melodramat · 1 godz. 6 min czytania
Sześć dróg...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{b}{i}Sześć dróg…{/i}{/b}
— Weź pan te ulotki i wsadź je sobie w dupę! Gdyby nie doświadczenie, Piotr pewnie złościłby się na mijających go ludzi. Jednak w ciągu kilku miesięcy roznoszenia ulotek przyzwyczaił się już do znoszenia nieprzychylnych komentarzy. Po części nawet je rozumiał. Konieczność wykarmienia czteroosobowej rodziny nie dawała mu jednak wyboru. W przeciwnym razie nigdy by się nie zgodził wciskać przechodniom ulotki reklamujące durną szkołę języków obcych. Zbliżały się jednak święta, więc musiał łapać każdą okazję, by zarobić trochę grosza na prezenty dla dzieci. Podstawowe wykształcenie z pewnością mu w tym nie pomagało. Stojąc na miejskim deptaku, czuł się jak dziewczynka z zapałkami, z tą tylko różnicą, że dziewczynce z zapałkami nikt by nie wrzucał śniegu za kaptur, jak to robili co zabawniejsi przechodnie. Chociaż, kto wie… Czasy się zmieniają. — A na jaką cholerę mi pan to wciskasz?! — Kolejny miły komentarz od staruszki, która obładowana zakupami gnała przez miasto w sobie tylko znanym kierunku. Rzeczywiście, po co starej kobiecie oferta nauki estońskiego? Po co komukolwiek estoński? Nawet wizja dwóch pierwszych zajęć gratis chyba by jej nie skusiła. Ale wziąć mogła. Wziąć i nawet wyrzucić za rogiem. Mogła pomóc — stałby tam krócej. Najwyraźniej jednak mało kto uważał Piotra za człowieka godnego szacunku. Latem, gdy przebrany w kostium borsuka rozdawał ulotki z ogrodu zoologicznego, nachalnie obsikiwały go psy. Ku uciesze rozbawionych do łez właścicieli, rzecz jasna. Taki los, co zrobić. Ale wtedy przynajmniej było ciepło. Nie tylko od moczu… A teraz? Wiało i padało z każdej strony. Zamiast psów w ten ciemny, grudniowy wieczór, Piotra obsikiwał los. Sikał na niego bezimiennym, nieczułym tłumem ludzi zimniejszych niż lód. Ciepło świąt nie wszystkim się udzieliło. Mężczyzna niejednokrotnie zastanawiał się, czy nie zarobiłby więcej, żebrząc. Nie chciał jednak wyzbywać się resztek honoru. Z jego dzieci i tak śmiano się już w szkole. Od czasu, gdy w stroju banana reklamował kisiel w lokalnym supermarkecie, nawet wśród znajomych Piotr wzbudzał śmiech i litość. — Pan weźmie ulotkę, proszę — próbował namówić starszego człowieka o dobrotliwej twarzy. Starzec jednak nie wydawał się zainteresowany. W mgnieniu oka jego przyjemna facjata przybrała kształt i barwę buraka cukrowego. — Panie, co mi pan tu wciskasz?! Nie dam się nabrać! Milicja! Na szczęście zdarzali się też nieliczni, którzy brali ulotki. Większość szybko się ich pozbywała, ale jednak dzięki nim mężczyzna mógł mieć nadzieję, że skończy przed północą. Gdy zostało już tylko kilka sztuk, zaczął nawet rozmyślać o kolacji. Od posiłku dzieliło go zaledwie dwanaście karteczek. Tych pieprzonych, kolorowych karteczek. {i}Z nami poznasz świat{/i} — głosił kolorowy napis, częściowo nachodzący na zdjęcie roześmianej grupy studentów, z których każdy trzymał co najmniej jeden słownik języków obcych. Marketing rządzi się swoimi prawami i z pewnością butelki wódki w rękach młodzieży, mimo iż bliższe studenckiej rzeczywistości, na ulotce reklamującej szkołę wyglądałyby nie najlepiej. {i}Ucz się kilku języków równocześnie za połowę ceny! Rumuński, bułgarski, mongolski czekają! Dodatkowo do kursu języka hiszpańskiego świnka morska gratis!{/i} Kilka metrów od Piotra, w przytłumionym świetle latarni, stał i połyskiwał kosz na śmieci. Piękny, głęboki i obsypany śniegiem kusił ciemną otchłanią. Zdawał się wołać: {i}Wypiernicz te ulotki. Daj mi je, a zjem ze smakiem{/i}. Ale jako uczciwy człowiek, Piotr nie umiałby tego zrobić. Nie umiałby wyrzucić ulotek. Zostało tylko kilkanaście sztuk. Średnio co piąty człowiek jedną zabierał. Pośród komentarzy w stylu {i}Podetrzyj się tymi ulotkami{/i}, zdarzały się też uprzejme słowa {i}Dziękuję{/i}. — To ja dziękuję! — odpowiadał wówczas. Wiedział, że córka czeka na nową lalkę, a syn na radiowóz grający i świecący. Nie chciał ich rozczarować, tak jak ostatnio. Wprawdzie było go stać jedynie na włosy od lalki i traktorek zamiast radiowozu, ale zawsze to lepsze niż prezenty sprzed roku. Dzieci i tak nie zauważą różnicy. Będą się cieszyły, podobnie jak wówczas, gdy zamiast misia córka dostała gumkę do włosów. Co prawda syn, otrzymawszy całusa zamiast piłki, nie krył złości i ryczał przez kilka godzin, ale była to już przeszłość. Wtedy nie było jeszcze tej szkoły. Nikt też nie myślał o roznoszeniu ulotek zachwalających naukę łotewskiego. Na cholerę komu łotewski? Przecież po polsku mało kto mówi poprawnie! — myślał Piotr, ale nie dbał o to. Liczyło się co innego. Wszak zostało mu już zaledwie osiem ulotek. Osiem i koniec…
{b}*{/b} Ta wygląda na bogatą — pomyślał Igor, wychyliwszy się zza narożnika kamienicy. Oto bowiem jedną z ciasnych uliczek kroczyła monstrualnych rozmiarów starsza kobieta. Jej nabita twarz przypominała czerwoną polędwicę, a obszerny grzbiet, okryty nie mniej obszernym, puchatym płaszczem, wyglądał jak tułów żubra. Bogato zdobiony, czarny kapelusz, nachodzący na połowę twarzy, również wyglądał dostojnie. Na tyle dostojnie, by Igor mógł obrać kobietę za swój nowy cel. Wyobrażał sobie, ile pieniędzy zyska, jeśli jej portfel okaże się choć w połowie tak wypchany, jak żołądek. Same kozaki, w których dumnie kroczyła, sprawiały wrażenie wartych więcej, niż on sam. Kobieta swoją dostojnością budziła respekt, mimo że poszczególne części jej ubioru gryzły się ze sobą i nijak do siebie nie pasowały. Nałożywszy pospiesznie kaptur, mężczyzna wypadł zza rogu i stanąwszy naprzeciw kobiety, warknął: — Oddaj mi swój portfel, a nic ci się nie stanie! Dama najwyraźniej poczuła się urażona, bo zrobiwszy wyniosłą minę, prychnęła donośnie. Następnie ugasiła papierosa, którym akurat raczyła swoje zacne płuca. — Słucham? — zapytała po chwili. — Pan do mnie mówi? — Jaja sobie robisz, kobieto?! — Zachowanie potencjalnej ofiary nieco zbiło Igora z tropu, ale nie dał tego po sobie poznać. Zrobiwszy srogą minę, oznajmił, siląc się na poważny ton: — Jeśli nie oddasz mi pieniędzy, będę musiał cię uszkodzić. Proszę, nie każ mi tego robić. — Pieniądze! Ciągle tylko te pieniądze! Czy wyście wszyscy powariowali?! Nie mógłbyś, mój drogi, kraść na przykład książek czy telefonów? — Yyy… — Tego już było za wiele. Czy ona naprawdę się go nie bała? Wprawdzie zawsze mu powtarzano, że ma dobrotliwą twarz, ale jak by na to nie patrzeć, właśnie próbował tę kobietę okraść, a ona nawet nie wydawała się być tym faktem zaskoczona. Oczywiście nigdy nikogo by nie uszkodził. Nie, nie dałby rady sam. Zresztą, nawet by nie chciał. Potrzebował tylko pieniędzy, a wydawało mi się, że kobieta miała ich więcej, niż kiedykolwiek widział. — Zlituj żeż się i daj mi ten portfel! Proszę! — O, widzisz, {i}proszę{/i} zawsze pomaga. — To powiedziawszy, dama objęła swą pulchną dłonią czarną, skórzaną torebkę i zaczęła w niej z uporem grzebać, wyciągając co pewien czas coraz to różniejsze przedmioty. — Trzymaj, kochany — rzekła dumnie, wręczając Igorowi pistolet. Najwyraźniej szukała portfela lub gazu pieprzowego i fakt, że stała twarzą w twarz ze złodziejem, którego właśnie uzbroiła, nie przeszkadzał jej żartować. — Widzisz, mój drogi, miałam zięcia. Wyglądał jak ty i zaryzykowałabym stwierdzenie, że również kradł. Kiedyś poprosił mnie o pożyczkę. Rzekomo brakowało mu pieniędzy na zapłacenie rachunków… Przytrzymaj to na chwilę. — Tym razem wcisnęła mu w ręce spory kawałek nadgryzionego salcesonu, a widząc jego zdziwione, niemal szaleńcze spojrzenie, dodała — Oj no o co chodzi?! Po prostu lubię sobie przekąsić co nieco pod wieczór. Ale, wracając do mojego zięcia… Prosił mnie o pożyczkę. Nie powiedział jednak {i}proszę{/i}. Chyba myślał, że dam mu pieniądze ze względu na wnuki. Oczywiście odmówiłam. {i}Pocałuj ty mnie w moją grubą dupę!{/i}, powiedziałam, i od tamtej pory się do mnie nie odzywał. Trafił do szpitala... Miał zawał, a potem... Nieważne! W każdym razie wystarczyło powiedzieć {i}proszę{/i}… Ku zaskoczeniu Igora, kobieta nagle wyraźnie spochmurniała, a jej oczy zaszkliły się szczerymi łzami. Ze wstrętem spojrzała na pistolet, który dopiero co mu wręczyła. Po chwili jednak powróciła do przeczesywania zawartości torebki. — O proszę, mam! — To zawoławszy, wyciągnęła ze środka pękaty portfel. Z każdego jego zakamarka wystawały banknoty. — Proszę — rzuciła niedbale, wciskając go Igorowi do kieszeni spodni. Następnie spojrzała na jego zdziwione oblicze wymownie, a gdy nie zareagował, dodała — Moje mięso, kochany! — A, no tak. — Igor był tak oszołomiony, że sens tych słów dopiero po chwili do niego dotarł. Oddawszy kobiecie salceson, podziękował uprzejmie za „pomoc” i odszedł, zbity z tropu. Co to było? — pomyślał i odwrócił się. Nie czuł strachu. Kobieta najwyraźniej też niczego się nie obawiała, bo zobaczywszy, że patrzy na nią, pomachała do niego, wołając: — Wesołych świąt! — Wesołych… — odpowiedział, bardziej do siebie niż do niej. Przeliczywszy następnie wzrokiem zdobytą gotówkę, Igor poczuł ulgę. Nie zmąciło jej nawet nagłe spostrzeżenie, iż nadal trzymał w ręku pistolet. Roztargniona staruszka najwyraźniej zapomniała go zabrać. Właśnie zyskał co najmniej kilka tysięcy złotych. Brakowało już tak niewiele. Jeszcze jeden, no może dwóch przechodniów. Broń też mogła się przecież przydać. Z nią miał większe szanse na powodzenie…
{b}*{/b} Nieprzyjemna woń papierosów unosiła się w powietrzu, wypełniając cały pokój siwą mgłą. Dwaj panowie, z których jeden ocierał się o starość, a drugi wyglądał na całkiem młodego, zdawali się tym jednak nie przejmować. Z uśmiechem zaciągali się dymem, gawędząc wesoło. — I wtedy, rozumiesz, ona do mnie mówi {i}Olgierd, czyś ty ocipiał, dziadzie jeden wstrętny?! To był wazon od cioci Krysi z Sochaczewa!{/i} — I co, i co? — {i}Milcz, głupia{/i}, odpowiedziałem! — I co, i co? — I dostałem w pysk. — Olgierd spochmurniał. — Już wolę leżeć tutaj, niż siedzieć w chałupie z tą babą. — Panowie! — Krzyk pielęgniarki przerwał pogawędkę. Jej wzrok, przepełniony furią, wędrował od jednego do drugiego. — To jest szpital! Nawet na chwilę nie można was spuścić z oczu. Gorzej niż z dziećmi! To powiedziawszy, kobieta wyrwała mężczyznom papierosy z rąk i wyrzuciwszy je przez uchylone okno, ryknęła: — Jeszcze raz was na tym przyłapię, to pójdę do ordynatora! To nie jest burdel. Wczoraj wódka, dzisiaj papierosy, co będzie jutro, pytam? Kokaina, amfetamina, heroina, pyralgina?! Następnie weszła na jedno z łóżek i rozerwała reklamówkę, którą pomysłowi pacjenci obwiązali czujnik przeciwpożarowy. — Kiedyś wszyscy przez Was pójdziemy z dymem! — Pani Grażynko, kiedy my tylko raz zapaliliśmy. Do palarni mamy za daleko. Nałóg nie sługa, nie znosi sprzeciwu. — Ja również! — wrzasnęła pielęgniarka, po czym opuściła salę, trzasnąwszy drzwiami. — Ależ się zdenerwowałem… — zaczął Marian, spoglądając z przerażeniem na sąsiada z łóżka obok. — Aż muszę zapalić! Podobne incydenty zdarzały się w tym szpitalu niemal każdego dnia. Nie tak dawno inni pacjenci do tego stopnia zadymili jedną z sal, popalając w niej marihuanę, że całą placówkę trzeba było ewakuować. Geniusze nie pomyśleli o zasłonięciu czujników! Innym razem hospitalizowany student przedawkował używki i chciał odlecieć szpitalnym helikopterem. Szczęśliwie maszyna nie wzbiła się w powietrze, gdyż inni pacjenci przeciążyli ją, zasypiając w kabinie pilota, po wcześniejszym uraczeniu się sporą dawką alkoholu. Jednak mimo wszystko Grażyna lubiła swoją pracę. Pomoc ludziom w potrzebie pomagała jej zapomnieć o własnych kłopotach, z którymi na co dzień się zmagała. Kobieta czuła satysfakcję, mogąc ulżyć chorym w cierpieniu. Niestety, bardzo przywiązywała się do pacjentów i gdy czasem odchodzili na dobre, cierpiała ogromnie. — Grażynko, mogłabym cię na chwilkę prosić? — Uprzejmy głos pani onkolog nigdy nie zwiastował niczego dobrego. — Tak? — Mam do ciebie ogromną prośbę… Pacjentka z dwójki… Ona bardzo się martwi. Wiesz, co mam na myśli. — Chyba mi nie powiesz… — wpadła jej w słowo Grażyna. Domyślała się, o co mogło chodzić. — Jeszcze nie przyszedł? Smutna mina pani doktor mówiła sama za siebie. Widać było, że sytuacja stała się poważna. — Zostało jej naprawdę niewiele czasu. Nie mamy jeszcze odpowiedzi z centrali. Nawet jeśli zrefundują lek, może być za późno. Wiem — podniosła głos, widząc że Grażyna chce coś powiedzieć. — Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. On nadal próbuje, ale obawiam się, że to już nie ma sensu. Powinien wiedzieć. Zrozum, nie zostało wiele czasu. Ona może umrzeć w każdej chwili. Myślę… — Zamilkła na chwilę, jakby nad czymś się zastanawiając. — Myślę, że powinnaś się z nim skontaktować i powiedzieć mu prawdę. Powinien być teraz przy niej. Ona bardzo tego pragnie. To prawdopodobnie ostatnia szansa, by mógł się z nią pożegnać. Proszę cię, spróbuj go znaleźć, jesteśmy jej to winni. — Dobrze. — Grażyna westchnęła ciężko. — Skontaktuję się z nim najszybciej, jak to będzie możliwe. Rano dzwoniłam, ale nie odebrał. Ja też się denerwuję. Pytałam nawet wśród znajomych… Nikt nie może pomóc. To duża kwota, nawet gdybym chciała, nie udałoby mi się jej uzbierać tak szybko. Spojrzała na koleżankę. Na jej twarzy próżno było szukać uśmiechu. Trudno się temu jednak dziwić. Każdy, kto opiekował się tą pacjentką, bardzo ją polubił. Cały personel zżył się z nią ogromnie. Wszyscy chcieli pomóc.
{b}*{/b} Z końcem dnia pogoda zaczęła się pogarszać. Śnieg sypał z minuty na minutę coraz mocniej. Do tego zrobiło się przeraźliwie zimno. — Może skoczyć po kawę? — Posterunkowy niepewnie spojrzał na swojego bardziej doświadczonego partnera. Dopiero rozpoczynał służbę, dlatego chciał się przypodobać. Patrolowanie ulic w milczeniu nie pomagało w zacieśnianiu relacji, a pytania o kawę wobec braku innych tematów, były jedyną okazją do wymiany zdań. — To byłaby już trzynasta. — Miłosz spojrzał na młodszego kompana z zaciekawieniem. — Co ty masz z tą kawą, młody? Zaczynam podejrzewać, że chcesz mnie wykończyć. — Nie wiem… — dało się słyszeć w odpowiedzi. Ożywienie znajomości najwyraźniej nie szło po myśli nowicjusza. — Coś ci powiem — zaczął w pewnym momencie Miłosz. Jego towarzysz, zdziwiony nagłym rozpoczęciem dyskusji, zakrztusił się z wrażenia i przez następne kilka minut kaszlał nieznośnie. Gdy skończył, jego partner zapytał, spoglądając na niego ze zdziwieniem: — Dobrze się czujesz, młody? — A gdy ten twierdząco pokiwał głową, mówił dalej. — Coś ci powiem, jak powiedziałem. To znaczy… powiedziałem, że ci coś powiem i właśnie mówię… bo jeszcze nie powiedziałem. — Chyba rozumiem… — No, więc mówię… — Zbity nieco z tropu Miłosz podrapał się po głowie, po czym kontynuował. — Jak ci wiadomo lub nie, mam za sobą dziesięć długich lat pracy. Dziesięć lat jeżdżę w tym cholernym radiowozie i łapię złodziei, którzy, cholera wie dlaczego, kradną w tym kraju wszystko, co się da. Nie dalej jak w piątek zatrzymałem gówniarza, który ukradł drzwi od komisariatu. — Pamięta pan tego smarkacza, którego przyskrzyniliśmy, jak okradał mięsny z polędwicy sopockiej? — wtrącił młody, ale widząc mordercze spojrzenie kompana, zamilkł i wbił wzrok w kolana. — Otóż trzeba ci wiedzieć, że łapanie tej drobnej hołoty nie sprawia mi najmniejszej przyjemności — ciągnął Miłosz, jakby mu nie przerwano. — To, że nadal tutaj siedzę, jest, jak myślę, tylko kwestią czasu, bo tak się składa, że mam okazję awansować. Moja wypłata byłaby większa, a na wakacje, zamiast do Racławic, wybrałbym się z żoną do Paryża. Jest jednak pewna przeszkoda. Siedzi obok mnie. Młody instynktownie rozejrzał się dookoła, jakby w nadziei, że oprócz siebie i starszego partnera, zobaczy w radiowozie kogoś jeszcze. Nie zobaczył jednak nikogo, przez co zmuszony był zapytać: — Ale że co… Ja jestem tą przeszkodą? — Tak — oznajmił natychmiast Miłosz, spoglądając młodemu prosto w oczy. — Przydzielono mi ciebie do nauki. Zupełnie, jakby w całym komisariacie nie było nikogo innego, komu można by takie durne zadanie zlecić. Jeśli zrobię z ciebie prawdziwego policjanta, w co raczej wątpię, awansuję. Jeśli mi się nie uda… — Kiedy ja się staram! — Wiem! Ustalmy jednak jedno, od dziś starasz się jeszcze bardziej. Zależy mi na tym awansie, więc musimy zrobić wszystko, żeby jeszcze przed Nowym Rokiem złapać tylu przestępców, ilu się da. Zrozumiałeś? — Jasne — odpowiedział niepewnie młody, choć jego mina mówiła zupełnie coś innego. — A, i jeszcze jedno. — Miłosz ponownie spojrzał na partnera z powagą. — Nie proponuj mi więcej tej cholernej kawy! Pęcherz mi rozregulujesz. Nie jestem koniem, mam swoje granice. A teraz przepraszam, musimy się zatrzymać, skoro już o pęcherzu mowa.
Część 22 / 2
{b}*{/b} Mdłe światło słoneczne wpadało do sali przez okno. Sypiący na dworze śnieg osadzał się na parapecie, tworząc niewielkie zaspy. Na stojącym obok okna łóżku spała spokojnie kobieta. Rozkręcony grzejnik chronił ją przed mrozem. Cienka chustka nie byłaby w stanie sama ochronić przed nim pozbawionej włosów głowy. Obok łóżka, na drewnianym stoliku, stał w wazonie bukiet białych róż. Panującą w sali ciszę przerwało w pewnym momencie głośne skrzypienie. — Cholera, znowu! — dało się słyszeć głos pani doktor. — Mam nadzieję, że cię nie obudziłam, kochana — dodała kobieta, widząc że pacjentka poderwała się z miejsca. — Ależ skąd — skłamała Iwona. — Nie spałam. Kobieta przyzwyczaiła się już do tych starych drzwi. Przeraźliwe skrzypienie wyrywało ją ze snu za każdym razem, gdy ktoś usiłował dostać się do sali. Przez pierwsze dni pobytu w szpitalu klęła z tego powodu jak szewc. Z czasem jednak poddała się. Straciła nadzieję na to, że woźny, wypalający na korytarzach miliardy papierosów, zdecyduje się je w końcu naoliwić. — Przyszłam tylko zmienić ci kroplówkę. Nie zwracaj na mnie uwagi. Trudno było nie zwracać uwagi na kogoś, kto przez kilkanaście minut wywijał różnymi kabelkami i wężykami przed oczyma. Mimo to za każdym razem Iwona udawała, że nie jest to dla niej problemem, choć w rzeczywistości miała ochotę owinąć jeden z owych wężyków wokół szyi lekarki i ją nim udusić. Szczególnie po tym, jak ta przez przypadek przebiła paznokciem woreczek. Jego zawartość chlusnęła na twarz pacjentki z całą mocą, mocząc pościel i prześcieradło. — Przepraszam — zawołała pani doktor i pospiesznie zabrała się za poszukiwanie ścierki. Znalazła jedynie leżącą na parapecie szmatę do wycierania okien, co jednak nie przeszkodziło jej w użyciu znaleziska. — Jeszcze nosek i będzie sucho — starała się uspokoić Iwonę, po czym przyłożywszy jej śmierdzący materiał do twarzy, dodała — Trochę trzęsą mi się ręce. Jeszcze raz przepraszam, nie jestem dziś sobą. — Nie szkodzi — ponownie skłamała pacjentka. Zastanawiała się, jak ktoś, komu trzęsą się ręce, może być lekarzem. Nie zapytała jednak o to, mając nadzieję, że nigdy nie będzie w tym szpitalu operowana. Gdy jednak dostrzegła na policzkach pani doktor łzy, zaniepokoiła się na poważnie. — Naprawdę nie szkodzi — powiedziała — Coś się stało? — Och… — Kobieta w pośpiechu otarła twarz trzymaną w ręce szmatą. — To nic takiego… Kroiłam cebulę. Iwona nic nie odpowiedziała. Oczywiście nie uwierzyła w to nieudolne kłamstwo, ale przeczuwając, że jej rozmówczyni nie chce wyjawić prawdy, postanowiła nie drążyć tematu. — Skończyłam pisać nowy wiersz — zaczęła, wskazując ręką kartkę, leżącą na stoliku obok wazonu. — To wspaniale! — Zmiana tematu najwyraźniej bardzo ucieszyła panią doktor. Momentalnie pochwyciła wskazany kawałek papieru i już chciała zacząć czytać, gdy Iwona zaprotestowała: — Jeszcze trzeba to poprawić — powiedziała. — Ale obiecuję, że kiedyś przeczytam. — Skoro już o przyszłości mowa… — zaczęła lekarka, starając się unikać patrzenia na pacjentkę. Jej oczy nadal były czerwone. — Wiesz kochana, że choroba postępuje. Nie wiemy, jak długo jeszcze… Jak… Obawiamy się najgorszego. Domyślasz się, co mam na myśli, prawda? — Tak — odparła smutno Iwona. — Domyślam się i niech mi pani uwierzy, także się tym denerwuję. Nie boję się śmierci, po prostu chciałabym, żeby mój mąż już przyszedł, żeby nie szukał. Nie chcę też, byście przeze mnie płakali. Wiem — podniosła głos, widząc, że lekarka próbuje zaprotestować. — Doskonale wiem, że nagle wszyscy urządziliście sobie festiwal krojenia cebuli… — No tak… — …ale wątpię, by warzywo tak na was wszystkich działało. Dopiero co była tutaj pani Grażynka, zapłakana jak dziecko. Nie chcę widzieć waszych łez. One nie pomagają. Chciałabym tylko porozmawiać z mężem, więc jeśli moglibyście coś w tej sprawie zrobić... Nie mogę się do niego dodzwonić. Nie chcę, by dłużej szukał. — Zrobię co w mojej mocy. Chociaż myślałam… — Wzrok pani doktor spoczął na stojącym obok łóżka bukiecie róż. — …że kwiaty są od niego? — dokończyła Iwona. Lekki uśmiech zagościł na jej bladej twarzy. — Przyniosła je teściowa. Kochana, niezawodna mamusia. Specjalnie wybrała białe róże. Białe, żebym przypadkiem nie zapomniała o białaczce…
{b}*{/b} Igor spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta, a on nadal nie posiadał upragnionej kwoty. Zaczynał się tym denerwować, podobnie zresztą jak jego bliscy, od rana wydzwaniający do niego co kilka minut. Nie miał jednak czasu z nikim rozmawiać. Tego dnia, tak samo jak na przestrzeni całego życia, szczęście mu nie dopisywało. Dopiero co próbował obrobić młodą, elegancko ubraną kobietę, idącą spokojnie z kilkuletnim dzieckiem. Piękne ubrania pozwalały przypuszczać, że utrata gotówki nie wpłynęłaby znacząco na jej dalsze losy. Młoda matka okazała się być jednak dobrze przygotowana na podobne sytuacje. Zobaczywszy napastnika, błyskawicznie wyjęła z torebki tasak i wymachując nim energicznie, omal nie odcięła dziecku głowy. Jej potomek był zresztą nie mniej żywiołowy. Podbiegłszy do Igora, ugryzł go w nogę. Chwilę później jego matka wyciągnęła puszkę z gazem pieprzowym. Nie umiała jej jednak spożytkować w zgodny z instrukcją sposób, stąd zmuszona była cisnąć metalowym opakowaniem w twarz przestępcy. Trafiła, korzystając z tego, że Igor próbował się pozbyć przyklejonego do nogi dziecka, uderzając nim o kamienny murek. Maluch trzymał się jednak kurczowo, udowadniając poddawaną w wątpliwość wartość zębów mlecznych. Dziecko zapewne walczyłoby dłużej, gdyby jego matka nie zawołała: — Reks, idziemy! Jeszcze wcześniej Igor próbował ogołocić z gotówki drobnego, ale jakże wytwornie ubranego starca, który najwyraźniej niczego się nie obawiając, z sobie tylko znanych powodów, wybrał się po zmroku na spacer z psem. W tym przypadku błędem okazało się niedocenienie psa. Niewielki jamnik, kształtem przypominający kabanosa, niemal odgryzł Igorowi stopę. By uwolnić kończynę od kłów nieokiełznanej bestii, mężczyzna zmuszony był chwycić zwierzę za długie, obwisłe uszy. Gdy już oderwał jamnika od własnej nogi, zapobiegawczo wrzucił go do kontenera na śmieci. — Thriller, gdzie jesteś? — zawołał dziadziuś. Najwyraźniej nie zauważył, że kompan właśnie obronił jego portfel. — Do nogi, łobuziaku! Korzystając z wad słuchu i wzroku starca, zniechęcony zamieszaniem Igor uciekł, kulejąc. Co te psy żrą? — zastanawiał się, czując jak ciepła krew spływa mu po kostce, plamiąc skarpetki. Brak przestępczego doświadczenia w znacznym stopniu przeszkadzał Igorowi w osiągnięciu celu. Wtem, gdy zrozpaczony już chciał się poddać, jego oczom ukazał się obiecujący widok. Oto bowiem środkiem nieoświetlonej, parkowej alejki, kroczył samotnie wątłej budowy chłopak. Gdyby nie jego eleganckie ubranie, Igor pewnie nie zwróciłby na niego uwagi. Wypastowane, skórzane trzewiki, elegancki, czarny płaszcz i pobłyskujący na nadgarstku młodzieńca złoty zegarek przemówiły jednak do jego wyobraźni. Ukrywszy się za drzewem, poczekał, aż chłopak podejdzie bliżej, po czym wyskoczył na środek ścieżki, omal się nie przewracając na warstwie świeżego śniegu. — Oddaj pieniądze, młody! — zawołał, zerkając pod nogi. Pech chciał, że stanął na zamarzniętej kałuży. Chłopak stanął jak wryty. Na jego twarzy malowało się niespotkane u wcześniejszych ofiar przerażenie. Rozejrzawszy się nerwowo dookoła, jęknął piskliwym głosem: — Ojej, ojej, co ja pocznę, ojej! — Yyy… — Igor kolejny już raz tego wieczoru poczuł się zbity z tropu. Oto spotkał następnego wariata. — Dobrze się czujesz? Oddaj mi kasę i po krzyku! — Kiedy ja… Właśnie się posikałem. — Chłopak zerknął zawstydzonym wzrokiem na swoje wykwintne, brązowe spodnie. Plama moczu pojawiła się po chwili na nogawkach, rosnąc z sekundy na sekundę. Czy świat oszalał? — pomyślał Igor. Miał już naprawdę dość przygód. — Słuchaj, niewiasto — zaczął, zbliżając się do chłopaka. Chwilę później leżał już na zimnym chodniku. Korzystając z okazji, młodzieniaszek uciekł, krzycząc wniebogłosy. — Przeklęty lód! — wrzasnął Igor, uderzając pięścią o zamarzniętą taflę kałuży. — Dlaczego nic mi nie wychodzi?! Ja muszę mieć te pieniądze, muszę! Słone łzy napłynęły do oczu mężczyzny. Tak bardzo mu zależało. Miał tak niewiele czasu. I tak wiele do stracenia. Musiał jednak próbować dalej. Czuł, że los rzucał mu kłody pod nogi i nie miał już sił ich przeskakiwać. Ale musiał... Musiał, by nie stracić żony!
{b}*{/b} Otuliwszy się szczelnie szalem, kobieta przyspieszyła kroku. Śnieg padał coraz mocniej, o ona, ze względu na słuszny wiek, nie miała wiele sił, by brnąć przez rosnące zaspy. Ciężar najlepszych i najdroższych ubrań, jakie posiadała, a które zdecydowała się na siebie ubrać, również robił swoje. Nie przejmowała się tym jednak. Zdawać by się mogło, że na jej miejscu człowiek powinien się załamać. Właśnie ją okradziono. Straciła pieniądze, które zamierzała tego wieczoru godnie spożytkować. Zostawiła też gdzieś tak potrzebny jej pistolet. Ale nie dbała w tej chwili o to. Pieniądze nie liczyły się już dla niej. Nie dziś, nie w tak ważnym dniu. Dość już szkody wyrządziły w jej życiu. Poza tym złodziej, który ją okradł, wydawał się dobrym człowiekiem. Najwyraźniej potrzebował ich bardziej niż ona. W tym momencie kobieta myślała tylko o jednej rzeczy. Była ją winna tak wielu osobom. Szła więc dumnie przed siebie, uśmiechając się w duchu na widok zaciekawionych spojrzeń, jakimi obdarzali ją inni przechodnie. Wszak miała na sobie rzeczy najdroższe jej sercu. Tylko one przypominały o dawnej dumie i wyniosłym życiu. Szczerozłoty pierścionek na jej palcu był wspomnieniem cudownych zaręczyn sprzed niemal połowy wieku. Wenecja, piękna łódka, szampan, kredyt i łzy narzeczonego. Zadurzony w niej do granic, biedak zrezygnował z planów oświadczenia się w barze mlecznym. Wydał wszystkie oszczędności tylko po to, by rok później przegrać z o wiele bogatszym mężczyzną. Jej późniejszy mąż wygrał, oświadczając się na wieży Eiffla w Paryżu. O tym wydarzeniu przypominał drugi, nieco większy pierścionek. Pobłyskiwał dumnie na drugim palcu. Niestety i ten rycerz odszedł. Wyrzuciła go, nie dbając o dobro córki. Nie spełniał jej wymagań… Choć w ostatnich dniach małżeństwa kupił jej piękne, skórzane kozaki. Je również miała tego wieczoru na sobie. A płaszcz? Piękny, puszysty i delikatny, prezent od córki i jej męża na pięćdziesiąte urodziny. Szkoda, że tak im się nie powiodło. Ostrzegała córkę, by nie wychodziła za piekarza. Zięć popełnił samobójstwo, bo brakowało im pieniędzy na rachunki. Głupia śmierć. Prosił wprawdzie o pożyczkę, ale nie dość grzecznie. Zapomniał powiedzieć {i}proszę{/i}. To tak ważne słowo. Ale czy na pewno tylko o nie chodziło? Może raczej chciała coś udowodnić? Udowodniła z pewnością, nie tylko córce, ale również sobie. Ta świadomość męczyła ją bez przerwy. Córka od lat nie odzywała się do niej, wnuków nie widziała równie długo. Chyba była złym człowiekiem, skoro została sama. A przecież starała się tylko zachować poziom. Żyła tak, jak ją wychowano. To nie jej wina, że nie miała teraz nikogo przy sobie. I że najdroższe perły, jakie kiedykolwiek dostała, kupiła sobie sama. Je także ubrała. Tak, z pewnością zawiniła. Była zła, ale chyba mogła to jeszcze naprawić. W wykwintnym stylu, oczywiście. — Pani weźmie ulotkę. — Nieznajomy, męski głos wyrwał ją z zamyślenia. Zatrzymała się w miejscu i spojrzała na biedaka. Był podobny do jej zięcia. Jak każdy mijany mężczyzna. — Halo! — Ulotkarz przyglądał się jej z niepokojem, gdy milcząc stała przed nim dłuższą chwilę. — Wszystko w porządku? Pani weźmie ulotkę… — Wszystko… — zaczęła, nie do końca przekonana, co chce powiedzieć. Chwilę zajęło jej dojście do siebie. — Tak kochany, w porządku. Wesołych świąt ci życzę i wszystkiego najlepszego. To powiedziawszy dama zabrała jedną z ulotek, które mężczyzna trzymał w zmarzniętych dłoniach. Ciepła łza spłynęła po jej policzku. Naprawę widziała w nim zięcia. — Czy mogę ci jakoś pomóc? — zapytała ku zaskoczeniu mężczyzny. Sama również była zdziwiona. Jeszcze niedawno nie przejęłaby się jego losem. Może to ten nastrój świąt… — Już mi pani pomogła — odpowiedział z uśmiechem Piotr. — Zostały tylko trzy ulotki. Wesołych świąt! Nic nie odpowiedziawszy, dama poprawiła olbrzymi kapelusz i, uśmiechnąwszy się serdecznie, odeszła. Czekały ją w tym roku wyjątkowe święta. Pierwsze od lat, których nie spędzi sama…
{b}*{/b} Grażyna pospiesznie dokończyła picie kawy, po czym ruszyła do sali numer dwa. Pacjentka, która tam na nią czekała, była w coraz gorszym stanie. Próbowała nie narobić hałasu, ale jej się nie udało. Przeraźliwe skrzypienie wypełniło całą salę, gdy tylko uchyliła drzwi. — Nie — odezwał się kobiecy głos gdzieś z okolic stojącego pod oknem łóżka. — Nie spałam. — Uff. — Grażyna odetchnęła z ulgą. — Od tygodnia powtarzam woźnemu, żeby je naoliwił. Ale sama rozumiesz, jak to z woźnymi jest... Nie rozumiem — pomyślała Iwona, ale uśmiechnąwszy się uprzejmie, poklepała pielęgniarkę po ramieniu, gdy ta podeszła do jej łóżka. — Źle ze mną, prawda? — zapytała po chwili. Uśmiech błyskawicznie znikł z jej twarzy, na widok lęku, który pojawił się w oczach pielęgniarki. Widać było, że i ona znała już wyrok. Źle?! Kochana, masz przesrane! — pomyślała Grażyna, po czym, siląc się na spokojny ton, oznajmiła: — Nie jest najgorzej. Może jeszcze wszystko będzie dobrze. — Ale umieram? — Z braku innego określenia powiedziałabym, że… owszem, umierasz. Pielęgniarka poczuła, jak zapiekły ją oczy. Dla niepoznaki spojrzała natychmiast w sufit. Wiedziała jednak, że Iwona uważnie obserwowała każdy jej ruch, dlatego chcąc usprawiedliwić chwilę słabości, zaczęła: — Kroiłam... — ...cebulę — dokończyła beznamiętnie pacjentka, po czym dodała — Musisz mi pomóc, znajdź mojego męża. Tak się boję! — Staram się, kochana! Staram się do niego dodzwonić od samego rana, ale nie odbiera. — Teraz to Grażyna położyła rękę na ramieniu pacjentki. — Nadal będę próbować, ale nie mogę nic obiecać. Może sam przyjdzie. — Znam go — zaprotestowała Iwona, kręcąc głową. — Jak coś sobie postanowi, to nie odpuści. Jak on tak może?! Przecież leżę tutaj sama... — Ale on to robi dla ciebie. Jeśli uzbiera pieniądze, dostaniesz lek bez kolejki! Zaufaj mu — wtrąciła nieśmiało pielęgniarka, a widząc oburzony wzrok pacjentki, dodała pospiesznie — Masz przecież nas. Cały personel się o ciebie martwi. Od rana wszyscy pła... kroją cebulę! Obiecuję, że zrobię, co w mojej mocy. Jeśli będzie trzeba, pojadę do miasta, żeby go odnaleźć. Tymczasem jednak spróbuj odpocząć. Może czegoś byś sobie życzyła? — Nie mam na nic ochoty... — To może chociaż zadzwonię do kogoś z twojej rodziny? Dawno nikt cię nie odwiedzał. — Grażyna spojrzała badawczo na Iwonę. W istocie, do chorej, poza mężem i teściową, nie przychodził nikt inny. Bardzo ją to intrygowało, ale dotąd nie miała odwagi zapytać. — Moja kochana Grażynko — zaczęła pacjentka, kierując na nią swoje badawcze spojrzenie. — Nikt mnie nie odwiedza, bo ja nikogo nie mam. Igor jest jedyną bliską mi osobą. Dlatego proszę cię, pomóż mi się z nim spotkać, zanim będzie za późno.
{b}*{/b} — Widzisz młody tego typa w czarnej czapce? — zapytał Miłosz, wskazując tajemniczego osobnika, spacerującego wzdłuż witryny sklepu jubilerskiego. — Widzę — odparł młody, a ton jego głosu wskazywał, że ów osobnik nie wzbudził jego zainteresowania. — Myśli pan, że on jest... że jest przestępcą? — Hmm, niech pomyślę... Stoimy tutaj od kilku minut, podobnie jak on od kilku minut zagląda przez szybę do dawno już zamkniętego lokalu. Gdybyś się przyjrzał, zobaczyłbyś również, że wspomniana przeze mnie czapka to najzwyklejsza kominiarka. Łom w jego lewej ręce również może sugerować, że ten człowiek ma niecne plany i bynajmniej nie ogląda pierścionków! Podsumowując więc, owszem, myślę, że to może być przestępca. — No, to na co czekamy?! — zawołał z zapałem posterunkowy i chwyciwszy za broń, dodał — Gdzie mam strzelać? W oczy, czy w kopyta? Na jego bladej twarzy zagościły rumieńce podniecenia. Widać było, że naszła go ochota na strzelaninę. — Czekaj! — warknął Miłosz, chwytając młodego za skraj kurtki, bo ten już chciał wybiec z radiowozu. — W tym momencie ten człowiek jest tylko przechodniem. Nic złego jeszcze nie zrobił. Zatrzymamy go dopiero, gdy popełni przestępstwo, albo gdy będzie próbował je popełnić! W radiowozie zapanowała głucha cisza. Obaj mężczyźni poczęli w skupieniu śledzić poczynania tajemniczego mężczyzny, który jednak najwyraźniej nigdzie się nie spieszył. Co pewien czas rozglądał się…