Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kultura · 39 min czytania

Szekspir w Londynie (cz. 1)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przybycie Bena Jonsona

Był rok 1597. Benjamin Jonson przekraczał właśnie granicę Londynu. Czuł duże podekscytowanie. Wreszcie będzie mógł nas stałe zamieszkać Londynie, jednym z największych miast świata, z którego wywodzi się wiele sławnych osobistości, i co może najważniejsze, które jest siedzibą Jej Królewskiej Mości Elżbiety. Proszę sobie nie myśleć, że mowa o pospolitym człowieku. Zamiłowany w teatrze Ben Jonson ukończył ze znakomitym wynikiem szkołę przy Opactwie Westminsterskim, kierowaną zresztą przez Williama Camdena, wybitnego historyka, który rozbudził w Jonsonie zamiłowanie do pisarzy rzymskich, czytanych rzecz jasna w oryginale. Proszę jednak nie sądzić, że Ben Jonson był kimś nieskazitelnym. Miał gwałtowny temperament i kilkakrotnie zdarzyło mu się wszcząć uliczną bójkę. Należy jeszcze dodać, że zanim w pełni oddał się nauce, pracował jako murarz u ojczyma, a następnie pełnił służbę wojskową we Flandrii. Wszystko to wpłynęło na jego stanowczy i bezwzględny charakter. Londyn był miastem imponującym. Położony na prawym brzegu Tamizy, osiemdziesiąt kilometrów od morza, liczył już ponad trzysta tysięcy mieszkańców. To właśnie rzece Londyn zawdzięczał swój gospodarczy rozkwit. Żadne inne miasto nie mogło pochwalić się równie długim nabrzeżem, a wszyscy cudzoziemcy odwiedzający to miejsce zgodnie twierdzili, że nigdzie indziej nie widzieli jeszcze tylu statków. Opinię o stolicy Anglii mógł nieco pogorszyć fakt, że było to miasto domów budowanych z drewna i gliny zmieszanej ze słomą, gdzie po brudnych, śmierdzących piwnicach tłoczyła się biedota. Mimo to, jak już wspominałem, Jonson wjeżdżał do Londynu niezwykle podekscytowany.

Benjamin przechodził właśnie obok szpitala św. Katarzyny. Unosząca się tu woń nieprzyjemnie drażniła jego nozdrza. Mijał pierwsze uliczne kramy i coraz liczniejszych przechodniów. Przed nim wyłoniły się wieże twierdzy Tower of London. Przybysz nie mógł narzekać na przebytą dotychczas drogę. Po dwóch dniach spokojnego rejsu statkiem po Tamizie zmierzał do domu swego dalekiego krewnego, Edwarda Cooka. Miał pewne obawy związane z tym spotkaniem, jednak ciekawość i chęć poznania Londynu były silniejsze. Wiedział, że stoi przed życiową szansą na wykorzystanie swojego wykształcenia, a przede wszystkim na zaprezentowanie sztuki, nad którą właśnie kilka dni temu zakończył pracę. Zatytułował ją "Każdy ma swe dziwactwo" i wiązał z nią ogromne nadzieje. Po cichu liczył nawet, że będzie mógł konkurować z innym wspaniałym dramaturgiem oraz poetą, Williamem Szekspirem, którego dramaty coraz częściej wystawiano w angielskich teatrach. Miał okazję przeczytać jego tragedię "Romeo i Julia" oraz komedię "Sen nocy letniej". Obie sztuki zachwyciły go bogatym językiem i bardzo żałował, że nie udało mu się żadnej z nich zobaczyć na deskach teatru. Z pewnością wywierały na widzach ogromne wrażenie. Ben często marzył, że gdy już dotrze do Londynu uda mu się poznać Szekspira osobiście. Spokojnym, równym krokiem minął mury Tower of London. Po plecach przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz, gdy pomyślał, jak wiele egzekucji dokonano w tym miejscu. Nawet wzdrygnął się, gdy na chwilę przystanął zapatrzony w wieżyczki i bastiony. Wszelkie więzienia, a tym bardziej miejsca straceń od dzieciństwa budziły w nim paniczny strach. Po piętnanstu minutach marszu dotarł na London Bridge i na własne oczy ujrzał to, o czym dotąd słyszał jedynie w opowieściach. Przede wszystkim most istotnie został cały zabudowany. Przejście było ciasne, a jako że dochodziło południe, roiło się tu od londyńczyków. Benjamin Jonson dostrzegł kaplicę Błogosławionego Męczennika w otoczeniu wielu stłoczonych budynków mieszkalnych. Ku swemu ogromnemu zaskoczeniu stwierdził, że na moście stoją również kramy. Wydało mu się to dosyć dziwne, jednak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeszcze niejedno zaskoczy go w Londynie. Gdy wreszcie udało mu się przedrzeć przez tłum, poczuł radość, że przyjechał tutaj, do stolicy Anglii. Z coraz większym entuzjazmem myślał też o zbliżającym się spotkaniu z Edwardem Cookiem. Wkrótce dotarł na Stoney Street i zapukał do drzwi domu, w którym jak mu było wiadomo, mieszkał jego krewny. Otworzył mu służący, a zaraz za nim w korytarzu pojawił się łysawy, szczupły mężczyzna w średnim wieku. - A dzień dobry, dzień dobry - odpowiedział na pozdrowienie Bena. - Witam serdecznie i zapraszam do środka. Pański ojciec opowiadał mi o panu wiele dobrego. Z pewnością jest pan bardzo zmęczony po tak wyczerpującej podróży. Proszę zdjąć buty. Służba za chwilę je wyczyści. Londyńskie ulice, zwłaszcza o tej porze roku, są straszliwie błotniste. Wcześniejsze obawy Benjamina Jonsona okazały się bezpodstawne. Edward Cook był człowiekiem sympatycznym i bezpośrednim. - Siadajmy do stołu, za chwilę zjemy obiad. Proszę czuć się jak u siebie w domu. - Bardzo dziękuję za wspaniałe przyjęcie. Mam nadzieję, że wkrótce będę miał okazję do rewanżu.

Podczas posiłku Edward Cook zasypał gościa pytaniami dotyczącymi głównie ojca i jego interesów. Na tej rozmowie zleciał im czas do późnego wieczoru. - Wiem, panie, że jesteś już bardzo zmęczony, ale chciałbym powiedzieć o czymś, co może cię zainteresować. Otóż, jutro zaprosiłem na podwieczorek mojego serdecznego przyjaciela, Williama Szekspira. Ben Jonson zaniemówił. - Naprawdę… Naprawdę znasz panie Williama Szekspira? - Oczywiście, to mój przyjaciel. Czy jest w tym coś dziwnego? - Przecież to wielce utalentowany człowiek. Wkrótce będzie o nim słyszeć cała Anglia... Benjamin nie mógł spać w nocy. Cały czas rozmyślał o czekającym go nazajutrz spotkaniu z Szekspirem. Jego ojciec, który miał szczęście w 1595 roku obejrzeć tragedię "Romeo i Julia", wrócił z teatru oczarowany. Ben postanowił, że nie zmarnuje takiej okazji i pokaże mistrzowi swoją sztukę "Każdy ma swe dziwactwo".

Rozległo się pukanie do drzwi. Benjamin Jonson aż podskoczył z wrażenia. Za chwilę pozna osobiście Williama Szekspira! Po chwili wszedł do pokoju mężczyzna w wieku około trzydziestu lat. Był szczupły i ciemnowłosy. Mimo wątłej budowy z pewnością zasługiwał na miano przystojnego. - Panowie, poznajcie się - rozpoczął Edward. - Williamie, oto mój krewny, Benjamin Jonson. Panie Jonson, oto William Szekspir. - Miło mi - wybąkał Jonson, ściskając dłoń przybysza. - Wybacz memu kuzynowi to zakłopotanie - uratował sytuację Edward. - Ben wiele o tobie słyszał. - Doprawdy? Czuję się zaszczycony - Will uśmiechnął się lekko. Rozmowa Benjamina Jonsona z Williamem Szekspirem trwała bardzo długo. Gdy zmęczony dniem Edward poszedł spać, Will akurat opowiadał Benowi o swojej pracy nad nową sztuką. Wiedział już, że zatytułuje ją "Kupiec Wenecki". Bardzo długo debatowali, czy należy stosować się do zasady jedności czasu, miejsca i akcji. Nie potrafili jednak zgodzić się w tej sprawie. Jonson, zapatrzony we wzory antyczne, uważał, że należy rzetelnie trzymać się tej zasady. W związku z tym wyraził pogardę dla tak znakomitych pisarzy, jak Kyd czy Marlowe, a ich sztuki nazwał złymi i niedopracowanymi. Tymczasem Will miał zupełnie odmienne poglądy na ten temat. Dopiero po północy Szekspir zaczął zbierać się do wyjścia. - Will, zaczekaj jeszcze chwilę - zatrzymał go Ben. - Mam do ciebie ogromną prośbę. Bardzo cenię twoje dotychczasowe dramaty, doprawdy mam dla nich szczery podziw. Ja też ostatnio napisałem sztukę. Zatytułowałem ją "Każdy ma swe dziwactwo". Byłbym ci niewymownie wdzięczny, gdybyś zechciał ją przejrzeć, a następnie wnieść swoje cenne uwagi. - Dobrze, z prawdziwa przyjemnością. Ben z radości uściskał Williama.

Od ostatniego spotkania Benjamina Jonsona z Williamem Szekspirem minął tydzień. - Dobrze, że cię widzę, Ben - przywitał Edward swego lokatora. - Powiem ci coś ciekawego. - Zamieniam się w słuch. - Dziś po południu przyjdzie William. Podobno ma dla ciebie bardzo ważną wiadomość. - Doprawdy?! Już się nie mogę doczekać. Cóż takiego może mi mieć do powiedzenia? - Obawiam się, że musisz uzbroić się w cierpliwość. Przynajmniej do dzisiejszego popołudnia - uśmiechnął się Edward.

Godziny wlokły się niemiłosiernie. W końcu jednak oczekiwany gość nadszedł. - Dzień dobry Edwardzie, dzień dobry Benjaminie. Zwłaszcza dla ciebie okaże się on dobry, jak sądzę. - Rozgość się, Will, i czym prędzej opowiadaj - ponaglał Cook, który również był niezwykle ciekaw nowych wiadomości. - Otóż, drogi Benjaminie, przejrzałem twoją sztukę, jak mnie prosiłeś, i bardzo mi się spodobała. Dlatego po wprowadzeniu kilku drobnych poprawek zaproponowałem ją Zespołowi Lorda Szambelana. Koledzy trochę się wahali, jednak w końcu dali się namówić. Jeśli tylko zgodzisz się na sprzedaż, jeszcze tego sezonu wystawimy ją w teatrze "Kurtyna". - Hurra! - wykrzyknął Ben na całe gardło i wyściskał Williama, a następnie Edwarda, chociaż jak dobrze wiemy, mimo gwałtownego temperamentu, był człowiekiem na ogół opanowanym. - Oczywiście, że się zgadzam! W ten sposób spełniło się wielkie marzenie Benjamina Jonsona.

Kilka słów o Michaelu Smisie i jego rodzinie

Był 7 luty 1601 roku. Przez ostatnie cztery lata Benjamin Jonson zyskał sławę, niestety nie tylko z powodu pisania coraz lepszych sztuk. Zdarzyło mu się, że podczas kłótni zabił kolegę-aktora i z trudem uniknął kary śmierci. Tymczasem na ulicach pojawiły się ogłoszenia zachęcające do obejrzenia sztuki "Król Ryszard II" w teatrze "The Globe", wzniesionym w 1599 roku dla Zespołu Lorda Szambelana.

Na moście London Bridge handel kwitł w najlepsze. Jak zwykle panował tu tak straszliwy tłok, że z trudem dawało się przecisnąć. Na straganach sprzedawano nie tylko warzywa i owoce, lecz również masę innych mniej lub bardziej przydatnych rzeczy. Kramarze musieli być czujni - wokół aż roiło się od wszelkich łajdaków, rzezimieszków, ladacznic. Thomas Draper był szczęśliwy. Chyba nigdy nie zarobił tak dużo jak dzisiejszej niedzieli. Nagle poczuł z tyłu silne szarpnięcie. Obrócił się i zobaczył dzieciaka, uciekającego z sakiewką, którą jeszcze przed chwilą miał uwiązaną u pasa. - Smith, łajdaku jeden, złodzieju! Oddawaj moje pieniądze, ty sukinsynu! - krzyknął i rzucił się w pościg. Znał chłopaka doskonale. Ten oberwaniec okradł go już kilkakrotnie. Tym razem jednak Draper postanowił nie dać tak łatwo za wygraną. - Łapać złodzieja! Łapać złodzieja! - wrzeszczał. - Smith, niech ja cię tylko dopadnę, a popamiętasz mnie na zawsze. Michael Smith zwinnie przemykał pomiędzy kramami i goniący go Thomas Draper nie miał żadnych szans dogonić rabusia. Lata i potężna tusza dawały już mu się we znaki. Nie zamierzał się jednak pogodzić ze stratą uczciwie zarobionych pieniędzy. Widząc, że nie uda mu się złapać złodzieja samodzielnie, postanowił wezwać pomoc. - Strażnik! Strażnik! - krzyknął. - O co chodzi? - jak spod ziemi wyrósł przed nim postawny mężczyzna. - Przed chwilą ten drań... Ten szczeniak, Michael Smith ukradł mi sakiewkę! Muszę ją odzyskać! - Panie, daj se spokój - odburknął nieuprzejmie strażnik. - Ale czemu?! Mogę go dokładnie panu opisać. Ba, mogę pokazać gdzie mieszka! - Draper czuł, że wzbiera w nim gniew. - Panie, sądzisz, że ja nie znam tego nicponia? Znam go, i to doskonale. Nie jesteś pan pierwszy, którego okradł, tyle że on jest bezkarny. Sprytny szczeniak tak potrafi ukryć pieniądze, że nikt ich nie znajdzie. Od jego rodziców też niczego nie wydostaniemy. Jego ojciec to pijak, też zresztą straszny łajdak, a matka - dziwka. - Co z was za straż, jeśli kpi sobie z was taki smarkacz! - Draper dał wreszcie upust swej złości. - Panie, uważaj na swoje słowa, bo za chwilę to ciebie aresztuję! Rozgoryczony kupiec powrócił do swego kramu.

Tymczasem Michael Smith był zrozpaczony. Podczas ucieczki zgubił ukradzione pieniądze. Mieszkał za murami miasta, w nędznej lepiance, niedaleko drogi prowadzącej z Londynu do Southwark. Widok, jaki zastał po wejściu do domu, bynajmniej go nie zdziwił. Ojciec z matką jak zwykle odbywali kłótnię. - Ochlajtusie jeden, przez to twoje picie skończymy w rynsztoku! - A ty, znalazłabyś se jakąś uczciwą robotę, zamiast sypiać z pierwszym lepszym, który rzuci pensa! - Oni wszyscy i tak są lepsi od ciebie. Przynajmniej mniej śmierdzą! Wtem wzrok mężczyzny przeniósł się na Michaela. - A ty, co tutaj robisz, szczeniaku? Przyniosłeś jakieś pieniądze? Nie?! To do roboty!!! I przed wieczorem się nie pokazuj! Zrozpaczony dzieciak wybiegł z domu. Dlaczego los był dla niego taki okrutny? Czym sobie na to zasłużył? W głębi duszy Michael Smith był dobrym dzieckiem. Kradł, gdyż nie miał wyboru. Jeśli wieczorem nie przyniósł do domu przynajmniej dziesięciu pensów, dostawał od ojca solidne lanie. Doskonale wiedział, na co wydawane są te pieniądze, i bardzo się tego wstydził. Michael pragnął odmienić swoje życie, lecz nie wiedział jak. Miał tylko jedną przyjaciółkę, Eve Black, dla pozostałych osób był zwykłym złodziejem i łajdakiem. Nawet dla swoich rodziców był kulą u nogi. Chłopiec poczuł nagle silny głód. Wiedział, że w dniu dzisiejszym nie może już pokazać się w Londynie. Podejrzewał, że ten stary Draper, tym razem tak łatwo nie da za wygraną. Zdesperowany wyszedł na londyński trakt i powolnym krokiem ruszył przed siebie.

Michael Smith był już bardzo znużony. Po drodze minęły go tylko trzy dyliżansy, pędzące z Londynu. Właściwie pogodził się już z myślą o czekającym go w domu laniu. Wtem na horyzoncie ujrzał samotnego mężczyznę, niosącego spory kuferek. Wiedział, że nie ma zbyt wielkich szans na zdobycie łupu, ale cóż mu pozostało? Tak więc gdy jegomość zbliżył się na odległość kilku kroków, Michael podszedł do niego i strachliwym tonem zagadnął: - Prze… Przepraszam. Pa… Pan coś upuścił. - Wskazał za mężczyznę. Ten postawił na ziemi bagaż i odwrócił się za siebie. Michael Smith tylko na to czekał. Błyskawicznym ruchem chwycił kuferek i puścił się pędem w pobliskie krzaki. Jegomość stał jeszcze przez chwilę osłupiały, po czym rzucił się w pogoń za złodziejem. Wkrótce zorientował się, że nie ma z dzieciakiem żadnych szans. Michael znał ten teren jak własną kieszeń. Mężczyzna przystanął zrezygnowany. Nagle ujrzał wystający zza krzaka czubek głowy. Natychmiast odzyskał wigor. Już on oduczy tego dzieciaka głupich żartów. Odległość pomiędzy mężczyzną, a Michaelem szybko się zmniejszała i Smith tracił nadzieję na skuteczną ucieczkę. Wtem w oddali spostrzegł sporą grupę ludzi. Pomyślał, że gdyby udało mu się wmieszać w tłum, miałby jeszcze szansę na ocalenie cennej zdobyczy.

Spotkanie z Zespołem Lorda Szambelana w jakże miłych okolicznościach podziwiania sztuki "Król Ryszard II" autorstwa Szekspira w słynnym teatrze "The Globe"

Prawdziwe tłumy zmierzały właśnie do teatru "The Globe", by zobaczyć sztukę "Król Ryszard II" autorstwa Williama Szekspira. Potężny, mogący pomieścić dwa tysiące widzów budynek został wzniesiony przy drodze wiodącej z Londynu do Southwark. Teatr otrzymał nazwę od postaci Heraklesa, znajdującej się nad wejściem. Grecki heros podtrzymywał na plecach kulę ziemską.

Spokojnie, Will. Zobaczysz, wszystkim spodoba się twoja sztuka - uspokajał Szekspira jego kolega z Zespołu Lorda Szambelana, Thomas Pope. - Och, Tom… Myślę, że wszyscy mamy tremę. Niby jestem przekonany, że przedstawienie odniesie sukces, ale z drugiej strony… Zresztą, nieważne… - Will, ta sztuka jest genialna. Poradzimy sobie. Nic złego nie może się wydarzyć. Odbyliśmy już tyle prób, że z pewnością nikt z nas nie zapomni tekstu - włączył się do rozmowy Henry Condell. - Właśnie. Sukces finansowy już i tak odnieśliśmy. Przecież za samo wystawienie otrzymamy czterdzieści szylingów. A do tego dochodzą wpływy z biletów - entuzjazmował się John Hemings, odpowiedzialny za sytuację finansową w zespole. - Wszystko co mówicie jest prawdą, a jednak mam bardzo złe przeczucia. Może powinniśmy odwołać dzisiejszy spektakl... - zastanawiał się Szekspir. - Will, nie wygłupiaj się! Nie mogę się doczekać, kiedy przed dwoma tysiącami widzów odegram króla Ryszarda - powiedział Richard Burbadge, najlepszy aktor Zespołu Lorda Szambelana, odtwórca niemal wszystkich głównych ról. Christopher Beeston poczuł, że tego nie zniesie: - William, nie będziemy przez twoje fanaberie odwoływać przedstawienia. Opanuj się, człowieku! Wtedy Augustine Philips, najlepszy przyjaciel Szekspira spostrzegł, że po policzku Willa spływa łza. - Zamknij się! - ryknął na Beestona. - Lepiej zastanów się czasami, co mówisz. Zostawcie mnie na chwilę z Williamem - zwrócił się do pozostałych kolegów. - Will, co się stało? - zapytał się z troską w głosie, gdy już zostali sami. - Och, Augustine. Dwa dni temu doszły mnie wieści z rodzinnego Stratfordu. Podobno stan zdrowia mojego ojca ostatnio znacznie się pogorszył. - Nie załamuj się, trzeba mieć nadzieję. Rozumiem, że ciężka choroba ojca jest dla ciebie tragedią, ale w tej chwili musisz skupić się na tym, by jak najlepiej odegrać swoja rolę w przedstawieniu. Płaczem niczego nie zmienisz. Pozostaje wierzyć, że wkrótce ze Stratfordu nadejdą pomyślniejsze wieści. - Masz rację, przyjacielu. Najwyższy czas wziąć się w garść. Philips zauważył, że przez twarz Szekspira przemknął delikatny uśmiech. - Will, daj z siebie wszystko. W dniu dzisiejszym cały Londyn dowie się, że William Szekspir jest autorem wspaniałej sztuki historycznej. - Augustine, jesteś moim prawdziwym przyjacielem. Godzinę później na oczach dwóch tysięcy widzów w teatrze "The Globe" rozpoczęło się przedstawienie.

Michael Smith biegł ile sił w nogach. Za chwilę wmiesza się w tłum i mężczyzna nie będzie miał żadnych szans go złapać. Uda mi się, musi mi się udać, powtarzał sobie w myślach. Zorientował się już, skąd drodze taki tłum ludzi. Z pewnością wszyscy podążali na przedstawienie do teatru. Choć budynek stał już od dwóch lat, Michaelowi nie udało się jeszcze zapamiętać jego nazwy. Chłopiec jednym susem przeskoczył przez ogrodzenie i wnet znalazł się wśród publiczności

Ryszard II zabijał właśnie drugiego strażnika, gdy na scenę wpadł Exton. Przy owacji publiczności doszło do pojedynku na śmierć i życie pomiędzy prawowitym królem, a podstępnym zdrajcą. Kilkakrotnie widzowie zadrżeli, gdy Ryszard w ostatniej chwili blokował uderzenia miecza. Od samego początku Michael Smith, któremu udało się niepostrzeżenie wejść na widownię, zapomniał o całym świecie. Nigdy dotąd nie oglądał niczego równie wspaniałego. Ludzie w teatrze szeptali o jakimś Williamie Szekspirze. Czyżby był to człowiek, który stworzył cały ten nieznany świat? William Szekspir… Starał się zapamiętać to nazwisko. Z rozmyślań wyrwał go przeciągły jęk publiczności. Ryszard padł na ziemię przebity na wylot mieczem zdradzieckiego Extona. Przedstawienie dobiegło końca. Teraz wszyscy zaczęli krzyczeć i bić brawo z zachwytu. Nawet ci najbogatsi, siedzący na poduszkach, powstali z miejsc, klaszcząc. Michael Smith był oszołomiony. Aktorzy biorący udział w przedstawieniu kłaniali się. Wszyscy byli odziani w piękne, kolorowe stroje. Czy był wśród nich ów czarodziej, o którym opowiadali sobie ludzie w teatrze? Michael Smith musiał się o tym przekonać. Ale kiedy przedzierał się przez tłum, aby znaleźć się bliżej sceny, jakiś mężczyzna zastąpił mu drogę. - Mam cię, złodziejaszku. Tym razem mi nie umkniesz! - wrzasnął, wydzierając mu z ręki kuferek. Michael nie zdążył wykonać żadnego ruchu, a aplauz publiczności całkowicie zagłuszył jego krzyki. - Idziemy! - Mężczyzna skrępował mu ręce i brutalnie popchnął go w kierunku wyjścia. - Nie oddam cię w ręce strażników,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%