Inne · 4 min czytania
Szelest zbóż
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Światło księżyca, niczym srebrny pył spowija moje ramiona. Wolałabym wprawdzie ciepłe kolory słońca od zimnego srebra księżyca, ale w tej chwili jest mi to obojętne. Wokół mnie cicho szeleszczą wysokie, bo sięgające mi aż do pasa zboża; zdaje mi się, że coś mówią. Tak bardzo chcę zobaczyć gwiazdy, bo ponoć spadająca gwiazda spełnia życzenia, ale nocne niebo spowiły ciężkie chmury i jedynie srebrna tafla księżyca przebiła się przez nie, tworząc sobie z nich ciemną oblamówkę. Jestem pewna, że temperatura sięga co najmniej dwudziestu kilku stopni, w końcu jest środek lipca, trzeba dodać, bardzo upalnego lipca, lecz mnie otacza lodowaty chłód wypełniający od środka. Nawet nie czuję łez spełzających po szyi wprost za bluzkę. Jestem skupiona na tej jednej jedynej myśli, która paraliżuje mnie, nie pozwalając nawet się ruszyć. Co jakiś czas wstrząsa mną gwałtowny spazm, który powoduje kolejny potok łez. I na nic próby powstrzymania się. Choć tak bardzo pragnę przestać płakać, nie mogę zahamować łez. Próbuję się ruszyć, zrobić choćby krok w stronę domu, ale nogi jakby ugrzęzły w suchej trawie. Gdzieś w oddali słyszę kroki, ciche przekleństwo. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestaję płakać, sztywnieję, zaczynam szybciej oddychać. Otulam się ramionami i wolno odwracam. Gdzieś w ciemności widzę Jego sylwetkę. Nie jest wyraźna, ale Jego rozpoznam choćby z zamkniętymi oczami. Szukam wzorkiem jego oczu, czuję łzy zasychające powoli na mojej twarzy. I znajduję. Stoimy nieruchomo, jakby wrośnięci w ziemię, milczymy, bo nie wiemy, co sobie powiedzieć. I patrzymy…