Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 35 min czytania

Szekspir dziś

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Stałem pod drzwiami i ze zrezygnowaniem patrzyłem na wylewający się z dusznej sali kinowej tłum. Właśnie skończył się film, na który ja nie miałem nawet najmniejszego zamiaru iść. „Romeo i Julia”, też coś... Nie cierpię tego typu „sztuki”. Co innego Magda – moja koleżanka. Ona wręcz uwielbiała takie ckliwe romansidła napisane przez Szekspira. Jakby jeszcze było się tym zachwycać, ale autor ten... Ech, szkoda gadać. Kiedyś próbowałem wtłuc jej do głowy, że całe te jej książki, sztuki i filmy nie niosą żadnego potrzebnego współczesnemu człowiekowi przesłania i nie mają najmniejszej nawet wartości. Jednak ona nie chciała mnie słuchać. Zawsze twierdziła, że jestem niedojrzałym prymitywem i nigdy nie zrozumiem prawdziwej sztuki. Cóż... trudno, nie będę nad tym faktem nadmiernie rozpaczać. Właśnie z tłumu wyłoniła się ona – wielbicielka wszystkiego, co związane jest z miłością – Magda. - I jak film? – zapytałem ze zrezygnowaniem, z góry wiedząc, jaką otrzymam odpowiedź. - Wspaniały! – z pasją wykrzyknęła dziewczyna. – Jeszcze nigdy nie widziałam tak genialnej inscenizacji! Powinieneś ją zobaczyć – dodała z przekonaniem, na co ja gwałtownie wyplułem na chodnik wodę mineralną, którą miałem aktualnie w ustach. - Co?! – wykrzyknąłem, nie zwracając uwagi na patrzących na mnie z obrzydzeniem przechodniów. – Przecież wiesz, jak ja nie cierpię takich romansideł. - Oj, masz jakieś uprzedzenia – ton głosu Magdy nie wróżył niczego dobrego. – Byłeś kiedyś na jakimkolwiek filmie czy inscenizacji sztuki Szekspira? - No... – zacząłem niepewnie, a na twarzy dziewczyny zagościła mina pod tytułem: „aha! I tu cię mam!”. – Właściwie to... nie – wyrzuciłem z siebie niechętnie. - Aha! – Magda nie kryła zadowolenia. – W takim razie dużo straciłeś. Musisz chociaż raz zobaczyć jakąś sztukę. Jutro w teatrze wystawiają „Makbeta”. Mam dwa bilety i tym razem nie uda ci się wykręcić. - Ale przecież ja zasnę... Pewnie znowu jakiś romans z zakończeniem, które widz zna od początku sztuki. Podziękuję... - A właśnie, że nie... – Magda była wyraźnie z siebie dumna. – Opowieść o dążeniu po trupach do celu. O władzy. To do jutra... I odeszła... Zostawiła mnie samego stojącego z otwartymi ustami na środku chodnika. Nie zwracałem uwagi na przechodzących obok ludzi, patrzących na mnie z zaciekawieniem. Właśnie zostało mi zakomunikowane, że będę bite trzy godziny siedział w obciachowym garniturze na niewygodnym fotelu, oglądając jakąś beznadziejnie nudną sztukę. - Pięknie, po prostu wspaniale – mruknąłem cicho, zwracając tym samym na siebie uwagę grupki chichoczących dziewczyn, które na mój widok wybuchnęły jeszcze głośniejszym śmiechem. Pewnie wzięły mnie za jakiegoś niezbyt rozgarniętego wymoczka, który ma zadatki na wariata. Świetnie. Zdenerwowany, szybkim krokiem ruszyłem przed siebie przetwarzając w myślach zaskakujące wydarzenia tego dnia. - Ona chyba oszalała – wyszeptałem do właśnie mijanego słupa. – No, wariatka, no...

* * *

Magda stała przed lustrem w wyjściowej sukni upinając właśnie na swojej szyi sznurek sztucznych pereł. Miała nadzieję, że wszystko się uda. On w końcu musi przejrzeć na oczy. Wiedziała, że odtąd powodzenie planu będzie zależeć tylko i wyłącznie od niej. Zadzwonił telefon. Odebrała. To on. - Magda? – zaczął niepewnie. – Ja, ja nie wiem czy ten teatr to dobry pomysł. Przecież ja nie nadaję się do tego typu kultury. Nawet nie mam w co się ubrać. - Poczekaj chwilę – odpowiedziała szybko. – Za dwie minuty wpadnę do ciebie z garniturem. Zobaczysz, będziesz wyglądał lepiej niż większość mężczyzn. - Taaa, już to widzę – odparł niepewnie. Magda zaśmiała się, kiedy wyobraziła go sobie stojącego w korytarzu z niewyraźną miną, czekającego na nią jak na wyrok. – No więc, do zobaczenia. - Pa! – Magda szybko odłożyła słuchawkę. Uśmiech momentalnie znikł z jej twarzy. Szybko weszła do pokoju swojego ojca i wyjęła z jego szafy jeden z lepszych garniturów. - Uda się – wyszeptała, patrząc w lustro i odgarniając z czoła niesforne kosmyki włosów, wzięła płaszcz i wyszła z domu. Nie zdążyła zauważyć pokrzepiającego uśmiechu, którym dla otuchy obdarowało ją jej odbicie.

* * *

Rozległ się głośny dźwięk dzwonka do drzwi. Magda. Szybko podbiegłem do przedpokoju, aby jej otworzyć. - No, nareszcie – wysapała, wręczając mi worek z garniturem. – Leć się przebrać i idziemy. Zrezygnowany wziąłem od niej pakunek, po czym wszedłem do łazienki. Wiedziałem, że nie mam najmniejszych szans wykręcenia się od tego spektaklu. - A niech to piorun trzaśnie! – powiedziałem do siebie, uderzając pięścią w pralkę. Bolało. Poczułem, jakby ktoś miażdżył mi pięść, na przemian oblewając ją wrzątkiem. Syknąłem. - Mówiłeś coś? – dobiegł mnie zza drzwi słodki głos Magdy. - Nie, nic... – odpowiedziałem szybko. – Wpadłem tylko na pralkę. - Oj, uważaj – ostrzegła mnie ironicznie. – I pośpiesz się bo nie zdążymy! I nawet nie myśl o specjalnym przebieraniu się w nieskończoność – dodała, jakby czytając mi w myślach. – Bo wtedy możesz pożegnać się ze swoim nędznym żywotem. - Dobra, już dobra... – odpowiedziałem z jeszcze większą rezygnacją, próbując jednocześnie naciągnąć nogawki trochę za dużych spodni. – Zaraz będę gotowy.

Sztuka była nudna jak flaki z olejem. Po scenie przewijała się cała zgraja aktorów, coś tam mówili, hm, przepraszam, grali... Na początku nawet starałem się słuchać całej tej paplaniny, ale po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że nie ma to najmniejszego sensu. Przez resztę pierwszego aktu jedyny wysiłek, na jaki było mnie stać to próba zapanowania nad uporczywie opadającymi powiekami. - I jak ci się podoba? – zapytała mnie szeptem Magda w przerwie między pierwszym a drugim aktem, najwyraźniej tak zajęta sztuką, że nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi i dzięki temu ominęło ją patrzenie na moje rozpaczliwe próby nie zaśnięcia. - Eee, tego... Bardzo ciekawe. Tak, bardzo – odpowiedziałem trochę nieprzytomnie, odganiając z powiek resztki snu. - No widzisz – Magda była wyraźnie z siebie zadowolona. – Wiedziałam, że ci się spodoba! – wyszczebiotała. Nie zdążyła powiedzieć niczego więcej bo właśnie w tej chwili rozpoczął się drugi akt. Magda uśmiechnęła się do mnie promiennie, po czym ponownie utkwiła wzrok w scenie. Była w swoim żywiole. Świecące się oczy, nieobecny wzrok, uśmiech na ustach... Tak, wyjście te z całą pewnością było dla niej czymś bardzo przyjemnym. A dla mnie? Szkoda gadać... Westchnąłem i podparłem brodę na pięści, wiedząc że powstrzymanie się od snu w kolejnych aktach będzie jeszcze trudniejsze... Postanowiłem posłuchać aktorów, przynajmniej na początku. W końcu przecież muszą powiedzieć coś mądrego. Chyba jednak nie było mi dane dobrze bawić się na tym spektaklu. Powód? Jakiś dziwny mężczyzna ubrany w dworskie szaty rozmawiał z młodym chłopakiem. A rozmowa ta była tak wciągająca, że nadawałaby się znakomicie do jakichś obrad sejmowych, kiedy to i tak nikt nikogo nie słucha. - Jak późno już w noc chłopcze? – zapytał ten mężczyzna. Chłopak popatrzył na niego zdziwiony i odpowiedział: - Bicia zegara nie słyszałem – na to ten starszy pokazał na prowizoryczne okno i wyjaśnił pouczającym tonem: - Księżyc zachodzi teraz koło dwunastej. Pięknie. Postanowiłem nie słuchać już dalej tej bezsensownej rozmowy. Pewnie będą tak dyskutować aż do białego rana, kiedy nagle okaże się, że nie mają już o czym mówić, bo przecież noc dobiegła końca. Jakie to inteligentne... Poprawiłem się w fotelu. Teraz było mi naprawdę ciepło i przyjemnie. Idealne warunki do zaśnięcia. Do moich uszu trafiały już tylko urywki rozmów, z których nie byłem w stanie wywnioskować, cóż to ciekawego dzieje się teraz w sztuce. ...Marzenia szarpię snu cichą zasłonę... ...Aby kamienie nie wypowiedziały... ...Do nieba...wzywa... ...Cicho!...On tam jest...I śmierć...Zgubi nas...I cóż?... Moje powieki stawały się coraz cięższe, aktorzy na scenie zaczęli mi się zamazywać przed oczami, aż w końcu stali się tylko niewyraźną, kolorową plamą poruszającą się w dość dziwny sposób. Ostatnim obrazem, jaki odnotował mój mózg była chwila, kiedy ze sceny wyszło dwóch aktorów. Potem była już tylko ciemność...

Słyszałem wokół siebie jakieś odgłosy, coś jakby krzątania się w kuchni i przytłumionych rozmów. Do moich nozdrzy dobiegł zapach świeżo smażonej ryby. Chwila, coś tu było nie tak. Moja rodzina nie jadała ryb. Zerwałem się gwałtownie z łóżka, w celu sprawdzenia tego, co dzieje się w mojej kuchni. Szybko założyłem szlafrok i bambosze, po czym na drżących nogach poszedłem w stronę niepokojącego mnie zapachu. Kiedy otworzyłem drzwi do kuchni, musiałem całą swoją siłą woli powstrzymać krzyk, pchający mi się uporczywie na usta. O co tutaj chodzi?! W mojej kuchni przy garnkach stało kilka dziwacznie ubranych osób, które zajęte były penetrowaniem pomieszczenia. - Zaiste, bardzo dziwny ten świat – powiedział wysoki, młody mężczyzna. – Czy ktoś może mi powiedzieć, do czego to wszystko służy? - Jakim językiem ty mówisz? – zdziwił się stojący obok niego młodzieniec. – Kiedy się tego nauczyłeś? - Ja? – zdziwił się mężczyzna. – Ja mówię po swojemu. Naprawdę jakoś inaczej? - Nasza mowa uległa zmianie – wtrąciła się do rozmowy dość ładna blondynka. – To ten świat tak na nas działa. Teraz jesteśmy jego częścią. - Skąd ty to wszystko wiesz? – zapytał ją podejrzliwie owy młodzieniec. Rozpoczęła się gorączkowa dyskusja na temat dziwnego świata i tego, jak wpływa on na moich nieproszonych gości. A ja stałem w drzwiach jak wryty i przysłuchiwałem się ich dziwacznej rozmowie. Z otwartymi ustami przyglądałem się każdej z postaci, starając się odnaleźć w tej bardzo dziwnej sytuacji. Trójka osób z zainteresowaniem oglądała każdy przedmiot, wszystkiego dotykała i wnikliwie komentowała każdy ze sprzętów znajdujących się w kuchni. Nawet mandarynkę obdarowano wyczerpującym komentarzem. Nagle poczułem swąd. Coś się paliło. - Ryba! – krzyknąłem, sprawiając że trzy pary oczu spojrzało na mnie z takim zaciekawieniem, jakby miało do czynienia z kolejnym niezwykłym sprzętem. Szybko wyłączyłem patelnię i wrzuciłem ją do zlewu pełnego wody, by zapobiec pożarowi. - Co wy tutaj do cholery robicie? – wysapałem, wrzucając spalony kawałek ryby do kosza na śmieci. – Kim jesteście i dlaczego zachowujecie się tak dziwnie? – dodałem spoglądając na nich wyczekująco. Moich troje gości spojrzało po sobie z niezdecydowaniem, po czym najstarszy z nich – mężczyzna średniego wzrostu o dostojnym wyglądzie i jeszcze dostojniejszym brzuchem – wyszedł kilka kroków naprzód i powiedział: - Nazywam się Makbet i chciałbym przedstawić panu moich towarzyszy: Romea – wysoki, chudy chłopak lekko skinął głową. – Oraz Julię – ładna blondynka uśmiechnęła się do mnie nieśmiało. Mężczyzna zamilkł. Wyraźnie oczekiwał na mój ruch. Niedoczekanie. Nie zamierzam bawić się w grzeczności z ludźmi, którzy wtargnęli do mojego domu. Ale, ale, czy „wtargnęli” to dobre słowo? To śmieszne, ale na myśl przychodził mi tylko jeden wariant tego, jak mogli się tu znaleźć: przeniknęli do mojego świata z książek. Tych beznadziejnych, nudnych sztuk Szekspira. Nie... to przecież niemożliwe. Jak postacie mogłyby sobie tak nagle wyjść z książki i pokazać się człowiekowi, który akurat ich wizytę uważa za jedną z najbardziej niepożądanych, włączając w listę terrorystów, ministra edukacji oraz panią z geografii. - Co wy tutaj robicie i jak znaleźliście się w moim domu? – powtórzyłem pytanie, coraz bardziej się denerwując. - Nie wiemy – odpowiedziała Julia, delikatnie popychając w bok wyraźnie urażonego Makbeta. – Nagle zrobiło się strasznie jasno i wylądowaliśmy tutaj – pokazała na kuchnię. – Nie mamy pojęcia, jak to się stało ale chcielibyśmy wrócić do naszego świata – dodała ze smutkiem, na co mężczyzna i młodzieniec energicznie pokiwali głowami. – Czy wiesz może jak moglibyśmy dostać się do domu? – zapytała. Nagle zrobiło mi się strasznie głupio, chociaż nie miałem pojęcia dlaczego. Przecież ja nie byłem tutaj niczemu winien! - Obawiam się, że nie... Chyba będziecie musieli tutaj zostać przez jakiś czas, dopóki czegoś nie wymyślę. Ale obiecuję wam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żebyście mogli wrócić do swoich czasów – tym lepiej dla mnie, dodałem w myślach. Twarze moich gości natychmiast się rozjaśniły. Nagle wszyscy naraz zaczęli mi dziękować. Czułem się strasznie głupio bo nie miałem zielonego pojęcia, co miałbym zrobić w takiej sytuacji. W końcu poprosiłem ich, żeby rozejrzeli się po domu i znaleźli sobie jakieś miejsce do spania, co oni przyjęli z trochę nadmiernym i niepokojącym entuzjazmem. Nie żałowałem jednak swojej decyzji. W kuchni zrobiło się przyjemnie cicho. Nareszcie mogłem spokojnie pomyśleć i dojść do wniosku, że chyba oszalałem, jeśli widzę jakieś postacie z książek. - Pięknie, do czego to doszło – powiedziałem ze złością do swojego odbicia w lustrze. Już miałem się odwrócić, kiedy kątem oka zauważyłem nieznaczny ruch na gładkiej powierzchni zwierciadła. Najszybciej, jak tylko potrafiłem, skierowałem swój wzrok ponownie na moje blade odbicie, które właśnie z zaciekawieniem rozglądało się po pokoju, nie zważając na to, że ja, jako prawowity właściciel tego ciała, stoję sobie nieruchomo przed lustrem i wpatruję się w nie z rozdziawioną buzią. - Co do...? – wyszeptałem. Moje odbicie w końcu postanowiło łaskawie zwrócić na mnie swoją uwagę i leniwie popatrzyło mi w oczy. Trwaliśmy, czy może trwałem, sam już nie jestem pewien, w tej pozie dobre kilka minut. W końcu moje odbicie poruszyło się niespokojnie i powiedziało: - Doprawdy, dziwi mnie to, że jeszcze o nic nie zapytałeś. – Nie wiem, jak to możliwie, ale otworzyłem swoje usta jeszcze szerzej. Dziwne było to, że szczęka jeszcze nie wypadła mi z ust i nie wylądowała na podłodze. – No, co się tak gapisz? – lustrzany ja był najwyraźniej bardzo niecierpliwy. – Masz zadanie do wykonania. - Zadanie? – tylko na wypowiedzenie tego krótkiego słowa było mnie stać. - Tak, zadanie – odpowiedziało z kpiną moje odbicie. – Czyżbyś nie zauważył trójki głównych bohaterów bardzo ważnych dla naszej kultury sztuk w swoim domu? – zapytało. - Eee, tak, trójki. Zauważyłem... – gwałtownie wstrząsnąłem głową. Trzeba w końcu przywrócić mojemu mózgowi możliwość normalnego funkcjonowania. – Ale najpierw mi powiesz, kim ty jesteś – wypowiedziałem te słowa stanowczo, z naciskiem na ostatnie dwa wyrazy. - Ja? – odbicie było wyraźnie zdziwione i zniecierpliwione. – Jestem twoim odbiciem, nie zauważyłeś? – mój wzrok najwyraźniej zakomunikował mu, że nie udzielił wyczerpującej odpowiedzi na moje pytanie i lustro zostało zagrożone wybiciem, bo dodał: - Pojawiam się, kiedy rozpaczliwie potrzebujesz mojej pomocy. Nie mam za dużo czasu, tak więc przejdę od razu do konkretów: musisz pomóc im wrócić, co sam już błyskotliwie odkryłeś. Jak to zrobić? Pokaż im ludzi współczesnych, to, jak zachowujecie się teraz, jak w twoich czasach rozwiązujecie problemy, z którymi oni się borykali. Kiedy dowiedzą się wszystkiego, czego im potrzeba, po prostu znikną. Powodzenia. Odbicie znowu stało się normalne i posłuszne ruchom mojego ciała. Jak dobrze. Teraz przynajmniej wiedziałem, co mam zrobić. Tak naprawdę została mi jeszcze jedna rzecz do załatwienia. Magda. Szybkim korkiem podszedłem do telefonu i wystukałem numer dziewczyny. W słuchawce rozległ się pierwszy sygnał. Dzwoniłem i dzwoniłem, jednak Magda nie odbierała telefonu. Albo nie było jej w domu, albo ciągle miała mi za złe to, że zasnąłem na tak emocjonującej, dla niej, sztuce. Oba warianty jakoś mi się nie uśmiechały. Zdenerwowany rzuciłem słuchawkę na widełki i poszedłem poszukać moich książkowych przyjaciół.

* * *

Musiałem przeczytać „Romea i Julię” oraz „Makbeta”, żeby zrozumieć, na czym polegały problemy moich dziwnych gości. Dodatkowo przejrzałem jeszcze w internecie z dziesięć streszczeń i około trzech charakterystyk na osobę. Nawet po tym wszystkim miałem wrażenie, że jestem nie do końca przygotowany. Sami zainteresowani byli bardzo zdziwieni, kiedy odkryli, że są tylko wytworami czyjejś wybujałej wyobraźni, jednak szybko znaleźli temu wytłumaczenie. Któregoś pięknego dnia Romeo stwierdził, że po prostu ktoś uznał ich losy za tak ciekawe, że postanowił je spisać. Jego teoria, że książki są tylko odbiciem ich przesławnego i przeciekawego życia została z entuzjazmem przyjęta przez Julię i Makbeta. Cóż... ciężko jest pogodzić się z faktem, że tak naprawdę się nie istnieje. Od jakiegoś czasu w mojej głowie kiełkował plan. Powoli tworzyłem sobie zarys, co powinienem powiedzieć i pokazać moim niezwykłym gościom. Chciałem zrobić to jak najszybciej, żeby w końcu mieć spokój. Romeo, Julia i Makbet potrafili być bardzo uciążliwymi gośćmi. Wiecznie o wszystko pytali, marudzili, że chcą wrócić do siebie, by po chwili zachwycać się nad moim światem. Wszystkiego dotykali, chcieli znać odpowiedź na każde pytanie, a nawet próbowali wychodzić z domu. Powoli zaczynałem mieć tego wszystkiego po dziurki w nosie. Pewnego dnia poprosiłem Romea i Julię, żeby przyszli do mojego pokoju zaraz po obiedzie, który przygotowywał Makbet. Widać przyszły król, bardzo upodobał sobie siedzenie przy garnkach. Mi to jak najbardziej odpowiadało. Przynajmniej od niego mogłem raz na jakiś czas trochę odpocząć. Miałem dla

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%