaj, ktoś woła. – Kubaaa... Wołanie wypełniało przestrzenie i przenikało przez czasy, szukając, rozciągało się w przeszłość. – Ależ słyszę, słyszę, ale kto to do mnie woła? – No, jak to kto, twoi czytelnicy! – A czemu do mnie wołacie? – Chcemy, żebyś dalej opowiadał o swoim życiu, jesteśmy ciekawi, jak potoczyło się twoje życie, kiedyś się wydostał z przedsionka piekła. – A więc dobrze, opowiem o swoim dalszym zwichrowanym życiu, w ośmiu rozdziałach opiszę kolejne szesnaście lat życiowej Odysei. – A ile w tym prawdy? – Coś wam powiem... Po napisaniu pierwszej powieści, mówiono mi, że się w niej za bardzo odkryłem. Pomimo tego w drugiej odkryłem się jeszcze więcej i jeszcze bardziej odkryję się teraz w trzeciej. Dlatego tak wiele opowiadam o sobie, żeby udowodnić, że przed trzeźwym alkoholikiem stoi otworem droga do zwycięstw. Trzeźwość jak śliczna dziewczyna za każdy wygrany turniej rzuca swojemu obrońcy jedną różę i zachęca go do dalszej zwycięskiej walki. I rycerz walczy, i dokłada różę do róży, i zdobywa szczyty człowieczeństwa. Zakochani w trzeźwości, zahartowani w bojach rycerze, przestańcie się wstydzić, że żyjecie. Przestańcie się mieć za gorszych, bo jako ludzie nieznoszący monotonii jesteście wybrańcami Boga przeznaczonymi do zdobywania szczytów i dlatego macie w życiu pod górkę. No cóż, to by było tyle na początek, stanę sobie teraz skromnie z boku jako narrator i będę słuchał opowieści o sobie, jeszcze się do Was odezwę.
Striptiz
Wybudowany na początku dwudziestego wieku szpital składał się z porozrzucanych po parku dwupiętrowych pawilonów. Masywne kontury budynków przypominały ponure zamczyska i takie też były nieprzytulne i trudne do ogrzania zimą. Oddział leczenia uzależnień mieścił się w modernistyczym dwupiętrowym gmaszysku przypominającym architekturą połamane skrzydła motyla i taka też w nim panowała zmarkotniała atmosfera. W dużym stopniu za sprawą mieszzącego się na oddziale terapeutycznym pododdziału dla umysłowo chorych, którzy swoją nieszczęsną obecnością potęgowali i bez tego przygnębiający depresjogenny klimat. Mówi się, że jak Pan Bóg chce kogoś bardzo ukarać, to mu odbiera rozum, człowiek się nie może wtedy rozwijać, dojrzewać do wieczności. Na drugim piętrze o charakterze hotelowym mieściły się sypialnie pacjentów, na pierwszym detoks i pododdział dla umysłowo chorych, a na parterze jadalnia i świetlica z dużym podświetlanym akwarium. Przez wznoszące się na jego dnie porcelanowe zamki przepływały w falujących welonach roznegliżowane syreny i wabiły do siebie oślizgłego glonojada. – Na bezrybiu i glonojad ryba – wzdychały kusząco, ale glonojad nie zwracał na nie uwagi. – Czy wyście już całkiem od tego seksu pogłupiały?! Pomrukiwał zgorszony pod nosem i dalej pracowicie czyścił szyby akwarium. Można było patrzeć i patrzeć bez końca na ten cały baśniowy podwodny świat. Rozkołysane myśli zaczynały wtedy spokojniej pluskać i pojawiała się nadzieja, że może jakoś to będzie. W suterenach mieściła się łaźnia, warsztaty i kawiarenka, w której biło serce oddziału, niosąc obietnicę zdrowego trzeźwego życia. Wyłożone boazerią, przyozdobione namalowanymi przez pacjentów obrazami pomieszczenia przypominały schronisko, w którym można się ogarnąć i nabrać sił do dalszej drogi. Tak, to właśnie z tego miejsca promieniowała na oddział ożywcza pozytywna energia i to może tyle, jeżeli chodzi o to miejsce, które na kilka tygodni miało się stać dla Kuby zwiastującym ocalenie azylem. Dochodziła druga po północy, siedział przy stoliku na korytarzu i trzymał dyżur przy drzwiach na oddział dla umysłowo chorych. Cisza, spokój, lubił tak siedzieć nocami, odgrodzony półmrokiem od szarej prozy życia. Kilka dni temu zgłosił się na terapię, można powiedzieć, że to już był ostatni dzwonek, za pięć dwunasta. – Przyjęto mnie we wtorek z wolnej trybuny, trzynastego listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku – obliczał. – Trzeba zapamiętać tę datę, bo albo to będzie początek mojego nowego życia, albo pozostaną po mnie tylko popioły i zgliszcza. – Łubu, dubu, du! Rozległo się walenie w plastikową szybę. – Czego chcesz? – zapytał. – Do siostry – odpowiedziało przez drzwi dwumetrowe chłopisko. Otworzył i pokazał Waligórze, żeby poszedł do gabinetu pielęgniarek. – Dyżurny! Dyżurny! Dobiegło do niego po chwili nagląco. Zerwał się i wbiegłszy do gabinetu, patrzył zdziwiony na schowane za biurkiem pielęgniarki. Jedna z nich trzymała na sztorc skierowaną przeciwko Waligórze strzykawkę. – O co chodzi? – zapytał. – Jak on się tu dostał? – No, chciał iść do siostry. – To tak?! Dopiero teraz zauważył, że Waligóra jest bez majtek. Spod przykrótkiej koszuliny wystawała mu nakierowana na pielęgniarki uzbrojona torpeda z odsłoniętą głowicą. Wstyd mu się zrobiło, że dał się tak głupio podejść i złapawszy leżący na stole gumowy szlaufik, pociągnął nim Waligórę przez goły tyłek. – Wio z powrotem! – krzyknął i o dziwo pomogło. Sterowany pokrzykiwaniami majtek bez majtek pożeglował na swój pododdział i zakotwiczył w toalecie, gdzie przypuszczalnie zabawił się w sapera rozbrajającego torpedę. Dochodziła czwarta nad ranem, kiedy Waligóra podjął kolejną próbę wypłynięcia na szerokie wody, ale zrezygnował, kiedy zobaczył, że siedzący po drugiej stronie drzwi Kuba potrząsa trzymanym w ręku szlaufikiem. Na oddziale do rana zapanowała cisza i tylko z odległej pętli tramwajowej dolatywała czasem smutna nostalgiczna skarga zawracających tramwajów. Jękliwy zawodzący podźwięk niosło daleko po nocy jak głos po rosie.
Dzień za dniem
Po dyżurze pospał do obiadu, a później poszedł na wykłady, gdzie się dowiedział, że zaszycie esperalu, to nie żadne panaceum na picie, tylko chwilowa podpórka pomagająca zachować abstynencję w początkowym okresie trzeźwienia. Od pierwszego dnia dostawał codziennie dwa zastrzyki, rano jeden z witaminami, a wieczorem uspakajający i właśnie po tym drugim poczuł szóstego dnia wieczorem, że mdleje. – Słabo mi – powiedział do kolegów i zawlókł się do pielęgniarki. Po zmierzeniu ciśnienia, chciała mu podać krople z kofeiną, ale zaprotestował. – Nie mogę teraz, siostro, zażyć kofeiny, bo moje osłabione serce dostanie arytmii i mogę się wykończyć. Spojrzała niedowierzająco, ale on wiedział swoje. Wrócił na salę, położył się do łóżka i zasnął kamiennym snem do rana, a następnego poranka na apelu poprosił ordynatora o odstawienie zastrzyków z diazepamem i po odstawieniu przestało mu się robić słabo. W sobotę napadało śniegu i w niedzielę poszedł z kolegami do pobliskiego kościoła po białym kobiercu orzeźwiająco pachnącym rześką zimą. Po nabożeństwie zauważył, że jego dobre samopoczucie wzrosło o kilkanaście punktów i pomyślał, że niby nic wielkiego, godzina w kościele, a profity, korzyści i pociecha na cały następny tydzień. W kolejnym tygodniu wykonano mu badania, po których został poinformowany, że nie ma przeciwwskazań do zaszycia esperalu. – Pamiętasz z wykładów – ostrzegł go przed wszywką terapeuta. – Że zaszyty esperal będzie ci się co najmniej przez rok rozpuszczał pod skórą i przez ten czas nie będziesz się mógł napić alkoholu, bo jak się napijesz, to się przekręcisz. – Pamiętam i nie mam zamiaru zapomnieć – potwierdził, kiwając głową – Wiem, że esperal utworzyłby z wypitym alkoholem mieszaninę piorunującą. Mijały kolejne dni i pod koniec trzeciego tygodnia zaproszono go do udziału w drakońskim doświadczeniu. – Podamy panu teraz pół tabletki esperalu – został poinformowany. – I damy do wypicia pięćdziesiątkę spirytusu. – A po co???!!! – Żeby pan nie miał złudzeń, jak działa esperal w połączeniu z alkoholem. – Nie zażyję, choćby nie wiem co, to nie zażyję – zaprotestował. – Ja już wielokrotnie mieszałem esperal z alkoholem i umierałem potem w męczarniach! Wiem, jak to działa i nie zażyję. Powiedział to tak przekonująco, że nie upierano się przy drakońskim doświadczeniu i zostawiono go w spokoju. W sobotę poprosił o całodobową przepustkę. – Nie za bardzo mam ją ochotę panu dać – zawahał się ordynator. – A można wiedzieć dlaczego? – Bo może u pana nastąpić w domu nawrót choroby. – Jakiej choroby?! Zapytał, bo nie zrozumiał. – Alkoholowej. Pomyślał, że ordynator opowiada bzdury, bo alkoholizm nie jest chorobą, ale nic się nie odezwał, żeby nie urazić lekarza. – Niech pan napisze podanie o przepustkę, zobaczymy co powie na zebraniu społeczność – zakończył ordynator rozmowę. Napisał podanie starannym technicznym pismem, kilkakrotnie wspominając o chorobie alkoholowej i po otrzymaniu przepustki pojechał do domu. Przywiózł dziewięcioletniemu synkowi w słoiku z wodą złote rybki, pobawił się z z czteroletnią córeczką, pokołysał drugą trzymiesięczną i jeszcze tego samego wieczoru wrócił do szpitala. Choroba alkoholowa pozbawiła go chwilowo radości życia. Po powrocie usiadł na sali przy oknie i spoglądał na balującą w parku zimę. Otulone śniegowym puchem drzewa wyglądały jak obsypane cukrową watą, a pomiędzy nimi czaiły się jak komandosi okryte białymi pelerynami krzewy. Życie pochowało się po kątach, żeby w letargicznym śnie przeczekać do wiosny... Coś mu się śni, coś się marzy, cicho szeleści echem ech, spadają kartki z kalendarzy i śnieżki z cicho śpiących drzew. Coś mu się śni, coś się nuci, wierzy, że z wiosną radość wróci.
Stary Ramol
Stary Ramol nazywał się całkiem inaczej, ale tak starego doktora nazywali pacjenci odwykówki. Pracował na odwyku od stalinowskich czasów i tęsknił za owymi dawnymi czasami, kiedy tacy jak on sadyści mogli się bezkarnie wyżywać na uzależnionych od alkoholu ludziach. Alkoholików więziono w psychiatrykach, gdzie ich torturowano elektrowstrząsami i pompowano im do głowy powietrze. Żeby wyrobić w nich odruch Pawłowa, wstręt do alkoholu, zmuszano chorych do zażywania środków wymiotnych, po których nieszczęśnicy wymiotowali wywróconymi na drugą stronę wnętrznościami. Nie można się było wydostać z przymusowego odwyku bez zgody podobnych do Ramola zwyrodnialców, którzy wykorzystując nieludzkie prawo, uzurpowali sobie rolę bogów, czarnoksiężników. Lot nad kukułczym gniazdem, lot nad kukułczym gniazdem, lot nad kukułczym gniazdem... Stary Ramol tęsknił za tamtymi wynaturzonymi czasami i nie mogąc obecnie zadawać pacjentom takich cierpień, artykułował swoje sadystyczne ciągotki wrzaskliwym krzykiem. Upatrywał sobie jakiegoś słabego psychicznie pacjenta i zaczynał nad nim wrzeszczeć, paraliżując ofiarę modulowanym krzykiem, którego grozę doprowadził przez dziesiątki lat do perfekcji. Wył nad nieszczęśnikiem jak diabeł nad potępioną duszą i kiedy się spoglądało na rozbestwionego doktora, to odnosiło się wrażenie, że się patrzy na szaleńca. Jakby mu było mało tych wrzasków, stary Ramol stawał w każdą niedzielę przed kościołem i trzymając żonę pod rękę, przyjmował nienależne hołdy od wychodzących z kościoła pacjentów. Każdemu się łaskawie odkłaniał i o mało ręki nie wyciągał do ucałowania, co chwila zerkając na żonę, czy widzi jakiego ma poważanego męża. Składanie Ramolowi niedzielnych hołdów trwało od niepamiętnych czasów i nikt nie miał się odwagi wyłamać z tego czołobitnego rytuału, bo jak to się mówi, wejdziesz między wrony, krakaj jak i ony. Kuba po pokłonie w pierwszą niedzielę postanowił, że się w drugą nie nie ukłoni, ale nie wytrzymał i w ostatniej chwili skinął głową, i powiedział, dzień dobry. Nie ukłonił się dopiero w trzecią niedzielę, a stary Ramol go sobie oczywiście zapamiętał i postanowił zdusić bunt w zarodku. Do starcia doszło w poniedziałek po śniadaniu, kiedy to stary Ramol podszedł do niego na korytarzu i zażądał przeprosin. – A za co, panie doktorze? – zapytał Kuba uprzejmie. – Bo ja tak każę... Ę... ę... ę! – Ę... ę... ę! – przedrzeźnił Ramola, przygotowany na atak. – Przepro... O... o... oś! – O... o... oś! – Aaaaaa... Zawył Ramol z pianą na wargach, usta miał tak szeroko otwarte, że widać mu było skaczący w gardle języczek. Spoglądał na Ramola i zaczął go ogarniać strach, ale wiedział, że mu się tym razem nie pozwoli ogarnąć. Zrobił pogardliwy grymas i popukał się w czoło, co doprowadziło Ramola do atomowego wybuchu furii. – Do gabinetu! – zawył. – Na zastrzyk! Będziesz leżał po zastrzyku z wykrzywionymi ustami, a jak ci serce nie wytrzyma, to umrzesz! Wrzeszczał Ramol, a po brodzie ciekła mu ślina. – Do dupy, a nie do gabinetu – odparował po cichu, a głośno zwrócił się do nadbiegającego ordynatora. – Panie ordynatorze, rezygnuję z leczenia, bo pański kolega powiedział, że mnie zabije zastrzykiem, mam świadków – pokazał na zbiegających z drugiego piętra swoich kolegów. Z pokoju zabiegowego wyglądały wystraszone pielęgniarki. – Mój kolega nie ma prawa pana leczyć, bo to nie jego rewir – powiedział ordynator i zwrócił się do przycichłego Ramola, żeby poszedł do swojego gabinetu. I stary Ramol odszedł jak niepyszny, a po chwili rozeszli się również na swoje sale świadkowie zajścia. Atmosfera uległa oczyszczeniu, ale nie na długo, bo stary sadysta postanowił się odegrać na umysłowo chorym Waligórze i polecił dyżurnym, żeby go przyprowadzili do gabinetu. – A teraz proszę wyjść i nie przeszkadzać mi w leczeniu pacjenta – rozkazał Ramol dyżurnym, kiedy już przypięli Waligórę pasami do ceratowej kanapy. Po ich wyjściu na korytarzu dał się słyszeć trzask przekręcanego w zamku klucza i niedługo potem z gabinetu rozległo się wycie Ramola, które w pewnym momencie ucichło. – Ratunkuuu! – dobiegło po chwili wołanie Ramola i kiedy dyżurni wpadli do gabinetu po wyważeniu drzwi, to Waligóra właśnie kończył przypinanie Ramola do ceratowej kanapki. – A myśmy się wystraszyli, że panu doktorowi coś się stało – powiedział dyżurny, stary kryminalista, który wcześniej specjalnie nie przypiął Waligórze jednej ręki. – Gdybyśmy wiedzieli, że się leczycie, to byśmy panu doktorowi nie przeszkadzali. Niedługo potem stary Ramol został wysłany na dawno temu wykrzyczaną emeryturę, a w przyszłości miano również zlikwidować pododdział dla umysłowo chorych i w budynku mieli przebywać tylko chorzy na alkoholizm, uruchomiono dla nich detoks.
Nocne rozmowy
Siedział na korytarzu przy stoliku trzymając nocny dyżur i robił podsumowanie swojego dotychczasowego pobytu na terapii. – Dzisiaj mi mija czwarta sobota, niedługo zacznie się niedziela – rozmyślał, patrząc na wskazówki elektrycznego zegara. Właśnie owa nadchodząca niedziela zaczęła się pechowo dla przywiezionego po północy młodego mężczyzny. Wysoki, dobrze zbudowany, ręce miał skrępowane kaftanem bezpieczeństwa, a na głowie zacieki krwi, jakby mu przed chwilą zdjęto cierniową koronę. Rzucał się po korytarzu jak żołnierz w ostatniej śmiertelnej bitwie. Dwaj sanitariusze wepchnęli go z pomocą dyżurnych na salę i przypięli pasami do łóżka. Wyginał się jak grożący pęknięciem resor, próbując rozerwać pasy, zdawało się, że od jego zrozpaczonego ryku rozlecą się ściany budynku jak mury Jerycha. Był pod wpływem alkoholu i nie można mu było podać środków uspokajających. Na korytarzu stali jego rodzice, dwoje z wiejska ubranych ludzi, i rozmawiali z pacjentami. – Od dawna syn pije? – zwrócił się któryś do matki. – Pół roku nie pił – ożywiła się kobieta. – Dostali z żoną w bloku mieszkanie i już myśleliśmy, że wszystko będzie dobrze, ale złapał się z powrotem za wódkę, bo synowej tylko chłopy w głowie. Wczoraj wróciła uszlajana do domu po kilkudniowej nieobecności i doszło pomiędzy nimi do awantury, podczas której syn wyrzucił przez okno telewizor, a żona oblała go wrzątkiem. Zrozpaczona matka spoglądała załzawionymi oczami na otaczających ją ludzi. – Kobiety nie upilnuje – skwitował któryś znużonym głosem. – Z seksem jeszcze gorzej jak z wódką. – Radziłem synowi, żeby sobie poszukał innej – wtrącił milczący dotąd ojciec. – To by nic nie dało, bo uzależnieni dobierają się parami, poszukał by sobie podobnej – wtrącił sutener. Rodzice słuchali chciwie każdego słowa. – Jeszcze nikt tak do nas nie mówił – odezwała się matka. – Ano, nie mówił, samo życie – podsumował stojący obok sutenera sędzia, a pozostali uśmiechnęli się smętnie. Na dworze nagląco zatrąbiła karetka. – Jedźcie, bo potem nie będziecie mieli czym wrócić – wtrącił któryś. – Jakby się synowi pogorszyło, to pielęgniarka wezwie lekarza. – Chodź, wracamy do domu – mężczyzna ujął kobietę pod rękę i zaczęli oboje powoli schodzić po schodach. Po chwili znikli za załomem klatki schodowej, a przy stoliku dyżurnego dalej trwały nocne Polaków rozmowy. – Zgłosiłem się na leczenie, bo najechałem po pijanemu na milicyjny radiowóz – odezwał się sędzia. – Na szczęście nic się nikomu nie stało. Tyle tylko, że sierżantowi z patrolu wypadła podczas stłuczki sztuczna szczęka. Co się stało? Zapytałem, wysiadając z samochodu, a on mi na to zaseplenił: To ty, kujfa, nie wies co?! I kazał mi szukać szczęki. – A mnie postawiono na uczelni ultimatum, bo podczas wykładu zobaczyłem koguta – wtrącił profesor. – Wyskakiwał z elektrycznego gniazdka. – A duży był ten kogut? – zapytała przechodząca pielęgniarka. – A duży, siostro, duży, nie pozwalał się z powrotem wcisnąć do gniazdka. – A mnie goniły w szpitalu węże – odezwał się lekarz. – Uciekałem przed nimi po schodach na najwyższe piętro szpitala i kolega doradził mi leczenie, terapię. – Mam ręce pocięte żyletkami, bo jak siedziałem w więzieniu, to chcieli ze mnie zrobić ciotę - przystojny młody złodziej odsłonił pokryte sznytami ramiona. – Policja mnie złapała na skoku, bo sobie popijałem w okradanej willi znalezione w barku trunki. Usnąłem sobie na dywanie i znaleźli mnie wracający z koncertu właściciele. I tak trwały nocne Polaków rozmowy o słabej wódce, która najmocniejszemu da rady. Nad ranem żołnierzowi odpięto pasy, chodził w kaftanie po korytarzu i co jakiś czas wyskakiwał w powietrze i taranował barkiem spacerujących po korytarzu towarzyszy niedoli. Trzeba było interweniować, żeby nie doszło do bójki. Wielu chorych nie spało owej wietrznej nocy, dwóch dowcipnisiów maszerowało tam i z powrotem, zaśmiewając się ze śpiewanej rymowanki o siejącej mak babie. Co jakiś czas mówili, że idą do źródełka, szli do ustępu i popijali wodę z muszli klozetowej. Powoli wstawał krótki grudniowy dzień, niebo za oknami nabierało atramentowego koloru. Nad ranem u żołnierza zmienił się nastrój i zaczął rozpaczać, siedząc na posadzce w kącie korytarza. – Grzesznikami jesteśmy, nie potrafimy sobie wybaczać – pochlipywał cichutko. – Będziemy się smażyć w piekle. Rano podano mu kroplówkę, a wieczorem przeniesiono na detoks, skąd po odtruciu trafił na drugie piętro. Znał się na fryzjerstwie i strzygł kolegów za darmo, a niewidomego górala, który oślepł po spirytusie metylowym, to nawet codziennie golił. W przyszłości góral miał odzyskać wzrok i zaprosić do siebie żołnierza, z którym przez miesiąc wypili kilka wiader bimbru i góral ponownie oślepł, a później go sparaliżowało i zakończył życie w hospicjum. Nie wiadomo, co się stało z żołnierzem. Czy poległ w jakiejś kolejnej toczonej z alkoholem bitwie, czy też udało mu się w końcu zwalczyć pijaną zarazę i zawrzeć z nią wieczysty rozejm, aż do śmierci... Ślubuję ci wódko pogardę i całkowite odtrącenie i że się na ciebie nie popatrzę, aż po nieistniejący kraniec wieczności.
Memento
W piątym tygodniu zaliczył obowiązkowe zajęcia i w poniedziałek wyznaczono mu na wtorek termin wszywki. I właśnie owego poniedziałku los mu zaserwował ostatnie przed zaszyciem ostrzeżenie na przyszłość. Tego nieszczęśnika przywieziono w samo południe, kiedy trębacz w radiu grał hejnał na cztery strony świata. To był młody chłopak z tak zwanej dobrej rodziny. Zaszył sobie esperal i pół roku później nie potrafił sobie poradzić z emocjami, i na dancingu sięgnął po alkohol. Z początku nic mu się nie działo, bo zaszyty esperal otorbił się tłuszczem i zaczął działać z opóźnieniem, kiedy ośmielony dobrym samopoczuciem chłopak, wypił już kilka kieliszków. I wtedy nagle dostał uderzenie krwi do głowy, i zaczął się dusić. Przywieziono go karetką do szpitala i sanitariusze wnieśli nosze z leżącym na oddział. Leżał na korytarzu, spazmatycznie łapiąc ustami powietrze, czepiał się ludzi wzrokiem jak tonący brzytwy, z jego szeroko otwartych oczu wyglądało przerażenie na widok nadciągającej śmierci. Lekarz próbował go ratować, ale po kwadransie podniósł się zrezygnowany z klęczek. – Jemu już nie można pomóc – powiedział. Prawie płakał, bo pamiętał i lubił tego chłopca. – Może, jest panie doktorze, jakaś odtrutka – zaszlochała matka. – Mój syn nie pił zwykłej wódki, tylko koniaki. – W koniakach taki sam alkohol jak w denaturacie – mruknął któryś z pacjentów. – Jemu już nie można pomóc – powtórzył lekarz. Konający usłyszał i coś próbował powiedzieć, pochyliło się nad nim kilku pacjentów. – Co mówi? – zapytali pozostali. – Prosi o księdza. Jeden z pacjentów usiadł na brzegu noszy i zaczął półgłosem odmawiać modlitwę za konających, po chwili zamknął zmarłemu oczy. – Niech tutaj jeszcze poleży – zadecydował ordynator. – A wy się na niego patrzcie, żebyście zachowali to memento na całe swoje dalsze trzeźwe życie. Jeśli wyciągniesz po kieliszek ramię, tak strasznie wódka zaszkodzi, że cię natychmiast choroba połamie, lub śmierć gwałtowna ugodzi. Owego dnia spacerował Kuba długo po parku, a następnego położył się na stole w gabinecie u chirurga. Był trzeci w kolejce, po nim zaszyło się jeszcze pięciu. Najpierw dostał znieczulający zastrzyk, a później nacięto mu brzuch w okolicy lewej pachwiny i umieszczono pod skórą zabraniające picia zaporowe tabletki. Założono mu na niewielką rankę dwa szwy i po chwili stanął na nogach po piętnastominutowym zabiegu. – Za dwa lata po bliźnie nie będzie śladu – pocieszył go chirurg. – Na razie może się przez kilka dni jadzić. Wracali całą grupą na oddział, a siedzące na drzewach wrony jazgotały jak przekupki, naśmiewały się szyderczo. – Musiały się dowiedzieć, że jesteśmy zaszyci – idący obok złodzieja sędzia pogroził ptaszyskom palcem. – Już ja na was znajdę odpowiednie paragrafy, czarne wiedźmy – dorzucił wesoło. Lekarz ulepił śnieżną kulę i strzelił w najbardziej pyskatą wronę, zakrakała i odleciała z podkulonym ogonem. – Jedna wrona bez ogona już została ustrzelona – skomentował Kuba z uznaniem. – I bardzo dobrze, bo tak właśnie trzeba. Mnie, jeżeli ktoś mi powie, że byłem na leczeniu, to tak mu odpalę, że popamięta ruski miesiąc, bo co komu do domu, jak chałupa nie jego? – A ja się w ogóle do takich nie będę odzywał – wtrącił się profesor. – Współczuję ludziom, którzy się interesują cudzym życiem, bo to znaczy, że nie mają własnego. Wrócili na oddział i rozeszli się po swoich salach. Przez pierwsze dwa dni wypoczywał w łóżku, a trzeciego wypisał się do domu, razem z nim wychodziło jeszcze siedmiu. Pojechali wszyscy autobusem do miasta, a później się rozjechali na cztery strony świata. Sobotnim popołudniem wracał przygarbiony do domu, bo jego zaledwie raczkująca trzeźwość dźwigała dziesięcioletnie pijaństwo, nasiliło się od ślubu. Zbliżało się Boże Narodzenie, ale nie wiedział, czy się narodzi do trzeźwego życia. Za oknami pociągu zmierzchało, stłoczeni pasażerowie rozmawiali o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. – Trzydziestego października płetwonurkowie wyłowili z Wisły zmasakrowane zwłoki kapelana Solidarności – odezwał się stojący obok niego starszy pan. – Nie wiadomo dokładnie, kiedy zginął, bo komuniści zacierają ślady. Czerwoni oprawcy obciążyli ciało męczennika kamieniami i wrzucili do wody z tamy we Włocławku, ksiądz Jerzy miał związane drutem ręce. – Dlaczego pan nazwał zmarłego męczennikiem? – wtrącił się do rozmowy spasiony łysy czterdziestolatek. – Dlatego, bo został zamęczony – odparował łysoniowi starszy pan. – Daj Boże, nadejdą takie czasy, że do grobu księdza Jerzego będą zdążały pielgrzymki. – Nie za dużo tych świętych? – próbował ironizować łysy. – Nie za dużo – wtrąciła młoda kobieta. – Swoim męczeństwem wypraszają ratunek dla całego świata. Łysy otworzył bezmyślnie usta, a młoda kobieta wypuściła w jego stronę kolejną celną strzałę. – Ksiądz Jerzy powiedział w jednej z homilii, że człowiek, który sprzedaje swoją wiarę i ideały za przysłowiową miskę soczewicy, za wyższe stanowisko służbowe, za wyższą pensję, to człowiek taki gotów jest sprzedać drugiego człowieka. – A nawet zabić – dopowiedział ktoś z boku. Uśmiechnął się Kuba ciepło do kobiety i dodał od siebie. – Pogrzeb księdza Jerzego zgromadził tłumy polskich patriotów, przekształcił się w narodową manifestację. – Był pan na pogrzebie? – Nie byłem – pokręcił przecząco głową, wracam ze szpitala. – Długo pan leżał? – Około miesiąca, ale byłem chory już wcześniej. – I co? I teraz już dobrze? – Nie wiem, zobaczymy – odpowiedział krótko, dając do zrozumienia, że więcej o tym nie chce rozmawiać. Nic mu się w tej chwili nie chciało. Odkąd zapamiętał, zawsze oscylował w skrajnych amplitudach emocji, zarówno tych złych, jak i tych dobrych. Dokąd zaleci podatny na przyjazne i wrogie wichry? Ludzie podatni na wiatr uzależnień, to wybrańcy Boga, którzy dostali od Niego skrzydła. Niestety, wielu z nich zamiast w stronę szczytów, leci w stronę rynsztoków człowieczeństwa. Bóg im na to pozwala, aż do granicy bluźnierstwa, a później czeka na nich na drugim świecie wieczne umieranie, płacz i zgrzytanie zębów.
– Niech zamilknie przeszłość, niech przeminą lęki, tylko ku przestrodze miej pamięć udręki. – Przeszedłem Rubikon, już kości rzucone, zaszyty esperal, mosty popalone.
Rozdział drugi
Część 22 / 6
Jeżeli na obelgi nie reagujesz obelgami…
No tak, jeżeli na zniewagę nie odpowiadasz zniewagą, a na nienawiść nienawiścią... No tak, może i jesteś wtedy na drodze do świętości, ale co zrobić, jeżeli nie widać przed tobą żadnej drogi? No to, co wtedy zrobisz? Po alkoholizmie pozostaje w człowieku dziura jak po chwaście i właśnie z taką czyhającą na niego czarną dziurą miał do czynienia po wyjściu ze szpitala i nie potrafił sobie z nią poradzić. Stanął wigilijną nocą w ogrodzie i patrzył na spadające z nieba śniegowe gwiazdki. Takie jakieś były ulotne, niedotykalskie, jakby ich w ogóle nie było, coś lśniło na policzkach i przypomniały mu się słowa piosenki, i wyszeptał z gorzkim uśmiechem... W nierealny wierzysz świat, w świat, którego nie ma, gwiazdki z nieba nie dostaniesz i zapłaczesz nieraz. Nieraz, bo śmiech i płacz, to klapy bezpieczeństwa ludzkiego układu nerwowego, z których psychika korzysta w sytuacjach ekstremalnych. I właśnie owej wigilijnej nocy w ogrodzie, kiedy tak stał z uniesioną ku niebu głową, chyba tak naprawdę dopiero wtedy zaczął szukać Boga. Zaczynał pojmować, że tylko z Jego pomocą może ocaleć, stawić skuteczny opór atakującemu go od dziecka złu. – Może Cię, Boże, nie od razu odnajdę – wołał bezgłośnie z uniesioną głową. – Ale jeżeli chcesz, to mnie uratuj! Ułożył sobie modlitwę, która z latami rozrosła się do kilku stron tekstu i odmawiał ją codziennie przy porannym i wieczornym pacierzu. I tak mu mijały dni i tygodnie, podczas których powoli odzyskiwał równowagę, otrzymując od Boga umiejętnie dozowane łaski. Jego droga do Boga nie była olśniewającym światłem na drodze do Damaszku, pod wpływem którego Szaweł oślepł i przejrzał jako Paweł. Jego dojrzewanie do wieczności zostało rozciągnięte w czasie na wiele dziesiątków lat.
Pierwsze miesiące
Po wyjściu ze szpitala poszedł do poradni, uważając że skoro alkoholizm jest chorobą, to powinien dostać zwolnienie na powrót do zdrowia. Dostał miesiąc chorobowego, a później następny, na wydawanych zwolnieniach widniał symbol choroby alkoholowej, trzysta trzy. – Niech się pan weźmie do roboty – powiedział lekarz podczas wizyty. – To się nazywa ergoterapia, trzeźwienie poprzez pracę. Skinął głową i po wizycie u lekarza zabrał się do pracy, wspomagany przepisanymi lekarstwami. Będąc podatny na uzależnienia przemienił się z alkoholika w pracoholika, uważając że pracoholizm stanowi dla niego w tej chwili mniejsze zagrożenie. Jego pracownicy kompletnie pogłupieli, bo skończyło im się picie za jego pieniądze, a zamiast tego zaczęli go widywać na drabinie. – Długo tak nie wytrzymasz – prorokowali. – Po jakimś czasie wszystko wróci do normy. – Do jakiej normy? – odmrukiwał. – Norma jest teraz, a wcześniej było dziadostwo. Pewnego razu przyjechał na budowę i zobaczył na przykrytej gazetą skrzynce cztery półlitrówki żytniej, obok stały dwa słoiki ogórków. – Cicho, cicho, już idzie – usłyszał i brygadzista zaczął do niego zagajać, że należy oblać zakończoną robotę. – Nie postawiłeś nam majster wiechowego, to myśmy tobie postawili, a jak zabraknie do dokupisz. Patrzył na wódkę bez słowa, a później powiedział znużonym głosem. – Widzisz, Kazek, mnie już swego czasu podobny do ciebie brygadzista wpuścił za pomocą pijaństwa w maliny, poharatałem się zdrowo i nie mam zamiaru znowu do tego dopuścić. Schowajcie wódkę, bo nie będzie żadnego picia. – Nie schowamy, majster, bo to dla ciebie ta wódka. – Dla mnie? – Dla ciebie! Wziął opartą o ścianę sztychówkę i pociągnął nią szybkim ruchem po butelkach. Trzy pękły od razu, a czwarta sturlała się na worek z gipsem. – Jedna ocalała – uśmiechnął się łagodnie do oniemiałych kolegów. Podniósł półlitrówkę i bez pośpiechu starannie ją wytarł ręcznikiem, a później tak wyrżnął wódką o ścianę, że została po niej tylko mokra plama. – Albo będziecie pracować bez wódki, albo w ogóle nie będziecie u mnie pracować. Wyszedł na dwór i spoglądał tęsknym wzrokiem na rozciągające się, aż po horyzont łąki, nad którymi szybowały grające z żabami w zielone bociany.
Przełom
Po kilku miesiącach naszła go w Wielki Piątek taka jakaś dziwna chandra, że nie potrafił sobie znaleźć miejsca. I przypomniało mu się, jak w wojsku przed wyjściem do cywila tańczył w Wielki Piątek na dancingu i pomyślał, że oto teraz po latach przeszłość wystawia mu rachunek za tamto pijaństwo. Od samego rana chodził podminowany po domu, nie odzywając się do nikogo. Właściwie, to poszło o jakąś błahostkę, jakby iskra padła na beczkę prochu. Stał z uniesionym nad głową stołkiem i siłował się z chęcią rozbicia szyby. – Mówiono ci, że będą kryzysy – zamigotało. – Postawisz ten stołek na ziemi? – Postawię, Aniele, dzięki że tak ślicznie migoczesz. Postawił stołek i usiadłszy przy stole, płakał przez kwadrans, z twarzą ukrytą w dłoniach, a wraz z płaczem pojawiła się nadzieja, że może jakoś to będzie. – Idź do kościoła – zamigotało ponownie. Poszedł, trwały wielkopiątkowe modlitwy i kościół był tak przepełniony, że nie dawało się uklęknąć. – Idź do spowiedzi – rozbłysło. – Dzisiaj, w Wielki Piątek, Aniele? W Wielki Piątek spowiadają się najwięksi grzesznicy! – A ty kto, aniołek? Uklęknął przy kratkach konfesjonału, opowiedział o pijaństwie i o tym, jak mu teraz ciężko. – Ty już jesteś uratowany! Usłyszał na zakończenie spowiedzi. Modlił się w kościele do wieczora, a w domu przy pacierzu skierował do Boga pełne rozpaczy pytanie. – Jak tak żyć, Panie Boże, w ciągłym stresie? Jak tak dalej żyć?! A później się położył załamany i zasnął. Senne widziadła zwidnie się kołyszą, płynie pociechy przesłanie, okruchy smutku na rzęsach mu wiszą, we śnie odpowiedź dostanie... Siedział szarym świtem pod masztem na pokładzie korsarskiego okrętu zalewanego przez sztormowe fale i przeciekającego we wszelkich możliwych miejscach. Wiedział, że okręt za chwilę zatonie, ale nie potrafił się zmusić do działania, chociaż na pokładzie stała pompa strażacka z dwoma uchwytami do pompowania na przeciwległych krańcach długiej dźwigni. I nagle znikąd, jak to we śnie, zjawiła się żona i zaczęła pompować, chwyciwszy za jeden koniec dźwigni. I wtedy doskoczył do pompy, chwycił za drugi koniec i razem zaczęli pompować, i wtedy sztorm się wyciszył, i ura- towali statek przed zatonięciem. Usiadł z powrotem pod masztem, a żona gdzieś znikła i zjawiła się dopiero przy następnym sztormie, i znowu w podobny sposób uratowali oboje statek przed zatonięciem. A później żona znowu gdzieś znikła i już się więcej nie pojawiła, ale on podczas następnych sztormów już nie czekał na żonę, tylko zrywał się spod masztu, doskakiwał do pompy i dusił zagrożenie w zarodku. Coraz szybciej się zrywał, kiedy tylko okręt zaczynał tonąć i w końcu tak się podziało, że ledwie przyłożył rękę do pompy, to woda znikała z okrętu w cudowny sposób i cichła szalejąca na morzu burza. Po jakimś czasie atakujące raz za razem sztormy ucichły. Odpoczywał, siedząc pod masztem i skądś wiedział, że jeżeli będzie bez ociągania stawiał czoła sztormom, to ten rejs może mieć szczęśliwe zakończenie, bo Ktoś mu będzie w cudowny sposób pomagał. Patrzył na coraz mocniej rozjaśniające się na horyzoncie niebo, jakby jakaś łuna biła ze smużącego się świetlistym szlakiem widnokręgu, i wtedy się nagle obudził. Leżał rozbudzony w szarym przedświcie wielkanocnej wigilii i utrwalał sen w pamięci, żeby do niego później wracać w trudnych momentach po otuchę i nadzieję. – Niedługo dzieci pójdą święcić baranki – pomyślał. Sięgnął po leżący na stoliku przy łóżku różaniec i odmówił część radosną, a później jeszcze na chwilę zasnął. To był przełom w owym Wielkim Tygodniu, życie zaczęło go znowu cieszyć. Po jakimś czasie skojarzył ten sen z późniejszym o drugim brzegu, odnajdując pomiędzy nimi liczne alegoryczne analogie. Pełen pokornego zadziwienia, że aż tak się potrafi wyśnić, chylił z wdzięcznością głowę przed czuwającym nad wszystkim Stwórcą, dziękując za otrzymywane strumienie zbawczej łaski... Kimże On jest, mówili jego uczniowie, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?
Tadeusz
Z Tadeuszem zawarł znajomość przed Bożym Narodzeniem, kiedy jadąc samochodem zobaczył przed kościołem leżącego na śniegu mężczyznę. Próbował się podnosić, ale ciągle upadał na oblodzonym chodniku, a idący na pasterkę ludzie udawali, że tego nie widzą. Zaparkował na chodniku, pomógł się leżącemu podnieść i zapytał dokąd go zawieźć. – Na wigilię do siostry – wymamrotał Tadeusz. – Jeszcze dzisiaj nie jadłem. Zawiózł go do stojącego na peryferiach domu i zataszczył na ganek przez zasypany śniegiem ogród. Nacisnął dzwonek i podtrzymując słaniającego się Tadeusza, spoglądał przez okno na kolorowo oświetloną choinkę. Rodzina już była po kolacji, ale jeszcze siedzieli przy stole, z pokoju dobiegała kolęda o płaczącym z zimna Jezusku. Na ganku zapaliło się światło i usłyszał przez drzwi burkliwy głos siostry Tadeusza. – A kogo tam niesie po nocy? – Przywiozłem brata na wigilię. – Jakiego brata? – Pani brata, Tadeusza. – Wynocha, bo poszczuję psami! – Kto tam? – dobiegły z mieszkania podpite męskie głosy. – Mój pijany braciszek… – Kto?! – Chodźmy, bo mnie szwagier znowu zbije – zakwilił Tadeusz. – Zawieź mnie do domu. – Do jakiego domu? – Pokażę ci, gdzie mieszkam. I tak owej wigilijnej nocy odwiedził Tadeusza po raz pierwszy. Mieszkał w kamienicy przy rynku, w przydzielonej mu przez opiekę społeczną norze. Zwisająca z sufitu na drutach żarówka oświetlała zrobione w kącie sutereny legowisko. – Idziesz już? – zapytał Tadeusz, kiedy się zabierał do wyjścia. – Przyjdę, idę do sklepu. – To przynieś piwo. Kupił w nocnym sklepie chleb, pomarańcze, jabłka, dwie kostki masła, słoik dżemu, kilo kiełbasy i czekoladę. – O, tyle nakupowałeś – ucieszył się Tadeusz. – A piwa nie przyniosłeś? – Nie piję alkoholu... – Ale ja piję, po co nakupiłeś jedzenia, jak się brzydzisz ze mną napić?! – Nie brzydzę się, Tadeusz, tylko nie piję, nie kupuję i nie częstuję. – Nie potrzebuję jałmużny! Zrobiło mu się głupio, urwał z kupionego bochenka kawałek chleba i podzielił się nim z Tadeuszem jak opłatkiem. – Siadaj – udobruchał się Tadeusz. – To moja kochana wnuczka – wyciągnął z kieszeni fotografię uśmiechniętej jasnowłosej dziewczynki. – Ma cztery latka i całkiem złote włosy, chciałbym ją jeszcze kiedyś zobaczyć. – A kiedy ją ostatnio widziałeś? – Jeszcze jej nie widziałem. Patrzył ze ściśniętym sercem na skopanego przez życie staruszka, a potem się pożegnał i wrócił do domu. Latem spotkał Tadeusza na plantach, stał obok pomnika świętego Floriana i liczył drobniaki. Dorzucił mu w przelocie dwa złote, a Tadeusz poderwał głowę i krzyknął porywczo. – Za dwa złote chcesz kupić spokój sumienia?! Nie odpowiedział, ale nakupił żywności i zaniósł Tadeuszowi, bo zbliżała się Wielkanoc, drzwi sutereny były otwarte, ale nikogo w środku nie było, więc zostawił zakupy na barłogu i wyszedł. Kilkanaście dni później Tadeusz umarł i zakopano jego ciało jak stare znoszone ubranie. Miejmy nadzieję, że ten ciężko chory na alkoholizom człowiek odpokutował swoje grzechy i dostał od Pana Boga nową, śliczną niebieską szatę. Siedzi w niej przy suto zastawionym stole pod błękitnym niebem nieba i spoglądając na ziemię, raduje się widokiem bawiącej się lalkami złotowłosej wnuczki. Miejmy nadzieję, że tak się właśnie stało, bo jak napisał święty Mateusz... I tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. Po tym przykrym incydencie, kiedy to zawiózł Tadeusza na Wigilię do siostry, przestał zbierać po mieście nietrzeźwych, a zamiast tego ślubował Panu Bogu, że doprowadzi elektryczność do stojącego w lesie sanktuarium Matki Boskiej. – Tylko mi, Boże, dopomóż nie pić – poprosił. Nie dotrzymał i tego ślubowania, trudności techniczne i w ogóle... Tyle tylko, że sprzedał fundatorowi kapliczki trzysta metrów deficytowego kabelka potrzebnego do oświetlenia sanktuarium. Sprzedał za półdarmo i uradowany fundator mówił o cudzie, ale on dobrze wiedział, że nie o cud tutaj chodzi, tylko o niedotrzymane ślubowanie. W dalszym ciągu miał jednak wyrzuty sumienia i dlatego pewnej niedzieli rzucił w kościele na tacę ciężką kopertę z pieniędzmi, wyspowiadał się również z niedotrzymanego ślubowania. – No, jeżeli tak zrobiłeś – powiedział ksiądz na zakończenie spowiedzi. – Ja ci daję rozgrzeszenie, a reszta w rękach Pana Boga. Od tego czasu starał się rozważniej ślubować, bo zgodnie z drugim przykazaniem Dekalogu, z Panem Bogiem nie ma żartów... Pierwsze, nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną. Drugie, nie będziesz brał imienia Pana Boga nadaremno.
Zagrożenia
Wiosną zaczęły mu się obsesyjnie śnić kremówki. Z początku nie zwracał na to uwagi, ale kiedy poznany na terapii kolega wspomniał, że jemu ciągle śnią się pączki, zaczął sobie kupować ulubione ciastka z kremem. Nie wiedział jeszcze wtedy, że cukier zastępuje alkohol w trzydziestu procentach, ale domyślił się, że to chyba psychika podsuwa mu remedium, skuteczny środek zaradczy na pijaństwo. Pod koniec maja wybrał się z żoną i dziećmi na odbywające się w rodzinie wesele. Na przednim siedzeniu siedział obok niego w samochodzie dziesięcioletni synek, a z tyłu żona z dwiema córeczkami, pięcioletnią i kilkumiesięczną. Jechali powoli bez pośpiechu i kiedy zobaczył na poboczu drogi machającą na okazję babcię, to postanowił ją zabrać. Ech, ta babcia, ledwie wsiadła, od razu zaczęła kupować najmłodszą córeczkę. – Sprzedacie mi ją? – pytała, wyciągając ręce po kilkumiesięczną pociechę. Starsza siostrzyczka spojrzała surowo na babcię i wtrąciła się do rozmowy w obronie młodszej. – Jej nie wolno, ale możecie tego zabrać, bo mi dokucza - pokazała na brata. – Ale mnie się podoba ta malutka. – Ale on jest większy i będzie wam mógł sprzątać. – Ale mnie się podoba ta malutka – nie ustępowała babcia. – A czym ją będziesz karmić, masz mleko w piersiątkach?! Starsza dziewczynka wytoczyła najcięższą artylerię, a później tak się przesiadła, żeby odgrodzić siostrzyczkę od babci. I to był właściwie dla niego jedyny miły akcent związany z tym wiejskim weselem, bo zaraz na samym początku został zaatakowany przez szwagra, kiedy odstawił podaną mu lampkę. – Nie wypijesz, Kuba, szampana za zdrowie młodych ? – Nie piję. – Nie pije, bo był na leczeniu! – obwieścił szwagier tak głośno, że zaskoczeni goście umilkli. Popatrzył na szwagra zimno i powiedział lodowato. – Współczuję ludziom, którzy się interesują cudzym życiem, bo to znaczy, że nie mają własnego. A potem podszedł do okna i unosząc lampkę z szampanem, powiedział do gości z uśmiechem. – Choroba alkoholowa jest umiejscowiona pomiędzy ustami a brzegiem pucharu, niejedno się może w tym czasie wydarzyć. Po tych słowach chlusnął przez okno szampana i wzniósł toast nalaną sobie pepsi. Nie, to wesele naprawdę nie było dla niego udane, chwilę później naszła go tak okropna chandra, że nie potrafił sobie znaleźć miejsca. – Jasny gwint! – panikował. – Przecież ja się rozlecę! Nie wiedział, co się z nim dzieje i wtedy na szczęście przypomniała mu się przestroga terapeuty. – Jak ten z uciętą nogą nie zatańczy, tak ty się nie będziesz mógł napić wódki. – Nawet za kilkanaście lat? – zapytał wtedy. – Do końca życia! Umiesz jeździć na rowerze? – Umiem, ale dawno nie jeździłem. – Ale jak wsiądziesz na rower, to pojedziesz? – No, pewnie. – A więc zapamiętaj sobie, że twój mózg sto razy silniej zakodował sobie pijaństwo i jeżeli sięgniesz po kieliszek, to ci puszczą hamulce i ostatni kieliszek wypiją na twojej stypie. Przypomniał sobie teraz na weselu tamte słowa i wystrzeliwszy jak z procy, wyrwał gdzie oczy poniosą, pomiędzy lasy i dąbrowy. – Żeby tylko wytrzymać przez kwadrans – wbijał paznokcie w ręce. – A później drugi kwadrans i trzeci, a potem już będzie godzina, a po niej druga i trzecia, i w końcu nadejdzie trzeźwe jutro... Jutro? A co mi tam jutro! O jutro będę się martwił jutro, bo jak się dzisiaj napiję, to nie będzie żadnego jutra. Tak szeptał, odmawiając zdrowaśki, a nad nim szumiały o wieczności rozkołysane wiatrem drzewa... Hej, szumią drzewa, szumią, liście się kołyszą, wyzdrowieją chorzy, co mój śpiew usłyszą. Po jakimś czasie wrócił na wesele i pierwsze, co mu wpadło w oko, to leżące na stole kremówki. Nałożył sobie dwie na talerzyk i usiadłszy z dala od wścibskiego szwagra, zajął się swoją porcją słodkości. Przetrzymał atak alkoholowego głodu i kiedy nocą wracali z wesela, to Ania Jantar śpiewała w radiu, że całe miasto zalane słońcem, a po ulicach chodzą zakochani. – Uzależniony byłem od wódki jak Romeo od Julii – rozmyślał. – Ukradła mi kurwicha wolność i chciała ukraść życie. Tak sobie pomyślał, utwierdzając się w postanowieniu, że w dalszym ciągu nie tylko nie będzie pił alkoholu, ale nie będzie go również kupował i nie będzie nim częstował. Przyjechawszy do domu, wylał do ustępu stojący w barku koniak, który dostał w podarunku za przysługę od znajomego lekarza. Można zapić ze zmartwienia, ale można również z radości, zaczęło się od tego, że kolega zaproponował, żeby zorganizować spotkanie siódmoklasistów. – Dwadzieścia pięć lat temu – zagaił kolega spotkanie w kawiarni. – Rozstała się gromada żółtodziobów, a dzisiaj spotkali się dorośli ludzie... – I jedna Trąba – wtrąciła się koleżanka. – Pamiętam ciebie, pamiętam, to ty mnie zawsze, Papugo, najbardziej przedrzeźniałaś i jeżeli się nie poprawisz, to cię postawię do kąta, a później niech każdy coś o sobie opowie. I popłynęły opowieści, dopóki do kawiarni nie zaczęły zaglądać przez otwarte okna gwiazdy. I płynął czas jak rzeka bez powrotu, a kiedy o dziesiątej wieczorem zamykano kawiarnię, to zaprosił wszystkich na ogród do przyczepy kempingowej. Ponad dwadzieścia osób przyjechało trzema samochodami, a Papuga z Profesorem przywędrowali na piechotę, bo Papuga zaprotestowała, że nie pojedzie w bagażniku, bo przypomina klatkę. Nie wiadomo jakie dobre moce sprawiły, że dwadzieścia cztery osoby zmieściły się w przyczepie campingowej, ale dla nikogo nie zabrakło siedzącego miejsca. – Może bym się jednego napił? Myśl przeleciała przez niego nagle jak bezgłośna błyskawica i równie nieoczekiwanie zgasła, i tylko jej poblask rykoszetował złowrogo w przestrzeni, budził upiory przeszłości. – Przecież jeden kieliszek mi nie zaszkodzi – drugi piorun uderzył o wiele celniejszym sierpowym. Pijana choroba wstrzeliwała się w jego trzeźwość jak bezwzględny snajper. – Uważaaaj – zamigotało. – Co się dzieje, Aniele? – Za chwilę nastąpi śmiertelny wystrzał! – Co się dzieje, Aniele??? – Uciekaj, Kuba, ucieeekaaaaaaaj... Zerwał się i opuścił rozbawione towarzystwo, schodząc z linii strzału. Usiadł w kuchni przy stole i przypominał sobie całą swoją wcześniejszą, zgotowaną mu przez alkohol poniewierkę. – Przecież to była Gehenna – wspominał. – Wiodąca ku wiecznej śmierci dolina, w której bez przerwy płoną bałwochwalcze ognie. Przez otwarte okno słyszał dopytujące się o niego głosy, ale jeszcze nie był gotowy do powrotu. Wyciągnął noszony w portfelu obrazek świętego Michała Archanioła i wyszeptał Jego pierwsze imię: któż jak Bóg?! Będące bojowym zawołaniem i wyznaniem wiary dowódcy niebiańskich zastępów, który z tym okrzykiem na ustach, że nie ma nikogo większego nad Boga, opowiedział się po boskiej stronie, tłumiąc rebelię zbuntowanych przez szatana aniołów. Trzykrotnie odmówił umieszczoną na odwrocie obrazka modlitwę będącą egzorcyzmem, wołaniem o obronę przed atakami złego, i dopiero wtedy powrócił do towarzystwa. Wyciszony i spokojny, ze zduszoną w zarodku pokusą sięgnięcia po kieliszek, którą udało mu się pokonać z pomocą świętego Michała Archanioła i Anioła Stróża. Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną.
Trzeźwe wakacje
Pewnego pogodnego poranka na początku lipca przypiął do samochodu przyczepę campingową i wyruszył wraz z żoną i dziećmi do słonecznej Hellady. Licząc tydzień na niespieszną podróż do Grecji i tydzień na drogę powrotną, całe te romantyczne wczasy trwały prawie przez miesiąc. Romantyczne między innymi dlatego, że postanowił się znowu zabawić w przemytnika i zabrał ze sobą na handel towaru za tysiąc dolarów. Przedarł się przez rumuńskie Karpaty, a później przekroczył w Russe biegnącą Dunajem granicę z Bułgarią i dojechawszy autostradą do Sofii, wykręcił na południe ku greckiej granicy. Urokliwa górzysta trasa wiodła przez wulkaniczne pasmo Rodopów, znad płynących dolinami strumieni unosiła się gorąca para. W jednym z strumieni wieśniaczki prały bieliznę i rozkładały do wyschnięcia na łące, wyprane haftowane koszule. Dłuższy postój zrobili w uzdrowisku Sandański, gdzie zjedli obiad w restauracji i wykąpali się w basenie z ciepłą wodą, po kąpieli wypoczywali na leżakach wśród egzotycznej zieleni. Grecja przywitała ich żarem słońca i spękaną od spiekoty ziemią, na horyzoncie wznosił się spowity chmurami szczyt Olimpu i kiedy na niego spoglądał, to czuł na sobie tchnienie greckich bogów. – To tylko gorący południowy wiatr – szept cichy, delikatny... – No wiem, Poetycka Bajko, ale tutaj tak ślicznie. – No, bo to przecież Hellada, opowiadaj. – Dobrze. W milionowych Salonikach wjechał na rondo, z którego rozchodziło się kilka autostrad i jeździł w kółko, sylabizując na drogowskazach greckie litery. A ponieważ drogowskazów było kilkanaście, więc tak sobie jeździł i jeździł, dopóki za nim nie zaczęła jeździć policja. Wjechał wtedy na trawnik pośrodku ronda i wysiadłszy z samochodu, stanął obok wielkich jak piwonie różowych kwiatów. – Problem? – zapytał elegancki policjant w niebieskiej koszuli z krótkim rękawem. – Epanomi – powtórzył kilkakrotnie nazwę nadmorskiego kempingu i obaj policjanci kiwnęli zgodnie głowami. To byli naprawdę równi faceci, wspominali o greckich uchodźcach, którym Polska udzieliła gościny, a później przepilotowali go przez miasto i pokazali na drogowskazie, że do Epanomi trzydzieści kilometrów. Zadbane, rozgrodzone żywopłotami kwatery nadmorskiego campingu i znajdująca się obok plaża urzekały barwami jak z amerykańskiego filmu. Tylko te nieznośne upały zatykały dech w piersiach, więc siedział południową porą w przyczepie z twarzą wtuloną w wentylator i dopiero wieczorami wyruszał wraz z rodziną na wędrówkę po nagrzanych słońcem uliczkach nadmorskiego miasteczka. W urokliwych kafejkach życie towarzyskie osiągało swoje apogeum dopiero koło północy. Zapraszały do środka uśmiechające się na progu kelnerki w barwnych haftowanych sukienkach, ale nie wchodził, chociaż tęsknił do tego idyllicznego świata, bo to nie był ani jego czas, ani jego pora. Na plaży wypożyczano rowery wodne i dzieci bardzo chciały popływać, ale żal mu było zapłacić równowartość czterech dolarów za godzinę pływania. Dla wychowanego pod komunistyczną okupacją Polaka cztery dolary równały się w owych czasach kilkudniowym zarobkom. Dopiero pod koniec pobytu odżałował dwieście pięćdziesiąt drachm i wypożyczył rower na pół godziny. Zawiadujący rowerami chłopak, zamiast z pięćsetki, wydał mu pomyłkowo z pięciu tysięcy. Wziął machinalnie gruby zwitek banknotów i dopiero po wypłynięciu z rodziną na morze zrozumiał o co chodzi po przeliczeniu pieniędzy. – No, to sobie trochę za te dwieście pięćdziesiąt drachm popływamy – postanowił i popłynęli daleko po wyciszonym lazurowym morzu zatoki. Dopłynęli do zakotwiczonej w zatoce łodzi rybackiej i po wejściu na pokład porobili sobie zdjęcia z ogorzałym od wiatru i słońca rybakiem. W spłowiałym, spranym niebieskim podkoszulku w białe pasy przypominał śniadoskórego Greka Zorbę. Wrócili dopiero pod wieczór, kiedy czerwono zachodzące słońce zalewało pustoszejącą plażę strumieniami rubinowo rozświetlonego ognia. Wypatrujący za nimi chłopak biegał tam i z powrotem po plaży, a kiedy zobaczył, że nadpływają, zaczął podskakiwać jak Piętaszek, wyrzucając do góry ręce i ciągle powtarzając to samo słowo. Spoglądał na chłopaka ze stoickim spokojem, a później wcisnął mu w rękę cały otrzymany od niego wcześniej zwitek pieniędzy, już wcześniej sobie postanowił, że mu wszystko odda. Uśmiechnął się do zaskoczonego Greka i usiadłszy z rodziną na plaży, popatrywał rozbawiony, jak młody biznesmen liczy i liczy, a co wyliczył, to już pozostało jego słodką tajemnicą. Na campingu mieszkała autokarowa wycieczka z Polski, ale nie za bardzo wiedzieli, gdzie opchnąć komplety pościeli, więc zabrał dwie studentki na bazar i pomógł im sprzedać towar za drachmy. Ładne były i zapraszały do namiotu, ale nie wchodził, podobnie jak do nadmorskich kafejek, bo to nie był ani jego czas, ani jego pora. Kiedy po wczasach wracał z rodziną do kraju, to na autostradzie panowała taka duchota, że odurzony upałem, zjechał na pobocze i otrzeźwiał dopiero wtedy, gdy się otarł przyczepą o barierę. Pierwszy postój zrobili w macedońskim Skopie, gdzie kupił w antykwariacie górski pejzaż z ośnieżonymi szczytami, emanujący przejrzystym nieskazitelnym bezkresem. Jak tylko zobaczył ten obraz w bogato złoconej ramie, to od razu postanowił go kupić, ale zainteresował się nim jakby od niechcenia dopiero na końcu, żeby antykwariusz nie wyśrubował ceny. A później przejechali w Belgradzie przez most na Dunaju, przekroczyli rumuńską granicę i stanęli na nocleg w przygranicznym mieście, przytuleni do zielonej ściany parku. Następnego dnia zbudzili ich o świcie udający kupców rumuńscy złodzieje. Jednego z nich wpuścił do przyczepy i zapakował mu do reklamówki towaru za sto pięćdziesiąt dolarów, co stanowiło w Polsce w owych czasach równowartość kwartalnych zarobków. – Płacić! Zagrodził Rumunowi wyjście z przyczepy, widząc jego podejrzane zachowanie i wtedy złodziej znacząco chrząknął i do przyczepy zaczęli się dobijać jego udający milicjantów wspólnicy. – Jak wam dam milicję! – krzyknął, wyciągając do Rumuna rękę po pieniądze. Wciśnięty mu w rękę zwitek banknotów od razu wydał mu się taki jakiś dziwnie twardy. Zobaczywszy, że trzyma w ręku owinięte setką lei, równo przycięte gazety, wyskoczył za złodziejem i rzucił mu się tygrysim skokiem na plecy. Kiedy runęli obaj na ulicę, wyszarpnął złodziejowi reklamówkę i zobaczył w środku ręcznik i mydło, i jakieś tam sportowe podkoszulki. Jak zorganizowali zamianę reklamówek i kiedy?! Odchodząc, przypomniał sobie, jak sześć lat wcześniej sprzedał w Bukareszcie fałszywą złotą obrączkę i pomyślał, że właśnie życie wystawiło mu rachunek z odsetkami za tamto oszustwo. Wszedł się pomodlić do pobliskiego kościoła i przebaczywszy złodziejowi oszustwo, poprosił Pana Boga o przebaczenie za swoje wcześniejsze, a później wyruszył z rodziną w dalszą drogę powrotną do kraju. Kilka dni po powrocie z Grecji ponownie przypiął do samochodu przyczepę i wyruszyli z żoną i dziećmi na cały sierpień nad polskie morze. Najpierw zatrzymali się na campingu w Krynicy Morskiej, gdzie o poranku szukali na plaży bursztynu, a za dnia robili wycieczki samochodem i pływali statkiem po Zalewie Wiślanym. Zwiedzili kopernikowski Frombork i krzyżacki Malbork, a po dwóch tygodniach przenieśli się dwieście kilometrów dalej na camping w pobliżu Sopotu. Tym razem zwiedzili półwysep helski z rybackim miasteczkiem na cyplu, skąd popłynęli statkiem na Jarmark Dominikański do Gdańska i złożyli kwiaty pod pomnikiem trzech krzyży. Złączone trzema kotwicami trzy krzyże upamiętniały stoczniowców zamordowanych przez komunistów w grudniu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku. Krwawy grudzień na Wybrzeżu, krwawy grudzień, krwawy grudzień... Janek Wiśniewski padł. Co jeszcze można powiedzieć o tych pierwszych po leczeniu trzeźwych wakacjach? Może o tym, że zostawiwszy rodzinę na sopockim kampingu, poleciał samolotem do Krakowa, skąd pojechał taksówką do Brzeska i wybrał z banku złotówki. Pojechał z nimi do Tarnowa, kupił u konika dolary, wpłacił je na swoje konto w dewizowym banku i następnego dnia w podobny sposób wrócił do Sopotu. Cała eskapada w obie strony zajęła mu raptem niecałe dwa dni, bo drugiego dnia wieczorem był już z rodziną na kampingu. W owych czasach rządzący krajem komuniści doprowadzili do tak galopującej hiperinflacji, że kto trzymał zarobione pieniądze w złotówkach, ten tracił zarobek w ciągu miesiąca. Z końcem sierpnia wrócili do domu i tak mu minęły pierwsze po terapii trzeźwe wakacje.
Góra zwieńczona krzyżem
Po powrocie z wybrzeża zabrał dziesięcioletniego synka i pojechali obaj na początku września do Zakopanego, gdzie zamieszkali w czterogwiazdkowym hotelu i pewnego poranka wybrali się na Giewont. Powędrowali z Kuźnic niebieskim szlakiem i najpierw minęli schronisko na Kalatówkach, potem drugie na Hali Kondratowej i zaczęli się wspinać ku szczytowi wijącym się pośród skalnych piargów szlakiem. A później to już była stroma ścieżka na sam szczyt zabezpieczona z boku służącymi za poręcze łańcuchami. Na szczycie skalistego wierzchołka góry stoi wysoki na piętnaście metrów krzyż z metalowej kratownicy. Na początku dwudziestego wieku polscy górale wynieśli na plecach poszczególne elementy krzyża i zmontowali go na tatrzańskim szczycie Giewontu, żeby jak antena zanosił do Boga ludzkie modlitwy. Zlatujące po krzyżu podczas burzy błyskawice wypalają na skalistych złomach boże przestrogi jak na kamiennych tablicach. Wielu ludzi znajdowało się owego słonecznego dnia na Giewoncie, ścielące się poniżej szczytu białe obłoki kontrastowały z czystym błękitem nieba. Trzy zakonnice siedziały na skałach w pobliżu krzyża i jadły uzbierane podczas wspinaczki jagody. Stanął z synkiem na szczycie góry i dotykając krzyża, modlił się w duchu o trzeźwość, dziękując Bogu za otrzymane łaski i prosząc o dalszą opiekę. Tak piękne rozwrześniło się lato owego roku, że po powrocie do domu zabrał rodzinę i pojechali całą piątką w góry. Włóczyli się godzinami po tatrzańskich szlakach. Zawędrowali do obwarowanego koroną skalistych szczytów Morskiego Oka, a później do Pustelni świętego Brata Alberta i klasztoru Braci Albertynów na Śpiącej Górze. Wznoszący się w sercu tatrzańskiej krainy, kryty gontami drewniany klasztor kojarzył się wyglądem z warownym słowiańskim grodziskiem. Żywność do niego zakonnicy donosili na plecach. Obok klasztornego kościoła stała przytulona do skały niewielka kapliczka z figurką Matki Boskiej. U stóp Świętej Pani biło rozmigotane słońcem źródełko, na dnie którego srebrzyły się wrzucane przez pielgrzymów pieniążki. Dorzucił i swojego z prośbą, żeby tu jeszcze kiedyś powrócić, a w powrotnej drodze wziął obie córeczki na barana, bo były jeszcze malutkie i bolały je nóżki. Następnego dnia wybrali się do wąwozu nazywanego Krakowem. Wysokie ściany skalnej rozpadliny nachylały się u góry ku sobie niebezpieczną stromizną, więc zgodnie z tradycją podparli je u dołu patykami i przypuszczalnie dzięki temu wąwóz do dzisiaj stoi. W połowie września wrócili do domu, a za nimi pozostały wypiętrzone ku niebu tatrzańskie turnie, strzegące południowych rubieży kraju... Na szczytach Tatr, na szczytach Tatr, gdzie orły gniada wiją, króluje w mgłach świszczący wiatr i gromy z nieba biją. Na szczytach Tatr, na szczytach Tatr, gdzie Giewont granic strzeże, Chrobrego straż, husarzy las, w pieczarach śpią rycerze.
Część 33 / 6
Przekroczyć próg nadziei
Pod koniec września dosiadł się do niego podczas obiadu znajomy i poprosił, żeby mu postawić wódkę. – Wiem, że nie pijesz – zagaił znajomy. – Ale może postawisz? – Nie postawię. – To mi pomóż wyzdrowieć! – Pomogę. Niedługo potem wybrał się do znajomego w odwiedziny. Posiedzieli, porozmawiali, żona kolegi zrobiła kawę i kilka dni później zawiózł chorego samochodem na wolną trybunę do krakowskiego szpitala. Miał szczęśliwą rękę, bo go przyjęli na terapię i zaczął zachowywać abstynencję. Mijały kolejne dni i tygodnie, jesienią oświetlił deptak w pobliskim mieście. Ciężką katorżniczą robotę wykonało czterech ludzi. W ciągu miesiąca wyharatali kilofami w gruzowisku kilkaset metrów rowu na kable i zamontowali na wstawionych słupach kilkadziesiąt latarni. – To pijak, on wam takiej poważnej roboty nie zrobi – szyłmu podczas roboty buty w bocheńskim magistracie jego dawny zwierzchnik z energetyki. – Ja go kilka lat temu zwolniłem z pracy za pijaństwo. Chwalił się, czy się żalił? – No i co pan teraz powie? – zapytano bufona w bocheńskim magistracie, kiedy na deptaku zaświeciły latarnie. – Ten, jak go pan nazwał, pijak, wykonał w ciągu miesiąca robotę, do której pan się przymierzał ze swoimi maszynami przez dwa lata. Mijały kolejne dni i nadeszła zabawa sylwestrowa, na której się bawił o wiele lepiej na trzeźwo, jak dawniej z alkoholem. – Wlej sobie do lampki oranżady z bąbelkami, a ludzie będą myśleli, że pijesz szampana – doradzali znajomi podczas noworocznego toastu, ale pokręcił przecząco głową i wyjaśnił lekko zdziwiony propozycją. – A niby dlaczego mam wstydzić swojej trzeźwości? Niech się wstydzą ci, którzy po pijanemu robią z siebie głupków! O północy nalał sobie do lampki pepsi i po noworocznym toaście podeszła do niego z życzeniami kobieta od sąsiedniego stolika, i zapytała dlaczego nie pije szampana. – Jestem abstynentem – wyjaśnił z uśmiechem, przytulając ją do siebie i całując w oba policzki. A ona cała taka jakaś była ciepła, kusząca, że nawet mu wyjątkowo nie przeszkadzało, że śmierdziała alkoholem. Na wiosnę doprowadził do połączenia trzech prywatnych firm i zaczęli dawać w okolicy najgłośniejsze koncerty. Oświetlali całe wioski i elektryfikowali nowe osiedla. – A ja tego pijaka wyrzuciłem z pracy za pijaństwo – nadawał w dalszym ciągu jego były zwierzchnik z energetyki. I tutaj Kuba uznał, że miarka się przebrała i podczas spotkania w szerszym gronie nie podał pyszałkowi na powitanie ręki. – Stać pana na lepsze towarzystwo – wyjaśnił sarkastycznie, z pogardliwym grymasem. – A jeżeli jeszcze raz mnie nazwiesz pijakiem, to się będziesz tłumaczył w sądzie, artykuł dwieście dwunasty kodeksu karnego o zniesławieniu. – No, ale przecież pan dawniej pił?! – No, właśnie, dawniej! Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr i jak się nie poprawisz, to tak, jak powiedziałem, spotkamy się na rozprawie w sądzie. Pomogło i od tego czasu zarozumialec spasował i zaczął się przymilać do jego pieniędzy. Nadeszło lato, pewnej nocy obudziła go gwałtowna burza, pioruny biły raz za razem, jakby niebo oddawało honorowe salwy. Minęła północ, zaczął się piętnasty sierpnia, święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Stojąc w oknie, patrzył na rozbłyskujące niebo i liczył uderzenia piorunów, a kiedy naliczył dwadzieścia jeden, przypominała mu się książka polskiego papieża, że należy bez lęku przekraczać próg nadziei. Stał zapatrzony w ogniste hieroglify i modlił się o trzeźwość, podobnie, jak ubiegłego lata na szczycie góry zakończonej krzyżem, który wznosi się nad Polską jak cudowny piorunochron... Na szczycie Tatr, na szczycie Tatr, gdzie złomy i urwiska, króluje w mgłach świszczący wiatr, krzyż pośród burzy błyska. Na szczycie Tatr, na szczycie Tatr, niebo się ogniem wzdyma, uderza grom w skalisty złom, krzyż straż na szczycie trzyma.
– Dlaczego zacząłeś pomagać innym? – Żeby pomóc sobie, skoro wszyscy stanowimy jedno.
Rozdział trzeci
Jeśli za nienawiść nie odpłacasz nienawiścią,nie udając jednakże mędrca i świętego...
Oprócz wrodzonej porywczości posiadał również poczucie uczciwości i dlatego, kiedy zawinił, to potrafił przeprosić. I chyba dlatego mieszkający po sąsiedzku dyrektor zlecił mu w szpitalu poważne roboty modernizacyjne, chociaż kiedy jeszcze popijał, to zapukał do niego pewnego razu nocą z napoczętą butelką wódki, żeby sobie zaklepać na lato pożyczenie przyczepy campingowej. – A po co panu moja przyczepa, przecież ma pan własną? Zapytał dyrektor przy pierwszej wizycie. – Bo widzi pan, zdecydowałem się swoją sprzedać i dlatego przyszedłem się dowiedzieć, czy pan mi pożyczy, bo jakby mi pan nie pożyczył, tobym swojej na razie nie sprzedawał, tylko dopiero po wakacjach, ale wtedy po sezonie wezmę gorszą cenę – tłumaczył dyrektorowi z pijacką logiką. – No dobrze, jak pan swoją sprzeda, to panu pożyczę. Zaspany dyrektor nie za bardzo kontaktował, o co w tym wszystkim chodzi i szybko zamknął drzwi przed nieproszonym gościem. – Ale czy aby na pewno mi pożyczy? Zaczął się zastanawiać na ulicy, upiwszy wódki. Po chwili zapukał więc do dyrektora ponownie, a kiedy ten potwierdził, że pożyczy, to podziękował i na odchodne życzył sąsiadowi spokojnej nocy. Godzinę później zapukał do dyrektora po raz trzeci, ale tym razem sąsiad nie otworzył, a kiedy go odwiedził nad ranem po raz czwarty, to usłyszał przez drzwi przekleństwa. Gdzieś tak po dwóch tygodniach podszedł do koszącego trawę sąsiada i przeprosił go za nocne wizyty. – Jeszcze raz pana przepraszam – zakończył rozmowę. – Ale ja naprawdę nie wiem, co mi się wtedy stało. – To nie pan przychodził, tylko wódka – zauważył dyrektor. – Ale czy pan wie, że ja tamtej nocy prawie w ogóle przez pana nie spałem? – Jeszcze raz pana przepraszam – przeprosił po raz trzeci, a później odszedł, odetchnąwszy z ulgą, że się zdobył na przeprosiny. Tak to dawniej różnie po pijanemu bywało, ale teraz, kiedy nie pił, ludzie zaczynali go szanować. Do naszpikowanych elektroniką robót w szpitalu ściągnął specjalistów z drugiego końca kraju, a po odbiorze zaprosił energetyka z inspektorem nadzoru na kolację, informując że alkoholu nie stawia. Libacja, jak to libacja, wiadomo, że z pijanymi się nie nagada, więc się coraz bardziej nudził, patrząc przy stoliku na zapijaczone facjaty. Miarka się przebrała, kiedy po trzeciej kawie zaczęła go boleć głowa, a inspektor zrzucił na podłogę kotleta i zaczął go szukać pod stolikiem, mrucząc że czysta podłoga. Zaproponował wówczas zakończenie imprezy, ale oni się dopiero rozkręcali, więc powiedział, że czeka na nich przez kwadrans w samochodzie na parkingu, a później odjeżdża. I faktycznie odjechał, kiedy nie przyszli, a nazajutrz zameldowali się skacowani u niego w domu po zostawione w samochodzie teczki.
Spółka
Stworzony ze wspólnikami triumwirat realizował coraz poważniejsze inwestycje. Obaj wspólnicy pilnowali wykonawstwa, a jemu oprócz sporządzania dokumentacji i odbioru robót przypadła rola zaopatrzeniowca, co w tamtych czasach było orką na ugorze. Polowało się na materiały po całym kraju, modne było w owych czasach powiedzenie, że w Polsce największą karą jest rok bez znajomości. Zajechał pewnego razu do fabryki po kable wysokiego napięcia, a dyrektor fabryki się go pyta, co dostanie w zamian. Cóż było robić, pojechał do dewizowego sklepu, nakupił za dolary upominków i dopiero wtedy dostał zgodę na zakup kabli. Innym razem zajechał do śląskiej centrali po przewody, a kierowniczka do niego z szerokim uśmiechem, że przewodów w tym roku już nie będzie. – Ale przecież mamy dopiero początek maja?! – Nie będzie... – Przywiozę pani wiejskiej kiełbasy, pięć kilo – deklarował, ale udawała, że nie słyszy. - Przywiozę cielęciny – spróbował z innej beczki i widząc, że nadstawiła ucha, obiecał połówkę cielęcia. – Przód czy tył? – Ależ oczywiście, że tył, kochaniutka – zapewnił. W następnym tygodniu zawitał do centrali z cielęciną i dostał przewody. Jesienią wspólnicy mu się pożalili, że codziennie rano muszą czekać z ludźmi do dziewiątej, bo dopiero wtedy przyjeżdżają z posterunku energetycznego, żeby ich dopuścić do pracy. – I jeszcze trzeba im codziennie stawiać pół litra – narzekali. Pojechał z nimi rano na robotę do elektryfikowanej wioski, opieprzył kierownika posterunku, a kiedy pracownicy posterunku zaczęli skakać do bitki, to powiedział, że od dzisiaj nie będą już więcej dostawali wódki. A później pojechał ze wszystkimi swoimi ludźmi na skargę do dyrekcji, gdzie weszli całą gromadą do gabinetu dyrektora i wyłożyli ma kawę na ławę i od pory dopuszczano ich do pracy o wpół do ósmej rano. Po skończonej robocie, jak to w tamtych czasach było w zwyczaju, zorganizowali poczęstunek, na którym kierownik posterunku zdecydował się jedynie na zjedzenie jednej kanapki i jednego korniszona. – Jem tylko z grzeczności – zastrzegał. – A wódki, to już się w ogóle nie napiję, bo jestem w pracy. Przez zimę spółka zarobiła tak duże pieniądze, że wiosną odwiedzili go inspektorzy ze skarbówki i zasugerowali, że albo da łapówkę, albo będzie musiał przejść z ryczałtu na pełną księgowość i płacić wyższe podatki. Naświetlił wspólnikom sytuację, a oni na to, że każdy płaci za siebie, co oznaczało, że musiałby płacić od swojej części zarobku trzy razy większe podatki. I taki był koniec nieformalnej spółki, bo jak nie wiadomo o co chodzi, to bardzo często chodzi o pieniądze.
Na własny rachunek
Kiedy się rozniosło po rozpadzie spółki, że szuka pracowników, to zgłosiło się do niego osiemnastu chętnych do pracy, spośród których wybrał dwunastu. – Ciekawe, który będzie Judaszem – zażartowali nowi pracownicy. – Judasz się dopiero zgłosi – powiedział i o dziwo zjawił się Bajtlok, i ponownie zaoferował swoje usługi. – Przychodzę, majster, z powrotem do pracy. – Nie przychodzisz. – Od dzisiaj nie piję. – Nie wytrzymasz. – Wytrzymam, będę zażywał antabusy. – Nie wytrzymasz, ale jak pójdziesz na terapię, to cię po niej przyjmę do pracy. – Nie pójdę! – No, to nie mamy o czym rozmawiać. Bajtlok coś mruknął pod nosem i odszedł, a kilka lat później odbył się jego pogrzeb. Mając pracowników rozpoczął w sąsiednim mieście elektryfikację nowego osiedla, łącznie ze stacjami transformatorowymi i liniami wysokiego napięcia. Szatnię i magazyn zorganizował w prywatnym domu u dwóch samotnie mieszkających starszych kobiet, które nieopatrznie zostawiły w suterenach ogromny dymion porzeczkowego wina. Elektrycy raczyli się nim przez miesiąc, a po wypiciu pięćdziesięciu litrów nalali do dymionu zabarwionej sokiem wody. Po ujawnieniu kradzieży zapłacił oburzonym kobietom za wino, a później potrącił pracownikom z pensji. Wszystkim po równo, bo nawet jeżeli nie wszyscy pili, to wszyscy wiedzieli, a więc byli współwinni przestępstwa. Jednocześnie z elektryfikacją osiedla rozpoczął oświetlenie parku w rodzinnym mieście. Szatnię zorganizował w podziemiach stojącego w parku pałacu, w którym mieściło się liceum i po dwóch tygodniach dyrektor liceum zaczął się do niego skarżyć, że elektrycy organizują w szatni popijawy, na których śpiewają sprośne piosenki. Zapewnił dyrektora, że zrobi z tym porządek i podczas libacji ściągnął elektrykom na głowę milicję, która zamknęła na noc do aresztu dwóch wskazanych przez niego prowodyrów. Czekał na nich następnego poranka przed aresztem z przygotowanymi zwolnieniami. Z początku próbowali go straszyć sądem pracy, ale kiedy im zagroził dyscyplinarką, to wybrali polubowne rozstanie. Po uzdrowieniu sytuacji roboty ruszyły pełną parą i jesienią w alejkach zaświeciło czterdzieści latarni o nastrojowym stonowanym świetle. Najładniej miało tutaj wyglądać wiosną, kiedy nagrzana za dnia przyroda promieniuje o zmierzchu ciepłem, a w alejkach latają świetliki i roznoszą pocałunki tulącym się do siebie na ławkach zakochanym parom. Wiele szczęśliwych małżeństw miało swój początek w tym parku, ale niestety na przełomie tysiącleci władze miasta sprzedały najpiękniejszą część parku z pałacem prywatnemu właścicielowi, który go ogrodził żelaznym płotem. Na szczęście pomiędzy prętami ogrodzenia znajdowały się na tyle szerokie prześwity, że można było przez nie kukać do środka i wspominać dawne urzekające, wniebowzięte i rozanielone czasy. Owej wiosny rozpoczął również roboty na nowo budowanej obwodnicy miasta, ale powoli, po kolei, nie wybiegajmy zbyt daleko w przyszłość. W tej chwili jest czerwiec tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku, Kuba skończył trzydzieści dziewięć lat, od dziewiętnastu miesięcy nie pije, a w parku latają o zmierzchu świetliki i roznoszą pocałunki tulącym się do siebie na ławkach zakochanym parom... Jest tu raj szczęśliwy w zieleni ukryty, wspinają się młodzi na miłości szczyty, rodzą się wspomnienia, marzenia kochane, kiedyś te zakątki zostaną sprzedane.
Obwodnica
Żeby wybudować obwodnicę należało zniwelować sześciometrową stromiznę wzgórza naszpikowanego kablami wysokiego napięcia, które należało przed niwelacją opuścić siedem metrów w głąb ziemi. Niełatwo jest wykopać głęboki na siedem metrów kanion, a później przełożyć na jego dno kable o napięciu piętnastu tysięcy wolt zasilające pobliski browar. Pozwolono mu je wyłączyć tylko na sześć godzin. – Jeżeli się pan nie zmieści w czasie, to będzie płacił za hektolitry zepsutego piwa – ostrzegł go główny energetyk browaru. Żeby było jeszcze ciekawiej, kable krzyżowały się z innymi instalacjami, można więc powiedzieć, że współczynnik ryzyka wynosił dwanaście w dziesięciostopniowej skali. Przedsiębiorstwa państwowe nie chciały się tych robót podjąć i w końcu naczelnik miasta zwrócił się do niego. – Ja za niego ręczę – zarekomendował go podczas narady w Urzędzie Miasta, na co tylko ciężko westchnął i postanowił się zmierzyć z kolejnym życiowym wyzwaniem. Problemy zaczęły się zaraz po naradzie w urzędzie miasta. Podszedł do niego na osobności generalny wykonawca, dyrektor, i najpierw powiedział, że prywaciarzowi nie pozwoli wykonywać takich poważnych robót, a potem dodał, że należy posmarować, żeby pojechać. – No to nie będzie jazdy – odparował dyrektorowi i poszedł do domu. Budowa obwodnicy stanęła w miejscu i po miesiącu usłyszał w słuchawce głos dyrektorskiej sekretarki. – Zaraz będzie z panem rozmawiał dyrektor – usłyszał w telefonie wdzięczny głosik sekretarki, a później dudniący bas dyrektora, który go poinformował, że wygrał przetarg. – Nie mogłem go wygrać, dyrektorze, bo do przetargu nie przystępowałem. – Ale pomimo to pan wygrał, proszę przyjechać po dokumentację. – Nie przyjadę. – To co będzie? – Przywieźcie mi dokumentację do domu. Jeszcze tego samego dnia przywieziono mu z Krakowa dokumentację gazikiem, a na drugi dzień dyrektor zapytał przez telefon, kiedy rozpocznie i zakończy roboty. – Jeszcze nie wiem, czy się podejmę – wyjaśnił. – Muszę się zapoznać z dokumentacją. – Za ile się pan zapozna? – Za tydzień. Po tygodniu dyrektor znowu zadzwonił i zapytał czy się podejmie przełożenia kabli. – Wezmę te roboty, dyrektorze. – A za ile pan skończy? – Kosztorys przewiduje sześć miesięcy. – A za ile pan skończy? – Za miesiąc. – Nooo... Odetchnął dyrektor z ulgą, a dla Kuby zaczęły się przysłowiowe schody. Zdawał sobie sprawę, że każda pomyłka będzie go wiele kosztować i dlatego wyraził zgodę, żeby inspektorem nadzoru był jego dawny zwierzchnik z energetyki. Ten sam, który go dziesięć lat wcześniej zwolnił z pracy za to, że mu nie pozwolił szargać swojej godności. – Musi pan ze mną współpracować – powiedział do niego dawny zwierzchnik, obecny inspektor, kiedy mu wsunął w łapę pięćdziesiąt dolarów. Siedział u inspektora w domu i pił herbatę, przywiózł do podpisu fakturę za częściowo wykonane roboty. – Dlaczego muszę? – Bo jak nie, to pana zniszczę! – Nie da pan rady. – Zniszczę pana – powtórzył podpity inspektor, na co w milczeniu pokręcił przecząco głową. Nie chciał zaogniać sytuacji, łagodzonej przez młodą żonę inspektora, która podsunęła mu na talerzyku kawałek tortu. Jeżeli chodzi o same roboty, to zajęły mu zaledwie kilka dni, ale wcześniej przez tydzień wysiadywał samotnie na wzgórzu, a w sobotę zwołał fachowców z rozmaitych branż i przedsiębiorstw i urządził burzę mózgów. – Problemy są takie i takie – naświetlił. – Za każdy kupiony pomysł płacę pięćdziesiąt dolarów, a za najlepszy dwieście. – Dwieście?! – chcieli się upewnić. – Dwieście – potwierdził. – Macie tydzień na myślenie, do następnej soboty. Och, co się wtedy zaczęło dziać na wzgórzu, jakby bociany urządziły na łąkach sejmik, nie przeszkadzał w obradach, czekając na konkrety. – Coś się urodzi – zagadnął go pod koniec tygodnia operator potężnego spychacza, stalińca. – Jeszcze nad tym myślimy, dopracowujemy szczegóły. – No, to czekam na narodziny. – A jak się urodzą trojaczki? – To zapłacę sześćset. Sześćset dolarów, to była wówczas roczna kierownicza pensja. Nadeszła sobota i kupił po dwieście dolarów trzy pomysły. Pierwszy precyzował, jak wykonać głęboki na siedem metrów wykop bez robienia czasochłonnych szalunków. Najpierw spychacz wybrał głęboką na trzy metry koleinę, w której po jednej stronie ustawiono na szynach specjalną koparkę z długą łyżką, która wybrała z drugiej strony koleiny dalsze cztery metry głębokości. Cały wykop o pochyłych ścianach posiadał u góry piętnaście metrów szerokości i tylko jeden na spodzie, ale to wystarczało, żeby ułożyć w nim kable. Drugi pomysł dotyczył opuszczenia kabli w ochronnych stalowych rurach na dno wykopu. Dokonały tego trzy zsynchronizowane dźwigi, które na linach opuściły stalowe rury z kablami po pochyłych ścianach. Trzeci pomysł wyjaśniał w jaki sposób rozłączyć i połączyć z powrotem krzyżujący się międzynarodowy kabel telekomunikacyjny oraz dwie magistrale, wodociągową i kanalizacyjną. Zsynchronizowanie robót zajęło mu trzeci tydzień z zaplanowanego miesiąca i w czwartym tygodniu przystąpił do bezpośredniego wykonawstwa. To było tak jakby trącił ustawione w szeregu domino i wszystko zaczęło się toczyć jakby samorzutnie, jedno wynikało z drugiego. Sam wielki finał, czyli opuszczenie kabli do wykopu, zajął mu cztery godziny z limitowanych sześciu, współdziałało przy tym pięćdziesięciu ludzi. Między innymi milicja, straż pożarna, pogotowie ratunkowe, energetyczne, wodnokanalizacyjne, telekomunikacyjne... Stojący obok wykopu główny energetyk browaru ciągle popatrywał na zegarek. Podczas wielkiego finału kupił jeszcze od ręki cztery mniejsze pomysły po pięćdziesiąt dolców, bo najpierw do wykopu wdarła się woda z rozszczelnionego rurociągu, a później pękły przerdzewiałe na spawach rury ochraniające kable. Trzeba było na poczekaniu improwizować, co odbywało się mniej więcej w ten sposób. – Mogę coś powiedzieć? – zapytał oficer straży pożarnej, kiedy wdzierająca się do wykopu woda goniła za uciekającymi ludźmi, a obrywająca się po bokach ziemia groziła śmiercią, kalectwem i więzieniem. – Niech pan mówi – zachęcił strażaka. – Niech pan daje tę pompę, zobaczymy, czy faktycznie wyciąga osiemset litrów na minutę. Jednocześnie włożył rękę do kieszeni podając oficerowi straży pięćdziesiąt dolarów za kupiony pomysł. Podobnie wyglądała sprawa z pękniętymi rurami, na które spawacze nakładali jak na złamania łupki wykonane z kawałków poprzecinanych rur. Kiedy już można było przewidzieć pomyślne zakończenie całości robów, to pojechał do domu i rzuciwszy się na łóżko, zasnął na dwie godziny, bo istnieją granice ludzkiej wytrzymałości. Generalny wykonawca nie chciał mu zapłacić za robotę, przelali połowę pieniędzy i czekali na łapówkę. – Nie dam – postanowił. – Po dobroci mogę, ale nie pozwolę na sobie wymuszać. Minęło pół roku i znowu do niego zatelefonowali od generalnego wykonawcy, żeby oświetlił dwa kolejowe wiadukty. – Jeszczeście mi nie dopłacili za obwodnicę – wypomniał. – Dopłacimy. – Kiedy? – Jutro. – Porozmawiamy, jak zapłacicie. Przelali mu zaległe pieniądze i zatelefonowali powtórnie. – Dostał pan pieniądze? – Dostałem. – Oświetli pan wiadukty? – Nie oświetlę. – Dlaczego? – Bo straciłem do was zaufanie. Korupcja, korupcja, korupcja, wszędzie wówczas panowała w Polsce wszechobecna korupcja i kto nie posmarował, ten miał kłopoty z jazdą. Nie ustąpił, rezygnował z dalszych robót, ale szatnażystom nie ustąpił. Sprzedał na giełdzie skodę i kupiwszy poloneza, przypiął przyczepę kempingową i pojechał wraz z żoną i dziećmi na wczasy do Turcji. Płytką mieliznę Morza Marmara zaścielały przy brzegu wodorosty i kiedy brodził po wodzie, to ogarniało go niepokojące uczucie, że mu nogi grzęzną w splotach syrenich włosów i że go za chwilę tureckie zwodnice wciągną pod wodę. Do Turcji zabrał dwa tysiące dolarów, za które kupił w Stambule dżinsowy towar sprzedany w powrotnej drodze w mijanych tranzytem krajach, ale to już nie były te czasy, co dawniej. Zapoczątkowana przez Gierka epoka romantycznego handlu dobiegała końca, nadciągało nowe tysiąclecie.
Katharsis
Wrzesień odchodził z ociąganiem, oglądając się za siebie na sierpień i w powietrzu dźwięczała jesienna nuta, nostalgiczna i śpiewna. Siedział w parku na ławce i nagle coś mu tak melodyjnie zanuciło w duszy, że wyciągnął notes, żeby zapisać usłyszaną frazę... Zaśpiewasz, słowiku, o wieczornej ciszy, wyzdrowieje chory, co twój śpiew usłyszy. Rozglądnął się wokoło, kto to tak ślicznie zaświergotał, ale w pobliżu nie było ptaków. – Zapisz, bo zapomnisz. – Ale kto to powiedział? – Zapisz. – Zapisałem, ale kto to do mnie mówi?! – To ja, Poetycka Bajka, którą wydobywasz z szarego życia. – Dawno Cię, Darling, nie było... – Tak się złożyło. – Możesz mi powiedzieć, o co chodzi z tym śpiewaniem? – Nie mogę, musisz się domyślić, żeby podjąc własną dobrowolną decyzję. Spuścił głowę i siedział z twarzą ukrytą w dłoniach. – Nadchodzi jesień i niedługo zaczną z drzew opadać liście - rozmyślał zasmucony. - Dobiegam do czterdziestki, a ciągle jeszcze nie wiem, czego ode mnie, Boże, oczekujesz. – Mogę mu, Panie Boże, podpowiedzieć? – Anioł Stróż spojrzał prosząco w niebo. – Nie możesz, niech się domyśli. – Ale mówił, że nie wie. – Bo jeszcze do tej wiedzy nie dojrzał. – Dojrzeje? – Zacznie pisać w czterdziestym ósmym roku życia. – Za dziewięć lat, tyle jeszcze przed nim, Boże, szczytów i zakrętów życia, cierpienia i udręki... – Cierpienie przepala ścianki naczynia, żeby światło mogło rozbłysnąć pełnią blasku. – Ale nie wiadomo, Boże, czy wytrzyma. – Nie zsyłam krzyża ponad siły. – Czasem zsyłasz... – Wtedy pomagam dźwigać. Anioł spojrzał na zamyślonego Kubę i nagle jego twarz rozjaśnił anielski uśmiech. – Przecież chyba nie zgrzeszę – pomyślał. – Jeżeli się odwołam do słów Doktora Kościoła. I nagle siedzącemu na ławce Kubie, przypomniały się dawno temu zapamiętane słowa... Niespokojna jest dusza moja, dopóki nie spocznie w Tobie, Panie. – No tak, niespokojna, tak powiedział święty Augustyn, napisał o tym w swoich, Wyznaniach. Napisał? No tak, napisał! Niezbadane są ścieżki skojarzeń ludzkich myśli. Nagle pojął, że powinien opisać swoje życie, uwolnić się poprzez sztukę od upiorów przeszłości i dopomóc swoją twórczością w uwalnianiu się innym, bo tylko wtedy znajdzie ukojenie, kiedy zacznie działać zgodnie z bożym planem. – Podpowiedziałem mu trochę, Panie Boże... – A co ty myślisz, Aniele, że bez mojej zgody? – Ukarzesz? Anioł bojaźliwie zasłonił twarz skrzydłem, ale Pan Bóg tylko się pobłażliwie uśmiechnął. Wrócił Kuba ze spaceru, usiadł pełen buntu w kuchni przy stole i powiedział do żony. – Nic, tylko to robota i robota, ciągle tylko zarabiam i zarabiam, a pieniądze mi przeciekają przez palce, jakby mnie zwodziło jakieś złe licho. Może to nie o takie skarby chodzi w moim przypadku? Jadę do Tarnowa do hotelu, żeby mieć spokój i będę pisał książkę! – Kiedy jedziesz? – Zaraz! Wsiadł w samochód i kupiwszy po drodze duży kratkowany notatnik, pojechał do Tarnowa, gdzie wynajął pokój w hotelu i zaczął pisać. Pisał i pisał, a przez firankę uśmiechało się do niego jesienne słońce. I tak zaczęła powstawać poetycka opowieść o Wędrowcu, którą w późniejszych latach oprawił u introligatora w ciemnoczerwony safian z wytłoczonym złotymi literami tytułem i posłał do Watykanu Ojcu Świętemu, Janowi Pawłowi Drugiemu. Prosta i nieporadna była jeszcze ta opowieść, jak sklecona z ledwie ociosanych bali westernowa chata, ale można już w niej było dostrzec lwi pazur, dobrze rokujący potencjał na przyszłość. Pisał do wieczora, a potem zszedł do restauracji na kolację, zjadł szybko, bo mu się spieszyło do pisania i po powrocie do pokoju, pisał jeszcze nocą przez siedem godzin. O czwartej nad ranem skończył opowiadanie po szesnatu godzinach pisania i wyczerpany, ale szczęśliwy rzucił się w ubraniu na łóżko i zasnął na dziesięć godzin do drugiej po południu. – Doba hotelowa trwa do dziesiątej – powiedziała ładna naburmuszona recepcjonistka, kiedy oddawał klucze o piętnastej. – Zaspałem – uśmiechnął się przepraszająco, a później wrócił do domu i zapomniał o pisaniu na kolejne dziewięć lat. Wędrujemy przez życie w tańczących trzewiczkach jak lekkomyślna Karusia z baśni Andersena i czasami, żeby zacząć zdążać we właściwym kierunku, to musimy sobie jak ona obciąć roztańczone nogi. - Co ty, Kuba, mówisz? Obciąć sobie nogi?! - Niekoniecznie to muszą być dosłownie nogi, Poetycka Bajko, mogą to być na przykład występujące jak szarpniecia za uzdę, ataki choroby, depresji. - Rozumiem, opowiadaj dalej o sowim życiu. - Dobrze, Poezjo. To była dziwna jesień, niby podobna do innych, ale jednak odmienna, bo nic dwa razy się tak samo nie zdarza, chociż wszyscy stanowimy jedno. Owej jesieni umarł Igor, z którym swego czasu lumpił się po knajpach, serce kolegi nie wytrzymało hulaszczego trybu życia. Mówi się, że Pan Bóg zabiera ludzi z tego świata w najbardziej dla nich dogodnym momencie. Pewnie tak, skoro jest nie tylko sprawiedliwym, ale również miłosiernym Ojcem, kochającym swoje niesforne dzieci. Igor umarł w kwiecie wieku, kiedy niebem ciągnęły na południe klucze wędrownych ptaków. Jego śmierć przyspieszyło bezduszne komunistyczne prawo, które pozwalało wysłać alkoholików na przymusowe leczenie. Wszyli Igorowi esperal na plecach, żeby sobie nie mógł wypruć i chociaż po wyjściu na wolność koledzy mu wypruli wszywkę, to trochę trucizny w nim pozostało i któregoś poranka po pijaństwie spadł w kuchni cały siny z krzesła na podłogę i skonał. No, jakże to tak? Przed jeszcze chwilą był, a po chwili już go nie było? Ano tak! Właśnie tak, bo Pan Bóg dał każdemu człowiekowi na dojrzewanie określony limit czasu, ale wielu ludzi nie chce o tym pamiętać i walkę z nałogami odkłada na potem, a potem nagle jest wieczór. W ciemności ukazuje się ręka, która pisze na ścianie, mane, tekel, peres: zważono, policzono, podzielono pomiędzy obcych twoje królestwo.
Część 44 / 6
Dziewczyna otulona deszczem
Zjawiła się wieczorem pewnej zapłakanej deszczem soboty, zadzwoniła do drzwi pensjonatu, a kiedy otworzył, powiedziała że jest córką właścicielki i w taki sposób zawarł znajomość z dziewczyną otuloną deszczem. – Mieszka pan u nas? – zapytała. – Teraz? Jesienią?! Zarzuciła go pytaniami nie wymagającymi odpowiedzi, bo już była wcześniej zawarta w jej krytycznej intonacji głosu. – A mieszkam – potwierdził. – I wcale mu się nie nudzi, bo mieszkam z kilkunasoma kolegami, elektryfikujemy waszą nową oczyszczalnię. Powiedział tak dużo, bo dziewczyna była bardzo ładna, a nawet śliczna. – Może się pan odsunąć, żebym mogła wejść do środka? Patrzyła na niego poirytowana, bo zagradzał wejście na werandę. – Proszę się odsunąć, bo jadę z akademika i jestem głodna, przemoczona i zziębnięta. – Panna z mokrą głową... – Zjeżdżaj. – Otulona deszczem. – Powiedziałam zjeżdżaj! – Zaczyna mi się pani coraz mniej podobać. – Nie kłam, bo coraz więcej, zjeżdżaj, bo powiem mamie. – Skarżypyta... – I wyrzuci was na ulicę. – I stracicie w martwym sezonie pensjonariuszy. – Zjeżdżaj, bo za chwilę, to ty będziesz martwy. – O, jaka wyszczekana, ciekawe co studiuje. – Socjologię. – Socjologię? – I filozofię. – Aha, to dlatego taka pyskata. – Powiedziałam, zjeżdżaj. – Po raz piąty powiedziałaś, zjeżdżaj... – I co z tego? – Do siedmiu razy sztuka. – No, to zjeżdżaj, zjeżdżaj. Była o jakieś piętnaście lat młodsza, przemoczony jasny anioł w niebieskiej pelerynie z nasuniętym na lniane włosy kapturem. Przyjechała w następną sobotę i w następną, koledzy jeździli na niedzielę do domu, a oni się włóczyli brzegiem Popradu w monotonnie siąpiącym deszczu. Przemoknięte góry wyglądały jak osowiałe nastroszone ptaszyska, a wezbrana rzeka toczyła z gór ku dolinom swoje mętne, wzburzone fale. – Wygląda na to, że szukasz idealnej miłości – powiedziała pewnego razu. – A to znaczy, że znajomość z tobą, to beznadziejna sprawa... Nie dokończyła, spoglądała gdzieś daleko przez graniczną rzekę na słowacką stronę. – Zależy czego ktoś od kogoś oczekuje – nawiązał do jej myśli – Są granice, których nie powinno się byle gdzie i byle kiedy przekraczać... Nie dokończył, spoglądając gdzieś daleko przez graniczną rzekę na słowacką stronę. – Będziesz o mnie pamiętała przez zimę? – zapytał ostatniego wieczoru przed wyjazdem. Stali na werandzie, a po oknach zacinało śniegiem i deszczem, przerywał roboty do następnej jesieni, bo nadchodziła zima. – Będziesz? – zapytał ponownie i dopiero wtedy skinęła głową. - Ciebie się nie zapomina, Kuba, ciebie się zapamiętuje na całe życie. - Podobnie jak i ciebie, Darling, naprawdę będziesz o mnie pamiętała przez całe życie? Naprawdę? – przesypywał śliczne słowa o prawdzie jak dźwięczące po szklanym blacie perły. – A co to znaczy, naprawdę? – podchwyciła, wpadając mu w słowo. – Każdy ma swoją prawdę, bo punkt widzenia zależy od punktu patrzenia. – Mówią, że prawda leży pośrodku – spoglądał na jej wypełnione kobiecością obcisłe spodnie. - Pośrodku? - powtórzyła, zauważyła jego pełne tęsknoty spojrzenie i przyglądała mu się ciekawie. – No, tak mówią, Darling, ale nie chcę tak głęboko sięgać. – Dlaczego? – Bo miłość, uczucie wzniosłe, związek duchów prawych, przypomina kolorowego motyla, a motyli się nie bierze paluchami do ręki. – I co? I tak już tak zostanie pomiędzy nami na zawsze? Odpowiedział dopiero po chwili. – Nie wiem, czy na zawsze, Darling, ale przypuszczalnie już na zawsze na tym świecie. Jadąc samochodem losu po drodze życia spotykam na poboczach czekające na szczęście kobiety... – Tirówki? Uśmiechnął się lekko, pokręcił przecząco głową i dokończył. – Czasem któraś macha do mnie ręką, ale ja się nie zatrzymuję, zapatrzony na wieńczące horyzont, niedostepne dla mnie szklane szczyty. – Dlaczego niedostępne? – Bo widnokrąg ciągle umyka. – Ciekawe, czy się kiedyś zatrzymasz – skwitowała, zabierając się do odejścia, i zapytała, czy przyjedzie ze swoimi ludźmi na wiosnę. – Na jesień, Darling, przyjedziemy, na jesień. Razem z deszczem. O szyby zadzwoni szaruga jesienna, zapluszcze jednako, miarowa, niezmienna, dżdżu krople zadźwięczą, stukając w twe okno, jęk szklany, płacz szklany, drzewa we mgle mokną. O szyby zadzwoni, deszcz smutny, jesienny, dzień krótki, noc długa, czas uśpiony, senny. – Staff – rozpoznała melodię. – Ale to tylko słowa. – Na początku było słowo. – No tak, słowo... Słowo, to kreacja myśli... Urwała i znowu zamilkła. Często tak milkła. Urywała, nie kończąc zdania. Pocałował ją delikatnie w usta. Przyciągnął i przytulił. A potem się odtulił, czując rodzące się pomiędzy nimi gorąco, i poszedł do siebie ze ściśniętym sercem, że znowu coś mu uciekło. Następnego dnia opuścił z ludźmi uzdrowisko, a niedługo potem śniegi zawiały za nimi ślady.
Chyba cię Anioł zsyła
Nadszedł Nowy Rok, a właściwie, to przyniósł malucha na barana święty Sylwester. – O, jaki ładny chłopczyk – mówili ludzie i rzucali po balowych salach serpentyny. Jeżeli chodzi o niego, to w pierwszej chwili nie był zainteresowany sylwestrowym balem, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i wybrał się z żoną na zabawę do pobliskiego miasta. Siedzieli przy stoliku z obcym towarzystwem i zaraz na początku wyjaśnił, że nie pije, co zostało przez pozostałych przyjęte z życzliwym zrozumieniem. To był jeden z jego najbardziej udanych sylwestrów. Minęła zima, nadeszła wiosna i w ogrodzie zaczęły urzędować kosy. Siadały na czubku świerka i lustrując wszystko uważnym spojrzeniem, pogwizdywały przenikliwie, uzurpując sobie rolę ptasiej policji. Z końcem maja wracał samochodem z uzdrowiska, gdzie pojechał podpisać umowę na kolejne roboty i nagle pod wpływem jakiegoś bliżej nieuświadomionego impulsu postanowił wstąpić do Tadka. Już z daleka zobaczył na podwórku płaczącą żonę kolegi, z domu dobiegały przekleństwa pijanego Tadka. – Tadek, co ty wyprawiasz? – szył krótkimi celnymi zdaniami. – Przy pomocy alkoholu chcesz rozwiązywać problemy? To tak, jakbyś dolewał oliwy do ognia! Po chwili było po burzy, żona kolegi zrobiła kawy, usiedli całą trójką przy stole, a trzej mali chłopcy weszli bojaźliwie do pokoju i usiedli cichutko obok mamy na dywanie. – Chyba cię anioł zsyła – powiedziała żona kolegi. – Przyjeżdżasz zawsze wtedy, kiedy jesteś potrzebny. Nie odpowiedział, ale niedługo potem znowu odwiedził kolegę, a kilka dni później zawiózł go swoim samochodem na zamkniętą terapię. Dobrze, że oprócz Tadka i jego żony wziął ze sobą do samochodu kolegę, bo siedzący z tyłu pomiędzy nimi Tadek, nagle zmienił zdanie i chciał w Krakowie wysiadać na czerwonym świetle. Zajechali spóźnieni, bo owego dnia przebywał w podwawelskim grodzie pielgrzymujący po ojczyźnie Ojciec Święty i wiele ulic zostało zamkniętych dla ruchu. – No, to jak jest w końcu z panem?! – ordynator spojrzał na milczącego Tadka. – Chce się pan leczyć, czy się pan nie chce?! Kiedy Tadek w końcu wydukał, że chce, ordynator zwrócił się do Kuby z lekką pretensją w głosie. – Przywozi pan na leczenie czwartego pacjenta, a klubu abstynenta dalej pan w swoim mieście nie założył. Dlaczego pan nie założył, skoro mi pan obiecał?! – Panie ordynatorze, z tymi pacjentami miałem szczęśliwą rękę, bo wszyscy nie piją. – To dobrze, ale gdyby był klub, toby im było łatwiej trzeźwieć. – Założę, jak obiecałem, to założę – zapewnił i Tadka przyjęto. Zawołał później ordynator Kubę do swojego gabinetu i zapytał, jak mu się żyje bez wódki. – Dobrze. – Nie ciągnie do alkoholu? – Nie ciągnie, miałem kilka ataków głodu, ale przetrzymałem i teraz już nie ciągnie, najtrudniejsze było pierwsze pół roku, a później do roku. – To dobrze, jak nie ciągnie, ale wie pan, że nie wolno się panu napić do końca życia, bo nastąpi nawrót choroby? – Pamiętam, już się z tym pogodziłem. – Z czym się pan pogodził, z żalem po stracie? – Tak! Z tym, że mi sie nie wolno napić do końca życia. – A kiedy pan założy klub abstynenta? – Jeszcze nie wiem kiedy, ale postaram się to przyspieszyć. Jak się okazało, miał szczęśliwą rękę również z Tadkiem, bo kolega zaczął po leczeniu zachowywać abstynencję. Wyjechał na kilka lat do Stanów, a po powrocie wystawił dom na wzgórzu, do którego rankiem i wieczorem zaglądało w pogodne dni słońce. Dorastało w tym domu trzech Budrysów, którzy rozjechali się później w dorosłym życiu po świecie, ale to już całkiem inne historie.
Głaz
Minęło lato i jesienią znowu rozpoczął prace w uzdrowisku, tym razem przywiózł ze sobą trzydziestu ludzi. Dziesięciu stawiało słupy, a pozostała dwudziestka kopały rowy kablowe i układała w nich kable wysokiego napięcia. Na części trasy wkuwano się rowami w litą skałę, używając pneumatycznych świdrów napędzanych spalinowymi sprężarkami. Wiercono w skałach otwory, w które wbijano rozsadzające kliny i w tak wykutym rowie układano kable. Kilof, młot, stalowy klin i sprężarka. Sypany do rowów miękki żółty piasek stanowiący mechaniczną otulinę kabli, sprowadzał ciężarowymi sztajerami, aż z odległej o sto kilometrów piaskowni w pobliżu rodzinnego miasta. Oprócz zakwaterowania fundował ludziom obiady, a w sobotnie wieczory dancing, bo praca była katorżnicza, a przecież nie samą pracą człowiek żyje. Miał z czego płacić, bo ściągnął profesora z krakowskiej uczelni, który po wykonaniu ekspertyzy zaszeregował część rowu do najlepiej płatnych kategorii. Widząc po pierwszym dniu, że ludzie umęczeni, a roboty nie widać, podzielił trasę na odcinki i poustawiawszy ludzi dwójkami, rozpoczął wykuwanie rowu w kilkunastu miejscach jednocześnie. Ściągnął również specjalistów z pobliskich kamieniołomów, którzy odnajdywali w skałach żyły, wskazując gdzie należy wbijać kliny, żeby osiągnąć najlepszy efekt. I tak to się powoli wszystko posuwało do przodu, dopóki nie natrafiono na tak twardy głaz polodowcowy, że specjaliści orzekli, że można go rozsadzić jedynie dynamitem. – Ale tutaj panu nie pozwolą użyć dynamitu, bo to zespół popradzkich uzdrowisk. – No, to użyję bez pozwolenia. – A jak po wybuchu ucieknie jakieś źródło, to się pan nie wypłaci do końca życia. Nie wiedział, jak sobie z tym wielkim jak stodoła głazem poradzić. Z jednej strony drogi na długości kilkuset metrów piętrzyła się stroma skała, a z drugiej płynęła wartka górska rzeka. Myślał nawet o wstrzymaniu robót, żeby zaprojektowano estakadę nad głazem, ale właśnie wtedy, kiedy miał jechać z problemem do dyrekcji, przyśnił mu się śmigłowiec, który nadleciał nad głaz i zrzucił bombę. Widziany we śnie wybuch był tak realistyczny, że po przebudzeniu ciągle mu dzwoniło w uszach od huku i zdawało mu się, że ciagle jeszcze przesypuje w rękach skalne okruchy. – Rozsadziło na drobny mak – szeptał po przebudzeniu, leżąc nad ranem w ustępujących ciemnościach. – Rozsadziło cholernika na drobną kaszkę. I właśnie wtedy postanowił, że zaryzykuje i rozsadzi głaz dynamitem, żeby zdążyć z robotami przed zimą. Którejś soboty doprowadził do spotkania notabli w daczydyrektora i ugościł ich kupionymi za dolary koniakami. – Kuba, ugościłeś ich alkoholem?! – szept cichy, delikatny. – A gdzie twoje postanowienie, że nie będziesz kupował i że nie będziesz pił, i częstował? – No, zrobiłem wyjątek, kupiłem, ale nie piłem, Poetycka Bajko, a wyjątki przecież potwierdzają regułę. – Albo ją kompromitują, opowiadaj dalej o tym głazie. – Dobrze. Sobotnim popołudniem urządził w willi dyrektora wielkie pijaństwo, podczas którego uzyskał od komendanta miejscowej milicji nieoficjalne pozwolenie na odstrzał zawalidrogi. Pertraktacje nie należały do łatwych, co jakiś czas podczas libacji ponawiał ataki na komendanta, a kiedy przypierany do muru kapitan zaczynał tracić cierpliwość, to mu przyznawał całkowitą rację i po chwili go zażywał z innej beczki. – Czy pan rozumie, że tutaj nie wolno używać dynamitu?! - bronił się kontratakiem rozwścieczony komendant. – Wolno, bo mi się wyśniło. – Co ci się wyśniło? – Że helikopter zrzucił bombę i z głazu została kaszka manna. – Jaka kaszka? – Drobna, przesypywałem ją w palcach. – Kaszka manna mu spadła z nieba, ... Po coście mnie przy nim posadzili?! Specjalnie!!! Nie chcę tych twoich koniaków i zostaw mnie w spokoju! Doprowadzony do ostateczności komendant, zatkał sobie rękami uszy, więc mu na trochę dłużej odpuścił, żeby powrócił do równowagi i zaatakował ponownie dopiero po otwarciu nowej butelki koniaku. – Podciąga mnie na haczyku jak suma – skarżył się głośno kapitan. – Weźcie ode mnie tego wędkarza! – W Popradzie, kapitanie, nie ma sumów. – No, to jak pstrąga. – Raczej jak rekina. – Jeszcze raz ci mówię, że nie możesz – westchnął umęczony kapitan po północy. – Mogę, bo zmieliło głaz na kaszkę. – Na kaszkę... Weźcie ode mnie tego młynarza!!! Zawołał komendant nad ranem i w tym momencie znieruchomiał, i obwieścił triumfująco. – A mnie się właśnie przyśniła skrzynka słowackiego piwa, dwadzieścia buteleczek złocistego bażanta! Ogłuchnę na twoje strzały, jak postawisz na stole skrzynkę słowackiego piwa. – Kiedy mam postawić? – Za trzy godziny, o ósmej! – I wtedy mnie zamkniesz za nielegalne przekroczenie granicy? – Nie, wtedy nie usłyszę wybuchu. – No, to się muszę pospieszyć. Uniósł rękę do góry w geście chwilowego pożegnania i po chwili już jechał swoim polonezem do przygranicznej wioski, gdzie obudził górala pracującego u niego przy rozwożeniu piasku. – Zaprzęgać konia? – zamamrotał rozespany woźnica, kiedy zapukał nad ranem w jego w okno. – Po co? W niedzielę? Wstawaj! Idziemy przez zieloną granicę do Słowaków po piwo! Przekroczyli graniczny potok i zszedłszy z góry, przedarli się lasem do słowackiej wioski, gdzie góral obudził znajomego właściciela sklepu i wrócili tą samą drogą ze skrzynką piwa. Wrócił przed ósmą do willi, popatrzył na pochrapujących biesiadników i postawił po cichutku transporter na stole. – Piwooo!!! Krzyknął punktualnie o ósmej. – Przegrałeś! – zaczęli wołać do komendanta skacowani biesiadnicy i każdy chwytał za butelkę. – Strzelaj – westchnął komendant i pogroził mu palcem.– Strzelaj dzisiejszej nocy z niedzieli na poniedziałek o czwartej nad ranem, bo wtedy ludzie śpią najmocniej. – Miejsce strzału przysypcie choiną, żeby stłumić odgłos wybuchu – doradził dyrektor, puszczając do Kuby porozumiewawczo oko. I tak to w poniedziałek nad ranem zatrzęsła się na chwilę ziemia, a potem pod odgarniętą choiną zobaczono zamiast głazu... drobną kaszkę. Po usunięciu przeszkody, roboty znowu ruszyły pełną parą, a źródła biły jak dawniej i do jednego z nich chodzili podczas pracy po pieniącą się bąbelkami źródlaną wodę... Pójdę, gdzie źródło wiecznym życiem bije, gdzie żywej wody pienią się krynice, zaczerpnę w dłonie, z dłoni się napiję, wiecznego szczęścia poznam tajemnicę. Jeżeli poznam, u końca podróży, chciałbym też poznać swych Aniołów Stróży. Przed Bożym Narodzeniem skończyli roboty i wyjechali z uzdrowiska. – A dziewczyna, a co się, Kuba, stało z dziewczyną? - szept cichy, delikatny, ledwie słyszalny jak szmer strumienia. – Z dziewczyną? Aha, z dziewczyną. No tak, zaraz o niej opowiem, Poetycka Bajko. Otulona deszczem, niech płynie ballada, życie najpiękniejsze baśnie opowiada.
Ballada o leśmianowej dziewczynie
Podczas owego drugiego pobytu w uzdrowisku przywiózł więcej ludzi i wcześniejszy pensjonat okazał się za ciasny, i zamieszkali w większym, w innej części uzdrowiska. Z początku dziewczyna przyjeżdżała na weekendy do odmu, ale tak był pochłonięty pracą, że widywali się tylko przelotnie i w końcu przestała przyjeżdżać. Zjawiła się dopiero na pożegnalnym dancingu, który zafundował kolegom po zakończeniu robót. – Zapraszam na dancing, ale za alkohol nie płacę – wyjaśnił kolegom początku imprezy. – Jak chcecie się napić, to musicie sobie postawić sami. I kupowali, bo mieli za co, bo przy ostatniej wypłacie dołożył każdemu po pięć tysięcy premii i zadowolony z psikusa, podsłuchiwał ze swojego pokoju, jak liczyli pieniądze. – Ty, Kuba się chyba pomylił, dał mi o pięć tysięcy więcej – usłyszał głos kolegi liczącego wypłatę. – Powiedzieć mu, że się pomylił? – Ja też mam więcej – odezwał się drugi. – Ja tak samo – włączył się trzeci i czwarty. – Eee... To on to chyba zrobił specjalnie. Po chwili poszli wszyscy razem na dancing, a po drodze stąpił po dziewczynę. – Jak odjechałeś, to nawet mi nie przysłałeś pocztówki – odezwała się w tańcu. – Dlaczego mi nnawet nie przysłałeś pocztówki? Wzruszył lekko ramionami i powiedział z zasmuconą miną. – Za dalą w dali znika dal, wciąz za mną więcej znikłych dali, tylko mi smutno, tylko żal, żeśmy za późno się poznali. – Za późno? – Mam głowę szronem posrebrzoną, czas niepowrotną płynie rzeką, każde z nas zdąża inną stroną, łza mi się zbiera pod powieką. – Możesz mi powiedzieć jakie masz plany na przyszłość? – Plany? – uśmiechnął się lekko. – Jeżeli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to Mu opowiedz o swoich planach. – Kto, ja? – Tak, ty, lnianowłosa góralko Halko. – Lnianowłosa? – Masz włosy białe jak zboże dojrzałe. – Zostaw moje włosy w spokoju i powiedz konkretnie, jakie masz plany na przyszłość. – Za dużo tutaj niewiadomych, jak na konkretne plany na przyszłość, zobaczymy z czasem, co czas przyniesie. – Nie chcesz być kowalem swojego losu? – Chcę, ale pewne rzeczy zostały mi przeznaczone i nie zawsze wiem które. W śpiewanej na estradzie piosence, staruszek portier w hoteliku pod różami podawał zakochanym klucz do pokoju, a oni oboje dalej ze sobą tańczyli w coraz bardziej rozlewającym się nieprzebytą rzeką milczeniu. Kiedy podpici koledzy zaczęli mu robić docinki, zapłacił rachunek i przeniósł się z dziewczyną do osobnego stolika, a później skończył się dancing i muzycy zaczęli składać instrumenty. Na sali robiło się coraz bardziej ciemno i ciemniej, coraz bardziej smutno i smutniej. Uwijające się kelnerki zaczęły sprzątać ze stolików, przewracając poplamione obrusy na drugą stronę, czyściejszą stroną do wierzchu. Siedzieli osamotnieni, bo koledzy już wcześniej powychodzili, wyszli i oni, kiedy na ścianach zaczęły jeden za drugim gasnąć kinkiety. Coś się starego kończyło, żeby się coś nowego mogło zacząć. Odwiózł dziewczynę do domu i zgasił przed pensjonatem silnik. – Po co gasisz? – zapytała. – A tak jakoś mi się samo zgasiło, odruchowo, nie wiem po co. – Nie wiesz? – No, nie wiem... Tak blisko jesteś, tak daleko, odbita w chwil spękanym lustrze, czas niepowrotną płynie rzeką, chwila o chwilę falą pluszcze, wiatr wspomnień wieje po dolinie, a rzeka płynie, płynie, płynie... Urwał, a chwile pluskały jak fale i wcześniejsze nie pamiętały późniejszych, bo wczorajsze nie mieszka w dzisiejszym i dziewczyna i powiedziała z westchnieniem, że z głodnym się nie naje, a z poetą nie naśpi, i uśmiechnęli się oboje, i wysiadła. – Napisz i przyjedź, ale dopiero wtedy, jak zaczniesz pisać inne wiersze. Napisał później jeszcze wiele innych wierszy, ale do dziewczyny nie pojechał i do swoich niespełnionych ślicznych tęsknot dołożył jeszcze jedną o tęskniącej za miłością leśmianowej dziewczynie, za którą tęskniło dwunastu braci... Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony, a poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony. O, prędzej skruszmy 76zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze! Tak waląc w mur dwunasty brat do jedenastu innych rzecze. Wracając samochodem, zobaczył koło gospody, jak dwóch miejscowych meneli bije na środku ulicy jego kolegę. Zdążyli mu już ściągnąć kurtkę i wyciągali z niej portfel. Potrącił jednego lekko bokiem samochodu, a potem wyskoczył i atakując głosem, kopnął drugiego w piersi i na ten moment nadjechała gazikiem słysząca krzyki milicja. Ruszyli dwoma samochodami za uciekającymi w pościg, ale wycofał się z pościgu, kiedy rabusie rzucili za siebie na ulicę kurtkę i portfel. – Oddali, co ukradli – powiedział do milicjantów namawiających go do dalszego pościgu. – Nie pójdę za nimi w nadrzeczne zarośla. Wrócił po stojącego na środku ulicy kolegę, zabrał go do samochodu i pojechali do siebie. Leżał później samotnie w swoim pokoju, rozmyślając nad swoim zakręconym życiem, a zza zasnutego mrokiem okna dochodził szum wezbranego Popradu i od czasu do czasu dawał się słyszeć stukot przejeżdżającego granicznym mostem pociągu. Leżał w swoim pełnym szklanych gór świecie i zastanawiając się nad swoim zwichrowanym życiem, doszedł do wniosku, że profesor od chemii trafnie go rozszyfrował w szkole średniej, nazywając enzymem. – Siejesz w klasie fernent, zamieszanie, rozpoczynasz rewolucje, ale sam nie bierzesz w nich udziału, tylko sobie stajesz z boku i się przypatrujesz – powiedział profesor w technikum na zakończenie roku szkolnego. – Dostaniesz poprawkę. Leżał w ciemnościach nocy, godząc z wyznaczoną mu przez Stwórcę rolą enzymu, fermentu nieodzownego do zapoczątkowania, przebiegu reakcji i modlił się do Boga z bożą bojaźnią w skrytości serca. – Bądź wola twoja, Panie Boże, jako w niebie, tak i na ziemi, bo Ty Panie wiesz wszystko o wiele lepiej lepiej ode mnie, bo ja się często mylę, ale Ty, Panie Boże, nigdy. Wiem, że nie mogę zmienić swojego przeznaczenia, ale wiem również, że zamiast robić bezsensowną zawieruchę, mogę przecierać ścieżki na szczyty życia i rozsadzać głazy zagradzające drogę do Twojego królestwa. Tak długo będzie niespokojna moja dusza, dopóki nie znajdzie kojenia w Twojej boskiej, wszechogarniającej doskonałek Miłości. Przez czas codzienny, czas łaski płynie, szczęśliwy rozbłysk, sen o dziewczynie, zahacza szczyty ulotny, zwiewny, naszklanych górach szuka królewny. Cudowne tchnienie spowiło ziemię, ale królewna jest tylko cieniem, głosem łkającym, co braci brata. Dlaczego nie ma lepszego świata? Dlaczego Miłość łka wśród cisz, tęsknoty gromem grzmi po niebie? Dlaczego z tej miłości drwisz, skoro ta miłość nie drwi z ciebie?!
Kolejne trzeźwe lata
Za roboty w uzdrowisku wystawił fakturę na kilkadziesiąt milionów i wówczas inspektor nadzoru go zaszantażował, żądając sto tysięcy złotych łapówki. – Mogę dać pięćdziesiąt tysięcy – zaproponował. – Sto. – Albo bierzesz pięćdziesiąt, albo nie dostaniesz ani gorsza. – No, to będzie walka. – Na której obaj stracimy, bierz pięćdziesiąt, bo kto bierze od razu, ten bierze dwa razy. I wtedy inspektor zagroził, że nie podpisze do wypłaty stu tysięcy za dodatkowe roboty. – Aha, to teraz już wiem, po co kazałeś wstawić te trzy dodatkowe słupy. Żeby mieć mnie czym zasantażować, ale mam dowód, że kazałeś je wstawić, bo wpisałeś swoje polecenie do dziennika budowy. – Nie podpiszę. – No, to się spotkamy w sądzie. – Sto – mruknął inspektor. – Inspektorów trzeba szanować, ty pajacu. – Wykonawców również, ty gnoju. I wtedy cięższy o kilkanaście kilo i wyższy o głowę inspektor skoczył do bitki, ale dostał takiego kopa, że usiadł na ziemi. Pojechał Kuba na skargę do zwierzchników inspektora, ale nie można było z tą całą skorumpowaną mafią dojść do ładu. Rączka rączkę myła, więc skierował sprawę do sądu i dopiero, kiedy wygrał w sądzie, zapłacono mu całą kwotę wraz z odsetkami. Za komuny można się było czasem doczekać w sądzie sprawiedliwości, pod warunkiem, że sprawa nie miała politycznego wydźwięku. Dopiero później zaczęło być popularne powiedzenie, że nie warto brać adwokatów, bo sędziowie są tańsi. Po jakimś czasie zaproponowano mu roboty na kolejnej oczyszczalni i wówczas powiedział, że się podejmie, ale pod warunkiem, że będzie inny inspektor. – Ja sobie nie dobieram inspektorów – wyjaśnił. – Ale z szantażystami nie będę współpracował. Przychylono się do jego wniosku, bo trudniej było o dobrych wykonawców, jak o złych inspektorów, których można było kupować jak piertuszkę na pęczki. Roboty na kolejnej oczyszczalni trwały dwa lata i w międzyczasie bawił się po trzeźwemu na kolejnej sylwestrowej zabawie. Tańczył w tej samej parkowej restauracji, w której go dwadzieścia lat wcześniej ciągnięto pijanego po parkiecie za włosy. Nie bolało go wtedy specjalnie podczas ciągfnięcia, bo parkiet był śliski, nawoskowany, a do tego złapał obu ciągnących za ręce. Zaczęło boleć dopiero wtedy, kiedy go wywlekali z sali przez próg. Nie mogli go przez drzi przeciągnąć i udało im się dopiero wtedy, kiedy go złapali na piersiach za koszulę. Roboty na drugiej oczyszczalni zakończył jesienią, część prac wykonali na fuchę jego dawni zwierzchnicy z energetyki. Przyjeżdżali na oczyszczalnię, przebierali się w robocze ubrania, bo jak powiedział rzymski cesarz, wprowadzając podatek od ustępów, pieniądz nie śmierdzi. Pod skończonej robocie postanowił rzucić palenie i pojechał we wrześniu w góry, żeby być podczas walki z nałogiem bliżej nieba. Zamieszkał w zakopiańskim hotelu i wędrując po górach, wytrzymał bez papierosów przez tydzień, ale po tygodniu przez głupotę zapalił i puścił lekkomyślnie z dymem tydzień zwycięskiej walki. No cóż, dojrzewanie do wieczności wiedzie przez ciągłe pokonywanie uzależnień i jest to proces trwający przez całe ziemskie życie, a dla większości ludzi jeszcze potem po śmierci, w czyśćcu. Mijał czas i nadeszła jesień pamiętnego tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku. Jesień, pełna radosnych oczekiwań, jesień, pełna spełniających się nadziei i tęsknot. Złączony solidarnością w jedną potężną siłę naród, odsunął od władzy czerwoną burżuazję. Zrzucono z cokołów pomniki syfilityka, Lenina, a do szkół wprowadzono religię, bo taka będzie Polska, jakie naszych dzieci wychowanie. Przetartą przez Polaków ścieżką ruszyły ku wolności kolejne ciemiężone przez sowiecki komunizm narody i nad rosyjskimi koloniami zajaśniała jutrzenka swobody. I dobrze, że zajaśniała, bo nowe tysiąclecie kołatało we wrota świata i trzeba mu było oświetlić drogę do ziemskiej zagrody.
– Dochodzi piąta nad ranem, znowu zacząłeś pisać po nocach? – Ano znowu, tak mi się jakoś ciągle przestawia.
Rozdział czwarty
Jeżeli potrafisz położyć na jednej szali wszystkie swoje sukcesy i potrafisz zaryzykować, stawiając wszystko na jedną kartę...
Runął na przełomie wieków porządek starego świata i komunistyczna nomenklatura została zmuszona do oddana społeczeństwu bezprawnie zawłaszczonej władzy, ale wcześniej bankruci zdążyli się uwłaszczyć na ukradzionym majątku. Przypominali męża hulaj duszę, który narobiwszy długów, przekazuje rządy w domu żonie, żeby je za niego pospłacała. Miał uskładane w banku osiemnaście tysięcy dolarów, bajońską jak na owe czasy sumę, ale wartość dolara drastycznie zmalała i stracił lwią część majątku uskładanego przez lata uczciwej, ciężkiej pracy. Pomimo tego był zadowolony, że nastąpił koniec komunistycznej okupacji i po raz kolejny zagrał, va bank, stawiając wszystko na jedną kartę.
Część 55 / 6
Na zachód
Wyrobił zachodnioniemiecką wizę, wybrał z banku część dolarów i poleciał samolotem do Kolonii kupić dobry zachodni samochód. Przybywszy z biednego kraju będącego przez dziesięciolecia pod rosyjską okupacją podziwiał bajecznie bogaty świat zachodu. Stawał na brzegu Renu, patrząc na strzeliste gotyckie łuki kolońskiej katedry. Wchodził do środka i spoglądał na jaśniejące w oknach witraże, bijąca z nich łuna kolorowego światła pozwalała się domyślać szczęśliwości mieszkających w niebie świętych. Po tygodniu kupił forda sierrę i pewnego popołudnia wyruszył w powrotną drogę do kraju. Ogarnięty gorączką zakupów, nakupił przed wyjazdem słodyczy i stojąc przy kasie z wypełnionym po brzegi wózkiem, zaczął się zastanawiać, jak to wszystko teraz zataszczyć do samochodu. Westchnął ciężko i zaczął kasjerce tłumaczyć na migi, że chciałby zostawić wózek i podjechać pod sklep samochodem, a dziewczyna przyglądała mu się w spokojnym milczeniu. Odezwała się dopiero wtedy, kiedy umilkł, spojrzawszy bezradnie w jej śliczne niebieskie oczy. – Przypilnuję, przypilnuję – powiedziała po polsku. – Niech pan idzie samochód. Teraz on z kolei zaniemówił, a później uśmiechnął się uradowany do pięknej Polki. Wracał zachodnioniemieckimi autostradami, nie czując w nowym samochodzie szybkości, więc co chwila spoglądał na licznik i zdejmował nogę z gazu, kiedy widział, że strzałka szybkościomierza zaczyna oscylować w okolicach stu pięćdziesięciu. Po przejechaniu czterystu kilometrów zaczęło mu się kręcić z głodu w głowie i dopiero wtedy sobie przypomniał, że jeszcze dzisiaj nic nie jadł. O szóstej po południu zjechał na tanksztelę i zjadł od razu śniadanie, obiad i kolację, a później przekroczył dziejącą niemieckie kraje granicę i wjechał do wschodniej części kraju będącej pod rosyjską okupacją. Podskakując po wyboistej, ułożonej z betonowych płyt autostradzie, jechał w sznurku wartburgów i trabantów, które tak niesamowicie kopiciły, że autostradę spowijały wstęgi spalin. Daleko, aż po horyzont widać było, którędy przebiega autostrada, bo w powietrzu nad nią wił się długi na kilkanaście kilometrów ciemny, jadowity wąż trujących spalin. Po kilku godzinach rozbolała go głowa i dostał zapalenia spojówek, i policjanci z drogówki, którzy go zatrzymali do kontroli spoglądali na niego podejrzliwie, bo myśleli, że płacze. – Gaskammer, komora gazowa – pokazał na autostradę. Machnęli ręką, pokazując żeby jechał. Dotarł do domu o piątej nad ranem przejechawszy w ciągu dwunastu godzin ponad tysiąc dwieście kilometrów. Wcześniej przekroczył polską granicę. Wjechał do kraju kilka minut przed północą i dzięki temu załapał się na ulgę celną. – Dobrze, że pan zdążył przed północą – powiedział polski celnik. – Załapał się pan na ulgę celną dla przedsiębiorców, obowiązuje do północy. Ucieszył się z tego prezentu, tym bardziej że właśnie dzisiaj mijała mu piąta rocznica trzeźwości. Powstawali wszyscy, kiedy nad ranem dotarł do domu i oglądali przez okno stojący w ogrodzie samochód. Wniósł do kuchni przywiezione rarytasy i wypakował przywiezioną górę smakołyków, a tyle tego było, że się nie zmieściło na stole. I tak sobie wtedy pomyślał, patrząc uszczęśliwiony na uradowaną trójkę dzieci, że czasem więcej radości od brania, sprawia rozdawanie prezentów. – Nie na darmo święty Mikołaj został świętym – pomyślał. Naiwny, ciągle się łudził, że żona przestanie go w końcu zadręczać. Nie pojmował, że jego zawistna siostra ciągle buntuje żonę, nie dopuszczając w jego małżeństwie do zgody, bo nie może ścierpieć w jego rodzinie szczęścia. Nie wiedział, że obie uzależnione kobiety stworzyły szatański tandem i wtłoczyły go w skórę kozła ofiarnego, żeby cierpiał za ich grzechy. Odreagowywały jego kosztem swoje traumy. Nie przeczuwał, że niedługo zawistna siostra znowu go przetrąci rękami żony.
Na jedną kartę
Jeśli znasz prawdę, nie lękaj się pieśni, wczoraj minęło, a jutro nieznane, miną dni zdrady i zły sen się prześni, na swojej drodze spotkasz niespotkane. Gwiazdy dla ciebie drogowskazy palą, stań przeciw wichrom, płyń przeciwko falom. Pod koniec karnawału pojechał samochodem do Kolonii, żeby kupić przyczepę campingową. Szczerze mówiąc, to kupno przyczepy było pretekstem, bo tak naprawdę, to szukał okazji, żeby się zahaczyć o jakiś biznes w Niemczech Zachodnich. Zamieszkał w kameralnym hoteliku niedaleko katedry i popołudniami odwiedzał polskich znajomych, czytając z kolegą ogłoszenia w gazetach o oferowanych do sprzedaży przyczepach. Po oglądnięciu kilku, wybrali komfortową z sypialnią, salonikiem i łazienką. Kupił ją za cztery tysiące marek, ale ciągle się ociągał z powrotem do kraju, licząc na jakiś pomyślny zbieg okoliczności, który by mu pozwolił nawiązać biznesowe kontakty. – Zostań do końca karnawału – zaproponował kolega. – Koloński karnawał, to wprawdzie nie Rio de Janeiro, ale warto zobaczyć. No, więc został i oglądał paradującą po ulicach karnawałową kawalkadę. – Kamele! Kamele! – krzyczeli zgromadzeni na ulicach ludzie i wtedy z przystrojonych samochodów ciężarowych rzucano w środek tłumu cuda i cudeńka, alki, pluszowe misie, sztuczne kwiaty, cukierki, czekolady, perfumy... Ciągle od nowa zrywały się huraganowe okrzyki, co sprytniejsi chwytali rarytasy w odwrócone parasole, ale rzucano tak dużo, że wystarczało dla wszystkich. Nadstawiał i swój parasol zsypując połów do turystycznego worka. Przypominał w tym wypuszczonego z gułagu więźnia, który wbiegłszy do pełnej chleba piekarni, stara się schować za koszulę wszystkie leżące na ladzie bochenki. Zintegrowany z tłumem karnawałową atmosferą, chodził po mieście w zapadającym zmierzchu, a podmuchy lutowego wichru wyrywały ludziom z rąk parasole. Na placu przed katedrą poniewierały się ich sfatygowane resztki, ale nikomu to nie przeszkadzało. Pito grzane piwo, jedzono gorące kiełbaski, śpiewano i tańczono do rana w ramionach lutowej wichury. Na wskroś przewiany wiejącym z południa alpejskim wiatrem, stał się częścią rozbawionej karnawałowej rodziny. – Produzieren Sie Euro–Paletten? – usłyszał skierowane do siebie pytanie. Twarz stojącego obok Niemca wydawała mu się znajoma i po chwili skojarzył, że tamten obserwował go od dłuższego czasu. Pamiętał trochę z podstawówki niemiecki i pomyślał, że może to jest szansa na biznesowy kontakt i poprosił rozmówcę, żeby chwilę poczekał, że pójdzie zatelefonować po kolegę. Kiedy Helmut skinął zgodnie głową, zatelefonował z restauracji po Andrzeja, który po przyjeździe wyjaśnił, że Niemiec chce nawiązać współpracę przy produkcji europalet. – Powiedz mu, że nie wiem, co to są europalety, ale że będę je dla niego produkował. – Nie będę mu mówił, że nie wiesz. – Powiedz, bo musi mi wytłumaczyć o co chodzi. Został jeszcze w Kolonii trzy dni, podczas których kilkakrotnie gościł z kolegą u Helmuta, rozgryzając problem europalet. A więc taka europaleta, to zbita z drewna platforma wytrzymująca obciążenie półtorej tony, która przystosowana jest do transportowania na niej towarów. Ze względu na znormalizowane gabaryty kontenerów, musi być zbita z precyzyjną dokładnością, a na jej produkcję trzeba posiadać licencję. Po trzech dniach zabrał od Helmuta jedną europaletę i wyruszył w powrotną drogę z przypiętą do samochodu przyczepą campingową. Jechał prawie bez przerwy przez dobę i dopiero teraz docenił posiadane przez przyczepę hamulce najazdowe, które wykorzystując przy hamowaniu siłę bezwładności rozpędzonej przyczepy, wielokrotnie uchroniły go przed katastrofą i śmiercią. Rozebrał w domu europaletę na czynniki pierwsze, pomierzył, policzył i postanowił sklonowany pierwowzór powielać w tysiącach egzemplarzy. Zatrudnił stolarzy, którzy wykonali matryce do seryjnej produkcji i kiedy już był pewien, że sobie poradzi, wsiadł w samochód i pojechał z powrotem do Kolonii. – Niech mi pan da na początek zaliczkę – zaproponował Helmutowi. – Bo co będzie, jak przywiozę transport europalet, a pan się rozmyśli? – Ile? – Helmut konkretnie podszedł do sprawy. – Tysiąc marek. – Kiedy pan przywiezie pierwszy transport? – W maju, za dwa miesiące. – Kolega poręczy zaliczkę? – Poręczysz? – spytał kolegi, który potakująco skinął głową. Wrócił do kraju z tysiącem marek w kieszeni i ruszył na całego z produkcją. Zainwestował wszystkie oszczędności, a później jeszcze się do tego zadłużył w bankach i u prywatnych ludzi na sto tysięcy dolarów. Rzucił do walki wszystkie siły i zdolności, po raz kolejny grając, va banque, stawiając wszystko na jedną kartę.
Pierwszy rok spółki
W kwietniu pojechał do krakowskiej kancelarii adwokackiej, żeby założyć firmę. – Ile to będzie kosztowało? – zapytał, obserwując w szybie siedzącego za biurkiem blondynka. – Dwa miliony – blondynek puścił oko do sekretarki. – Ale będzie pan za to prezesem jednoosobowej spółki. Zmilczał, kiedy sekretarka zapytała ironicznie, czy ma dwa miliony i wyszedł bez słowa, zrozumiawszy, że go wzięli za chłopka roztropka. Odjeżdżając, zauważył, że blondynek spogląda niedowierzająco przez okno na jego lśniącego metalikiem forda sierrę. W Polsce ciągle jeszcze jeździły toporne, mułowate polonezy i kopcące spalinami dwusuwowe syrenki. Następnego dnia poszedł do radcy prawnego w rodzinnym mieście i załatwił wszystko od ręki za sto tysięcy złotych, a później wyrobił pieczątki i rozpoczął działalność. Wyszukał w górach pustą szklarnię, którą przerobił na halę produkcyjną i zatrudniwszy kilku górali, rozpoczął seryjną produkcję. W połowie maja miał gotowy pierwszy transport, siedemset europalet, które zawiózł wynajętym tirem do Kolonii. Jeżeli nie liczyć chwilowej jazdy pod prąd po autostradzie i szukania kolońskiego adresu w sąsiednim mieście, to dotarli do celu szczęśliwie i bez większych problemów. – Trąbią, jakby nigdy nie widzieli polskiego tira – mruknął kierowca, kiedy zawracali po koiwbojsku na niemieckiej autostradzie przez trawnik. Skwitował jego słowa westchnieniem i przymknąwszy oczy, modlił się w duchu o pomoc do swojego Anioła Stróża. Później już przejechali fartownie sześćset kilometrów i dopiero przy zjeździe z autostrady pomylili zjazdy i szukali kolońskiego adresu w sąsiednim mieście. Poddali się w końcu po dwugodzinnym błądzeniu i zatelefonował po pomoc do kolegi. – A gdzie stoicie? – dopytywał się kolega, kiedy dzwonił do niego z restauracji. – A tu i tu – opisał restaurację i stojące w pobliżu budynki. – To już macie niedaleko – usłyszał. – Zaraz ci powiem jak dojechać. – Nic mi nie tłumacz, bo nawet nie idę do samochodu, tylko jak mi nie pomożesz, nie przyjedziesz, to zaraz wracam na piechotę do Polski. – Na piechotę? – Na piechotę! Przez pola i lasy! – Zaraz do ciebie przyjadę, czekaj na mnie przy tej restauracji. To był naprawdę dobry kolega, zapilotował tira swoim samochodem pod właściwy adres, a później zaprosił jego i kierowcę do domu, gdzie ładna i sympatyczna żona kolegi zauważyła z uśmiechem pod jego adresem przy kolacji. – Może ty i jesteś Kuba nieprzeciętny, ale za twój zmysł topograficzny tobym nie dała złamanego grosza. Zmilczał, bo przecież nie było jej sensu tłumaczyć, że zwiedził połowę Europy, a nawet biwakował samochodem z przyczepą kempingową na centralnym rondzie w Salonikach, a później już bez przeszkód trafił na kamping w Epanomi nad Morzem Egejskim. Po kolacji kolega odwiózł ich do tira, gdzie się przespali w szlafkabinie i następnego dnia sfinalizował z Helmutem transakcję. – Kiedy następny transport? – zapytał Helmut, płacąc mu dziesięć tysięcy marek po odbiciu tysiąca zaliczki. – Za dwa tygodnie – obiecał i faktycznie po dwóch tygodniach przyjechał z następnym transportem. W czerwcu wziął w polskim banku pięćdziesiąt tysięcy dolarów pożyczki i kupił w Niemczech przechodzonego tira, mercedesa z przyczepą na niskich kołach, osiemnaście metrów długości. W sierpniu wziął kolejną pożyczkę w złotówkach, czterysta milionów, i we wrześniu zbijało europalety już czterdziestu ludzi. Pracowali z dużą autonomią, jako podwykonawcy, porozrzucani w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od jego rodzinnego miasta. We wrześniu zapożyczył się prywatnie u ludzi na kilka tysięcy dolarów, bo chociaż produkcja przynosiła zyski, to spłata lichwiarskich balcerowiczowskich pożyczek zabierała prawie cały zarobek. Pracował na udających demokratów liberalnych geszefciarzy, którzy się bogacili kosztem okradanego polskiego społeczeństwa. – Jak pan może z tym wszystkim spokojnie spać? – dziwiła się księgowa. Wzruszał obojętnie ramionami, nie dopuszczając do siebie myśli, że mu się może nie udać. Kupował całe połacie lasów i wynajął do cięcia drzewa tartak. Pomijając dewizową pożyczkę na osiem procent, największą jego udręką była obsługa zaciągniętej w banku złotówkowej pożyczki. Balcerowiczowskie lichwiarskie procenty od zaciągniętej pożyczki wysysały z niego wszystkie siły. Na początku 1990 roku ustalona przez Narodowy Bank Polski stopa procentowa przy spłacie długu dochodziła w skali roku nawet do czterystu trzydziestu dwóch procent! To było czyste szaleństwo, dzięki któremu okupujące główne koryto nienażarte świnie, okradły miliony polskich rodzin na grube miliardy złotych. W bieszczadzkich popegeerowskich zagrodach płakały głodne dzieci, bo w owym szachrajskim okresie, nazywanym szumnie przez geszefciarzy tramsformacją ustrojową, uczciwi ludzie pracowali na udających demokratów oszustów, którzy okradali społeczeństwo za pomocą bankowych przekrętów. Zbijali na ludzkiej krzywdzie wywożone za granicę fortuny, niektórzy z nich uciekli z ukradzionymi pieniędzmi do Izraela. Zaciskając zęby, przejeżdżał dziennie swoim fordem około dwustu kilometrów, a bywało, że w ciągu dwóch dni robił dwa i pół tysiąca, kiedy jechał tam i z powrotem do Kolonii. Kiedy zasypiał po takim dwudniowym rajdzie, to następnego dnia rano po przebudzeniu nie mógł otworzyć zaropiałych oczu. Pracował po osiemnaście godzin na dobę, czasami omijając z konieczności prawo, jak na przykład wtedy, kiedy Helmut zalegał z wypłatą, a jemu się skończyła zachodnioniemiecka wiza. Wsiadł wówczas z kierowcą do tira i ukryty pod pościelą w szlafkabinie, przeszmuglował się na waleta do Niemiec Zachodnich. – Jak pan tu przyjechał?! – zapytał zaskoczony Helmut. – Kontrabanda! – wyjaśnił z tupetem i Helmut przez trzy dni zbierał pieniądze, żeby zapłacić zaległe trzydzieści tysięcy marek. Musiał tak na Helmuta naciskać, bo na niego naciskały banki. Niezależnie od bankowych kredytów, miał w zeszycie listę ludzi, od których pożyczył pieniądze. Listę, która prawie nigdy nie malała, bo żeby spłacić jednych, często pożyczał u drugich. Bywało nawet, że pożyczał nawet na paliwo od kierowcy, nie wiedząc, że łajdak zawyżył w tirze normę o pięćdziesiąt procent i okrada go w skali roku na tysiące litrów. Zanosiło się na to, że się nie wydostanie z zaklętego kręgu, ale nadszedł w końcu taki czas, że długi przestały rosnąć, chociaż bankructwo ciągle wisiało nad nim na włosku jak przysłowiowy miecz Damoklesa. Pewnego razu zrobił reasumpcję sytuacji i doszedł do wniosku, że za dwa lata powinien zacząć odkładać pieniądze. Jednym z utrudnień była konieczność posiadania wizy do Niemiec Zachodnich. Poradził sobie w ten sposób, że co dwa miesiące załatwiał turystyczną wizę za łapówki. Skorumpowana warszawka ciągle wymyślała nowe przekręty i tak na przykład wprowadzono koncesję na produkcję europalet i prywatni przedsiębiorcy zaczęli wycierać klamki po ministerialnych pokojach jak za cara Mikołaja. Cóż było robić, pojechał do ministerstwa i stanąwszy w zatłoczonej poczekalni, spoglądał w zamyśleniu na rozgorączkowanych ludzi. W całym kraju rzucono się robić europalety i wiadomo było, że niedługo podaż przekroczy popyt i ceny europalet zaczną drastycznie spadać. A później dał urzędnikowi dwieście marek łapówki i wrócił do domu z koncesją. Postawił wszystkie żagle i przy coraz słabszym wietrze, powoli dopływał do portu, do przystani. I nadszedł w końcu taki dzień, że pospłacał kredyty i teraz mógł już w razie czego sprzedać wartego półtora miliarda tira i uniknąć bankructwa. Dobiegał końca rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty, kiedy wracając nocą do kraju, zobaczył z autostrady rozbłyskujące nad Dreznem fajerwerki. Tysiące latających kufrów z baśni Andersena, świętowano zjednoczenie Niemiec. Jak w bajce o czerwonym kapturku, z rozprutego brzucha rosyjskiego wilka wyskakiwały połknięte przez komunizm narody. Zlikwidowano dzielącą niemieckie kraje granicę, zniesiono dla Polaków wizy i podróż do Kolonii stała się teraz o wiele łatwiejsza. Wiosną zlikwidował porozrzucane po terenie filie, scalił całą produkcję w jednym miejscu i teraz już nie musiał tyle jeździć. Niedługo potem pojechał tirem z kierowcą i napotkali na niemieckiej granicy tak długą kolejkę, że musieli czekać na odprawę dwanaście godzin. – Jeżeli będę podciągał do rana w kolejce – powiedział kierowca. – To za dnia będę się musiał przespać. – To idź się teraz przespać do szlafkabiny – zaproponował kierowcy i usiadłszy za kierownicą tira, dociągnął szczęśliwie o poranku do granicy. Po tym kursie zatrudnił drugiego szofera, żeby jeździli we dwójkę. Produkował w tym okresie około pięciu tysięcy europalet miesięcznie i żeby je przetransportować do Kolonii, tir musiał zrobić w miesiącu osiemnaście tysięcy kilometrów. Pewnego razu pojechał z kierowcami tirem do Kolonii i z powodu kolejki na granicy zajechali na miejsce pod wieczór i musieli czekać z rozładunkiem europalet do rana. Zaparkowali nad Renem w pobliżu portu, ale na dworze panowała taka duchota, że nie potrafili w samochodzie zasnąć i rozłożyli karimatki i śpiwory na brzegu rzeki. Leniwie płynące fale pluskały od niechcenia, pocieszająco. – Nie ma rady, chłopaki, musicie jakoś przetrzymać. Nad ranem się trochę ochłodzi, a później wrócicie do domu, bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Tak pluskały fale wielkiej rzeki, dodając, że i one nie mają lekko, bo ciągle tylko płyną i płyną, dźwigając na swoich grzbietach brzemienne ciężarem statki. – Nasze źródła w Szwajcarskich Alpach, w jeziorze Toma – wyliczały na palcach z cichym pluskiem. – A później przepływamy przez ziemie Liechtensteinu i przez austriacką krainę, a potem jeszczy płyniemy dalej granicą między Francją i Niemcami, a potem jeszcze przez Holandię i dopiero wtedy znajdujemy w końcu ukojenie w ramionach Północnego Morza. Nie tylko ludzie dźwigają na swoje Golgoty swoje krzyże, nie tylko ludzie. Tak pluskały fale wielkiej rzeki, a Kuba słuchał ich monotonnego szmeru, i w końcu zasnął pod rozgwieżdżonym niebem, ukołysany nostalgiczną piosenką... Prosimy o Boże litości, niech rześki otuli nas wiatr, do Twojej wzdychamy miłości, z daleka od rodzin i chat.
Modlitwy o wschodzie księżyca
Wypalony pracoholizmem, zacząłem pod koniec lata przygasać, nawet sen się na mnie obraził, bo nie miałem dla niego czasu. Pewnej nocy wyszedłem do ogrodu, a księżyc srebrzył drzewa nieziemskim światłem i zachwycone liście zaszeleściły, że będę niczym, jeżeli nie będę miał w sobie miłości. I wyszeptałem zatrwożony, że daję za miłość wszystkie królestwa świata, i popłynęła ku Bogu moja wołająca o miłość modlitwa. – Taka jakaś jestem nieporadna, kaleka – narzekała lękliwie. – Droga daleka, nie wiem, czy potrafię tak wysoko latać. – Potrafisz, spróbuj się z Bogiem zbratać. – Ale nie wiem, czy tak wysoko dolecę. – Dolecisz, posłuchaj o kalece. W pewnym sanktuarium znajdował się cudowny obraz Matki Bożej i pewnego razu kościelny zauważył, że głuchoniemy kaleka schował się po nabożeństwie za filarem. – A po cóż on się tam schował? – zaniepokoił się kościelny i zaczął z ukrycia obserwować kalekę. Kiedy kościół opustoszał, głuchoniemy podszedł do ołtarza i zaczął przed cudownym obrazem chodzić na rękach. – Toż to profanacja! – oburzył się kościelny, ale zanim zdążył zareagować, Matka Boska wychyliła się z obrazu i obtarła spoconą twarz kaleki zdjętą z głowy chustą. – No właśnie, nie słowa stanowią o wartości modlitwy, tylko uczucia płynące z głębi kochającego serca – szept cichy, delikatny, ledwie słyszalny jak szmer strumienia. – Głuchoniemy się modlił najpiękniej jak potrafił. A teraz, Kuba, opowiedz o niebieskiej jaskółce. – Opowiem, Poetycka Bajko, już mówię, może się nie pogubię. Przedwieczorną porą, gdy czar z nieba zlata, wbiegła do kościoła dziewczynka skrzydlata. Cała zapłakana, jaskółka niebieska. W wpatrzona w witraże, pod murem się chowa. – Mój tatuś mnie pobił – płynie skarga dziecka, a z witraży płynie łuna kolorowa. Wzniosło dziecko rączki, woła do nieba. – Niech tatuś nie pije, mnie miłości trzeba! Czemu kocha wódkę, Mamusiu kochana? Ja już nie wytrzymam! – Wiem – szepnęła Mama. Zadrżały w zawiasach okiennice nieba, luuunęła z witraży kolorów ulewa. Czas drgał w obie strony, przestrzeń wirowała. Na spięciu dwóch światów Śliczna Pani stała. Zapłakane dziecko cicho się odzywa. – Powiedz mi, Mamusiu, czy będę szczęśliwa? Och, jakaś Ty śliczna, jak Ty promieniejesz, dziękuję Ci, Mamo, że mnie usłyszałaś. Czy będę szczęśliwa? Mamo, Ty się śmiejesz! Mamo, Ty mnie głaskasz! Za co pogłaskałaś? – Za wszystko, córeczko. Gwiazd dwanaście świeci, trwa cud, łzy obeschły dziewczynce skrzydlatej. – Za wszystko, córeczko, ochraniam swe dzieci. – Mamo, a co tatą? Uratujesz tatę?! – Ratować? Cóż, kiedyś był na Jasnej Górze, co przyrzekł, nie spełnił, za mało chęć szczera. Dajesz mi różaniec? Dziecko, wstrzymam burzę, ma ostatnią szansę, w niebie piorun wzbiera! Straszny bożym gniewem, w twego ojca mierzy, jeśli cofnę rękę, spadnie i uderzy. Uderzy, uderzy, uderzy... – Coś ci się zacięło, Kubusiu? – Nie zacięło, Poetycka Bajko, tylko oczy mi się załzawiły. – Płaczesz? – Nie płaczę, tylko z przemęczenia, za długo piszę. – Ale chyba dokończysz, jak ci obeschną? – Dokończę. Ten ojciec porzucił kompanów do picia i coraz jest wyżej i wyżej od ziemi. Wzlatuje nad chmury w stronę szczytów życia, gwiazdy go wołają z bezkresnej przestrzeni. Odrzuciwszy wódkę, o trzeźwości nuci, a źli liczą, że do picia wróci. A źli ludzie liczą, że wróci do picia, nie życzcie mu śmierci, ma prawo do życia. Do życia, do życia, do życia... – Znowu oczy? – No, pewnie! – Z przemęczenia? – Oczywiście, ale zaraz dokończę. W baśni szary słowik cesarzowi nucił, są szare słowiki, co chorym śpiewają, cesarz śpiew usłyszał i do zdrowia wrócił. Ludzie zamiast słuchać, cudów wyglądają. Wyglądają, wy- glądają, wyglądają... – Znowu oczy? – Nie, powtarzam, żeby Czytelnicy lepiej zapamiętali, że jak trwoga, to do Boga. – No właśnie, ludzie czekają na cuda, a przecież Pan Bóg na cuda zużywa tylko jeden procent energii. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent zużywa, żeby nie było cudów, żeby utrzymać świat w równowadze. Największym cudem jest to, że ten nasz grzecznyt świat ciągle jeszcze istnieje. – Również dzięki tobie, Poezjo. – Dokończ o szarym słowiku. – Dobrze. Szarym słowik, śpiewam o wieczornej ciszy, wyzdrowieje chory, co mój śpiew usłyszy. Usłyszy, usłyszy, usłyszy... – Opowiadaj, opowiadaj, opowiadaj... – Przedrzeźniasz mnie, Poetycka Bajko? – Nie przedrzeźniam, tylko zaczyna mi się to powtarzanie podobać. Długo tam siedziałeś wtedy w tym ogrodzie? – Do rana. – I co? I nie nudziło ci się do rana? – Nie nudziło, wędrowałem marzeniami po krainach nieba. Nasza wyobraźnia, to jedyna granica ludzkich możliwości. Możemy osiągnąć wszystko, co tylko sobie portafimy sobie wyobrazić. Całe niebo jest zbudowane z naszych najpiękniejszych marzeń. Ono naprawdę istnieje i bardzo chciałbym się kiedyś do niego po doczesnym życiu dostać. - Po co? - Żeby zostać promieniem w koronie słońca. – Tęsknisz za niebem? – Tęsknię! Tęsknię za niebaem, za miłością, za obcowaniem świętych. – I myślisz, że się tam dostaniesz? – Chciałbym! Może kiedy tak stworzysz, Boże, że przeszłość z przyszłością i wszystkie światy skupią się w jednym wiecznym wszechogarniającym Teraz. I obejmą mnie wtedy wszystkie wniebowzięte dziewczyny, i będą się do mnie tulić, i będą się do mnie uśmiechać przez wieczność. – I to by ci wystarczyło? – A czegóż chcieć więcej, skoro uśmiechy są pocałunkami duszy, a podczas przytulania wydzielają się endorfiny szczęścia? Dusza wpada w uwielbiający rezonans i dźwięczy boską melodią na szczytach życia. - A po co ci ten uwielbiający rezonans? – No, jak to po co, Poezjo? Wolę niebiańską melodię od piekielnego płaczu i zgrzytania zębów! – Dlaczego? – No, jak to dlaczego, Poezjo, to Ty się pytasz o takie oczywiste rzeczy? Koń, jaki jest, każdy widzi i będę udowadniał, że nie jestem wielbłądem! – Nie nadążam... – Podpuszczasz mnie, Poezjo? – Trochę. To kiedy tak siedziałeś w tym ogrodzie do rana, to potem chyba byłeś niewyspany? – E, nawet nie, Poezjo, jakby mi Pan Bóg dodawał siły. Przypiąłem do samochodu przyczepę kempingową i pojechałem do Zakopanego. – Opowiedz. – Dobrze. - Pamiętasz? - No pewnie, potrafię myśleć obrazami i widzieć całą swoją zamierzchłą przeszłość oczami wyobraźni, jakby się to wszystko działo wczoraj. Tak bliska przeszłość, tak daleka, odbita w fal spękanym lustrze, chwil niepowrotnych płynie rzeka, fala o falę cicho pluszcze. Pluszcze, pluszcze, pluszcze... Ustawiłem kamping na zboczu Butorowego Wierchu obok chaty starej góralki. Pomalowane na niebiesko okienka chylącej się ku ziemi chatki wyglądają spod krytego zbutwiałymi gontami okapu jak dwoje zmęczonych starością, wyblakłych oczu oczu. Naprzeciwko kempingu góruje Giewont, a nade mną biegnie granią góry ścieżka, przy której stoi na polanie drewniany kościółek, a przy nim śpią na trawie góralskie modlitwy. Niewielki kościółek, raczej duża kapliczka zbudowana z jasnych okorowanych bali, upiększonych rzeźbionymi w drzewie ornamentami. Z podobnych przepołowionych wzdłuż belek zrobione są na polanie przed kapliczką długie niziutkie ławki. A wszystko to razem tak jest ze sobą pogodnie zharmonizowane jakby się radośnie roześmiane dzieci trzymały z mamą za ręce. Pogodnymi wieczorami wdrapuję się na ścieżkę biegnącą granią Gubałówki i Butorowego Wierchu, dochodzę do kościółka i siadam na polanie, zapatrzony w rozmigotane gwiazdy. Zdobywcy szczytów są samotni, bo zostawiają innych za sobą i dlatego wdrapują się coraz wyżej, żeby być bliżej Boga... Śni się orłom wiatr, Bóg kościołom, przyjdę tutaj znów, schylę czoło. Pewnego razu, kiedy tak siedziałem nocą przed kaplicą, tak wabliwie zamigotały gwiazdy, że się przestraszyłem, że zawołają do siebie wszystko. – Przecież wtedy nic dla ludzi nie zostanie! Pomyślałem zaniepokojony i chciałem pozamykać modlitwą bramy świata, ale pogubiłem po ciemku słowa. – I co teraz, Boże, będzie? – wyszeptałem zrozpaczony. – Przecież modlitwa jest najważniejszą rzeczą w życiu! Bez Twojej pomocy zginę! I wtedy nad Giewontem nagle pojaśniało i zaczęła się rozpalać nad szczytem nieziemska jasność, wschodzący księżyc oświetlał mocarne ramiona królującego na Giewoncie krzyża. Tatry wyciągnęły do góry rozmodlone ręce, przebiły na wylot ciemnozłote chmury i czubkami palców dotykały nieba. Strzeliste wieżyce skalistych katedr były w księżycowym świetle tak niebiańsko piękne, że zdało mi się, Boże, że siedzę na Twoich kolanach. I odnalazłem pogubione słowa, i popłynęła ku Tobie moja modlitwa. Dlaczego uśmiechasz się do mnie, Ojcze, skoro stale jestem niegrzeczny? Czemu mnie bierzesz na kolana, skoro ciągle się wiercę? Tak bardzo mnie kochasz, a ja nawet nie potrafiłem pozamykać na noc Twojej zagrody. Nie wiem, jak Ci dziękować za wszystko! Wiesz co, Tato? Jutro wieczorem znowu pójdę po krawędzi góry i spróbuję policzyć Ci gwiazdy. Chociaż tak Ci pomogę w Twoim gospodarstwie, ale nie gniewaj się na mnie, jeżeli się znowu pomylę. Uśmiechnij się do mnie pobłażliwie, pozwól się znowu wdrapać na kolana i pomagaj mi dalej odnajdywać w szarym życiu Poetycką Bajkę.
– Dlaczego zakończyłeś rozdział w pierwszej osobie? – Żeby być bliżej Ciebie.
Rozdział piąty
Jeżeli umiesz zmusić serce, nerwy i siły, żeby nie zawiodły, choćbyś od dawna czuł ich wyczerpanie, byleby wytrwać, gdy poza wolą już nic nie mówi o wytrwaniu...
Dałeś mi, Boże, ponadczasową pamięć i sprawiłeś, że potrafię myśleć obrazami. Dziękuję Ci za to, bo chociaż pamiętam ile piorunów uderzyło podczas burzy, to pamiętam również ile świetlików latało w parku w pogodny wieczór lata, a świetliki są przecież od piorunów o wiele ważniejsze. Prawie wszyscy w okolicy znali jego forda i tira i bywało, że przychodzili do niego obcy ludzie i proponowali pomoc, bo sukces ma wielu przyjaciół w przeciwieństwie do klęski. Spadali mu ludzie, jakby przysłani przez Aniołów, możliwe że tak było, Anieli potrafią stwarzać szczęśliwe zbiegi okoliczności, ale to my decydujemy, czy z oferowanej pomocy skorzystać.
Posłańcy Aniołów
Jesiennym wieczorem wracał od stacji kolejowej dźwigając pełną dokumentów teczkę i właśnie wtedy natknął się obok knajpy na tego dryblasa. Stał na chodniku i trzymając się ogrodzenia, sikał przez siatkę do ogródka. Drągal zazezował zaczepnie, kiedy obok niego przechodził, 101więc minął go pospiesznie i poszedł swoją drogą do domu. – Niech mnie pan ratuje! Dobiegająca dziewczyna szarpnęła go z tyłu za rękaw. Odwrócił się i w tym momencie dostał od dryblasa tak mocne kopnięcie w piersi, że stracił oddech. – Niech mnie pan nie zostawia! Krzyczała dziewczyna, kiedy odskoczył do tyłu. – Nie zostawię – zapewnił. Powoli przychodził do siebie, z wysiłkiem wciągając powietrze. Dziewczyna krzyczała tak histerycznie, że idący od pociągu dwaj mężczyźni zawrócili i zaczęli z powrotem uciekać w stronę stacji. – Pomóżcie, bo chce zgwałcić dziewczynę – zawołał za tchórzami, ale oni tylko przyspieszyli kroku i znikli w ciemnościach. – No, to zostałem samotny – pomyślał. – Znikąd ratunku. Rozglądał się gorączkowo dookoła, a napastnik ciągnąłdziewczynę w zarośla, jednocześnie usiłując go dosięgnąć kopnięciem. Błyskawicznie kalkulował i po chwili miał opracowany plan kontrataku. Uderzył dryblasa pięścią w gardło i zaczął przed nim uciekać środkiem ulicy, a kiedy już obaj szybko pędzili, wrzucił napastnikowi między nogi teczkę. Przyspieszając, widział kątem okna, jak bandyta ryje ryjem po asfalcie i sunie ślizgiem po ulicy z zakrwawioną facjatą. Obserwował podnoszącego się z ziemi napastnika i wtedy wszystko zaczęło się toczyć jakby samorzutnie. Nadjechało samochodem dwóch przysłanych przez Aniołów ratowników... – Powoli, Kuba, powoli – szept cichy, delikatny, ledwie słyszalny. – Przecież to byli stróżujący w pobliskiej fabryce ochroniarze, którzy wcześniej usłyszeli wasze krzyki. – A co Ty myślisz, Poetycka Bajko, że Aniołowie nie mają znajomości wśród ochroniarzy? – Pewnie mają, opowiadaj, jak to się skończyło. – Dobrze. Z samochodu wyskoczyło dwóch młodych mężczyzn i jeden wyskoczył w powietrze jak sprężyna, i tak kopnął uciekającego bandytę w plecy, że wpadł do przydrożnego rowu. Razem z akrobatą przypilnowali leżącego w rowie gwałciciela, a drugi ochroniarz pojechał samochodem po policję. Niedługo potem policjanci zabrali skutego bandytę do radiowozu, a on i dziewczyna wsiedli z ochroniarzami i pojechali na komendę złożyć zeznania. Sprawa chyba nie miała dalszego ciągu, bo już go później nie wzywali na policję, nie spotkał też już później ani dziewczyny, ani ratowników. I tylko kopnięte piersi bolały go jeszcze później przez miesiąc, i przypominały o całym zajściu. Tak to różnie bywa z posłańcami Aniołów, czasem ratują przed bandytą, a czasami sprzedają benzynę. – Co ty Kuba mówisz, benzynę?! – No benzynę, Poetycka bajko, na kredyt. – Opowiadaj... – Dobrze. Pewnego razu zatankował do tira tylko dwieście litrów i wtedy podszedł do niego właściciel stacji benzynowej i zapytał czemu nie tankuje do pełna. – Zostawiłem pieniądze na fortepianie. – A ile ci wchodzi do obu baków? – Siedemset. – Tankuj do pełna i będziemy zapisywać w zeszycie, dostaniesz zniżkę i będziesz płacił co dziesięć tysięcy litrów, pasuje? – No, pewnie – podziękował ucieszony. – Będę za to zawsze tankował u ciebie. Bywa również, że pomocnicy przez Aniołów sprzedają drzewo, pracują w banku lub handlują oponami, ale powoli, po kolei. Jeżeli chodzi o drzewo, to zaczęło mu brakować drzewa do produkcji i akurat wtedy przyjechali do niego z Bieszczad dwaj górale, żeby od nich kupował przycięte na miarę deski. – Poczekamy miesiąc na pieniądze – zaproponowali. – Bośmy słyszeli, żeś pan uczciwy. – Nie chcecie dalej sprzedawać Bublowi? – zapytał. – Nie chcemy, bo pół roku czekamy na pieniądze. Przycięte na miarę elementy przyspieszyły produkcję i obie strony były zadowolone, jeżeli nie liczyć drobnej scysji, kiedy to go podpici górale pomylili po ciemku z Bublem. Pewnego razu przywiózł im wieczór pieniądze, a oni go zamknęli w piwnicy, bo myśleli, że to Bubel. Wypuszczono go i przeproszono po pertraktacjach prowadonych przez piwniczne okienko, a zawstydzeni górale zaproponowali, że od dzisiaj mogą czekać na pieniądze nawet przez kwartał. – Miesiąc wystarczy – zapewnił. Nie chciał ich wykorzystywać, bo wiedział, że przez bankowe lichwiarstwo Balcerowicza ich dzieci przymierają głodem. Jeszcze inaczej wyglądała sprawa z bankiem, w którym miał dewizową pożyczkę. Zabrakło mu pieniędzy na kwartalną ratę i nie wiedział jak z tego wybrnąć. – Skąd ja wezmę dziesięć tysięcy marek? – rozmyślał zafrasowany. – Jak nie zapłacę, to pójdzie fama, że jestem niewypłacalny i to mnie może doprowadzić do bankructwa. Nie potrafił nic sensowego wymyślić i właśnie wtedy zaksięgowano mu pomyłkowo w banku na koncie dwa razy tę samą kwotę. Zorientował się, że zamiast dziesięciu, zaksięgowano mu dwadzieścia tysięcy marek, ale nic nie powiedział, tylko zapłacił tymi pieniędzmi należną bankowi ratę. – A skąd mogłem wiedzieć, ile mi przelano pieniędzy? To wyście powinni wiedzieć – wyjaśnił, kiedy w banku wykryli pomyłkę. – Poczekajcie na następny przelew, to sobie potrącicie. – Kiedy panu przyjdą pieniądze? – telefonowali prawie codziennie. – Niedługo – uspakajał. Nadeszły po miesiącu i wtedy bank je sobie potrącił, a jego firma dzięki miesięcznej prolongacie uniknęła bankructwa. Z kupnem opon z kolei było tak, że należało w tirze i przyczepie wymienić opony letnie na zimowe i zastanawiał się skąd weźmie szesnaście tysięcy marek. I właśnie wtedy trafiło mu się kupno trzystu sztuk opon po regeneracji. Były sześciokrotnie tańsze od nowych i miał nie tylko dla siebie na wymianę, ale jeszcze na pozostałych zarobił. Tak to bywa z posłańcami Aniołów, jedni ratują przed bandytą, drudzy sprzedają benzynę lub drzewo, a jeszcze inni księgują w bankach przelewy lub oferują bieżnikowane opony. No, tak to bywa z Aniołami, bo potrafią i wiedzą o wiele więcej od ludzi. Nadchodziła druga zima jego działalności, a on ciągle balansował na granicy sukcesu i porażki. Dwoił się i troił, żeby zapewnić dzieciom lepszą przyszłość. Pochłonięty pracą, nie dostrzegał złowrogo świrującej na niego siostry i mściwie prześladującej go na każdym kroku żony.
Część 66 / 6
Na cichej złotej plaży
Sobotnim wieczorem wracali tirem z drzewem na palety, kiedy nagle sypnęło śniegiem jak mąką z rozwalonego młyna. To nie był normalny wicher, tylko rozwścieczone półdiablę. Złapał śnieżycę za włosy i pomiatał nią po drodze, a w jego zawodzeniu słychać było zbolałą skargę. – Miłość niesie ze sobą ryzyko wielkiego cierpienia, bo jeżeli się wpuści do swojego serca niewłaściwą osobę, to może mu ona zadać od środka tak ciężkie rany, że aż dusza zapłacze. – Pomimo tego warto szukać miłości, bo jeżeli serce podniesie serce, to razem mogą dotknąć nieba – kontrowała śnieżyca jak wściekła. – Gdybyś mnie kochała, tobyś mi nie przychylała piekła! – Zostaw mnie w spokoju! – odszczekiwała. W jakimś sadomasochistycznym amoku wirowała śnieżyca z wichrem w opętańczym tańcu. I przycupnął bojaźliwie świat po kątach, ale oni musieli dalej zjeżdżać po krętej oblodzonej drodze i samochód chwilami tracił przyczepność. Siedział obok kierowcy z twarzą ukrytą w dłoniach i ogarniało go uczucie zamierania zapamiętane z czasów, kiedy trzeźwiał na kacu. – Zamieniłem alkoholizm na pracoholizm – rzucił w stronę kolegi. – Zacząłem się upijać pracą. – Chciałbym już być w domu – mruknął kierowca. – Noga mi sama skacze na hamulcu i za chwilę wpadniemy w poślizg, i pokoziołkujemy po zboczu. – Wytrzymaj, nadjeżdża piaskarka! – zawołał, widząc rozbłyskujące w dole światła. Po chwili faktycznie usłyszeli warkot silnika i zobaczyli wspinającą się opid górę piaskarkę, z przodu zgarniała śnieg lemieszem, a z tyłu rozrzucała po odśnieżonej drodze piaskiem. Zjechali szczęśliwie z góry i tak sobie wtedy pomyślał, że w każdej, nawet największej rozpaczy tli się przynajmniej jedna iskierka nadziei i odwrotnie, i w każdej chwili jedno może się przemienić w drugie. I przypominały mu się natchnione słowa z Litanii do Ducha Świętego.. Od zbytniej ufności i rozpaczy zachowaj nas, Panie. O czwartej nad ranem odwoził kierowcę fordem do domu i kolega powtórzył, że chciałby już być domu. - No, to, to teraz ja ci powiem, czego ja chciałbym - podchwycił i dodał rozmarzonym, pełnym tęsknoty głosem. – Mój dom gdzieś daleko pośród szklanych gór, za niebieską bramą, oceanem chmur. Mój świat w innym świecie, gdzie zielony las, gdzie śpiewają ptaki, gdzie szczęśliwy czas szczęśliwy czas. - Ale ci się rymuje. - Tak trochę... Nie wiem, co mnie jeszcze czeka, ale jestem już zmęczony ciągłymi sztormami. Mój okręt przecieka we wszelkich możliwych miejscach i chciałbym wreszcie dopłynąć szczęśliwie do drugiego brzegu, i odpocząć na cichej złotej plaży. – Na plaży? – kolega spojrzał na niego spod oka. – Tak, na cichej złotej plaży pod zieloną palmą. – Pod palmą? – Tak i żeby przy mnie była moja wyśniona królewna. – Na pewno bogata? – Królewny są na ogół bogate... Nadleci znikąd, wiatrem przywiana, wpatrzona w morze na zachód słońca. Ulotna, zwiewna i zakochana, moja tęsknota na jawie śniąca. – Wiesz co, Kuba, ty to lepiej przestań zbijać palety i zajmij się pisaniem wierszy. – Ale za to nie płacą. – Niebieskie ptaki nie sieją i nie orzą, a żyją. – To latem, ale co by było w zimie? – Tę jakoś przetrzymasz, a na wiosnę sprzedasz tira za półtora miliarda złotych i pojedziesz odpoczywać pod palmę. – A dzieci, a co będzie z moimi dziećmi? – No tak, dzieci... No, to popracuj jeszcze trochę, żeby mi zapewnić lepszą przyszłość. – Może i zapewnię – odpowiedział, a przysłuchująca się rozmowie Poetycka Bajka spojrzała błagalnie na jego Anioła Stróża. – Pomóż mi go chronić, Aniele, bo sama sobie z nimi nie poradzę. – Z kim?! – Z jego siostrą i żoną. – To nie takie proste, musiałby się do nich nie zbliżać. Śni się lasom las, chłopcu zdrada, błyska raz po raz, ciągle pada. Dochodziła piąta nad ranem, kiedy stanęli przed domem kolegi, w jednym z okien paliło się światło. – Żona nie śpi – zauważył kolega. – A skoro nie śpi, to zaprasza na herbatę. – Nie pogniewa się, że o tej porze? – Nie pogniewa, bo kocha. – No, to masz szczęście. – Że kocha? – Tak, we dwoje łatwiej dźwigać życie. Zaparkowali na podjeździe przed nowym domem i weszli do środka. – Coś niesamowitego z tą piaskarką – kolega pokręcił głową, kiedy już siedzieli przy herbacie w wygodnych fotelach. – Ocaliła nam życie, skąd wiedziałeś, że jedzie? – Nie wiedziałem, ale chciałem, żeby jechała. – I dlatego się pojawiła? – zapytała żona kolegi. – Nie wiem, miałem nadzieję, że się pojawi. – Mówi się, że nadzieja matką głupich. – Mówi się też, że nadzieja umiera ostatnia, jako optymista wolę jaśniejszą stronę medalu. – Może naiwniejszą? – wydęła sceptycznie swoje piękne nadąsane usta. – Jaśniejszą, moja szklanka jest do połowy pełna, a pani do połowy pusta. – Ale z tą piaskarką, to zbieg okoliczności – obstawała przy swoim. Była młoda, ładna, wykształcona i czupurna, siedziała wciśnięta w fotel obok męża, z nogami podkulonymi pod nocą koszulą, wcześniej czekała na niego do czwartej nad ranem. – Nie wierzę w przypadkowe zbiegi okoliczności – spojrzał na nią z sympatią. – Niektóre zdarzenia są nam przeznaczone i nie możemy ich zmienić, a niektóre zależą od naszej wolnej woli, są następstwem naszych wyborów. Czasem trudno rozpoznać, które są które. Życie człowieka można przyrównać do wędrówki przez labirynt zapełnionych książkami komnat. Możemy wybierać, ale tylko spośród tych powieści, które znajdziemy w nawiedzanej komnacie. – Gdybyśmy weszli do innej, to byśmy trafili na inne? – No, właśnie. – A dlaczego pan spojrzał na moje nogi? – A tak jakoś, przepraszam. – A za co? – Że odruchowo spojrzałem na niewłaściwą książkę. – To dobra książka. – Nie wątpię, ale nie z mojej komnaty. – To prawda – potwierdziła i zapytała na kogo będzie głosował w nadchodzących wyborach prezydenckich. – Na pewno nie na Wałęsę. – A ja na niego zagłosuję. – Dlaczego? – Bo obiecał wszystkim Polakom po sto milionów złotych. – No właśnie, obiecał... A skąd pani wie, że dotrzyma? Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Jak ktoś pani obieca złote góry, to mu pani odda klucze do domu? – Chyba pan żartuje. – Nie żartuję, Polska, to nasze gniazdo i tutaj nie ma miejsca na żarty. – A co pan sądzi o moim mężu? Spoglądał na nią pytająco. – Wie pan, co mi ten głupek wczoraj powiedział? – spojrzała z uciechą na męża. – Obudził mnie w środku nocy i powiedział, że jak go zdradzę, to się powiesi. Spoglądał na przytuloną parę, a szyby w oknach drżały od uderzeń ciepłego fenowego wiatru. Spadający z tatrzańskich turni halny wyrywał z korzeniami drzewa, zwierzęta wariowały po zagrodach, a ludzie dostawali ataków serca lub popełniali samobójstwa. Niesione przez wicher zabójcze infradźwięki doprowadzały do szaleństwa. – No, to niech go pani nie zdradza, a w każdym razie, dopóki nie ustanie halny. – No, ale niech pan powie, czy on sobie zdaje sprawę z tego, co mówi? I jeszcze mówi, że kupi stację benzynową. Przecież to już szczyt szczytów! No, niech mi pan powie, czy on ma dobrze w głowie? – Naprawdę uważa pani męża za głupka? – Niech pan ze mną nie zaczyna! Uśmiechnął się rozbawiony, spoglądając to na jedno, to na drugie. – Dlaczego pan nic nie mówi? – Niewiele jest takich dobranych małżeństw – powiedział po chwili. – Weszliście swego czasu różnymi drzwiami do tej samej komnaty i sięgnęliście jednocześnie po tę samą książkę. Tak powiedział, a później podziękował za herbatę i pojechał do domu. Nie dojechał, bo kilometr za miastem zrzuciło go na oblodzonej drodze do rowu. Wezwany taksówkarz wyciągnął samochód na drogę, ale rozładowany akumulator nie zapalił i taksówka zaholowała go z powrotem do miasta. Ludzie szli na poranne nabożeństwo do limanowskiego kościoła, a jego taksówkarz ciągnął na holu naokoło rynku. Próbowali w ten sposób odpalić auto, ale koła się ślizgały po oblodzonej nawierzchni. Wrócił do domu dopiero wieczorem po podładowaniu akumulatora w garażu u taksówkarza. Przed Sylwestrem pojechał z kierowcą tirem do Hamburga po sprowadzony z Tajlandii kontener odzieży. Śliczne, koronkowe kobiece ciuszki, dziesięć ton odzieży, kupili z kolegą do spółki. Wcześniej kolega poleciał samolotem do Tajlandii z walizeczką pieniędzy i przesłał kupioną odzież statkiem do Hamburga, i teraz on ją odbierał z portowych magazynów. Niemcy nie chcieli dać do rozładunku widłowego wózka i straszyli że od jutra będą naliczali opłaty za składowanie towaru. Zmilczał i razem z kierowcą przeładowali opakowane folią paczki do tira, skończyli w Nowy Rok o poranku. Dobrze, że przewidująco zabrał ze sobą hydrauliczny wózek do transportu palet. Co jeszcze? Może o tym, że ten kierowca, u którego nocą pił herbatę wziął w ajencję stację benzynową, a po dwóch latach ją kupił. Tak, jak to sobie zaplanował. Nie wiadomo, czy to już był szczyt szczytów, jak mawiała jego żona, ale na pewno zdobył jeden z nich i to nie ten najmniejszy.
Francja i Luksemburg
Po nowym roku właściciel obiektów wynajmowanych na produkcję podniósł bez uprzedzenia czynsz za dzierżawę. – Albo płacisz, albo do widzenia – zaszantażował. Coś tam jeszcze mówił, ale tego już nie słuchał, wsiadł w samochód i odjechał bez słowa. – Ale sobie wybrał czas na podwyżkę – rozmyślał. – Zima, śniegi, mrozy i zawieje, skalkulowany na zimno szantaż, ale nie ze mną takie numery. Następnego dnia przeniósł produkcję w inne miejsce. Ponieważ niepowodzenia lubią chodzić parami, niedługo potem Helmut przestał płacić za palety. Pojechał do Kolonii i okazało się, że niemiecki przedsiębiorca zbankrutował, bo oszukiwał państwo na podatkach. I w taki to sposób stracił niemiecki rynek zbytu. Wysłał pracowników na bezpłatne urlopy, a sam zaczął jeździć po Europie i szukać odbiorców. Najpierw się dowiedział, że coś tam dzwonią o europaletach we francuskim Nancy, więc wsiadł w samochód i pojechał do Lotaryngii sprawdzić na miejscu. Zatrzymał się u francuskich znajomych mających polskie korzenie, którzy go ugościli na dzień dobry zapiekanymi w cieście ślimakami. Tak samakowały, jakby się żuło twardą podeszwę buta, ale udając, że nie wie czym go częstują, zjadł cały placek, żeby nie urazić gospodyni. Pomieszkał u znajomych przez tydzień i kiedy za pośrednictwem gościnnych gospodarzy, nawiązał kontakt z luksemburską firmą, podziękował za pomoc i pojechał samochodem do luksemburskiego księstwa. Wciśnięte pomiędzy Francję, Niemcy i Belgię, zajmuje powierzchnię mniej więcej trzech polskich powiatów, ale z racji rozwiniętych usług bankowych jest jednym z najbogatszych państw świata. Z Luksemburczykami zaczął dogrywać kontrakt na dostawę do bułgarskiego portu w Burgas dziesięciu tysięcy europalet, skąd miały popłynąć statkiem do Kuwejtu. – A jaką mam gwarancję zapłaty? – zapytał. – Akredytywa – odpowiedzieli. Poprosił o przerwę w negocjacjach i zatelefonował do księgowej, żeby mu wytłumaczyła, co to jest akredytywa. – Oni złożą dla pana w banku, powiedzmy, sto tysięcy dolarów i nie będą mogli ruszyć tych pieniędzy bez pana zgody. – Odpowiada mi taki układ – zadecydował i wróciwszy do kraju, zabrał tłumaczkę i ponownie pojechał do Luksemburga sfinalizować transakcję. Podczas dopracowywania umowy Luksemburczycy obniżyli wstępną cenę prawie o połowę, do granicy opłacalności, więc zrezygnował z kontraktu. – Pies wam mordę lizał – powiedział do nich tak uprzejmym tonem, że odruchowo kiwnęli głowami, spoglądając pytająco na tłumaczkę, Nie chciała przetłumaczyć, wymigując się, że to taki polski, trudny do przetłumaczenia idiom. Po powrocie z tej podróży pozostało mu wspomnienie kosmopolitycznego państewka bez wyrazistego narodowego oblicza, w którym rozmawiano na ulicach w kilku językach. Można też było płacić luksemburskimi, belgijskimi, francuskimi i niemieckimi pieniędzmi. Sprzedawcy mieli gazety z aktualnymi kursami walut i przeliczali na poczekaniu. Sam kraj malowniczo położony na wzgórzach, o urozmaiconym krajobrazie i klimacie wszechobecnego dostatku.
Szwecja
Nie załamał się po tych płonnych podróżach i po kilku dniach pojechał z pośrednikiem do Szwecji. Diler mówił, że ma w szwedzkim Malmo namiary na dobry biznes. Po zejściu szarym świtem z promu w Ystad, zaciekawiły go pleśniejące na nabrzeżu tysiące europalet. Porozmawiał z kręcącymi się po składowisku Polakami i dowiedział się, że zostały zamówione przez mieszkającego w Malmo polskiego oszusta. Po przewiezieniu europalet przez polskich producentów promem przez Bałtyk, oszust odmówił kupna i od dwóch tygodni niszczały na rampie. – Co z nimi będzie? – zapytał, pokazując na palety. – Trzeba płacić składowe, więc niedługo zostaną zlicytowane i oszust je kupi za bezcen. Pomyślał, że chyba go natchnął dobry Anioł, że się zainteresował tymi paletami i pojechał z pośrednikiem do odległego o sześćdziesiąt kilometrów Malmo. Rozmowę z oszustem zakończył w Malmo dosłownie w ciągu kilku minut. – Nie żal ci tych oszukanych ludzi? – zapytał oszusta na koniec. – Litość, to zbrodnia – odpowiedział oszust z bezczelnym uśmiechem. – Zbrodnia, ale tylko wtedy, kiedy się litujemy nad żmiją. – Nad żmiją?! – Odwdzięczyła się chłopu ukąszeniem za ogrzanie. – To po co ją ogrzewał? – No, właśnie... Powinien jej był najpierw wyrwać zęby jadowe i dopiero wtedy ją przywrócić do życia, okazać jej miłosierdzie. Chwilę później wyruszył ze znajomym w drogę powrotną. – Szkoda, że ci się nie udało nawiązać współpracy – zauważył pośrednik, liczyłem na prowizję. – Na jaką? – Myślałem, prezesie, że mi poręczysz w banku dwieście milionów pożyczki. – Wiesz co, kolego? – popatrzył ironicznie na pośrednika. – Mnie już swego czasu taki jeden radca nazwał prezesem przy zakładaniu spółki. Tam chodziło o dwa miliony, a tutaj o dwieście... Urwał, żeby nie wybuchnąć i zjechawszy na pobocze, wysiadł i spacerował skrajem lasu, wydychując nagromadzone podczas podróży miazmaty. Niedługo potem dostał jednorazowe szwedzkie zamówienie na europalety, które zawiózł do młyna w pobliżu Malmo, a w powrotną drogę zabrał do Polski dwadzieścia ton mąki na francuskie pieczywo. Nie odmówił sobie wówczas drobnej satysfakcji i ponownie odwiedził oszusta. – Zawarłem ze Szwedami kontrakt na dostawę kilkunastu tysięcy europalet, dwadzieścia transportów – nakręcił oszusta. – Wczoraj im przywiozłem pierwszy transport, siedemset sztuk. Oszust bez słowa wyskoczył na burtę tira i zapytał, zobaczywszy worki z mąką. – A co to za mąka? – Powrotnymi kursami będę woził do Polski mąkę, dodatkowy zarobek. – A po ile ci płacą za europalety? – Dziewięćdziesiąt koron za sztukę, osiemnaście dolarów. – Co oni pogłupieli?! – zawył rozwścieczony oszust. – Do kogo wozisz te europalety?! – Chyba nie myślisz, że ci powiem. I wtedy oszust dostał białej gorączki i zaczął skrzeczeć jak sroka. – Ja, tylko ja mogę pośredniczyć między POlską i Szwecją w handlu polskimi europaletami! Ja! Tylko ja i nikt inny! Reszta wrzasków oszusta utonęła w warkocie zapalanego silnika i zatrzaskiwanych przez Kubę drzwiach szoferkin tira. Kiedy ruszyli, przez jakiś czas widział w bocznym lusterku biegnącego za samochodem i wygrażającego pięściami oszusta. Podczas powrotnej drogi przez Bałtyk sztormowe fale tak kołysały promem, że podłoga właziła na ściany i pasażerowie snuli się po korytarzach jak zzieleniałe cienie. Po zjedzonej w mesie kolacji smacznej i obfitej usiadł w kajucie na koi, bo wszystko zaczęło mu nagle wirować przed oczami. – Co się dzieje? – zapytał kierowca z udawaną troską. – A co by się miało dziać? – odpowiedział zuchowato i przytulił głowę do poduszki, kiedy kabina ruszyła nagle z kopyta. I o dziwo, ledwie się położył, od razu zaczęło być lepiej i po chwili zasnął ukołysany bijącymi o burty falami. Po tych szwedzkich podróżach pozostało mu wspomnienie krystalicznie czystych, nostalgicznych skandynawskich przestrzeni. Ilekroć później wspominał tę podróż, to mu się zdawało, że słyszy srebrne dzwoneczki przy saniach Królowej Śniegu, pędzących przez zaśnieżone bezkresne równiny do swojego lodowatego, nieczułego królestwa. I jeszcze mu pozostały w pamięci szwedzkie miasta rozjarzone iluminacją podczas bożonarodzeniowego okresu. Spowita przez naczną część roku podbiegunowymi ciemnościami szwedzka kraina tak bardzo tęskni za światłem, że w bożonarodzeniowym okresie ożywa w niej wiele gwiaździstych baśni. I słychać wtedy krzyk lecących w chmurach dzikich gęsi, a na jednej z nich podróżuje malutki chłopczyk, pozdrawiając szukającą Kaja, Gerdę. Po zaśnieżonych polach pędzi renifer z jaśniejącą gwiazdą na czole, a siedząca na nim Krystyna, córka Lavransa, macha ręką do podróżującego na gąsiorze chłopca i woła, że właśnie śpieszy w odwiedziny do Olafa syna Auduna. Ślicznie, po prostu ślicznie kojarzyły mu się wspomnienia z tamtej skandynawskiej podróży. Koiły nerwy, wyciszały urzekającą nostalgiczną melodią. Po powrocie ze Szwecji zwolnił kierowcę tira, bo się zorientował podczas podróży, że był przez niego okradany z paliwa. Przez rok, zawyżywszy normę, ukradł z tira kilka tysięcy litrów paliwa, a na odchodne jeszcze zbuntował tego drugiego uczciwszego kierowcę. Z początku miał zamiar zaskarżyć złodzieja do sądu, ale po namyśle postanowił mu przebaczyć, a zemstę pozostawić Panu Bogu. Jakiś czas później okradający go kierowca miał wypadek w innej firmie, rozbił się nocą tirem na przejściu granicznym i przeleżał wiele tygodni w niemieckim szpitalu. Mniej więcej w tym samym czasie zginął sąsiad kierowcy, który go namawiał do przestępstw, przygniótł go samochód. Z samochodu kradli paliwo i za pomocą samochodów zostali obaj ukarani, bo co kto wysyła do świata, to od świata do niego powraca.
Szukajcie a znajdziecie
Wiosną natknął się w gazecie na głoszenie o skupie europalet zamieszczone przez Polaka mieszkającego w Berlinie Zachodnim. Ogłoszenie wyglądało okazale, z logiem firmy przedstawiającym kontury kontynentów, więc zatelefonował pod podany numer i po krótkiej rozmowie ustalili cenę i termin dostawy. Wsiadł z kierowcami do tira i pojechali do Belina, ale kiedy zobaczył Bałamuta, to mruknął, że z tej mąki chleba nie będzie. – Źle mu patrzy z oczu – przytaknął kierowca, kiedy Bałamut wspinał się do szoferki. – Zmieniło się od naszej ostatniej rozmowy – zagaił Bałamut. – Cena za europaletę spadła o dwie marki. – Bałamut, dwie marki, to poniżej kosztów produkcji. – Nic na to nie poradzę, ja jestem tylko pośrednikiem. – Sam sobie poradzę – mruknął i powiedział do kierowców. – Bałamuta w środek i nie wypuszczać, dopóki nie wrócę, a jak się zacznie awanturować, to wezwać policję – postraszył i poszedł szukać budki telefonicznej. – Proszę pana – zaczepił go na placu pracujący u Bałamuta Polak. – On tak wszystkich oszukuje – Kto, Bałamut? – No Bałamut, kilka dni temu stały tutaj z europaletami dwapolskie tiry. Właściciele, aż płakali ze złości, ale w końcu mu sprzedali po niższej cenie. – Ale ja mu nie sprzedam. – A w ubiegłym roku nie zapłacił za robotę polskim murarzom. Popatrzył na rozmówcę i pomyślał, że może zmówiny z Bałamutem. – Poradzę sobie – powiedział twardo. – Tak się składa, że znam tych oszukanych murarzy i jak będzie trzeba, to go zwiążę i przeszmugluję przez granicę do Polski, a ci murarze już sobie z nim poradzą. Tak zakończył, a później zatelefonował do polskiego handlowca w Halle, który mu swego czasu proponował współpracę, ale wtedy miał odbiorcę w Kolonii. Odnalazł teraz w notatniku numer do Jurka i po krótkiej rozmowie dostał od niego taką samą cenę, jaką mu Bałamut proponował na początku. I właśnie Jurek, to był ten rynek zbytu, którego szukał jeżdżąc po świecie. Do odległego od polskiego Krakowo o około siedemset kilometrów niemieckiego Halle, jechał przez Francję, Luksemburg i Szwecję, i jeszcze po drodze zahaczył o Berlin. Wiosna obsypała kwieciem drzewa, kiedy dorastający syn postanowił zrobić prawo jazdy i poprosił, żeby go pouczyć jeździć. – Pojeździłbyś ze mną samochodem – poprosił, więc ustąpił mu miejsca za kierownicą forda i kręcili po placu kółka i ósemki. – Wziąłbyś mnie kiedy do Niemiec – usłyszał od syna, kiedy już zrobił prawo jazdy, więc mu obiecał, że go weźmie przy najbliższej okazji. Okazja pojawiła się następnej nocy o czwartej nad ranem. Zatelefonował kierowca tira, że rozleciało się łożysko w kole u przyczepy i stoi na wysokości Berlina. – Zaraz do ciebie jadę – zapewnił. – To weź więcej pieniędzy, bo strzelił resor. – Wezmę – mruknął, a później obudził syna i pojechali do Niemiec. Syn prowadził, a on na wszelki wypadek czuwał z ręką na ręcznym hamulcu. Przed południem odnaleźli tira, a później pojechali do Berlina, gdzie kupili resor i łożysko. Domyślił się przy naprawie łożyska, że zostało uszkodzone przez zwolnionego z pracy kierowcę. Po naprawieniu tira kierowca pojechał z paletami w dalszą drogę, a oni wybrali się fordem w odwiedziny do Jurka. – Załatwiłbyś mi powrotne ładunki do Polski – powiedział do kolegi podczas odwiedzin. Siedzieli w salonie i oglądali z kasety Jasia Fasolę, a baraszkujący po pokoju, znaleziony na śmietniku mały kotek rzucał się na wszystkich jak karateka. – Powrotne ładunki... Noo, nie wiem – zawahał się Jurek. – Dam ci od każdego kursu dziesięć procent prowizji. – No, to załatwione – zgodził się Jurek i zmienił temat, pytając, co będzie robił, jak już pospłaca długi. – Zacznę pisać książki. – Mogę ci sprzedać elektryczną maszynę do pisania, niemiecka, ale z polskimi czcionkami. Kupił ją, ale miała jeszcze przeleżeć w domu trzy lata, bo dopiero wtedy dojrzał do pisania, nakierowywany szarpnięciami losu we właściwym kierunku. Predestynowany do napisania siedmiu powieści, pełną bolesnych pomyłek drogą wędrował do zapisanego w gwiazdach celu. Daj mu Boże poznać, czego od niego oczekujesz i daj mu siłę potrzebną do wypełnienia Twojej woli. Mając zapewnione z Niemiec powrotne ładunki, zaczął wozić do Polski traktory i kombajny, a raz nawet przywiózł całego tira muszli klozetowych. Niepotrzebnie się wtedy zrobił dobry i wziął ładunek na swoją zwolnioną od podatku firmę, bo właściciel kibli nieuczciwie wykorzystał okazję i załadował na tira drugie tyle, co powinien. Musiał później za niego świecić oczami przy odprawie celnej, a kiedy się upomniał o daną celnikowi łapówkę, to kibol go posądził o cygaństwo. Nie tylko nie zwrócił pieniędzy, ale nawet nie podziękował za zaoszczędzone na podatku kilka tysięcy złotych. No cóż, samo życie. Jak to się mówi, podasz komuś palec, to cię chwyci za całą rękę. Co jeszcze? Czekając koło Hanoweru na załadunek kibli, dogadał się ze ślusarzami i zbudowali mu pod podłogą przyczepy schowek. Był tak dobrze zakamuflowany, że celnicy nigdy go nie znaleźli, ale tylko raz z niego skorzystał, schowawszy w nim trzy tysiące czekolad, które się podczas wielogodzinnej jazdy roztopiły i cała kontrabanda poszła na śmietnik.
Opowieść o niebieskiej bramie
Za komuny wśród Anglików krążyła o Polakach taka anegdotka. – Czy wiecie, jaki jest najbogatszy kraj na świecie? – No, jaki? – Polska, bo tam wszyscy kradną i ciągle jeszcze mają co ukraść. Do takich i jeszcze większych patologii doprowadziła polski naród między innymi rosyjska okupacja, bo kto z kim przestaje, takim się staje. Przyjęci do pracy dwaj nowi kierowcy zaczęli kraść już po miesiącu, zadzwonili z granicy, że zgubili pozwolenie i nie mogą wjechać do Niemiec. – Ale jak pan chce, to możemy kupić – zaproponowali. – Za ile? – Za dwieście marek. – Nie kupować, czekać – warknął i odłożył słuchawkę. Wsiadł w forda i zawiózł im nowe pozwolenie, a potem wrócił do domu, bagatela, tysiąc kilometrów w obie strony. Jak się miało okazać, to był dopiero początek całej szachrajskiej serii, bo jeszcze tego samego dnia wieczorem zatelefonowali i powiedzieli, że zablokowało się koło u przyczepy i stargało oponę. – Mamy kupić, czy pan przywiezie? – zapytali. – Kupcie – mruknął, bo musiałby zrobić tam i z powrotem dwa tysiące kilometrów. Po kilku godzinach zatelefonowali, że kupili na szrocie używaną oponę. – Już wymieniliśmy – zakomunikowali. - Prawie taka sama jak stara. – Ile kosztowała? – Trzysta marek, ale za nową musiałby pan zapłacić osiemset. – Nie udało im się z pozwoleniem, to wykombinowali z oponą – pomyślał i odłożył słuchawkę. W pierwszej chwili chciał im nabluzgać, ale pohamował się w porę, przypomniawszy sobie, że co nagle, to po nagle i postanowił tę rozgrywkę przeprowadzić na zimno. Przez tydzień był spokój, ale po tygodniu przywieźli sobie jego tirem cztery samochody osobowe, a niedługo potem zatelefonowali do n iego z Monachium, że się urwał hak u przyczepy. – Mamy kupić? – zapytali. – Ile kosztuje?. – Tysiąc czterysta marek. – Nie kupować – warknął i odłożył słuchawkę. Dochodziła dziesiąta wieczorem, kiedy wsiadł w forda i pojechał do Monachium. Jechało mu się dobrze, jakby przeczuwał, że na miejscu czeka go również coś miłego, słyszał od kierowcy, że zarządzająca firmą Polka, to bardzo ładna bizneswoman, młoda kobieta. – Ale laska – powtórzył kierowca kilka razy jakby był znawcą kobiet na miarę Modiglianiego. – Całkiem możliwe, że taka ładna – rozmyślał podczas nocnej jazdy do Monachium. – Bo kiedy z nią rozmawiałem przez telefon, to miała głos tak dźwięczny jak nadlatujące ze szklanej góry echa. Przez czas codzienny, czas łaski płynie, szczęśliwy rozbłysk, sen o dziewczynie. Zahacza szczyty, ulotny, zwiewny, na szklanych górach szuka królewny. Szczęśliwe tchnienie spowiło ziemię, ale królewna jest tylko cieniem. Kwiaty we włosy rozwiane wplata, dlaczwgo n ie ma lepszego świata? Czemu na ziemi, na jawie śnimy i czy się w lepszym świecie zbudziomy? Zajechał do Monachium i zorientował się na miejscu, że hak jest w porządku. Popatrzył na zaskoczonych jego przyjazdem kierowców w milczeniu, spokornieli, bo wyczuli, że miarka się przebrała i zabrawszy meble, pojechali tirem do Polski, a on został, żeby się przespać po całonocnej jeździe. Polka miała na imię Anna i dobiegała gdzieś tak do trzydziestki. – Znasz jakiś niedrogi hotel? – zapytał. – Prześpisz się u mnie – powiedziała śpiewnie. – A mąż? – Nie mam męża. Zawahał się przez moment, a potem pokręcił przecząco głową. – Nie spałem od ponad trzydziestu godzin i muszę się przespać. – No, to w czym problem? – Przecież wiesz, że nie zasnąłbym przy tobie, masz taki srebrny głos od dziecka? – Taka się urodziłam – przytaknęła i roześmiała się dźwięcznie. Zawiozła go samochodem na nocleg do znajomego arystokraty, myśliwego, hall rezydencji wypełniały wypchane dzikie zwierzęta, centralne miejsce zajmowała sprężony do skoku lampart. Następnego dnia Anna przyjechała po niego z rana i zabrała go samochodem w Alpy nad Garmisch, gdzie wyjechali kolejką na najwyższy niemiecki szczyt Zugspitze. Zdobywca szczytów,zdobywca szczytów, zdobywca szczytów, a za ostatnim z nich w zielonej dolinie dom wschodzącego słońca. Kto nie dąży do rzeczy niemożliwych, ten nigdy ich nie osiągnie, a przecież człowiek jest w stanie osiągnąć wszystko, co tylko sobie potrafi wyobrazić. Zjedli obiad nad jeziorem Ibsen i wróciwszy do Monachium, poszli oglądać obrazy do Pinakoteki, a wieczorem pojechali do jej mieszkania. Można powiedzieć, że ta monachijska podróż, to była jedna z jego niewielu jasnych chwil w owym zapracowanym okresie życia. Poprosił Annę, żeby mu pościeliła osobno na wersalce i rozmawiali leżąc po obu stronach pokoju. – O co chodzi? – zapytała, kiedy zamilkł na długą chwilę. – A nic, tak się jakoś zamyśliłem, coś ci powiem... Od dzieciństwa przewijają się przez moje życie dobre i złe Anny. Jedne mi pomagają, drugie mi szkodzą, jedne mnie wpędzają w chorobę, drugie mnie z niej wyciągają. Zaczęło się w dzieciństwie od Ani z zielonego wzgórza i miejmy nadzieję, że na podobnej się skończy. – A jak nie? – To i tak się może skończyć dobrze, bo nie ma takiego złego, coby nie mogło wyjść na dobre. – Ani takiego dobrego, coby się nie mogło zepsuć. – Oprócz Bożej Miłości, Aniu, jest tak doskonała, że się nie może zepsuć. – A skąd się ta miłość wzięła? – Gdzieś tam na początku, gdzie rozum ludzki nie sięga, Pan Bóg pozakrzywiał pustkę w malutkie łuki, z których bez przerwy wylatują strzały. Obie te energie, potencjalna i kinetyczna, tworzą kolorowe kwarki, cegły, z których są zbudowane tak piękne fraktale, że piękniejszych już nie nie ma, bo nie trzeba. – Co to są fraktale? – Widziałaś kiedyś chmury o zachodzie słońca? Kolorowy śnieg na szczycie góry, kiedy go rozświetli jutrzenka? – Czegoś tutaj nie rozumiem... – Czego? Tego, że masz głos tak srebrny jak nadlatujące ze szklanej góry echa? – To jeszcze mogę zrozumieć, ale nie rozumiem tej zakrzywionej w łuki nicości, z której ciągle wylatują strzały. – Myślę, że nikt tego nie rozumie oprócz Boga. – A co było wcześniej przed Bogiem? – Nie ma wcześniej, nie można rozpatrywać Boga w kategoriach czasu, bo czas wyemanował z Niego jako jeden z wymiarów. Istotą Boga jest Jego istnienie. JA jestem, który JESTEM. – Tego też nie rozumiem. – I niech tak zostanie, jak powiedział święty Tomasz z Akwinu, co dla zmysłów niepojęte, nich dopełni wiara w nas. - Wiara, nadzieja i miłość. - No, właśnie, Aniu... Jest gdzieś kraj szczęśliwy w wieczności ukryty, a droga doń wiedzie poprzez życia szczyty, przez przepaście pełne zwątpienia i złości, po drodze nadziei, wiary i miłości. Tu umilkł, słuchał ciszy, a Anna myślała, że słowa ciągle zadźwięczą, a to wieczność drgała. – Śpisz? – zapytała po chwili. – Nie śpię. – Chcesz, żeby do ciebie poszła? – Chcę, ale nie chcę. - Paradkos. - Skoro chwila jest wiecznością, a koniec początkiem, to tylko za pomocą paradkosów można opisywać nieopisywalne. – To opowiedz coś jeszcze. – O cegłach? – Niekoniecznie. – Opowiem ci o niebieskiej bramie. – Opowiedz. – Wierzę, że jeżeli mi Pan Bóg dopomoże, to wstępując coraz wyżej po drabinie Jakubowej, stanę w końcu na najwyższej estakadzie przestrzeni i ostatnim uderzeniem serca zakołatam w niebieskie wrota. – Kto tam? – zapyta spacerujący po murach wartownik. – Jeszcze jedno serce – odpowiem. – Wpuść je, skoro się oderwało od ziemi – poleci oficer i wartownik wpuści mnie do środka. – I co tam będziesz robił? – Ani oko widziało, ani ucho słyszało... – Dobrze, dobrze, dalej już znam, ale chciałam ci przypomnieć, że nie wszyscy wierzą w życie wieczne. – No, to mają problem. – Ty nie masz? – Nie mam, bo wierzę. – Po co? – Uuważam, że pomimo wielu niedoskonałości, człowiek jest już istotą ewolucyjnie zbyt rozwiniętą, żeby się rozpływał w nicość po śmierci, natura nie jest, aż tak rozrzutna. – Ale nie wiadomo, jak to życie wieczne wygląda. – Dla świętych wygląda w niebie ślicznie, dla potępionych w piekle okropnie. – Może piekło nie istnieje... – Istnieje, bo skoro na jednym biegunie jest niebo, to na drugim musi być piekło, bo świat jest zbudowany z przeciwieństw, pomiędzy którymi wszystko płynie. – Panta rei – powiedziała w zamyśleniu. – Ale czy aby na pewno? – Na pewno, skoro to zostało objawione Heraklitowi. Pan Bóg jako Istota Doskonała nie kłamie, bo gdyby kłamał, toby nie był Istotą Doskonałą. – Heraklit? – Kartezjusz. – Jemu też Bóg objawił? – Oczywiście, nic się nie dzieje bez Jego dopuszczenia, wszystko stworzył i wszystkim rządzi. – Wierzysz w istnienie Boga? – Jak mam nie wierzyć, skoro istnieje tysiące cudów, które potwierdzają Jego istnienie, a nie ma żadnego, który by temu przeczył? – A który cud jest najważniejszy? – Cud Ewangelii. – Słyszałam o kilkunastu... – Istnieje tylko jedna Ewangelia opowiedziana przez czterech Ewangelistów, pozostałe to apokryfy, które zostały odwiane jak plewy od ziarna przez rozeznających w Duchu Świętym pierwszych chrześcijan. – Jesteś pewien, że się nie pomylili? Być może wylali dziecko z kąpielą. – Być może apokry są częściowo prawdziwe, ale jeżeli nie ma pewności, to należy odrzucić cały apokryf, żeby się do prawdy nie przedostało kłamstwo. Pan Bóg poprzez objawienie przekazane nam przez swojego Syna zasiał na ziemi ziarno Dobrej Nowiny, a diabeł dosiał kąkolu i trzeba im pozwolić razem rosnąć, dopóki zboże nie dojrzeje, żeby nie wyrwać z chwastami zboża. Kiedy nadejdą żniwa, ziarno zostanie zebrane do spichrza, a chwasty zostaną rzucone w nieugaszony ogień, gdzie bez przerwy słychać tylko płacz i zgrzytanie zębów. – Północ – zauważyła Anna. – Godzina duchów. Leżeli pośród ciszy cisz i trwała cisza w całym niebie, a ty dlaczego z Boga drwisz, jeżeli Pan Bóg nie drwi z ciebie? Przez żakardowe firanki do pokoju wpadała z ulicy niebieskawo fosforyzująca poświata neonu i przypomniało mu się, jak w dzieciństwie przychodził po niego nocą utykający szary pan i próbował go zabrać z łóżeczka. Masywny stół na środku pokoju zamieniał się w fortepian, a wisząca na krześle koszula udawała białą damę. Nasłuchiwał wystraszony, czy nie usłyszy muzyki. Obawiał się zasnąć, bo go nękały we śnie straszydła, więc modlił się przy wieczornym pacierzu, żeby mu się nie śniły koszmary. Nie wiedział jeszcze wtedy, że ta jego twórcza fantazja, to szlachetny klejnot, który powinien oszlifować, żeby rozbłysnął pełnią blasku. A teraz oto leżał w monachijskim pokoju i w migotliwej poświacie nasłuchiwał oddechu śpiącej Anny. – Chyba jednak powinienem zacząć pisać te swoje książki – rozmyślał. Na drugi dzień wyjechał i już więcej do Anny nie wrócił, bo wczorajsze nie mieszka w dzisiejszym i nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Co jeszcze? Dowiedział się od Anny, że kierowcy gonili się naokoło samochodu, bo jeden chciał robić szwindel z hakiem, a ten drugi nie chciał i po powrocie do kraju zwolnił oszusta i postanowił, jak najczęściej jeździć z tym drugim w trasę.
Puszki
W czerwcu zawarł umowę z browarem, że będzie im woził z Niemiec puszki na piwo. – Ma pan odpowiednią przyczepę – powiedzieli i zaproponowali współpracę. – A skąd te puszki? – zapytał. – Z Bawarii, zobaczy pan Alpy. – To w obie strony dwa tysiące kilometrów – rozpoczął negocjacje. Uzgodniono stawkę dwa tysiące marek od kursu i pewnego dnia pojechali z kierowcą tirem w niemieckie Alpy, a po drodze zabrał do Halle transport europalet. Zajechali do Jurka wieczorem i rozładowali palety, ale nie mogli jechać dalej, bo następnego dnia wypadało święto, a w święta samochody ciężarowe nie mogły jeździć po autostradach. Stanęli więc w bocznej uliczce i przekimali nockę w szlafkabinie, a rankiem obudzili się z markotnymi minami, że muszą jeszcze czekać przez cały dzień do północy. Siedzieli osowiali w szoferce, bo na dworze siąpiło deszczem, a kiedy trochę przestało, wysiedli i zagotowali herbaty na postawionej obok samochodu gazowej butli. Po zaparzeniu dwóch szklanek, wylali resztę wody do kratki kanalizacyjnej i po kilkunastu minutach podjechała policja. – Niedobrze – powiedział do kierowcy, kiedy policjanci zaczęli chodzić naokoło samochodu. – Jak zaczną szukać, to znajdą. Jak się później dowiedzieli, ktoś zatelefonował po policję, że Polacy wylewają do kanału chemikalia. Na szczęście w tym momencie nadjechał Jurek i wyjaśnił sytuację, a później zaprosił ich do domu na obiad. – Jak się, Kuba, mówi po niemiecku, gdzie jest toaleta? – zapytał kierowca, kiedy już siedzieli w pokoju. – Przecież możesz zapytać po polsku. – Ale ja się chcę zapytać po niemiecku. – To powiedz, ich bin hungrig. – Jak? – Ich bin hungrig. – Ich bin hungrig – powiedział kierowca do wnoszącej talerze żony Jurka. – Ach, ja, ja! Od razu postawiła przed nim talerz i wyszła do kuchni. – No, gdzie ta toaleta – zdenerwował się czerwony jak burak kierowca. – Powiedział pan, że jest głodny, więc żona poszła po zupę – wyjaśnił Jurek, a potem pokazał toaletę. Po obiedzie podziękowali za gościnę i wrócili do tira, a po północy wyruszyli w dalszą drogę na południe. W miarę wspinaczki, powietrze stawało się coraz bardziej ostre jak po miętowym cukierku. Kiedy przedwieczorną porą parkowali na pustym placu obok fabryki puszek, to po ziemi podkradał się do nich coraz śmielej szary półmrok, ale na horyzoncie skalistem iglice ośnieżonych szczytów ciągle jeszcze iskrzyły w słońcu śnieżną bielą. Z pobliskiej drogi dobiegały dzwonki schodzących z pastwiska krasul. Muuu... Ryczały, spoglądając na nich bezmyślnym wzrokiem, wyciągając w stronę samochodu oślinione pyski. Nie uśmiechała mu się kolejna noc w szlafkabinie, więc wynajął pokój w hoteliku przy pnącej się w górę brukowanej kamieniami uliczce. – Prześpię się w hotelu, a ty będziesz miał dla siebie całą szlafkabinę – wyjaśnił koledze, ale kiedy się zorientował, że pokój posiada od podwórka drugie boczne wejście, to zaproponował nocleg również koledze. Nie ma sensu, żebyś kimał w samochodzie, skoro w pokoju jest drugie wolne łóżko. – Ale trzeba dopłacić... – Prześpisz się na waleta, ściągniemy pościel, a rano założymy z powrotem i nikt nie pozna. Spacerowali po miasteczku do późnego wieczora, a o zmierzchu wpuścił kierowcę bocznym wejściem do hotelu. – Wiesz co? – powiedział, kiedy już się rozgościli w pokoju. – Właściciel może przyjść sprawdzić, więc jakbyś usłyszał dzwonek, to się schowaj do szafy, a teraz idę sobie jeszcze trochę pospacerować po mieście. Pochodził przez chwilę po ulicy, a później alarmująco nacisnął kilka razy dzwonek przy główym wejściu. – Coś ty, chłopie, oczadział?! – zawołał, kiedy po wejściu do pokoju znalazł w szafie kierowcę. – Dzwonek, ktoś dzwonił... – Gdzie dzwonił, kto dzwonił? Nie słyszałem żadnego dzwonka! Chyba ci w uszach dzwoni, bo ci w górach podskoczyło ciśnienie! Kiedy sobie ostatnio mierzyłeś ciśnienie? – Nie mierzyłem... – Jak to nie mierzyłeś? Nie mierzyłeś sobie nigdy ciśnienia?! - Nie mierzyłem. - No widzisz... Po powrocie do kraju powinieneś sobie koniecznie zmierzyć, bo zauważyłem u Jurka, jak jesteś głodny, to czerwieniejesz jak piwonia!. Później już spokojnie dospali do rana, a rankiem pojechali do fabryki, gdzie po załatwieniu formalności, wózkowy zaczął ładować na samochód palety z puszkami. Dobra nasza! Powiedział zadowolony do kierowcy, ale jak się okazało, za wcześnie, bo po chwili wózkowy przerwał załadunek i poszedł do biura. Wrócił z kierownikiem, który wyjaśnił, że samochód jest brudny i nie będą na niego ładować puszek na piwo. – Ale przecież palety z puszkami są foliowane – próbował tłumaczyć, ale bo Niemcy nie odpuścili, bo woleli wozić puszki do Polski swoim trzykrotnie droższym transportem. I tak zostali odprawieni w powrotną drogę z przysłowiowym kwitkiem. No cóż, sukcesy i porażki przeplatają się w życiu jak wiklina w koszyku i tak się plotą ze zmiennym szczęściem górą i doliną ludzkie losy.
Hapelle
W powrotnej drodze, stanęli popołudniem w niewesołych humorach na pełnym kwiatów parkingu. Wznoszący się w pobliżu na szczycie skały zamek przeglądał się jak w zwierciadle, w płynącym u podnóża góry Renie. – Przejdę się rozprostować nogi, wydychać trochę z siebie porażkę – powiedział do kierowcy i powędrował w stronę rzeki, podziwiając kołyszące się na falach odbicie zamku. Tak ślicznie i przejrzyście lustrzane, że dawało się rozpoznać w wodzie trzy kolory powiewającej na szczycie zamkowej wieży chorągwi, czarny, czerwony i złoty. Na poboczu wijącej się brzegiem dróżki widniał na skierowanym w stronę lasu drogowskazie wypalony na jasnej desce napis, Hapelle. Za nim zaczynała się tajemniczo niknąca w zielonej gęstwinie polna ścieżka. W pierwszej chwili skojarzył to słowo z kapelą i pomyślał, że może gdzieś tam w lesie koncertuje orkiestra. A może tak miało być, żeby tak skojarzył, żeby ruszył ścieżką zaciekawiony, żeby usłyszeć niebiańską melodię? Gwiaździstą melodię z płaszcza Matki Bożej z Gwadelupe? Może. Nie wiadomo, czemu tak skojarzył, w każdym uszył ścieżką pod wpływem jakiejś bliżej nieuświadomionej zachęty. Wąska dróżka wiła się tajemniczo pośród zieloności gęstwiny i po kilkuset metrach zobaczył stojącą na wzgórzu kapliczkę. Jaśniejące w słońcu, biało otynkowane ściany wieńczył u góry stromy daszek z czerwonej dachówki, ku któremu pięły się radośnie po ścianach czerwone róże. Przystanął zachwycony igrającymi w kwiatach promieniami słońca, a ptaki w lesie tak pięknie śpiewały, świergotały, że piękniej nie można, bo piękniej już nie ma, bo nie trzeba. – Aha, Hapelle, to znaczy kaplica – skojarzył tym razem prawidłowo i zaczął się wspinać na opromienione zachodzącym słońcem wzgórze. W środku kapliczki na przykrytym białym haftowanym obrusem ołtarzyku stała figura Matki Boskiej. U stóp figury paliły się cienkie, wysokie, wysmukłe świeczki, a słońce wokoło tak pięknie drżało, igrało promieniami, że piękniej już nie można, bo piękniej już nie ma, bo nie trzeba. Dochodząc do kapliczki, zauważył że z przeciwnej strony zdąża ku kapliczce elegancko ubrana kobieta w jasnoniebieskim płaszczu. W dole widać było na poboczu drogi jej zaparkowany samochód. Kobieta podeszła do zawieszonej na ścianie skarbonki, wrzuciła do niej monetę i wyjęła ze stojącej pod skarbonką skrzyni długą cienką świeczkę. Zapaliła ją przed figurą i zaczęła się po cichu modlić, pozdrowiwszy go wcześniej, po przyjściu, lekkim skinieniem głowy. Odwzajemnił pozdrowienie, pochyliwszy w ukłonie głowę, a później stanął z boku, żeby jej nie przeszkadzać w modlitwie. Po chwili wrzucił do skarbonki dwie marki i wyjąwszy ze skrzyni świeczkę, odpalił ją od zapalonej przez kobietę i postawił obok przed figurą Ślicznej Pani. – Żeby mi się w życiu jakoś szczęśliwie ułożyło – westchnął, zapatrzony w rozmigotany jasnym promykiem płomyk. – Ułoży ci się, ułoży – usłyszał i rozejrzał się zdziwiony, bo nie wiedział, skąd usłyszał, bo nic nie słyszał. A ptaki tak pięknie śpiewały, świergotały, że więcej nie można, bo więcej już nie ma, bo nie potrzeba. Kobieta po skończeniu modlitwy coś do niego powiedziała po niemiecku, ale rozłożył ręce, że nie rozumie i pokazał, że przyszedł od autostrady. Skinęła ze zrozumieniem głową i pokazując na figurę, powtórzyła po raz drugi to samo zdanie. Spojrzał uważniej na figurę, Matka Boska miała narzucony na ramiona sięgający ziemi, długi, rozpięty, niebieski płaszcz, pod nim jaśniała śnieżnobiała szata przepasana złotą szarfą. Stała na kuli ziemskiej, na sierpie złotego półksiężyca, a spod Jej…