przyjazn · 4 godz. 16 min czytania
Sześć kolorowych dziewcząt
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Holm Nie lubię armii. Nie lubię walczyć. Nie lubię zabijać. Żołnierze zmuszani są do wzajemnego uśmiercania. Stara żołnierska zasada brzmi - Jeśli ty nie zabijesz, to zabiją ciebie. A jednak armia była moim przeznaczeniem, tak pokierował los. Zostałam żołnierzem. Właściwie żołnierką, chociaż ta nazwa być może ma inne znaczenie. Miałam problem z wydawaniem prostych, głośnych rozkazów. Baczność, wybrzmiewało z moich ust niezbyt przekonywująco, naprzód marsz mocno niepewnie. Ćwiczenia, podczas których wbijałam bagnet w słomiane kukły napawały mnie obrzydzeniem. I wrzask sierżanta „Gdzie trafiasz laluniu, w brzuch, nie po nogach, mocno w brzuch” powodował odruchy wymiotne. Nie wyobrażałam sobie, że mogę żywemu człowiekowi wbić bagnet, widzieć jak wnętrzności wydobywają się z jego ciała i patrzeć jak kona. Chociaż z całych sił armii nie cierpiałam to jednak nie miałam wyboru, inne życie nie było mi dane. Służba, dyscyplina, szkoła, poligony, ćwiczenia, bez wakacji, bez urlopu. Skończyłam dwadzieścia cztery lata. Nie przywiązałam się do żadnego miejsca, do żadnej osoby. Nie miałam swoich korzeni, nie znałam dziadków od strony ojca i matki, słabo pamiętałam matkę, która umarła, gdy miałam kilka lat. Pozostał mi tylko ojciec, wciągnięty gdzieś w środkowej Azji, jako młody chłopak, w wir wojny i wyrzucony po latach w nowej Polsce. Tak jak morze wyrzuca przypadkowe znaleziska. I egzotyczne imię i nazwisko, Natasza Kiryłow, które mi przekazał, i które nie pozwalało mi utożsamiać się z krajem, w którym żyłam. Nigdy nie widziałam ojca w ubraniu cywilnym, zawsze w mundurze. Przerzucany z miejsca w miejsce, z jednostki do jednostki, z poligonu na poligon. A ja z nim. Nazwy coraz to innych miejscowości, inne szkoły, inne koleżanki, których nie miałam szansy bliżej poznać. Duża ojczyzna, mała ojczyzna, to pojęcia mi nieznane. Byłam jak gość odwiedzający stałych mieszkańców, dziwiąca się, że można mieć babcie, dziadków, święta, choinkę i inne, normalne dla wszystkich rzeczy. Ja byłam zdziwiona a ci, których odwiedzałam, jeszcze bardziej, że ktoś nie ma tego co oni mają na co dzień. Samotność, ona mi najczęściej towarzyszyła, była moim najwierniejszym kompanem. Przypadkowa śmierć ojca na jednym z poligonów jeszcze bardziej związała mnie z armią. Co innego mógłabym robić? Budować? Tworzyć? Wychowywać? Mnie uczono czegoś innego. Burzyć! Niszczyć! Zabijać! Od małego straszono mnie wojną, uczono strzelania, maskowania, podejrzliwości. Armia była całym moim życiem. Stawałam się robotem, zaprogramowanym do wykonywania możliwych w przyszłości działań wojennych. Innego sposobu na życie nie znałam. Chłopak? Miłość? Rodzina? Dzieci? Te pojęcia były dla mnie abstrakcyjne. Nigdy nie miałam chłopaka. Nigdy nie zaznałam miłości. Czy byłabym zdolna, by związać się z kimś na stałe? Ja, która jak w długodystansowym biegu przez płotki przeskakiwałam przez wiele miejsc, w żadnym nie znajdując stałego celu. Trafiłam do armii nie z własnej woli i pragnąłam możliwie bezboleśnie się z niej wydostać. Mimo starań armia nie chciała się mnie pozbyć. Brakowało jej żołnierzy, nawet takich, nie odpowiadającym normom, jak ja. Dopiero Holm uświadomił mi, że chociaż byłam nadzorcą to, można żyć razem we wspólnocie, można wspólnie żyć z innymi ludźmi inaczej niż w wojskowej kompanii. Zatem po kolei. Przebywałam w służbowej kwaterze na północy Polski, w okolicach Gdańska. Późnym wieczorem zjawił się posłaniec z dowództwa. Wręczył mi rozkaz. Miałam się natychmiast stawić w podanym w piśmie miejscu. Wojskowym łazikiem, późnym wieczorem, pustymi o tej porze ulicami, kierowca przewiózł mnie spod kwatery na wyspę o nazwie Holm. Otrzymałam rozkaz przejęcia i kierowania obozem dla uwięzionych osób. - Powodzenia - kierowca otworzył bramę, podał mi klucze, zaraz odjechał, chyba z ulgą, jakby bojąc się, że będę próbowała go zatrzymać i prosić o jakąkolwiek pomoc. Pomoc? O co mógłbym go prosić w tę nieprzyjemną, mroźną noc? Ja, dwudziestokilkuletnia panna w wojskowym mundurze, po szkole w wojennej akademii. I on, żołnierz z poboru, niecierpliwie wyczekując końca służby, która planowo miała zakończyć się być może za kilkaset dni. Oboje samotni, wśród rozgwieżdżonego nocą nieba. Pozostawił mnie na wyspie położonej niedaleko morza, otoczonej ze wszystkich stron wodami. Ze stałym lądem połączona chyboczącym się mostem pontonowym, po którym z głośnym stukotem przejechał. Kilka starych, drewnianych baraków, ustawionych na terenie z rosnącymi drzewami i krzewami było jedynymi zabudowaniami. Następnego dnia przybyły transporty ludzi. Rozdzielałam ich do poszczególnych baraków. Byli przestraszeni ale podporządkowywali się moim poleceniom. Akcja postępowała sprawnie, trwała kilka godzin. Po jej zakończeniu oficer prowadzący klepnął mnie po ramieniu, jakby chcąc dodać otuchy. - Rozpinamy most pani podchorąży. Dostawy będą już wodą. Powodzenia - po raz drugi w ciągu krótkiego okresu czasu usłyszałem to słowo. Wypowiedziane tym samym tonem, z ulgą, że już zakończone zadanie i można odjechać, ale jeszcze jakby z poczucia obowiązku oczekując, że mogę o coś poprosić, o jakąś nieistotną przysługę, która zabierze czas i zmusi do nieokreślonego wysiłku i pozostania na wyspie. Nic takiego nie nastąpiło, z mojej strony nie padła żadna propozycja, żadne oczekiwanie pomocy, czy też potrzeba wykazania inicjatywy. Przyjął to z ulgą, wyczułam jak napięcie znika z jego twarzy. - Powodzenia - powtórzył. Odwrócił się, pomachał mi radośnie ręką, widziałem jak po chwili znalazł się na drugim brzegu, obserwowałem jeszcze żołnierzy, którzy rozpinali pontonowe przęsła aż do momentu gdy zniknęło połączenie z lądem. Zostałam na wyspie razem z ludźmi z transportu. Dlaczego akurat mnie przeznaczono do wykonania tego zadania? Przełożeni w sztabie uważali, że jestem niezdolna do przeprowadzenia jakiejś zdecydowanej akcji, związanej z zabijaniem ludzi? Ponieważ nigdy nie byłam prawdziwym żołnierzem? Takim z krwi i kości, takim jakimi byli oni? Po czasie przekonałam się, że w cywilu też są problemy, chociaż inne niż w armii. Bardziej skomplikowane.
Łucja - Kostek, Kostek - słyszałam dochodzący z zewnątrz kobiecy głos. Pani Łucja, rudoowłosa żona pana Konstantego nawoływała swojego męża. - Jestem, jestem, nie kłopocz się maleńka - jego głos miał charakterystyczny, nie powtarzalny dźwięk, gdy mówił z ust wydobywał się śmieszny gulgot, coś w stylu jodłowania, czasami trudno go było zrozumieć. Pani Łucja bardzo często wołała swojego męża ponieważ czuła się osamotniona, przeważnie przebywała sama. Konstanty w tym czasie spacerował z córkami. Z dwoma córkami w wieku ok. 18-20 lat, Flora i Klara, które w ogóle były niepodobne do rodziców. Pani Łucja i Konstanty byli ociężałymi osobnikami o korpulentnej budowie, mieli okrągłe, rumiane twarze, okolone rzadkimi rudymi włosami, ich córki o bardzo egzotycznej urodzie były szczuplutkie, miały gęste, czarne włosy i pociągłe twarze. Można powiedzieć, jak to się często mówi, były innej rasy. Konstanty był statecznym ponad sześćdziesięcioletnim, poważnym panem. Przed przyjazdem na Holm prowadził kancelarię prawną, specjalizował się w przestępstwach gospodarczych o dużej skali, nierzadko zahaczając obszary poza granicami naszego kraju. Prawnicy Konstantego przeważnie występowali w rolach obrońców ludzi oskarżonych o malwersacje finansowe, za skuteczną obronę kancelaria otrzymywała niemałe gratyfikacje. Nie będzie kłamstwem, jeśli powiem, że działali na granicy prawa, interpretując je na korzyść zleceniodawców. Taką najbardziej znaczącą sprawą sądową, której się podjął poprowadzić pan Konstanty był międzynarodowy spór o eksport dużych ilości kiszonej kapusty, zamówionej przez kontrahenta z Japonii. Sprawa ta, swojego czasu stała się głośna na nie tylko na całą Polskę ale też mówili o niej zagranicą i przyczyniła się do rozsławienia kancelarii pana Konstantego i jego prawników. Sąd oskarżył krajowego przedsiębiorcę o zaniżanie wartości eksportowanego towaru i powstałym w związku z tą działalnością niewielką kwotą podatku, którą uiścił. Poważny inwestor z Japonii zamówił kiszoną kapustę, zaznaczając, że musi ona być dostarczona w dębowych beczkach o określonym wymiarze i drewnie o określonej jakości. Jakość drewna w odróżnieniu od jakości kapusty była szczególnie ważna. Dąb miał mieć kilkaset lat, ścięty być kilkadziesiąt lat wcześniej i przez ten cały czas leżakowany w odpowiedniej temperaturze. Trudno było w Polsce o taki materiał, lecz krajowemu przedsiębiorcy po długich poszukiwaniach udało się znaleźć takie drzewo w górach w środkowej Polsce, które po ścięciu leżało kilkadziesiąt lat w oczekiwaniu na odpowiedniego klienta. Kontrakt został zrealizowany, podatek od kiszonej kapusty zapłacony. Sąd jednak był wścibski i chciał się dowiedzieć co się stało z dębowymi beczkami, których wartość nie była przedstawiona na fakturze. Powołał biegłego, który bardzo wysoko wycenił wartość beczek i okazało się, że ich wartość znacznie przekraczała wartość umieszczonego w nich towaru. Konstanty wraz z zatrudnionymi przez siebie absolwentami wydziału prawa miejscowego uniwersytetu musieli się mocno nagimnastykować, by uzasadnić, że beczki były jednorazowym opakowaniem i po dostarczeniu towaru uległy zniszczeniu. W tym celu pan Konstanty wraz z panią Łucją wybrali się na koszt, równo podzielony, polskiego i japońskiego przedsiębiorcy, na długą i wyczerpującą krajoznawczą wycieczką po kraju kwitnącej wiśni, gdzie pokrótce zapoznali się z procesem odzysku kiszonej kapusty z beczek dębowych, właściwie odwrotnie, zapoznali się z procesem odzysku beczek dębowych z kapusty, która została zutylizowana a beczki po renowacji, zostały za grube pieniądze sprzedane i wyeksportowane do Edynburga w Szkocji, gdzie napełniono je eleganckim, złocistym trunkiem, zwany potocznie szkocką whisky. Pana Konstantego takie szczegóły za bardzo nie interesowały, wiedział jakie dyspozycje ma wydać swoim podwładnym, by dokładnie uzasadnili obronę polskiego przedsiębiorcy przed sądem i uwolnili go przed wiszącym nad nim olbrzymim podatkiem skutkującym zarówno zamknięciem firmy jak również jego właściciela. Więcej czasu poświęcił wraz z panią Łucją na fascynujące podróże po japońskich wyspach. Nawet postanowili udać się w niebezpieczną podróż w kierunku małego archipelagu niedaleko południowego Sachalina gdzie udało im się odnaleźć ślady działających tam na początku dwudziestego wieku polskich odkrywców. Pan Konstanty w dzieciństwie zaczytywał się książkami podróżniczymi a akcja powieści Sieroszewskiego „Wśród kosmatych ludzi” rozgrywała się właśnie na tych terenach. Wplątali się co prawda podczas przekraczania granicy w niejasne układy rosyjsko-japońskie, ale szczęście im dopisywało i dzięki niewielkiej gratyfikacji finansowej wyszli z opresji i grążącej im karze za nie przestrzeganie obowiązujących przepisów. Proza życia zmusiła pana Konstantego jednak do zajęcia się głównym celem wyprawy czyli przyziemnymi sprawami takimi jak kapusta i przedmiotowe beczki. Protokół zniszczenia dębowych beczek, sporządzony w skomplikowanym, trudnym do rozszyfrowania japońskim języku został w Polsce w prawidłowy sposób rozszyfrowany, przetłumaczony, potwierdzony przez tłumacza przysięgłego, opieczętowany wielką czerwoną, okrągłą pieczęcią, która robiła wrażenie nie tylko na postronnych osobach ale też na sędzinie, starszej, dociekliwej osobie, która długo porównywała japońskie robaczki oryginału i proste litery polskiego tłumaczenia, które to litery, w odróżnieniu od egzotycznych znaków bardzo dobrze znała. I przyznała rację polskiemu przedsiębiorcy, co uwolniło go od zapłaty robiącej wielkie wrażenie kwoty do macierzystego urzędu skarbowego a Konstantemu przysporzyło dużej ilości kapusty, przepraszam, znacznej ilości pieniędzy. Oprócz przysłowiowej kapusty udało mu się również zdobyć przychylność dwóch osieroconych sióstr, które podczas pobytu złotowłosego małżeństwa w egzotycznym państwie pełniły rolę przewodniczek i umilały pobyt. Do tego stopnia uprzyjemniły pobyt panu Konstantemu, że po pewnym czasie zrezygnował z podziwiania zabytków przyrody i architektury japońskiej, pozostawiając tę przyjemność pani Łucji, sam w tym czasie rozkoszował się azjatyckimi masażami czynionymi przez wspomniane, urocze gejsze. Masaże były tak skuteczne, że nie bacząc na jakiekolwiek prawa moralne i przepisy prawne, które jako prawnik powinien znać bardzo dobrze, w euforii zaproponował im małżeństwo, co z resztą spotkało się z ich strony z entuzjastycznym i przychylnym przyjęciem. Pani Łucja była zniesmaczona, ale znając swojego męża i wiedząc, że jak coś wpadnie mu do głowy, to będzie to realizował aż do pomyślnego końca, nie próbowała oponować, czekając, aż ten koniec nadejdzie i będzie on po jej myśli, to znaczy do bigamicznego małżeństwa i niebezpiecznego trójkąta, właściwie czworokąta nie dojdzie. Euforia Konstantemu co prawda minęła, lecz pomysł nie wywietrzał z głowy. Zasięgnął rady u kupca kiszonej kapusty, który z wdzięczności za interes życia, jaki zrobił sprzedając Szkotom dębowe, o wartości złota, beczki, przybliżył japońskie regulacje prawne, co umożliwiło panu Konstantemu i zmuszonej do tego siłą pani Łucji za pomocą przekonywującej perswazji i to nie tylko słownej, ekspresowo przeprowadzić adopcję dwóch sierotek. Po niedługim czasie, ale za to po długiej i wyczerpującej podróży cała szczęśliwa czwórka, właściwie trójka plus pani Łucja wylądowali u nas w Polsce i odtąd żyli pokonując różnorodne problemy, jak to bywa w pełnych rodzinach, w naszym kraju. Panu Konstantemu po tych perypetiach rude włosy lekko osiwiały, z kolei pani Łucji się przerzedziły, ale grali nadal dobrze rozumiejące się starsze małżeństwo. Tak też nadal grali na Holmie. Znaleźli się na wyspie trochę w niefortunnym dla siebie czasie. Pan Konstanty, po z sukcesem zakończonym kontrakcie z kiszoną kapustą, szykował już następny. Nie ryzykował tego samego towaru, zmienił asortyment, ale nie opakowanie. Podpisał kontrakt z tym samym japońskim inwestorem na dostawę tym razem kiszonych ogórków. Oczywiście w dębowych beczkach, o określonej wielkości, i zbudowanych z drewna dębowego o określonym, dostojnym wieku. Chodziły słuchy, ale to nie były sprawdzone informacje, że dwie gejsze były zaliczką na przeprowadzenie nowej umowy. Ogórki były zakontraktowane już w styczniu, posiane w maju, zbiory odbywały się w lipcu, po bardzo gorącym lecie. Drewno dębowe suszyło się już od dłuższego czasu, nastąpił okres kiszenia. Później budowa beczek i napełnianie ich ogórkami i sokiem ogórkowym. Wszystko było już gotowe do transportu, statek czekał na redzie, fracht został zapłacony, podatki uiszczone. Transakcja ta jednak nie została zrealizowana, nadszedł jeden z pechowych miesięcy i pan Konstanty, Pani Łucja, Flora i Klara zostali uwięzieni na Holmie. Nie wiadomo co się stało z przygotowanym towarem, pewnie został skonfiskowany przez służby celne. Początkowo te nawoływania męża przez żonę mnie trochę dziwiły, później stały się stałym elementem pobytu na wyspie. Gdy tylko słyszałam "jestem, jestem, nie kłopocz się maleńka" wypowiadany, właściwie wyśpiewywany w charakterystycznym gulgocie pana Konstantego i dochodzący z przeróżnych ukrytych zakamarków, gdzie spacerował wraz ze swoimi córkami, wiedziałam, że poszukuje go rozdrażniona żona. Aż doszło do pewnej zawstydzającej nie tylko ich, ale też mnie, jako odpowiadającej za porządek na wyspie, sytuacji. Otóż pewnego razu podczas przeprowadzania standardowego, nocnego obchodu, oświetlając teren latarką, zauważyłam pod barakiem, który zajmowało małżeństwo Konstantego i pani Łucji wraz z dwoma córkami, śpiącą na zewnątrz pod oknem, przykrytą starym kocem osobę. Podeszłamm bliżej, zaciekawiona kto tam leży, ściągnęłam koc, pod nim leżała, drżąc z zimna, pani Łucja. - Co pani tutaj robi o tak późnej porze? - zapytałam zdziwiona. - Próbuję zasnąć - odpowiedziała zaskoczona, że nakryłam ją w takiej sytuacji.. Co powinnam uczynić? Zastanawiałam się czy sama tak zdecydowała, ponieważ w baraku było za ciepło, ale przecież był styczeń, czy Konstanty z córkami ją wyrzucił, bo w czymś im przeszkadzała? Nie mogłam jednak pozwolić by starsza pani marzła pod oknem. - Proszę ze mną - podałam jej rękę, wstała i razem weszliśmy do środka. Ukazał nam się tak niecodzienny widok, że Pani Łucja ręką ze wstydu zakryła oczy, ja też powinnam to zrobić, ale moim obowiązkiem było działać a nie czekać i patrzeć. Na tapczanie leżał nagusieńki Pan Konstanty, jego krótkie nóżki zwisały po bokach tapczanu a tłusty brzuch rozlewał się na wszystkie strony. Na górze, na jego głowie siedziała Klara, w której czółenko wpijały się usta pana Konstantego. Z olbrzymiego brzucha natomiast ześlizgiwała się, nie mogąc się na nim utrzymać Flora, wchłaniając w siebie podbrzusze pana Konstantego. Z racji podobieństwa trudno było odróżnić, która jest Klara, a która Flora, zwłaszcza, że obie były Japonkami i do tego nie miały na sobie żadnego stroju. - Co to za akrobacje? - nie wytrzymałam, patrzyłam zdumiona. - Masaż, japoński masaż pani porucznik - zagulgotał odrywając usta spod Klary lub Flory pan Konstanty. - Może pan powiedzieć, dlaczego Pani Łucja śpi na zewnątrz a nie w swoim łóżku? - Zapraszałem ją do nas, nie chciała. - Ja miałabym uczestniczyć w tych bezeceństwach? - powiedziała z pogardą pani Łucja zakrywając cały czas oczy - Niedoczekanie moje. - Nikt jej nie kazał uciekać, mogła zostać - zagulgotał znowu pan Konstanty. - Byś się wstydził Kostek, w tym wieku oddawać się rozpustnym igraszkom - żona nie dawała za wygraną. Gdy Flora i Klara zeszły z ciała pana Konstantego a on wstał i zarzucił szlafrok, opuściła ręce i otworzyła oczy. - Skąd wiesz, że to rozpustne igraszki jak miałaś zamknięte oczy? To był masaż. Codziennie go zażywam. Też mogłabyś to robić. - Z tobą? - Wszyscy razem. Ty, ja, Flora i Klara. - Nigdy - powiedziała stanowczo. Miałam dosyć tej yskusji. Masaż czy coś innego, to nie podobała mi się ta zabawa. - Ostrzegam pana, panie Konstanty, to są pańskie córki, chociaż adaptowane, to zgodnie z literą prawa to córki. Jeżeli sytuacja się powtórzy, będę musiał zgłosić w odpowiednim urzędzie, że dopuszcza się pan przestępstwa kazirodztwa. Jako prawnik, wie pana co może panu grozić? - Proszę dalej nie mówić pani porucznik. Dobrze wiem. - W takim razie nakazuję panu zaopiekować się panią Łucją. Nie chcę więcej ją spotkać w nocy leżącą na zewnątrz i drżącą z zimna pod brudnym kocem - wyszłam z baraku, nie zwracając mu uwagi, że w krótkim odstępie czasu awansował mnie dwukrotnie na stopień oficerski, co mi właściwie było obojętne. Usłyszałem jeszcze jego nieznośne gulgotanie, jakim zaczął obdarzać swoją żonę. Sytuacja przez pewien okres była stabilna, to znaczy pani Łucja nocowała w baraku a ja nie dociekałam czy śpi spokojnie, czy też wprowadzona przez pana Konstantego w tajniki masażu japońskiego, bierze w nim czynny udział, wraz z Klarą i Florą. Po jakimś czasie jednak zaszły w zachowaniu rodziny znaczące zmiany, gulgotanie pana Konstantego znacznie zmniejszyło częstotliwość, na wyspie nie słychać było okrzyków pani Łucji, "Kostek, Kostek". Byłam spokojna widząc jak razem trzymali się za ręce siedząc na progu swojego baraku. Jednak nie widziałam Klary i Flory. Co się z nimi stało? - zastanawiałam się. Pewnego dnia zapytałam panią Łucję. - Gdzie się podziały Klara i Flora? - Zaniemogły, leżą w łóżeczkach - spokojnie odpowiedziała. W jej głosie wyczułam pewien rodzaj zadowolenia, nawet mogłam pokusić się o stwierdzenie, że tryskała radością wypowiadając te słowa. No tak, myślałam, dziewczyny zaniemogły, nie masują już pana Konstantego, w baraku nie dochodzi do erotycznych orgii, to nie dziwiłam się, że jest szczęśliwa i więcej chwil może spędzać ze swoim mężem. Minęły dwa, trzy miesiące a ja nadal nie widywałam ani Klary ani Flory. Za to w progu baraku na przemian siedział pan Konstanty albo pani Łucja, jakby pilnując wejścia przed postronnymi i ciekawskimi osobami. Wykorzystałam moment, kiedy w progu nikogo nie było, weszłam do wnętrza. Widok jaki zastałam zaskoczył mnie. Na jednym łóżku, okrytym słomą, wyciągniętą z siennika leżała Klara, na drugim, też w słomie leżała Flora. Pan Konstanty z panią Pani Łucją stali obok z ręcznikami jakby przygotowując się do kąpieli. Rzuciło mi się w oczy, że Flora i Klara mają wzdęte brzuchy, pomyślałam, że najadły się dużo jakiejś pęczniejącej strawy. Pan Konstanty podszedł do mnie. - Dziewczęta się źle poczuły, nie wiemy czy nie wzywać lekarza? - powiedział. - Żadnego lekarza, one nie są chore. - odpowiedziała pani Łucja. Przyglądałam się podejrzliwie całemu towarzystwu, coś zaczęło kiełkować w mojej głowie. - Co tu się stało? - zapytałem. - A co się miało stać? - niewinnie odpowiedziała pani Łucja. - One spodziewają się dzieci? - z moich ust padło ni to pytanie, ni to stwierdzenie. - No nie...nie, tak......, chyba nie - plątał się pan Konstanty. - Tak, są w stanie błogosławionym – odpowiedziała stanowczo pani Łucja. - Zaraz, zaraz, a kto jest ojcem? - kręciło mi się w myślach. Pan Konstanty bezradnie rozłożył ręce, odwrócił głowę i wpatrywał się w swoją żonę, jakby tam szukał odpowiedzi. - Kostek, nie będziemy ukrywać, powiemy prawdę - stanowczo odpowiedziała pani Łucja - tak, Klara i Flora spodziewają się dzieci. Ja z moim mężem jesteśmy bardzo szczęśliwi. Wiele lat staraliśmy się o dziecko, bez rezultatu, chodziliśmy do najlepszych specjalistów, jeździliśmy do zagranicznych klinik, nic nie pomagało. Wpadałam w depresję, nie chciało mi się żyć, mdlałam ze złości jak widziałam spacerujące matki z dziećmi w wózkach. Lekarze rozkładali ręce, wszystko było niby z nami w porządku a dziecka nie mogliśmy mieć. A niedługo urodzą się. Jesteśmy szczęśliwi, nie będziemy tego ukrywać. - Co mam robić? - zdziwienie moje przerodziło się w zakłopotanie - muszę to zgłosić, poród wymaga specjalistycznego przyjęcia, trzeba wezwać doktora albo przewieźć je do kliniki. Kiedy to ma nastąpić? - Za dwa miesiące - ale proszę się nie martwić, poradzimy sobie. Przeszłam kursy pielęgniarskie, mam odpowiednie umiejętności, nie musi pani też nikomu zgłaszać tego faktu. - Tak, tak, pani porucznik - proszę nikomu nie zgłaszać – jeżeli moja żona tak twierdzi to na pewno poradzimy sobie – stwierdził stanowczo Konstanty. - Dlaczego leżą bezpośrednio na słomie, a nie na materacu? - zapytałam właściwie tylko dlatego, że nie wiedziałam co odpowiedzieć. - To japoński zwyczaj, poród wówczas przebiega bardziej naturalnie - pani Łucja miała przygotowaną odpowiedź na każdą moją wątpliwość. Dałam sobie i im spokój, przecież nie będę się zamartwiała, jeśli na świecie pojawią się noworodki, przecież będą miały odpowiednich rodziców, nawet w nadmiarze. Dzieci urodziły się bez problemów, zapewnienia pani Łucji o posiadanych pielęgniarskich kwalifikacjach potwierdziły się. Na świat przyszły dwie dziewczynki. Obje podobne do siebie jak dwie krople wody, małe czarne oczka, z głowy, na samym jej czubku wyrastały śmieszne kępki rzadkich włosków. - Jak cebulki, jak dwie cebulki - pani Łucja była zachwycona. Flora i Klara też przeszczęśliwe. Pan Konstanty dumnie przechadzał się po wyspie, mówił, czy też wydawał trudno zrozumiałe dźwięki. Dopóki Flora i Klara leżały w połogu, pani Łucja zajęła się wychowaniem dziećmi, przewijała, pielęgnowała, traktowała jak swoje. Konstanty też nagle stał się opiekuńczy i troskliwy, nie odstępował swojej żony i dzieci ani na krok, pilnował i nie dopuszczał do nich nikogo. Jak już Flora i Klara doszły do siebie próbowały odebrać dzieci od pani Łucji. I tu wystąpił problem. Pani Łucja nie chciała oddać dzieci. - Tyle lat czekałam, po nocach nie spałam, teraz muszę się nimi nacieszyć, później wam oddam. One były niecierpliwe. Codziennie rano podchodziły do pani Łucji i pytały. - To już? Możemy odebrać? - Jeszcze trochę. Jeszcze troszeczkę - odpowiadała niezmiennie pani Łucja. Pewnego poranka jedna z dziewczynek nie obudziła się. Pani Łucja była przerażona. Próbowała ja cucić, masowała brzuszek, robiła sztuczne oddychanie. Nic nie pomagało. - Przyducha. Gwałtowne śnięcie - ze smutkiem zawyrokowała. Przygnębieni byli wszyscy, nie tylko pani Łucja, Flora, Klara i pan Konstanty ale też wszyscy mieszkańcy wyspy, wszyscy uwięzieni. Przez te kilka dnia byliśmy szczęśliwi, cieszyliśmy się, że nawet będąc w niewoli można normalnie żyć i rodzić dzieci. Ponieważ urodzenia cebulek nikomu nie zgłaszałem to również śmierci jednej z nich również. Dziewczynki były podobne do siebie jak dwie krople wody to nie wiedzieliśmy która z matek jest tą właściwą, której dziecko umarło. Flora twierdziła, że to jej dziecko żyje, Klara odwrotnie. Próbowały odebrać pani Łucji pozostało przy życiu cebulkę. Krzyki i hałasy rozchodziły się po wyspie. Spokój na Holmie został zakłócony. Miałam dość kłótni. Zwróciłam się do pana Konstantego. - Proszę coś uczynić, by powrócił spokój. Pan jest mężem, ojcem i niech pan je wszystkie pogodzi. Do porozumienia nie doszło, kłótnie trwały nadal. Po kilku ponagleniach z mojej strony pan Konstanty obiecał, że uspokoi żonę, Florę i Klarę. Nie domyślałam się w jaki sposób chce tego dokonać. Pan Konstanty był prawnikiem, znał prawa nie tylko miejscowe ale również prawa przeszłe, historyczne. Jednego ranka zwołał na nabrzeże trzy swoje kobiety, chwycił niemowlę w ręce i powiedział. - Niech która powie, komu mam oddać dziecko, w przeciwnym razie wrzucam w rzeczny nurt. Liczę do dziesięciu. Pani Łucja, Flora, Klara stały przerażone w promieniach wschodzącego słońca. Przy liczbie osiem nie wytrzymała Flora. - Oddaj jej - wskazała na Klarę i zaniosła się płaczem. Pan Konstanty zawyrokował.. - Dzieckiem zajmować możecie się w trójkę lecz prawowitą matką jest Flora i jej wola jest najważniejsza. Spory ucichły, spokój wrócił na wyspę.
Laura Cztery siostry diakonisy zamieszkały w niewielkim baraczku, położonym na wschodnim skraju wyspy. Posiadały imiona narzucone im w klasztorze, Nadzieja, Narcyza, Nastazja, Nasturcja. Ubrane w szare, długie do kostek habity, wczesnym rankiem, kiedy jeszcze było ciemno, przed wschodem słońca, wychodziły z pomieszczenia i szły na niezabudowaną części wyspy. Ten fragment nie posiadał umocnionego nabrzeża, morski piasek naniesiony przez rzeczne wody uformował kilkudziesięciometrowy odcinek piaszczystej plaży. Siostry zdejmowały sandały, zanurzały gołe stopy w piasku, podnosiły ręce do góry i głośno modliły się. Najpierw odmawiały Zdrowaś Mario, Ojcze nasz, później wyśpiewywały religijne pieśni. Trochę było mi nie na rękę, w wojsku przyzwyczajono mnie do regularnego wstawania, także pieśni wybudzały mnie zbyt wcześnie. Po pewnym czasie przyzwyczaiłam się, siostry miały ładne głosy, ich pieśni były bardzo melodyjne i zawierały piękne słowa. Leżąc wsłuchiwałam się w nie i chociaż sama nie byłem praktykującą katoliczką, to robiły na mnie wrażenie. Przypominały mi wczesno dziecięce lata, gdy jeszcze z mamą chodziłam do kościoła i razem obchodziliśmy religijne święta, ojca jak zawsze nie było z nami. Siostry uprawiały też pomidory, zagospodarowały niewielki fragment wyspy, skopały, zagrabiły, posadziły niewielkie sadzonki, które wyhodowały z nasion przywiezionych z klasztoru. Chociaż wszystkie, ukryte pod habitami, były podobne do siebie, to na podstawie ich zachowania podczas pracy w ogródku stwierdziłam, że pomiędzy nimi panuje pewna hierarchia. Podczas obserwacji, którą prowadziłam z nudów pewnego wiosennego dnia, zauważyłam, że pracami przewodzi siostra Nadzieja. Ona wydawała polecenia, przydzielała narzędzia, mówiła jak sadzić, jak gęsto, w jakim rozstawie. Decydowała o przerwach, podczas których siostry kładły się na rozgrzanym słońcem piasku rzecznym na brzuchach i wkopywały się jakby chcąc się ogrzać się. Nadzieja wydawała się być doświadczoną siostrą przełożoną. Poranne i wieczorne modlitwy, codzienna praca w ogródku, tak czas na wyspie wypełniały siostry diakonisy. Prowadziły spokojny, regularny tryb życia. Tak myślałam na początku ale z biegiem czasu stwierdziłam, że ich życie to nie są przysłowiowe kolorowe sny. Pomiędzy siostrami Narcyzą i Nastazją wyczuwałam niezbyt przyjazną atmosferę. Panowało między nimi jakieś niezrozumiałe dla mnie napięcie. Prychnięcia, współzawodnictwo, krzywe spojrzenia, przepychania. Sprawiały wrażenie jakby przeżyły niedawno jakieś traumatyczne zdarzenia, które spowodowały wzajemną niechęć i animozję, i uczucia te były tak silne, że siostry chociaż skłócone, to nie były w stanie się rozstać. Jakby przebywając razem pragnęły udowodnić, że w przeszłości każda z nich mała rację. Iskrzyło między nimi. Wyczuwałem w powietrzu jakąś tajemnicę, której nie mogłam rozszyfrować. Coś głęboko ukrytego, co czasami wypływało na powierzchnię, ujawniało się i powodowało ich rozdrażnienie. Nadzieja zachowywała spokój, tonowała zatargi, modląc się o pogodę ducha dla wszystkich sióstr. Siostra Nasturcja wyróżniała się pośród nich, sprawiała wrażenie tak jakby jej na niczym nie zależało. Jakby żyła w innym świecie, świecie pozaziemskim a na ziemi znalazła się pod przymusem. Zamyślona, zawsze na końcu szeregu, siostry poruszały się jedna za drugą, z głową pochyloną do ziemi. Nigdy nie zauważyłam jaki jest kolor jej oczu. Jej szary habit był znacznie obszerniejszy, o dwa numery za duży, podczas pracy w ogródku siostry podwijały habity do pół łydki, by ich nie zabrudzić, jej ciągnął się po ziemi, gdy niezręcznie i niechętnie machała motyką. Sprawiała wrażenie, że najchętniej zapadła by się pod ziemię i zniknęła z ziemskiego padołu. Tak jak każda tajemnica, która nie trwa wiecznie, także ta znalazła swój, wydawało się niemożliwy do wyjaśnienia, koniec. Tragiczny koniec. Nieszczęście stało się podczas porannej modlitwy, siostry odprawiały swój codzienny rytuał. Przebudzona wsłuchiwałam się w ich śpiewy, gdy przybiegła siostra Nadzieja i przerażona powiedziała, że jedną z nich trafił grom z jasnego nieba. - Jaki grom? Jasny? Z nieba? - niedowierzałam jej chaotycznym, naprędce wypowiadanym słowom. - Siostra Narcyza leży bezwładna. Proszę natychmiast przyjść na brzeg - rozgorączkowana machała rękami i już drobnym kroczkiem truchtała z powrotem. Pośpieszenie ubrałam się, pobiegłam za nią. Na brzegu leżała siostra Narcyza, wokół niej stały pozostałe, przerażone. Chociaż nie, siostra Nasturcja wydawała się obojętna, jej zachowanie było takie jak wcześniej, tak jakby nie rozumiała zdarzenia. Przyglądała się leżącej siostrze Narcyzie bez współczucia. - Pójdzie do piekła - cicho powiedziała. Podeszłam do leżącej, dotknęłam szyi, nie wyczułam pulsu. Habit w okolicy piersi był lekko zabrudzony, odchyliłam go, zobaczyłam tuż pod ramieniem osmaloną ranę. Podniosłam głowę, słońce świeciło, w oddali zauważyłam pojedynczą chmurę jak niepostrzeżenie i niezdarnie umykała, nie będąc pewna czy dobrze wypełniła zadanie. Zabłąkany piorun trafił siostrę, gdy ku chwale podnosiła ręce w górę, do nieba. - Wypadek losowy, zdarza się - powiedziałam do zrozpaczonych sióstr. Poleciłam zabrać ciało do groty znajdującej się na krańcu wyspy i przygotować do pochówku. Poprosiłam panią Łucję o obmycie ciała. Wyraziła na to zgodę, przyszła z niezbędnymi przyrządami. Wracałam już do siebie, gdy usłyszałem niespokojne krzyki. - To ksiądz! To jest facet! - przerażona Łucja wybiegła z chłodnego pomieszczenia. - Proszę się uspokoić - byłam zmęczona zaistniałymi zdarzeniami. - To nie siostra! To nie kobieta! - powtarzała rozgorączkowana pani Łucja. Wróciłam do groty. Na stole leżało nagie ciało mężczyzny. Byłam zaskoczona. Mężczyzna w kobiecym habicie? W jakim celu? Co ukrywano przede mną? Poprosiłam siostrę Nadzieję o wyjaśnienia. Była roztrzęsiona, raz śmiercią, drugi raz wiadomością, że pod habitem siostry ukrywał się nieznany mężczyzna. - Jak to możliwe? Jak to się stało? Nie wiem, nic nie wiem, to była przecież siostra Narcyza - powtarzała nieskładnie. Zrozumiałam, że się nie dowiem ponieważ w tym temacie nic nie wie. Jeżeli już, to tylko siostra Nastazja może wyjaśnić tajemnicę i należy ją zapytać. Zwróciłam się do niej. Siostra Nastazja była bardzo przybita tym wydarzeniem. Bardzo smutna. Ale powiedziała coś, co dało mi do myślenia. - Przewidywałam, że tak to się skończy. - Jak? - Jakimś nieszczęściem. To nam się należało? - Komu się należało? - Nam. I myślę, że to jeszcze nie koniec. Ciąg dalszy nastąpi. - Może siostra to wyjaśnić? Muszę spisać protokół z zaistniałego zdarzenia. - Tak, powinnam to opowiedzieć. Zrzucić z siebie odpowiedzialność. - Proszę mówić. - Siostrą jest tylko Nadzieja. My przechodzimy okres próbny. - Czyli nie jesteście jeszcze przekonane do życia w klasztorze? - To wyobrażenie dalszego życia, rzeczywistość jest inna. Mam na imię Elke, imię Nasturcji to Laura, Narcyza jest, właściwie była, Andrzejem. Przyjęliśmy takie imiona wstępując do zakonu. Historia naszej trójki to pasmo niepowodzeń i nieszczęść - siostra Nastazja zamyśliła się - chociaż nie, były też chwile radosne i podniosłe. Zakończenie, takie jak pani widziała. I może tylko częściowe, nie wiemy co będzie dalej. Siostra Nastazja opowiedziała dręcząca ją historię. Myślę, że musiała komuś to opowiedzieć, po naszej rozmowie poczuła się jakby zrzuciła przygniatający ją ciężar.
Laura z Elke spotkały się w pierwszej klasie liceum ogólnokształcącego na Polankach. Wcześniej znały się z widzenia, mieszkały na tej samej ulicy. W szkole usiadły w jednej ławce i od tej pory stały się nierozłącznymi przyjaciółkami. Uczyły się, wolny czas spędzały razem, kino, spacery, rozrywki. Spotykały się w swoich mieszkaniach. Rodzice dziewcząt też się zapoznali, odwiedzali się nawzajem. Z czasem dziewczęta wydoroślały, nabrały kobiecych kształtów. Obie były ładne lecz Laura przewyższała urodą nie tylko Elke, lecz również inne dziewczęta ze szkoły. Chłopcy oglądali się bardziej za Laurą. To czasami wzbudzało zazdrość Elke. Była zła, złość jednak szybko mijała i stosunki pomiędzy nimi wracało do normy. Trudno powiedzieć czy Elke zakochała się w Laurze, ale pewna część prawdy w tym była. Na pewno Laura bardzo jej się podobała i w jakiś tajemniczy sposób przyciągała. Lubiła z nią przebywać bardzo blisko, czuć jej zapach, dotyk. Spacerując trzymały się za ręce, widziano jak mocno przytulały się w parku. Laurze być może to imponowało, lecz nie traktowała uczucia jakim ją obdarowywała Elke zbyt poważnie. Ot takie dziewczęce podkochiwania. Nie domyślała się, że dla Elke stała się bardzo ważną osobą. Pierwsze oznaki poróżnienia pomiędzy nimi nastąpiły w czwartej klasie, zaraz po studniówce w szkolnej auli, na którą zaproszono kilku zeszłorocznych absolwentów, wśród nich Andrzeja. Zwyczajny chłopak średniego wzrostu o mocno błękitnych oczach. Ten błękit oczarował Laurę. Spędziła studniówkę w towarzystwie Andrzeja. Elke nie mogła przeboleć widząc ukochaną w parze z chłopakiem, upiła się, zasnęła przy stoliku. Koleżanki odwiozły ją do domu. Od tego czasu stosunki pomiędzy dziewczętami jakby ochłodziły się, rzadziej się spotykały. Był to też czas intensywnej nauki, przygotowanie do matury i egzaminów wstępnych na uczelnię. Elke zamierzała studiować pedagogikę specjalną na Uniwersytecie, Laura wybrała medycynę na Akademii Medycznej. Od roku studiował tam Andrzej, co bardzo denerwowało Elke. Zdecydowała się na poważną rozmowę. Spotkały się w oliwskim parku, tuż przy grocie szeptów. Elke zarzuciła Laurze, że ją zaniedbuje, jakby o niej zapomniała, unika jej, nie odpowiada na telefony. - Przecież tyle lat jesteśmy razem. Dlaczego niszczysz nasz związek? - Związek? - Nasz związek. Mój z tobą. - Przecież lubimy się. Oczekujesz czegoś więcej? - Tak. Chcę, byś nie spotykała się z Andrzejem. - Dlaczego? - Nie lubię jak się z nim ściskasz. - Ja go kocham. - A mnie? Mnie nie kochasz? Laura nie odpowiedziała, Elke traktowała jak koleżankę, bardzo dobrą koleżankę, ale nic więcej. Wspólne spacery, dotyk, przytulanie, przecież to nie była miłość, o której myślała. Prawdziwa miłość to związek kobiety z mężczyzną i o tym marzyła. Elke nie dawała za wygraną. - Nie pamiętasz naszych szeptów w tym parku wypowiadanych? - To taka zabawa. - Słowo kocham to dla ciebie tylko zabawa? - Tak, to tylko zabawa. Chociaż powiedziała, że kocha Andrzeja to do prawdziwej miłości im było daleko. Ich związek nie polegał na tym, o czym myślała Elke. Trzymanie się za ręce, wypady do dyskotek, wspólnie spędzany czas. Chociaż Andrzej pragnął więcej to Laura go powstrzymywała. Nie mogła się przemóc, by ofiarować Andrzejowi coś więcej. Nawet się jeszcze nie pocałowali a co to dopiero mówiąc o innego rodzaju zbliżeniu. Był w niej jakiś opór, jej zakochanie ograniczało się do głębokich spojrzeń, delikatnych dotyków. To Laurze wystarczało. Na wszystko przyjdzie czas, powtarzała sobie, przecież jesteśmy młodzi, jeszcze się uczymy. Nie zauważała zdenerwowania Andrzeja, jego podniecenia, gdy próbował ją mocniej przytulić a ona w tym momencie go odpychała. Pozostały do matury czas obie koleżanki poświęciły nauce, która przyniosła efekty, zdały celująco. Poziom nauczania w ich szkole był najwyższym w miescie, nic dziwnego, że wyniki osiągane przez uczniów były znakomite. Nadszedł czas letnich balów. Laura szykowała się na zabawę razem z Andrzejem, sąsiadka krawcowa uszyła jej piękną sukienkę, przymierzała ją, wyglądała cudownie, jak księżniczka. Uroczysty bal odbył się w eleganckim lokalu, na wzgórzu, niedaleko brzegu morskiego. Wodzirej powitał wszystkich uczestników, zainicjował pierwszy taniec. Elke nie miała partnera, przyszła na bal sama. Ubrana w zwykłą sukienkę, w której chodziła na co dzień do szkoły, usiadła przy ogólnym stoliku, przy którym siedziały samotne osoby. Laura bawiła się na balu razem z Andrzejem w świetnej atmosferze. W tłumie zauważała nadąsaną koleżanką. Elke udawała swoją obojętność, jednak skrycie obmyślała plan zemsty za uczucie, którego koleżanka nie uszanowała i odrzuciła. Czuła się odtrącona, sponiewierana, pognębiona. Wyczekała momentu kiedy Laura, podczas przerwy orkiestry opuściła parkiet i udała się do toalety. Andrzej został sam, trochę porozmawiał ze znajomymi, później usiadł przy stoliku. Elke podeszła i zaprosiła go na nocny spacer po plaży. - Krótki spacerek, zanim Laura wróci będziemy z powrotem - przekonywała. Nie miał nic przeciwko temu, gorący czerwcowy wieczór sam napraszał się by go wykorzystać i ochłodzić się powiewem morskiej bryzy. Elke mocno przylgnęła do partnera, jeszcze w lesie zanim doszli do plaży, włożyła jego rękę pomiędzy swoje bujne piersi, rozpinała sukienkę, ściągała kolorowe majteczki specjalnie zakupione na tę okazję. Andrzej dał się ponieść podnieceniu narzuconemu przez Elke. Pomogło mu w tym jeszcze kilka kieliszków alkoholu, które zdążył wypić. Na piaszczystej plaży, przy szumie morskich fal posiadł dziewczynę w miłosnym uścisku. Laura nie znalazła w sali balowej Andrzeja, ktoś jej powiedział, że widział go z Elke jak szli w kierunku plaży. - Uważaj, byli objęci - mrugnął porozumiewawczo jeden z kolegów - i to mocno objęci. Laura poczuła ukłucie w okolicach serca, biegła przez las. Nie, nie zrobią mi tego, pomyślała, nie zdradzą mojego uczucia, moich marzeń, mojej przyszłości. Wbiegła na szeroki pas plaży, nie musiała ich szukać, prawie się o nich potknęła. Andrzej na wpół rozebrany leżał na Elke, oboje zamknięci w swoich ramionach, dysząc oddawali się miłosnej igraszce. Laura szarpała Andrzeja próbowała go ściągnąć z Elke. - Tak! To tak! Tak wygląda miłość!? - krzyczała, płakała. Elke uwolniła się, wyszła spod uścisku Andrzeja, powstała, otrzepywała morski piasek z nagiego ciała. - Tak, właśnie tak - pogardliwie powiedziała - masz swojego Andrzeja, zobacz co jest warta jego miłość? - Nie, nie! Dlaczego to zrobiliście? - Dlaczego? Nasza miłość mogła być piękniejsza! - Piękniejsza? - Tak! Ty z niej zrezygnowałaś. Zrozpaczona Laura, szarpała za ramię raz Andrzeja, raz Elke. - To nie tak, to niemożliwe, jak mogliście to zrobić? - powtarzała, w jej oczach pojawił się ognik szaleństwa. Nie panowała nad swoim zachowaniem. Andrzej stał z boku, próbował coś tłumaczyć, plątał się. Chwycił Laurę za rękę. - Uspokój się. Wszystko wyjaśnię. To nieporozumienie. Ona wyrwała się, błędnym wzrokiem rozglądała się wokół siebie. Jakby nie widziała ani Andrzeja, ani złośliwie uśmiechniętej Elke. Coś zaświtało w jej głowie, jakaś straceńcza myśl się pojawiła, niezrozumiały i niebezpieczny, samobójczy odruch. Rzuciła się biegiem po plaży, potykała się o piękną, białą suknię, z trudem wspięła się na pobliski wysoki klif. Stanęła na jego szczycie, spoglądała w horyzont, grymas uśmiechu pojawił się na jej twarzy, gdy ujrzała wynurzającą się z morskiej toni olbrzymią, złoto krwistą kulę słońca. Mocno odepchnęła się od miękkiej nawierzchni klifu, rzuciła się głębię, na kamieniste podłoże. Andrzej z Elke podbiegli. Widok leżącej na skałach, w poszarpanej i zakrwawionej sukni, dziewczyny poraził ich. Laura przeleżała w szpitalu dwa miesiące. Opuściła szpital o kulach, które jeszcze przez następne dwa służyły jej przy chodzeniu. Do sprawności fizycznej jako takiej doszła, jednak do pełni władz umysłowych nie. Coś jej się w głowie zacięło, rozpoznawała koleżanki, kolegów, wiedziała kim jest Elke i Andrzej, ale nie odzywała się. Przyglądała się i milczała. Jeśli coś mówiła to tylko krótkie, słowne komunikaty do rodziców, prosząc o konkretną rzecz. O studiach nie było mowy. Pewnego, jesiennego poranka wyszła z domu i już nie wróciła. Zaniepokojeni rodzice zgłosili zaginięcie na policję, poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Andrzej z Elke zaprzyjaźnili się, jednak bliskość, jaką przeżyli podczas pamiętnej nocy nie powtórzyła się. Byli razem ale tak jakby osobno. Cień tragedii wkradł się pomiędzy nich. Razem postanowili szukać Laury. Od dziewczyny, która porzuciła życie zakonne dowiedzieli się, że przebywa w żeńskim klasztorze diakonis w miejscowości na Warmii. Elke pojechała tam, spotkała się z siostrą Nasturcją, bo takie imię Laura przyjęła. - Wybaczysz mi? - zapytała, kiedy usiadły w skromnej celi. - Pan Bóg wybacza, nie ja. - Poprosisz Boga o wybaczenie dla mnie? - Sama możesz o to poprosić. Nie muszę być pośrednikiem. Elke długo się nie zastanawiała, po powrocie do Gdańska porozmawiała z Andrzejem. Zrozumiał ją, ale powiedział, że Bóg musi przebaczyć im obojgu, nie tylko jej. Elke rzuciła studia na wydziale pedagogicznym, Andrzej medycynę. Przebrał się, założył wąskie spodnie, bluzkę Elke, jego głębokie, błękitne spojrzenie upodobniało go do młodej, niewinnej dziewczyny. Oboje zgłosili akces do klasztoru, przyjęli imiona Nastazja i Narcyza i na okres próbny zostali przyjęci do siostrzanej wspólnoty. Mogli codziennie widywać się z siostrą Nasturcją. Siostra Nastazja zakończyła swoją opowieść. Milczałam, trudno mi było zrozumieć tragedię tej trójki i historię ich wzajemnej, nieszczęsnej miłości.
Pani Łucja nie zdecydowała się na obmycie i przygotowanie ciała mężczyzny, poprosiłam o to pana Konstantego. Zmieniłam płeć i imię w prowadzonej ewidencji uwięzionych. Wykreśliłem siostrę Narcyzę, wprowadziłem brata Narcyza vel Andrzeja. Po śmierci Andrzeja dziewczęta zbliżyły się do siebie. Wydawało mi się, że siostra Nasturcja jakby odżyła, już nie widziałem jej postaci ze spuszczoną głowę, wręcz przeciwnie, widać było jej piękne brązowe oczy. Założyła habit o dwa numery mniejszy, nawet zauważyłem pewnego razu jej zgrabne łydki. Jakby odblokowała się psychicznie, była śmielsza, uśmiechała się. Siostra Nastazja delikatnie próbowała nawiązać bardziej bezpośredni niż dotąd stosunek z jej ukochaną koleżanką. Spacerowały, rozmawiały, śmiały się. Siostra Nadzieja nie wtrącała się w wewnętrzne sprawy podwładnych, cieszyła się, że były radosne i wspólnie modliły się. Pokój przedzieliły na dwa pomieszczenia, w jednym spała siostra Nadzieja, w drugim siostry Nastazja i Nasturcja. Początkowo w oddzielnych łóżkach, później z powodu panującego na wyspie zimna przeniosły się do jednego. Siostra Nastazja czule pieściła swoją ukochaną, do której tak długo tęskniła. Nasturcja odkrywała na nowo miłość, prawdziwą kobiecą miłość.
Sytuacja ulega zaognieniu, gdy pewnej soboty kuter, którym dowodził kapitan Friedl, mężczyzna o mocnej posturze, przywiózł księdza Tomka z siostrą Patrycją. Ksiądz Tomek w srebrnej sutannie rozglądał się niepewnie po wyspie, jakby nie rozumiejąc gdzie go przywieziono. Za nim dreptała siostra Patrycja w brązowej szacie. Umieściłam ich w baraku siostry Nadziei. Ksiądz, siostry, pomyślałem, na pewno znajdą wspólny język. Nic bardziej mylnego. Ksiądz Tomek i siostra Patrycja byli katolikami, siostry diakonisy ewangeliczkami. Dla mnie to nie miało znaczenia, dla nich niestety tak. Zaczęło się niewinnie. Ksiądz Tomek następnego dnia po przybyciu zarządził poranną mszę przed barakiem, na którą przybyły wszystkie siostry. Przygotował niewielki ołtarz, na krześle ustawił obraz Matki Boskiej, siostra Patrycja przystroiła kwiatkami. Modlitwa odbyła się w przyjaznej atmosferze, uczestnicy obejmowali się na znak pokoju, uśmiechali się do siebie, przyjęli komunię świętą w formie opłatków, ulepionych z miąższu chlebowego. Ksiądz Tomek przewodniczył mszy, siostra Patrycja służyła, pełniła rolę ministranta. Rozeszli się w przyjaznej atmosferze. Następnego poranka msza odbyła się również ale już bez sióstr diakonisek. Nadzieja wraz z siostrami Nastazją i Nasturcją modliły się tradycyjnie na brzegu wyspy, stojąc bosymi stopami w plażowym piasku, wznosząc ręce do nieba. Ksiądz Tomek przerwał mszę, podbiegł do sióstr. - Zapraszam do ołtarza. Proszę na mszę. - My się tu modlimy - odparła siostra Nadzieja. - Na plaży? Tutaj Boga nie ma. - Bóg jest wszędzie, nawet na skrawku plaży. - Siostro Nadzieja, proszę się podporządkować kościelnym regułom. - Właśnie to robię. Ksiądz nie będzie mi narzucał swoich zwyczajów. - Msza święta jest moim zwyczajem? To herezja co siostra mówi. - Proszę nam nie przeszkadzać w modlitwie. Na tym rozmowa się zakończyła. Nadzieja ze swoimi siostrami nadal modliły się wznosząc ręce do nieba, ksiądz Tomek wraz z siostrą Patrycją odprawiali mszę przy ołtarzu przed barakiem. Tomek przyszedł do mnie z propozycją organizacji niedzielnej mszy dla wszystkich uwięzionych. - Pozwoli pani na uczestnictwo innych osób? - Nie mam nic przeciwko temu. Do kościoła chodziłam bardzo rzadko, właściwie ostatnio to w ogóle nie chodziłam. Wiara w Boga w naszym domu była obca. Mamę słabo już pamiętałam, ojciec cały czas w rozjazdach, w Akademii Wojennej uczestnictwo w uroczystościach kościelnych nie było mile widziane, właściwie to zakazane. Ksiądz Tomek zbudował większy ołtarz, siostra Patrycja jeszcze piękniej przystroiła, zawiadomili, że msza święta odbędzie się w niedzielę o godzinie dziesiątej przed południem. Na mszę oprócz księdza i siostry przyszedł pan Konstanty z panią Łucją. Siostry diakonisy modliły się na plaży. Po mszy ksiądz przyszedł do mnie. - Nie było pani na mszy. - Nie, nie było. - Dlaczego? - Mam inne obowiązki. - Chciałbym, by pani uczestniczyła w niedzielnych mszach i nakazała też to czynić wszystkim uwięzionym. Proszę wydać zarządzenie. Byłam mocno zaskoczona, że ksiądz zwraca się do mnie takim tonem. Tonem nakazującym. Co by nie sądził, na Holmie to ja byłam przełożoną. Dla wszystkich. - Nie wydam takiego zarządzenia. Kto chce to może uczestniczyć we mszy, kto nie ma takiej ochoty, to nie musi. - To pani ostatnie słowo. - Nie. Powiem jeszcze księdzu ostatnie. - Słucham. - Nadejdzie taki czas, że ludzie przyjdą do księdza bez przymusu i będą się gorąco modlić. Nadejdzie moment, że przybiegną i będą błagać o modlitwę, będą wsłuchiwać się w każde pańskie słowo. Będą szukać ratunku w spotkaniu z Bogiem i nadziei, że uratuje ich. - Przed czym? - Przed strachem, samotnością i śmiercią. Sama nie wiem dlaczego wypowiedziałam takie przesłanie. Byłam zdenerwowana, że ksiądz zwraca się do mnie tonem rozkazującym, jest bezczelny i każe mi robić to, co on chce. Nie przewidywałam, że podobne zdarzenia zajdą w rzeczywistości. Ksiądz Tomek odszedł. Nie byłam pewna czy zrozumiał moje ostatnie słowa. Wyczułam, że jest zły, że nie wydałam rozkazu modlenia się, ale przecież nie mogłam wydać obowiązku wiary w Boga, chyba nawet bym nie śmiała. Nie usłuchał mnie. Stał się bardziej nieustępliwy. Nagabywał siostry diakonisy, krzyczał na nie, siłą chciał je zmusić do uczestnictwa w swojej mszy. Jak się jeszcze dowiedział, właściwe to nie wiem od kogo, że siostry Nastazja i Nasturcja mają się ku sobie i pewnego wieczoru dojrzał przez okno, że obie kładą się do snu do jednego łóżka, to prawie oszalał z wściekłości. Piana wystąpiła mu na usta, krzyczał, odgrażał się, że przez takie bezeceństwa ogień piekielny pochłonie całą wyspę. Sodoma, Gomora, wykrzykiwał. Jego zachowanie stało się bardzo nieprzyjemne, siostra Nadzieja przyszła do mnie ze skargą. - Proszę coś uczynić, ksiądz Tomek stał się mocno napastliwy, krzyczy, wyzywa nas od bezbożników, heretyków. Boję się o swoje siostry, może stać się coś groźnego, ksiądz nie panuje nada swoimi emocjami. - Dobrze siostro Nadziejo, spróbuję z nim porozmawiać jeszcze raz. - To nic nie da proszę panią. Rozmawiałam z nim, prosiłam, błagałam, modliłam się. Na nic to się zdało. Jest zarozumiały i przekonany o swojej racji. Historia, dwa tysiące lat za mną stoi, proszę mi nie wmawiać swoich perwersji, krzyczał na mnie. On jest niereformowalny. - Spróbuję siostro - powiedziałam niezbyt pewnie. Wezwałam księdza Tomka. Przyszedł z siostrą Patrycją. Tak jak przewidywała Nadzieja rozmowa nie przyniosła spodziewanego skutku. - Myśli pani, że się poddam? Nigdy!- odpowiedział, gdy próbowałam go przekonać do bardziej racjonalnego i spokojnego zachowania - Na nic pani przemowy, na nic podchody siostry Nadziei, zasady wiary są wieczne i niezmienne a ja stoję na ich straży. Ja jestem przedstawicielem Boga, moim obowiązkiem jest wypełniać jego polecenia. Uprzedziłam go, że dalsze jego niestosowane zachowanie może się zakończyć jego deportacją z wyspy. - Nie obawiam się niczego - pewnie odpowiedział. Natręctwo księdza Tomka nie ustało, nadal męczył biedne siostry diakonisy. Nie miałam wyboru, musiałam go zamknąć w grocie. Krzyki księdza Tomka, początkowe głośne, później coraz słabsze aż przerodziły się w piski, słychać było na całej wyspie, wody roznosiły je po okolicach. Siostra Patrycja usiadła przed zakratowanym okienkiem i modliła się. Trwało to kilka dni, później sytuacja uspokoiła się, krzyki i piski ustały. Podeszłam do groty i zdziwiłam się. Wraz z siostrą Patrycją była siostra Nadzieja. Obie klęczały przed zakratowanym okienkiem i gorąco modliły się. Z drugiej strony okienka ujrzałem pochyloną postać księdza Tomka. Modlił się razem z nimi. - To już się pogodziliście? - zapytałam. Nikt nie odpowiedział, wszyscy byli pogrążeni w modlitwie. Nie chciałam im przeszkadzać. Zdjęłam kłódkę, otworzyłam drzwi na oścież, umożliwiając Tomkowi wyjście z groty. Oni jakby tego nie zauważyli, pochyleni nadal wypowiadali słowa modlitw. Sytuacja przybrała nieoczekiwany dla mnie obrót. Siostry diakonisy podzieliły się. Nie mogłam zrozumieć dlaczego, ale Nadzieja przeszła do księdza Tomka i siostry Patrycji. Przecież niedawno wręcz błagała mnie, bym powstrzymała gwałtowne zachowanie księdza Tomka a teraz uległa? Czyżby cierpienie księdza w grocie tak na nią oddziałało? Zlitowała się i w odruchu altruistycznym postanowiła zadośćuczynić żądaniom stawianym przez księdza? No cóż, przecież wszyscy wierzyli w tego samego Pana Boga i Jezusa Chrystusa. Siostra Nastazja nadal była z siostrą Nasturcją. I tak w grupkach spacerowały po wyspie. Nastazja z Nasturcją powolne, trzymające się za ręce. Tomek, szybki, gwałtowny, głośny i biegnące za nim drobnymi kroczkami Patrycja i Nadzieja. Był zadowolony. - Powoli wszystkie duszyczki wrócą do mnie- przekonywał gdy mnie zobaczył - Pani też prędzej czy później dołączy. Nie nastąpiło to, chociaż nie protestowałam, gdy wypowiadał te słowa. Nastąpiły inne zdarzenia. Pewnego dnia podczas obchodu zauważyłam dwie piękne kobiety siedzące na nabrzeżu, ubrane w sukienki, wpatrzone w wodę, machające nogami. Zdziwiłam się skąd i jak te śliczne istoty tu się znalazły? Dopiero po chwili skojarzyłam, że są to siostry Nastazja i Nasturcja. Ich twarze okalały piękne, puszyste, fryzury, dotychczas ukryte pod kapturami habitów. Nastazja miała blond włosy, Nasturcja o odcieniu czarnym. - Co się stało z siostrami? Skąd takie przeistoczenie? - zapytałam lekko skonfundowana. - Nie jesteśmy już siostrami - równocześnie odpowiedziały, śmiejąc się radośnie - Zrzuciłyśmy czepce i zgrzebne habity. Od tej pory proszę do nas zwracać się po imieniu pani podchorąży. Dzisiaj wróciłyśmy do siebie. O teraz jesteśmy z powrotem Laurą i Elke. - To tak można? - zapytałam - Tak nagle? Z dnia na dzień? - Można, można. Dlaczego nie? - śmiały się radośnie. Były tak szczęśliwe, przesycone uśmiechem, radością, także też moja dusza, moje wnętrze wypełniło i przesyciło się tą radością. Zapragnęłam je przytulić, zatańczyć, cieszyć się ich szczęściem, radować się z całym otaczającym nas światem. Ksiądz Tomek ze swoim siostrami krążył wokół. Widać było po nim, że jest sfrustrowany i zły, ale nie mógł nic uczynić. Nie posiadał takiej mocy, by zmienić decyzję dziewcząt. - To się źle skończy dla wszystkich - wygrażał. Tak, miał rację, to się źle skończyło dla nas wszystkich. Szczęścia los nie lubi, wielkiego szczęścia nie zniesie, wszystko zrobi by mu zapobiec, by unicestwić beztroskę, radość, obrócić je w mękę i upokorzenie. Los się z nas naigrywa. Na wyspie nadszedł czas jesiennych sztormów. Wiały wiatry wschodnie, do rzeki wlewały się olbrzymie ilości wody z morza. Spowodowało to niespotykane od wielu lat, przemieszczenia mas morskiej wody. Powstawały olbrzymie fale, które z wściekłością uderzały o brzeg powodując jego poważne zniszczenia. Pewnego dnia jedna z fal, ujściowym odcinkiem rzeki zbliżała się do wyspy. Siostry Nastazja z Nasturcją, właściwie Laura z Elke siedziały na nabrzeżu, machały nogami, radosne, uśmiechały się. Nic nie zapowiadało nieszczęścia. Wiatr co prawda wiał, rzeka była wzburzona lecz dla młodych, zakochanych dziewcząt taka pogoda nie stanowiła przeszkody, by być pogodnym i szczęśliwym. Nie zauważyły nadbiegającej, niszczącej fali. A ona wynurzyła się nagle, gwałtownie, złowieszczo. Trudno było się domyślić z jakim zamiarem nadchodzi. W ostatniej chwili, jeszcze nieświadome zła, nie przewidując co może się zdarzyć, dziewczęta przytuliły się do siebie, chcąc być razem. Fala przykryła je obie. Później tak jak gwałtownie przyszła, tak gwałtownie odeszła. Myślałam, że nie poczyniła wielkich szkód, może zabrała jakieś przedmioty, krzaki, pojedyncze drzewo. Na nabrzeżu zauważyłam jednak tylko jedną osobę. Podbiegłam. Laury nie było. Elke stała jak słup soli, przerażona. Spojrzała na mnie, w milczeniu podniosła rękę wskazując w stronę odchodzącej w kierunku morza fali. - Ona…, ona tam jest - wyszeptała i padła nieprzytomna na ziemię. Próbowałam ją ocucić, nie dawała znaku życia. Rozglądałam się przerażona, nadbiegł pan Konstanty. Pochylił się nad ciałem Elke, przytknął głowę do jej piersi. - Serce stanęło. Koniec - powstał, zdjął kapelusz. Nie mogłam zrozumieć zaistniałego zdarzenia. - Dlaczego? Kto do tego dopuścił? - Miłość, samotność, udręka. To są przyczyny. Serce wówczas pęka. - Dlaczego? Dlaczego? - powtarzałam nierozumnie. - Chciałaby pani żyć bez miłości? W samotności? W udręczeniu? Wrażliwe istoty tego nie wytrzymują. - Tak nagle, dwie piękne istoty? Jak to możliwe? - Niezbadane są wyroki boskie - usłyszałem głos księdza Tomka. Zjawił się wraz z dwoma siostrami - Widocznie zasłużyły sobie na taki los - w jego głosie wyczułem satysfakcję. - Jak ksiądz może - odpowiedział pan Konstanty - piękno budziło się dopiero do życia i zostało stłumione w zarodku. Przyznałam mu rację, w prostych słowach wyraził również moje myśli. Ogrom wód jaki przedostał się z morza do rzeki, nie znajdując nigdzie ujścia, rozbijał się, szalał, wariował. Spowodował nie notowane do tej pory zagrożenie przybrzeżnych terenów. Groził wręcz zalaniem Holmu. Sztormy budziły niepokój wśród wszystkich uwięzionych na wyspie. Ja również czułam się nieswojo. Nigdy nie przeżyłam podobnej sytuacji. Podczas rejsów szkoleniowych na okrętach wypływaliśmy na morze, gdzie sztormy były gwałtowne i fale przelewały się przez burty statków, jednak takiej siły morza do tej pory nie zaznałam. Ksiądz Tomek próbował się przeciwstawić żywiołowi. Swój ołtarz przeniósł na najbardziej wysunięty na Holmie cypel, naprzeciw morskim falom. Na ołtarzu ustawił rzeźbę przedstawiającą wielkiego, brodatego mężczyznę, przypominającego króla Neptuna. - Bóg poradzi sobie z największymi falami. Możemy czuć się bezpieczni. Nadszedł taki dzień, właściwie taki wieczór, który sprawdził moc słów księdza. Nadeszły groźne fale, wyjątkowo groźne. Z hukiem przelewały się przez całą powierzchnię wyspy, burząc, niszcząc, zabierając za sobą napotkane przeszkody. Uwięzieni skupili się przy ołtarzu. Ksiądz Tomek zaintonował pieśń. - Zanosim błaganie, zanosim błaganie, ….przed strachem, samotnością i śmiercią, uchroń nas Panie, ……..zanosim błaganie, zanosim błaganie, ….…. przed strachem, samotnością i śmiercią uchroń nas Panie ……….zanosim błaganie, zanosim błaganie…. przed strachem, samotnością i śmiercią uchroń nas Panie….zanosim błaganie…… Pozostali dołączyli, głośny chór współbrzmiał z hukiem fal. Wielkość fal zwiększała się, ich huk i groźne grzmoty zagłuszały śpiewy. Widząc jak niebezpieczna jest sytuacja przerwałam modlitewne pieśni. Nakazałam wszystkim uwięzionym pochowanie się w barakach. Przestraszyli się nie tyle mojego rozkazu co też coraz bardziej napierającego żywiołu. Ksiądz Tomek nie posłuchał. Pozostał przy ołtarzu, wpatrzony w brodatego starca. Razem z nim Patrycja i Nadzieja. Dołączyła do nich też pani Łucja. Obserwowałam ich z dala, poprzez okienko piwniczne. Ksiądz Tomek przyparty do ołtarza, stał wyprostowany ze wzrokiem skierowanym ku górze, kobiety klęczały trzymając się za ręce. Modlili się do. Wzdrygnęłam się na widok jaki miałam za chwilę ujrzeć. W oddali zbliżała się od morza olbrzymia pieniąca się fala. Przerastała wszystkie, które nadeszły do tej pory. Otworzyłam okienko, krzyczałam, by uciekali, by się chronili, gdyż nie mają szans ze starciu z tym olbrzymem. Nie usłuchali, może nie usłyszeli. Fala uderzyła w nich z ogromną siłą. Starła ich z powierzchni wyspy. Przerażona spoglądałam jak odrywa księdza Tomka kurczowo trzymającego się ołtarza, jak zabiera klęczące siostry i panią Łucję. Poniosła ich ze sobą. Gdy już zniknęli nagle wszystko ucichło, sztorm się uspokoił, fale cofnęły się. Nastała cisza, cisza. Cisza, która swoim dźwiękiem przewyższyła wszystkie dźwięki, które w swoim młodym wieku usłyszałam. Pierwszy raz w życiu usłyszałam dźwięk ciszy. Niepokojący dźwięk ciszy. Opuściłam piwnicę, pobiegłam w kierunku ołtarza. Brodaty starzec stał niewzruszenie, jemu fala nie uczyniła żadnej szkody, spoglądał z góry swoim martwym wzrokiem, jakby obojętny na wszystko co się działo u jego stóp. Rozglądałam się wokół. Pustka, powyrywane resztki drzew, zniszczenia, naniesiony muł, piasek morski, muszle. Uradowałam się gdy zobaczyłem jak Pan Konstanty prowadzi poobijaną, roztrzęsioną panią Łucję. Podbiegłam do nich. - Gdzie pozostali? Gdzie ksiądz Tomek? Gdzie siostry Patrycja, Nadzieja? Chaotyczne słowa wychodziły z ust pani Łucji. - Potwór, olbrzymi, zębaty, szkaradny potwór wyszedł z morskiej głębi, porwał nas, ciągnął przez całą wyspę, aż wreszcie wchłonął księdza Tomka, siostrę Patrycję i siostrę Nadzieję. Zabrał ich na wieki. Mnie się udało, wyzwoliłam się z jego szponów w ostatniej chwili. Dzięki Bogu - schyliła głowę w kierunku posągu brodatego starca podobnego do Neptuna. Nie uwierzyłam jej, ani w szkaradnego, ani w zębatego potwora. Zarządziłam przeszukanie Holmu. Wszyscy uwięzieni wyszli z piwnic, grot, rozeszli się po wyspie, przetrząsali przeróżne jej zakamarki. Nikogo nie znaleźliśmy. Łudziłam się jeszcze, że może fala zniosła ich gdzieś daleko, wydostali się na stały ląd i są pod opieką napotkanych, dobrych ludzi. Nie mogłam uwierzyć, że wszyscy, począwszy do pierwszej przypadkowej ofiary, siostry Narcyzy poprzez siostrę Nastazję i Nasturcję, właściwie Laurę i Elke, poprzez księdza Tomka, siostrę Patrycję i Nadzieję, wszyscy zginęli. Nie mogłam uwierzyć, że diakonisy, ksiądz i siostra pomocnica, cała społeczność zniknęła. Cała wyjątkowa społeczność. Bardzo smutno mi się zrobiło. Miałam jeszcze w pamięci ich modlitwy, drobne, zabawne kroczki, śmieszny truchcik, zawstydzony wzrok, nieśmiałe skryte spojrzenia rzucane spod kaptura habitów, nerwowe ruchy księdza Tomka. Ach, łza się zakręciła, jedna, druga, aż oczy zaszły łzami, płakałam. Po dłuższej chwili udało mi się opanować emocje. Nie poddałam się, nadal szukałam. Pomyślałam, że ksiądz Tomek taki ruchliwy, siostra Patrycja też sprytna, może w jakiś sposób się uratowali. Siostra Nadzieja chyba miał najmniejsze szanse, jej długi do kostek habit na pewno krępował ruchy i nie pozwolił wydostać się z nurtu fali. Jednak moje przemyślenia nie zdały się na nic. Po kilku dniach rzeka wyrzuciła na brzeg strzępy habitów, szary siostry Nadzieji, srebrny księdza Tomka i brązowy siostry Patrycji.
Julka Aresztowano Julkę. Młodą poetkę. Przetrzymywano w więzieniu, przesłuchiwano, dręczono. Próbowano wydobyć z niej pewną tajemnicą, której była w posiadaniu. Po kilku miesiącach męki dano spokój. Julka nic nie wyjawiła, nie zdradziła. Oprawcy wsadzili ją na okręt. Kapitan Friedl przekazał więźniarkę na wyspę. Oprócz niego jeszcze jednego uwięzionego, dróżnika. Starszy pan w podniszczonym mundurze, skazany na dożywocie. Organizator transportów, dowiedziałam się od Friedla, gdy zapytałam o przyczynę aresztu. Dzień przyjazdu Julki zapamiętałam dobrze, świeciło słońce, co zdarzało się u nas niezbyt często. Tego dnia zauważyłam na przeciwległym brzegu rowerzystę. Okolica była bezludna toteż pojawienie się w pobliżu ludzkiej istoty nie było zwyczajnym wydarzeniem. Mężczyzna w średnim wieku zsiadł z roweru, podwinął spodnie, zdjął buty i zanurzył bose stopy w rzece. Przyglądałam się. Chociaż odległość od wyspy była dosyć znaczna, nasze spojrzenia spotkały się. Nie wiem kto bardziej był zdziwiony. Czy ja zaskoczona jego zwykłą czynnością? Czy on widząc Friedla prowadzącego dziewczynę? Co mógł pomyśleć patrząc na mnie, na Friedla, na Julkę, na spacerującego już wzdłuż rzędu drewnianych baraków dróżnika? To była krótka chwila. Może się nie zdziwił, może nie zwrócił na nas większej uwagi. Śpieszył się pewnie do domu. Założył buty, wsiadł na rower, odjechał. Przez chwilę widziałam jego plecy, zniknął. Julka był wychudzona, zabiedzona. - Jesteś poetką? - zapytałam. - Przestępczynią? - dodałam z pewną niepewnością. - Tak uważają. Unikała mnie, dróżnika i innych uwięzionych, spacerowała samotnie, ze wzrokiem skierowanym ku ziemi, ręce założone w tyle, splecione. Zawsze zamyślona. Sprawiała wrażenie zawstydzonej. Jakby miała wyrzuty sumienia. Jakby uczyniła coś, za co ją potępiano. Spotkałam ją pewnej nocy, na północnym cyplu. Wpatrzona w dal, gdzie Wisła wpływa do morza. Księżyc w pełni rozjaśniał okolice. Usiedliśmy na pniu drzewa. - O czym są twoje wiersze? - zapytałam. - Jak pani myśli? - odpowiedziała pytaniem. - O miłości? Wiersze przeważnie są o miłości. - Nie - ironicznie się uśmiechnęła. - To o czym? - O beznadziejności. O upokorzeniu. - Niezbyt optymistyczne. - Są jak tkwiący w ludzkim ciele cierń, którego każdy chciałby się jak najszybciej pozbyć i zapomnieć o bólu i cierpieniu. Moje wiersze są tym o czym ludzie chcieliby zapomnieć. - Nie mogłyby być weselsze? - Weselsze? Jak mogłyby być po tym co się stało? - A co się stało? - naiwnie zapytałam. W blasku księżyca ujrzałem smutek na jej twarzy. - Czas śmiechu, beztroski minął. - Czyżby? - Otacza nas mrok, ciemna otchłań. - Tragizujesz. Milczała. - Nie możesz żyć inaczej? - Jak inaczej? - Normalnie. Tak jak wszyscy. - To znaczy jak? - Szkoła, dom, w przyszłości praca, mąż, dzieci. - Jestem więźniem. - Ten czas kiedyś się skończy. - Ja nigdy nie przestanę być więźniem. - Przesadzasz. Odwróciła wzrok od rzeki, spojrzała na mnie. Bardzo przenikliwie. - Cieszę się, że są na świecie ludzie, którzy tak myślą. - Takich ludzi jest większość. Inaczej nasz świat przestałby istnieć. - Dlatego cieszę się jeszcze bardziej. - Publikowałaś już swoje wiersze? Żachnęła się. - W jakim celu? - Dla sławy. Dla pieniędzy. Zaśmiała się. Wskazała na rzekę. - Rzeki, strumienie wody płyną po powierzchni, niosą fale, ludzie spoglądają, podziwiają ich wielkość, potęgę. A one się pysznią, ach jak się pysznią. Blichtr, świecidełka, próżność. Później znikają, rozmywają się w morzach i oceanach. Ślad po nich ginie. A pod ziemią biją źródła. Podziemne żródła. One są prawdą - zamilkła. Cisza trwała przez długi czas. - Ty jest tym źródłem podziemnym? - zapytałam po niezręcznym milczeniu.. - Może ja, może nie ja - cicho odpowiedziała, ledwo usłyszałem odpowiedź - A pani? - Co ja? - Co pani robi na tej wyspie? Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Że jestem kobietą żołnierzem? Że też w jakiś sposób jestem więźniem? Takim samym jak ona i pozostali mieszkańcy Holmu. Że też chciałabym żyć inaczej. Normalnie. Tak jak większość ludzi na świecie. Była krótko z nami. Po pewnym czasie przypłynął Karol. Mężczyzna o niewielkim wzroście, z wystającym brzuchem, w wojskowym, roboczym drelichu. Brzydki, krostowaty na twarzy, pachniał siarką i papierosami. Pochodził z legionu odszczepieńców, podrzędnej kasty żołnierskiej, przeznaczonej do prac pomocniczych, dodatkowo z zakazem posiadania broni palnej, mogli posługiwać się jedynie i to tylko w razie konieczności, drewnianymi pałkami. Karol zabrał Julkę. Poprosiłam kapitana Friedla by odnalazł wiersze Julki. Przejrzał w bibliotece wszystkie dostępne antologie poezji. Pod hasłem Julki znalazł jeden, jedyny utwór.
Część 22 / 4
szliśmy parami za panią wychowawczynią grzesio srał codziennie w czysto zasłane łóżko jadźka klej jadła i kredę boguś najmniejszy najzwinniejszy iwonka uśmiechnięta rysio uciekinier z przerw leżakowania hania zapłakana do mamy do mamy wielu jeszcze naszych przedszkolaków na końcu tadzio nie do pary łysawy człowiek w szarym uniformie śmiesznie kuśtykał wypisz wymaluj dziadek basi sympatyczny starszy pan machał ręką przyjaźnie nieudolnie rozbijał puszki wsypywał proszek gaz to gaz krzyknęła Jadźka ciszej głupia przecież klej jadła i kredę
śmiało wchodziliśmy parami do ciemnej komory z tadziem nie do pary za nami jeszcze dwie panie higienistki wzięły na ręce chlipiącą hanię
tylko Julka zdołała umknąć
Sieger Kapitan Friedl przywiózł szczególnego więźnia. Emila, mężczyznę w średnim wieku. Wraz z nim otrzymałam archiwalny dokument, spisaną relację jednego z gdańskich uczniów. Przytaczam ją w całości, bez skrótów.
Emil przybył do Gdańska z Warszawy. Zjawił się w naszej szkole tuż po Świętach Bożego Narodzenia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego roku, kilka miesięcy przed maturą. Był średniego wzrostu, szczupłej budowy ciała, krótko postrzyżony, co stanowiło kontrast z długimi włosami, którymi my się szczyciliśmy. Nasz wychowawca Arlekin krótko przedstawił nowego ucznia. - Dołączył do nas Emil, uczeń z Warszawy. Wspólnie z nami będzie przygotowywał się do matury. Proszę, zapoznajcie się i wprowadźcie go w grono przyjaciół. Wskazał miejsce w pierwszej ławce przy ścianie, do tej pory przez nikogo nie zajęte. Emil był skrytym i małomównym chłopakiem. Nie włączał się w nasze towarzystwo, na przerwach między lekcjami nie schodził na dół, do piwnic i nie palił papierosów, po zajęciach wracał do domu. Po kilku dniach odkryliśmy gdzie jest jego „dom”. Emil mieszkał w bursie przy ulicy Ławniczej, znajoma portierka powiedziała, że jest pilnowany. Tak się wyraziła, „jest pilnowany”. Przez kogo i dlaczego, tego nie powiedziała. Atmosfera w naszej szkole, tak jak w całym mieście nie była radosna. Rozpoczynaliśmy naukę jesienią tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku w I LO, liceum znajdującym się naprzeciwko Bramy Nr 2 Stoczni Gdańskiej. Czternastego grudnia tamtego roku, równocześnie z otwarciem stalowych frontowych drzwi szkolnych, gdy wychodziliśmy na długą przerwę, otworzono bramę stoczni i tysiące robotników, w roboczych drelichach, z biało czerwonymi flagami w rękach i śpiewem hymnu narodowego na ustach kierowało się w stronę państwowych gmachów, by wyrazić swój gniewny sprzeciw wobec nowo wprowadzonych regulacji i porządków. Skostniały system, kierowany przez coraz gorzej funkcjonujących, będących w podeszłym wieku przywódców naszego kraju, chylił się ku upadkowi. Podniosła atmosfera spontanicznego protestu rozlała się po ulicach miasta, tryumfalne pochody zwycięstwa, opanowywanie poszczególnych obiektów, sprawiało wrażenie, że partyjne gmaszysko umysłowego niedowładu lada chwila runie. Kilkudniowy okres euforii i chaotycznej radości został spacyfikowany siłą, brutalnie stłamszony przez czołgi i wojsko kierowane przez twardogłowych generałów i partyjnych kacyków. Polała się krew, byli zabici i wielu rannych. Napływały do nas, przekazywane z ust do ust informacje z Gdyni, gdzie rozegrała się krwawa tragedia, polscy żołnierze strzelali do polskich robotników. Wzrosła liczba śmiertelnych ofiar, wzrósł też gniew ludzi, którzy na własne oczy zobaczyli do czego zdolny jest zbrodniczy system. Po stronie władzy nie znaleziono zrozumienia, wzmogły się represje i szykany, protestujących aresztowano, bito i poniżano. Ci co przeżyli, wyszli z tych zdarzeń mocno przestraszeni. Pamięć o tych wypadkach pozostawiła w nas cierń strachu i bojaźni. Baliśmy się, że sytuacja w razie ponownego sprzeciwu może się powtórzyć. Po nowym roku w szkole nastąpiły zmiany, zmienił się personalny skład dyrekcji, relegowano kilkunastu uczniów z najstarszych klas, którym udowodniono przyłączenie się do robotniczego protestu. Szkoła znalazła się pod szczególnym nadzorem wojewódzkiego kuratora oświaty. Tak jak i nasza szkoła, tak Gdańsk został zastraszony i zmuszony do akceptacji nowego porządku, narzuconego przez sterowanych przez Moskwę sekretarzy. Nastały czasy młodych, zdecydowanych, szczerych przywódców, którzy mieli doprowadzić nasze miasto do świetlanej, komunistycznej przyszłości. Dawaliśmy się nabierać na górnolotne slogany i internacjonalistyczne hasła. Święta 1 maja i 22 lipca, szczególnie hołubione, miały stać się manifestacją zgody, jedności i pokoju. Powstające koła towarzystwa przyjaźni polsko radzieckiej były potwierdzeniem niezłomnego sojuszu z bratnim narodem rosyjskim. Święto październikowej rewolucji w miesiącu listopadzie było wyjątkowo uroczyście obchodzone w naszej auli, podczas szkolnej akademii, na której chór wyśpiewywał „pust wsiegda budiet sołnce” i „nie rzucim ziemi skąd nasz ród” a balet tańczył naprzemian „kazaczoka” i „krakowiaka”. Ten słodko-błogi stan trwał w następnych latach. Pozorny, rozleniwiający, gnuśny spokój, tak można nazwać czas, w którym pojawił się w naszym mieście Emil. Doszły słuchy, że został on wyrzucony z jednej z renomowanych, warszawskich szkół za udział w rocznicach uchwalenia Konstytucji Trzeciego Maja i jedenastego listopada, Święcie Niepodległości, uroczystościach traktowanych przez władze jako antypaństwowe demonstracje. Emil wydawał się pogodzonym z losem i zsyłką na Wybrzeże. Nie angażował się zbytnio na lekcjach, nie dyskutował, milczał. Zachowywał dystans, przypatrywał się nam z pewnej odległości, przysłuchiwał się, jakby nas badał, sprawdzał do czego jesteśmy zdolni. Pasją naszą była piłka nożna, którą trenowaliśmy codziennie po szkole i Lechia, którą kochaliśmy nade wszystko, i której nigdy nie zostawiliśmy samej, chociaż przegrywała mecze i balansowała na krawędziach coraz to niższych lig. Nie opuszczaliśmy meczów, jeździliśmy do odległych miejsc, wyjazdy na spotkania z Dębem Dębno Lubuskie czy Arkonią w Szczecinie nie sprawiały nam kłopotów, czuliśmy się zobowiązani wspierać naszych piłkarzy, również poza Gdańskiem. Piłka nożna była w tym czasie dla nas religią, odskocznią, ucieczką przed ogólnym marazmem i zniechęceniem, stadion przy Traugutta stał się naszym drugim domem. Puszkarz z Ogarnej, Głownia z Tarasów, „Jastrząb”, „Żyleta” i im podobni, chociaż starsi, to byli tacy sami chłopcy jak my, wyrośli na gdańskich podwórkach, podwórkach Siedlec, Wrzeszcza, rodzącego się wielkiego Przymorza i Zaspy. Emila wśród nas nie było, nie pojmował tych związków, nie znał naszej historii, dlatego traktowaliśmy go jak obcego, przybysza, który nie potrafi wczuć się w sprawy nasze i sprawy naszego miasta. Emil posiadał na Wybrzeżu rodzinę, po wojnie przyjechała do Gdańska ze zniszczonej Warszawy, ciotka z mężem. Początkowo miał mieszkać u nich, na ulicy Tkackiej, lecz sprzeciwił się wujek. Nie chciał mieć w domu wichrzyciela, jak go nazwał, kategorycznie odmówił. Jako urzędnik w magistracie otrzymywał co miesiąc skromną pensję, prowadził ustabilizowane życie, to mu wystarczało, by doczekać szczęśliwego końca pracy i przejść na zasłużoną emeryturę. Strach pętał mu umysł, w latach pięćdziesiątych przesiedział kilka lat w więzieniu UB, przeżył dzięki odpowiedniemu zachowaniu i złożonym szczegółowo zeznaniom. I teraz, jakiś nierozumny buntownik miał zamieszkać w jego domu, zniszczyć jego egzystencję? Tego nie mógł zrozumieć, chciał mieć święty spokój a nie nowe utrapienie z siostrzeńcem żony. Jeszcze ktoś mógłby odgrzebać jego dokumenty i wrócić do zapomnianej przeszłości. Bał się. Nie zgadzał się też wojewódzki kurator oświaty. Emil miał zamieszkać w bursie i być pod permanentną obserwacją, by nie przenieść, jak się wyraził, iskry buntu z Warszawy do wielkimi wysiłkami spacyfikowanego Gdańska. Po wyjściu do szkoły jego pokój, który zajmował w pojedynkę, był przeszukiwany, kontrolowano jego osobiste rzeczy, sprawdzano treść książek, które czytał, podręczników, z których się uczył. Emil nie włączał się w życie towarzyskie naszej klasy, nie pojawił się na studniówce, którą hucznie obchodziliśmy w szkolnej auli, chociaż dziewczęta usilnie go zapraszały spodziewając się po nim nie wiadomo jakich warszawskich atrakcji. Nie skorzystał, sprawiał wrażenie niedostępnego, czy może też silił się, byśmy go takim zapamiętali. Przy przyciemnionym świetle, przy utworach Carlosa Santany, Jima Hendrixa i Janis Joplin zapominaliśmy o otaczających nas problemach. Arlekin podjął się roli didżeja, puszczał nagrane na taśmach kawałki z Radia Luxemburg, Mamy Blue Pop Tops, Children of the Revolution T-Rex, Bangladesh Georga Harrisona. Jeśli Lechia była miłością to muzyka pełniła rolę ekscytującego narkotyku. Free, Slade, Uriah Heep, Black Sabbath, utwory tych zespołów wbijały nas w ziemię, odlatywaliśmy przy nich zaspakajając się mocnymi, francuskimi Gitanes, kupionymi na Hali Targowej ze składkowych pieniędzy i mocnej dawce taniego wina. Podłączyliśmy magnetofon do głośników. Kolejno rozbrzmiewały dźwięki Smoke On The Water Deep Purple, The Dark Side of the Moon Pink Floyd, Stairway to Heaven Led Zeppelin, te utwory wprowadzały nas jakby w zupełnie inny czas, inny wymiar egzystencji. Ogłuszani muzyką zapominaliśmy o szarym, ponurym świecie na zewnątrz, jego problemy nie były naszymi sprawami, żyliśmy w zamkniętym obszarze naszych fascynacji. Nadszedł okres przygotowań do matury i egzaminów na wyższe uczelnie. Emil planował kontynuować naukę na Uniwersytecie Gdańskim, chciał zdawać na polonistykę. Nasze umysły były bardziej ścisłe, dlatego podziwialiśmy jego dyskusje z Arlekinem, wychowawcą i jednocześnie polonistą. Emil znał bardzo dobrze literaturę europejską i amerykańską, Dostojewski, Kafka, Faulkner, Caldwell, Cortazar, utwory tych pisarzy potrafił na lekcjach cytować. Sprzeciwił się Arlekinowi gdy ten radcę tytularnego Siemona Marmieładowa ze Zbrodni i Kary nazwał opojem i bezmyślnym ojcem, który przez chorobliwe pijaństwo, wydzieranie rodzinnych oszczędności zmusił Sonię do prostytucji. To nie bezmyślność - oponował - tylko naiwność, szczerość doprowadziły radcę do alkoholowego nałogu i przypadkowej śmierci, która pociągnęła za sobą zgubę rodziny. To postać tragiczna, nie można jej potępiać, jedynie współczuć, twierdził Emil. Tak zresztą jak i bohaterom wszystkich powieści Dostojewskiego, chociażby byli największymi łajdakami, należy współczuć a nie ich potępiać. Scenę z uroczystości pogrzebowej, na którą Katarzyna, żona radcy tytularnego, zaprosiła najznamienitszych z gości z kamienicy, nazwał jedną z najbardziej tragicznych scen w literaturze światowej. Przeciwstawił ją Ostatniej Wieczerzy Pańskiej co wzbudziło w nas wielką konsternację i zdziwienie. Arlekin nie wiedział w jaki sposób odpowiedzieć na takie stwierdzenia. Emil lubował się przede wszystkim w polskiej poezji, na nudnych lekcjach ojczystego języka potrafił zainteresować nas wierszami Bursy, Wojaczka, Poświatowskiej. Cytował fragmenty Ogrodu Luizy i Piosenki bohaterów. Sam pisał wiersze, jednak nie dał się namówić, by choć jeden na głos przeczytać. Arlekin cenił jego literacką wiedzę, jakość pisanych wypracowań, z polskiego miał notę bardzo dobrą, w odróżnieniu od innych przedmiotów. Z matematyki i fizyki uczęszczał na dodatkowe lekcje wspomagające, uczył się tych przedmiotów jedynie by zdać z nich pisemny egzamin maturalny. W tym czasie na Uniwersytecie Gdańskim odbywały się cykliczne wykłady o literaturze, prowadzone przez przybyłego z Warszawy poetę. Arlekin uczestniczył w nich od jesieni, próbował nas też zachęcić do udziału, jednak takie zajęcia pozalekcyjne nas nie interesowały, nie mieliśmy na nie ochoty. Dodatkowo w kinie Leningrad rozpoczęły się Konfrontacje, prezentowano znaczące filmy ze światowych festiwali. Wielkie żarcie, Mademoiselle z Jeanne Moreau, Zmierzch Bogów, Mechaniczna pomarańcza Kubricka bardziej nas zajmowały niż poetyckie przedstawienia na Uniwersytecie. Emil tak, z chęcią poszedł na kilka już ostatnich wiosennych wykładów, odbywających się w małej, uniwersyteckiej auli przy ulicy Wita Stwosza, rozmawiał z warszawskim poetą, dał nawet jemu kilka, napisanych przez siebie wierszy do oceny. Podobno wzbudziły zainteresowanie, tak wyraził się Arlekin. Jeden z jego wierszy Kolumna na Smoczej przeczytał nam na lekcji, podczas nieobecności Emila. Nie zrozumieliśmy wiersza, wydał nam się dziwny, może dlatego, że temat był warszawski, niezbyt nam bliski. Arlekin powiedział, że wiersz jest bardzo dobry a temat uniwersalny, którym prędzej czy później musimy się zainteresować. Nie przekonał nas, ale wierzyliśmy mu. Obowiązkową maturę z matematyki Emil zdał na słabą trójkę, z pisemnego polskiego otrzymał notę celującą. Wybrał temat mówiący o obowiązkach jednostki wobec społeczeństwa we współczesnym świecie. Z naszymi pisemnymi maturami było odwrotnie, trójki z polskiego, piątki z matematyki i fizyki. Bardziej nęciły nas całki, różniczki niż poezja i proza, rozwikłanie skomplikowanych zadań trygonometrycznych dawało nam więcej satysfakcji niż nudne rozkłady jakichkolwiek zdań na czasowniki, przydawki i spójniki. Zadania o pędzących naprzeciwko siebie na tym samym torze, pociągach o różnych prędkościach i współczynnikach hamowania ekscytowały nas bardziej niż W pustyni i w puszczy czy też Ludzie bezdomni. Ostatnim egzaminem maturalnym był egzamin ustny z języka polskiego. Odbywał się w głównej auli naszego liceum. Komisja składała się z czterech osób, dyrektorka szkoły, Arlekin, Tatiana - starsza już nauczycielka języka rosyjskiego oraz delegat z kuratorium oświaty. Delegat wychodził co pewien czas na korytarz, nerwowo popalał papierosy, wdeptując niedopałki w lastrykowe schody. Tak jakby na kogoś czekał, jakby dostał jakieś tajne zadanie do spełnienia i wyczekiwał odpowiedniego momentu, by je wykonać. Zjawił się po raz pierwszy na maturze, nigdy wcześniej nie uczestniczył w komisji, w żadnej ze szkół. Przysłał go kurator, zainteresowany pisemną pracą Emila, którą otrzymał do przeczytania. Wchodziliśmy do auli kolejno wywoływani, wybieraliśmy losowo tematy z arkuszy rozłożonych na stoliku, stojącym obok komisji. Mieliśmy kilka minut na zastanowienie i odpowiadaliśmy. Tematy nie były trudne, charakterystyka zdarzeń i postaci z Chłopów, Lalki, Pana Tadeusza i innych lektur, które we wcześniejszych latach przerabialiśmy na lekcjach z Arlekinem. Przyszła kolej na Emila. Delegat wyciągnął z teczki gruby notatnik, przeglądał kartki. Jedną z nich podsunął dyrektorce. - To ten? - zapytał przyciszonym głosem. Dyrektorka potwierdziła skinięciem głowy. Delegat poprosił o pisemną maturę Emila, zagłębił się w jej lekturę. Emil wylosował Dżumę Camusa. Poszło mu sprawnie, obrazowo przedstawił charakterystykę doktora Rieux, księdza Panneloux i Tarrou. W jego głosie słychać było pewność odpowiedzi, popartymi znajomością utworu, wyciągał prawidłowe wnioski wynikające z zachowań ludzi w obliczu śmiertelnej zarazy. Arlekin kiwał głową zadowolony, Tatiana przytakiwała, dyrektorka spoglądała na delegata. Podniósł głowę znad opracowania pisemnego, kręcił nosem, krzywił się, wreszcie, ku powszechnemu zdziwieniu, negatywnie ocenił ustną wypowiedź Emila. Sprawiał wrażenie jakby wcześniej skupiał się na wypowiedzi Emila, chociaż w tym czasie zajęty był czytaniem wypracowania, tylko co pewien czas podnosił głowę przysłuchując się mówiącemu. - Pańska interpretacja jest błędna. Zarówno to co pan tu nawypisywał o roli jednostki w społeczeństwie - podniósł gęsto zapisane kartki - jak i omawiając zachowanie doktora Rieux. Camus pisząc Dżumę co innego miał na myśli. Pan się myli. - Co innego miał na myśli Camus pisząc Dżumę? - powtórzył jak echo Emil, mocno zdziwiony. - Całkiem coś innego. Pan nie rozumie zachowania głównego bohatera. Pan się nie przygotował. - Jeżeli pan tak twierdzi, to pan chyba nie czytał Dżumy - pewnie odpowiedział Emil. Delegat poczerwieniał na twarzy. - Chłopcze, za bardzo się zapędziłeś. Jesteś bezczelny! Arlekin próbował załagodzić niespodziewany spór. - Różnice zawsze są, interpretacje są możliwe. Można w taki sposób, można też w inny. Zależy to od indywidualnego podejścia. Camus pozostawił problem otwarty, zachęca do własnych przemyśleń. Emil nie zgodził się z Arlekinem. Pewnym głosem odpowiadał. - Nie w tym wypadku. Zachowanie doktora Rieux jest jednoznaczne, tu nie ma możliwości innej interpretacji. Camus wiedział co pisał, a ja wiem co czytałem. Obowiązkiem człowieka, w obliczu występującego La Peste, jest walka, przeciwstawienie się wszechobecnemu zagrożeniu. Walka ze złem. Nie obojętność, nie rezygnacja, nie ucieczka, lecz walka. Gdy inni się poddają, gdy inni uważają, że nie ma szans, że przeciwnik jest zbyt silny, to musi znaleźć się ktoś, kto da przykład, podejmie rękawicę i przekona, że nie można tracić nadziei, chociaż do zwycięstwa droga daleka i wymaga wielu wyrzeczeń. Gdy dżuma zaraża umysł, oplata mackami coraz większą rzeszę ludzi, otumania społeczeństwo, robi z nich posłusznych, bezwolnych niewolników, przyzwyczajanych do wykonywania poleceń, wówczas musi wyłonić się doktor Rieux, który poświęci rodzinę, prywatne życie, przeciwstawi się, i nie ucieknie, patrząc jak reszta przerażona chowa się po kątach.. W takich przypadkach wybrane jednostki biorą odpowiedzialność za wystraszony ogół. Zaraza wymusza pojawienie się bohatera, który godzi się na utratę wolności, nawet życia, wiedząc, że dając przykład poprzez swoje zachowanie przyczynia się do destrukcji zła. Gdy zobaczą, gdy ocenią jego czyny jako słuszne, wówczas za nim pójdą zwykli, szarzy, bojaźliwi ludzie, którzy są w większości. Doktor Rieux prezentuje postawę szlachetną i niezłomną, z której poszczególne jednostki powinny brać przykład, oczywiście w miarę swoich możliwości i zdolności. Strach powinien być przezwyciężony, to jest jedyna droga, którą powinniśmy podążać. Arlekin nic nie odpowiedział zaskoczony śmiałym i stanowczym tonem Emila, spoglądał na dyrektorkę, ona skierowała wzrok na delegata. Sprawiał wrażenie zadowolonego, że sprowokował Emila do szczerej wypowiedzi, ale nic nie mówił, przeglądał kartki. Czekał. Zapadło krępujące milczenie. Podniósł głowę z nad notatnika, już chciał wypowiedzieć swoje ostatecznie postanowione słowa, lecz jakby przeczuwając jego decyzję, wtrąciła się milcząca do tej pory wiekowa Tatiana. Wypowiedź Emila jakby ją obudziła i też zaskoczyła. Do tej pory wsłuchiwała się w wypowiadane przez uczniów gładkie, nudne formułki, wyuczone na pamięć, z podręczników funkcjonujących od lat. Ona sama znała je na pamięć. Teraz jakby sobie przypomniała dawne zdarzenia, dawne zapomniane ideały, wspomnienia burzliwej młodości, łaknącej szczerości, prawdy, miłości. - To może jakieś pytanie pomocnicze? - powiedziała w nadziei wybrnięcia z niemiłej sytuacji - nie możemy lekceważyć zdania młodych ludzi. - Lekceważyć! Lekceważyć? - delegat był zły, że jemu pierwszemu nie udało się przerwać ciszy. - To proszę zadać pomocnicze pytanie - odpowiedział z przekąsem. - Myślę, że najlepiej będzie jak pan je zada - Tatiana nie dawała się zbić z tropu. Delegat lekko skonfundowany zamyślił się, my niecierpliwiliśmy się, że Emil tyle czasu zajmuje swoim egzaminem. Kolejno powinniśmy już być wywoływani. Nikt z nas nie wiedział jaka jest przyczyna tego przedłużającego się wyczekiwania. Przy auli zebrało się wielu uczniów, tych niewielu co już zdali i reszta oczekujących niecierpliwie na swoją kolej. Czwartych klas było dziewięć, od a do i, w każdej ponad czterdziestu uczniów, w sumie około czterystu osób. Oczywiście, nie wszyscy zdawali tego samego dnia ale część przyszła by dowiedzieć się jakie są pytania, by móc przygotować się na swój termin. Przed drzwiami auli kłębił się tłum zniecierpliwionych uczniów, doszli też rodzice oczekujący na wyniki ostatniego ustnego egzaminu. Otworzyliśmy drzwi, chcąc stwierdzić jaka jest przyczyna, że to tak długo trwa. Dyrektorka machała do nas ręką byśmy się cofnęli, zamknęli z powrotem drzwi, Arlekin wstał od stołu i szedł w naszym kierunku, delegat nie zwracał uwagi na powstałe zamieszanie, skupił się na stojącym przed nim Emilze. - Skąd przybyłeś do Gdańska przyjacielu? - zaczął protekcjonalnie. - Z Warszawy - odpowiedział Emil lekko zdezorientowany. - Z Warszawy, hm…- chrząknął delegat - A z jakiej dzielnicy? - Z Muranowa. - Nie, nie znam.…ale to nie szkodzi. Emil milczał. - I czego was tam uczą na lekcjach języka polskiego? W tej Warszawie? - delegat starał się nadać swojemu głosowi kpiącą tonację. - Polskiej literatury, polskiej poezji - Emil nie reagował na zaczepki, szczerze odpowiadał. Delegat przewertował do końca swój przepastny notatnik, zrobił się bardziej poważny, egzamin maturalny szybko przerodził się w przesłuchanie. - Kolega uczestniczył w Warszawie w wieczorach literackich? - Uczestniczyłem. - Nielegalnych wieczorach literackich? - Wstęp był wolny. Każdy mógł przyjść. - Z tego co wiem, nie każdy. Tylko zaproszeni. Emil nie odpowiedział, nie zaprzeczył.. - Możesz nam coś powiedzieć z tej polskiej literatury? Polskiej poezji? - Oczywiście. Mogę. - Jakich poetów czytaliście? - Mickiewicz, Słowacki, też współcześni. - Jacy współcześni? - Zagajewski, Miłosz….i inni. - Miłosz? Miłosz? - delegat powtarzał nazwisko jakby pierwszy raz je usłyszał. Prawdę mówiąc nikt z nas nie znał poety Miłosza nie mówiąc już o jego twórczości. Na lekcjach Arlekin nic o nim nie wspominał. Nawet jakby wspominał to bardziej interesowała nas Matematyka Gdowskiego i Fizyka Kuchlinga niż jakiekolwiek współczesne poezje, nawet jakby by były polskie. - Znasz coś na pamięć? - Znam. - To powiedz cokolwiek. Może tych innych, których boisz się wymienić. - Nie boję się. - To mów! - prawie rozkazująco powiedział delegat, zdenerwowany spokojnym tonem udzielanych odpowiedzi. Arlekin, upokorzony grubiańskim tonem przedstawiciela kuratorium, zatrzymał się przy nas, dyrektorka z niezręcznie opuszczoną głową oczekiwała na dalszy rozwój wypadków, Tatianie udzieliła się nerwowa atmosfera, kręciła palcami, raz to wyciągając papierosa z niebieskiej paczki Caro, raz to z powrotem go wkładając, jakby pragnęła już zapalić, głęboko się zaciągnąć, zaraz potem rezygnując. Staliśmy w drzwiach, tłum falował za nami, wpychał nas do wnętrza auli, przesuwaliśmy się w kierunku jej środka, Arlekin nie reagował. Emil stał wyprostowany pomiędzy stołem nauczycielskim a nami. Zrobił dłuższą pauzę, wpatrywał się w bezczelną twarz delegata, jakby chciał mu powiedzieć, że na nic jego podstępne podchody, na nic drwiące uśmieszki, nie mam zamiaru udawać, nie boję się ciebie, twojego skrzywionego uśmiechu i przymrużonych w zaciekłości oczu, wiem co chcesz uczynić, wyczuwam twoje podstępne zamiary, ale na stół rzucę prawdę, na którą na pewno z niecierpliwością czekasz, by móc mnie sponiewierać i poniżyć, plunę tobie w twarz, na którą nakładasz co rusz zmieniające się maski. Emil deklamował głośno wiersz, raz zwracając się w stronę siedzących członków komisji, raz w naszą stronę. Mówił powoli, kładąc akcent na każde słowo, każdą przeciągniętą zgłoskę, robił przerwy pomiędzy poszczególnymi wersami tak byśmy mogli wczuć się w ich treść, zrozumieć poetycki przekaz.
Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę idź wyprostowany wśród tych co na kolanach wśród odwróconych plecami i obalonych w proch
ocalałeś nie po to aby żyć masz mało czasu trzeba dać świadectwo
Część 33 / 4
bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę a kornik napisze twój uładzony życiorys
i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie ………
Aula, do tej pory gwarna i hałaśliwa, ucichła. Wsłuchiwaliśmy się w strofy nieznanego wiersza, im dłużej, im bardziej emocjonalnie Emil je wypowiadał tym bardziej je odczuwaliśmy, przeżywaliśmy, wprowadzając się w stan lekkiego oszołomienia. Arlekin obrócił się do nas podekscytowany, znał ten tekst, przypominał sobie poszczególne jego fragmenty, wybrzmiewały z ust warszawskiego poety, na wykładach, w których pilnie uczestniczył na Uniwersytecie. Z grupy, w której na początku było kilkadziesiąt osób, pod koniec wykruszyło się wielu, pozostał Arlekin i kilku studentów, doszedł Emil. Poeta stał się mniej oficjalny, rozmowy stały się bardziej prywatne. To wówczas Emil recytował wiersze przez siebie napisane, poeta odwdzięczył się swoimi. I ten jego wiersz, ten wiersz poety, który teraz recytował Emil, właściwie nie recytował tylko rzucał jego wersami w otumanionego delegata, przestraszoną dyrektorkę, nerwową Tatianę i przede wszystkim w nas, stojących wraz z Arlekinem i w napięciu przysłuchującym się. Ten wiersz, niezależnie pod jakim potężnym wpływem napisany, niezależnie o jakich mówił zdarzeniach, jakim szczytnym przyświecał celom, ten wiersz dotyczył nas, był o nas.
Popielaty stał jak słup soli, wpatrzony niemym wzrokiem w Emila, łzy spływały mu po policzkach. Grudniowy świt, ponury poranek, nieprzytomne walenie w drzwi, przestraszona matka, płacząca mała siostrzyczka, szybkie, gwałtowne ruchy, suche polecenia, dwóch niedbale umundurowanych mężczyzn, uprowadzających do samochodu. Jazda w półmroku przy zgaszonych światłach, po pustych, przyprószonych płatkami śniegu ulicach. Ponura sceneria ponurego czasu. Cmentarz Emaus, miejsce na skraju, tuż przy płocie, wykopany dół, prosta, otwarta trumna oświetlona latarką. Głuchy głos, jakby z zaświatów, „to on, to on, to mąż?!”, matka prawie nieprzytomna nie jest w stanie wymówić słowa, chlipiąca siostrzyczka, „to on, to on, to ojciec, ojciec!?” ponaglający, niecierpliwy głos, krzyczący o potwierdzenie, snop światła skierowany na Popielatego, „Tato, Tato!” to nie był krzyk, to był łkający skowyt, twarz ojca, okaleczona, przypudrowana, skrzywione w niemym proteście usta, wystarczyło oprawcom, odgłos zabijanej gwoździami trumny, szybkie zepchnięcie do dołu, uderzenia spadających zmarzniętych grud ziemi, koślawy, naprędce sklecony krzyż brzozowy, bez tabliczki, bez nazwiska, bez Chrystusa. Matka siłą oderwana od kopczyka, pod który wtłoczono jej ukochanego męża, ojca, tak uwielbianego przez Popielatego. Powrót do domu. Samotne, tragiczne dni. Bezsilny gniew.
Pierzasty wstydliwie chował się za plecami przyjaciół, „Jesteś prawie dorosły, masz piętnaście lat, mów, mów, mów, kto namówił uczniów, kto ich poprowadził ku stoczniowcom, kto wykrzykiwał „dość”, „precz”, przecież widziałeś, byłeś z nimi kto, kto, kto?!.” krzyk nieznanego mężczyzny w szkolnym sekretariacie, jego mocny ucisk za ramiona, potrząsanie jak bezwładną kukiełką, nie powiem, nie powiem „nie powiesz, nie powiesz, nie znajdziesz już miejsca w żadnej szkole, dom dziecka, poprawczak, to będzie twoja przyszłość, decyduj teraz, żebyś później nie żałował”, jedno nazwisko, tylko jedno nazwisko wystarczyło, puścili, przestraszonego, przygnębionego, chcącego jak najszybciej zapomnieć. Dwa lata później, droga do szkoły, naprzeciwko starszy chłopak, właściwie młody mężczyzna, robotnicza czapka, szary kombinezon, mijali się, on wzorowy, perfekcyjny uczeń, z perspektywami studenta politechniki i ten drugi, niegdyś jeden z mądrzejszych, zapowiadający się na wybitnego, światły, odważny umysł, stłamszony, zgnojony, sponiewierany przez partyjnych kundli, znalazł wreszcie miejsce wśród robotniczej braci, w stoczni, na wydziale K-2, powoli wracał do życia, dojrzewał, stawał się zaczynem przyszłej rewolucji. On nie zapomniał. Przebaczyć? „Tchórz”, „tchórz”, „tchórz” to słowo zadźwięczało, wbiło się w niewielką przestrzeń przy ulicy Łagiewniki, tuż przy bramie kościoła świętego Jakuba. I pozostało tam na zawsze, wśród dźwięków nokturnu Chopina, ćwiczonego wytrwale przez uczniów pobliskiej szkoły muzycznej, napominając Pierzastego, ilekroć tamtędy przechodził, że strach, bojaźń i drżenie nie są usprawiedliwieniem dla zdrady a jej piętno pozostaje na całe życie.
Angelina, stojąca tuż za Popielatym, skrywająca wciśniętą w jego plecy twarz, jej matka wysłuchująca skargi kierownika działu kadr, „pani Mario, otrzymałem z komitetu sygnał, proszę porozmawiać z córką, dla jej i dla pani dobra, pani kariera naukowa stoi otworem, to jest szansa, przez nieodpowiednie zachowanie córki może pani wszystko utracić, nawet stanowisko w Instytucie a córka może nie skończyć szkoły”, wypytująca wieczorem o rekolekcje u Dominikanów, przy kościele Św. Mikołaja, tragiczne rocznice, mamo, robię to dla taty, by wrócił do nas, by nie musiał uciekać i żyć na emigracji, by nadszedł czas byśmy się już nie bali, by nasza ojczyzna naprawdę była wolna. Kto to ma uczynić jak nie nasze pokolenie? My, odrzucający zdradziecki, fałszywy system, oparty na kłamstwie, który upadla ludzi, czyni ich bezwolnymi manekinami. Należy być wiernym ideałom, inaczej stracimy godność, stracimy honor. Mam nie uczestniczyć w spotkaniach młodych ludzi tak samo myślących jak ja? Tak samo przeżywających? Szczerych, odważnych, walczących. Mam tam nie chodzić? Odpowiedz mamo, odpowiedz proszę czy mam uciec od prawdy, uczciwości w imię obojętności i rezygnacji? Na kolanach, zastraszani, poniżani, tacy mamy być? Ktoś musi dać świadectwo, trwały znak, nieliczni muszą się zjednoczyć, nawet jak nic nie uzyskamy, nasza walka obudzi pozostałych, pójdą za nami inni. Nie możemy się bać. Bądź sobą córeczko. Nie zatrzymuj się. Idź. ……… czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź dopóki krew obraca w piersi twoją ciemna gwiazdę ……… Bądź wierny Idź
Część 44 / 4
Emil zakończył wiersz głośnymi, dobitnymi słowami.
I te ostatnie słowa roznosiły się echem po zastygłej w ciszy auli bądź wierny, bądź wierny, idź…idź…idź…rozbrzmiewały jeszcze długo wśród niemych ścian stuletniej szkoły, trafiały do każdego z nas, przeszywały nasze wnętrza, przenikając do krwi, prowadząc do mózgu, do naszych serc, pozostawiając tam trwały, niemożliwy do zatarcia ślad. Arlekin wsłuchujący się uważnie cały czas strofom wypowiadanym przez Emila, po zakończeniu poczekał aż przeminie echo ostatniego dźwięku, klaskał, dołączyła Tatiana i my, Popielaty, Angelina, Pierzasty, wszyscy my, wcisnęliśmy się w przestrzeń auli, nasze klaskanie ogłuszało chcącego coś powiedzieć delegata, na którego reakcję czekała dyrektorka. Nikt nie był w stanie usłyszeć co powiedział do Emila, chyba nawet on sam nie zrozumiał słów delegata. - Nie zdał pan młody człowieku. Proszę próbować za rok - wstał od stolika, chwycił swój gruby notatnik, włożył do teczki, nie pożegnał się z nikim i przepychając się wśród nas, nieprzerwanie klaszczących, opuścił aulę. Komisja nie mogła obradować w niepełnym składzie, przerwano ustne egzaminy. Odbyły się one nazajutrz w spokojnej atmosferze. Wszyscy zdaliśmy. Emil już nie powrócił do naszej klasy, nie pojawił się w szkole. Arlekin nie wiedział co się z nim stało, portierka z bursy przy ulicy Ławniczej przekazała nam, że wieczorem, tego pamiętnego dnia, spakował się i opuścił Gdańsk. Nie wiedziała w jakim kierunku się udał.
Obecność Emila w naszej szkole, początkowo nie mająca wpływu na otoczenie, później spowodowała dość istotną zmianę w naszym zachowaniu. Sprowokowana przez kuratoryjnego delegata jego wypowiedź otworzyła nam oczy na nieznane dotąd obszary. Lechia, zagłuszająca rzeczywistość muzyka rockowa, kino, erotyka, nasze fascynacje i miłości od tej chwili stały się jakby mniej ważne, pozorne, nie przedstawiające większej wartości, na których by nam tak bardzo zależało. Wiersz napisany przez nieznanego nam poetę, wyrecytowany przez Emila na ustnej maturze nadał naszej egzystencji inny sens, zadziałał jak uderzenie obuchem, dał znak, że istnieje coś jeszcze, coś, czego nie można w zwykły sposób określić i opisać. Zanurzeni w oparach rozrywkowo-intelektualnych zdaliśmy sobie sprawę, że wolność istnieje gdzieś poza nami, gdzieś poza granicami naszej percepcji, tam znajduje się wolny świat, z którego istnienia do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy. W każdym człowieku, już od urodzenia w jego posiadaniu znajduje się tajny rdzeń, szlachetne, niepodległe jądro, stałe i niezmienne. Rodzi się wraz z nami i utrzymuje do końca życia. Z biegiem lat obrasta powłokami obojętności, wygody, obłudy. Im stajemy się starsi, ten rdzeń zamiera w nawarstwiających się powłokach, nie jest już tak widoczny, tak szlachetny, tak niepodległy jak u swego zarania. U niektórych z czasem powoli zanika, u niektórych skrywa się pod twardą, skostniałą skorupą. Młodzi, nieskażeni jeszcze zobowiązującą przeszłością, są w stanie zerwać, zniszczyć krępujące powłoki i wydobyć to co najważniejsze, prawdę, honor, odpowiedzialność. Niezbędny jest jednak zapłon, iskra, gwiazda, która gwałtem wzburzy spokój, trwanie w samozadowoleniu, w rozweselającej mieszance zbędnych emocji, i pozwoli prawdziwym wartościom wydobyć się na powierzchnię i zabłyszczeć. Długo można na tę gwiazdę czekać, może latami się nie pojawiać, niektórzy oczekują jej czasami całe życie, bez rezultatu. Zwykle jednak pojawia się ona co pewien czas, i to zawsze niespodziewanie, przypadkowo. Trafia na podatny grunt, jakby ten przypadek przeczuwał sytuację, która nie pozwala na dalszą oszukańczą i zakłamaną egzystencję. Nadchodzi w bardzo różny sposób, w formie cichej nuty dźwięku, szlachetnego słowa, nierzadko w formie przeraźliwego krzyku, czy też czynu rozpaczy. Wówczas wznieca płomień, potęguje pożar, pochłania przeszkody, przeciwności, prowadzi do eksplozji. Emil odszedł, lecz odgłos jego odważnych słów w nas pozostał. I w odpowiednim czasie pokonał strach, słabość i zwątpienie.
Lektura tego dokumentu dała mi dużo do myślenia. Moje uporządkowane, żołnierskie życie pozbawione było do tej pory takich skrupułów, wahań. Otrzymywałam rozkazy i wykonywałam je. Wydawałam rozkazy i oczekiwałam ich wykonania. Nie zastanawiałam się nad ich słusznością, zawsze wierzyłam, że są prawidłowe, nigdy ich nie podważałam. Życie wydawało mi się proste. Emil długo nie pozostał pod moją opieką na wyspie. Niedługo potem przypłynął po niego Karol.
Marianne Eugeniusz przybył na wyspę wraz z trzema córkami, osiemnastoletnimi bliźniaczkami, Matyldą i Klementyną oraz dwa lata młodszą Marianne. Był znanym polskim opozycjonistą, od zakończenia wojny podważał powstały w naszym kraju system polityczny. Uważał go za zbrodniczą, opresyjną dyktaturę narzuconą przez najeźdźców z Moskwy. Stawiał opór w każdy możliwy sposób, biorąc udział w manifestacjach, podpisując przeróżne listy protestacyjne, organizując głodówki i pikiety przed państwowymi instytucjami. Nie zgadzał się na dyktatorską formę sprawowania władzy przez panujących kacyków, jak nazywał urzędujących prezydentów, premierów. Za takie zachowania nie utrzymywał się długo na stanowiskach w poszczególnych zakładach pracy, zwalniano go po kilku co najwyżej kilkunastu miesiącach pracy. Część swojego opozycyjnego życia spędzał w areszcie lub w więzieniu. Finansowo wiodło się rodzinie nie najlepiej, właściwie utrzymywali się ze skromnej nauczycielskiej pensji żony, gdyż tylko ona z rodziny miała stałą pracę. Jednak nie wytrzymała takiego nerwowego i pełnego stresu życia. Podczas policyjnego przeszukania ich mieszkania, gdzie odbywało się nielegalne spotkanie opozycjonistów, zemdlała. Zabrano ją do szpitala, zmarła po trzech dniach nie odzyskawszy przytomności. Rozległy zawał serca. Eugeniusz został sam z trzema dorastającymi córkami. Do tej pory, z uwagi na swoje zajęcia nie miał czasu się nimi zajmować, wychowanie i wykształcenie pozostawało na głowie żony. Największy kłopot był z Matyldą, która w dzieciństwie zachorowała na polio, wymagała troskliwej opieki i specjalistycznego leczenia. Udało się uniknąć poważnych konsekwencji, jednak lewa noga pozostała krótsza od prawej i dziewczyna kulała, co powodowało śmieszność i naigrywania się z niej przez rówieśników. Klementyna opiekowała się swoją siostrą, broniła przed kpinami i słownymi atakami, gdzie słowa "kulawa" i "kuśtyk" były jednymi z najłagodniejszych. Pewnego razu pobiła chłopca, który pluł na siostrę. Matylda stała przed drzwiami klasy, on pluł i pluł na jej twarz i niebieski mundurek z białym wyprasowanym na gładko kołnierzykiem. Dziewczynka nie broniła się, stała i płakała. Klementyna wpadła w furię, rzuciła się na starszego o dwa lata chłopaka i uderzała pięściami z całej siły, aż polała się krew i napastnik uciekł. Później chusteczką pomogła zetrzeć ślady śliny z twarzy Matyldy i jej mundurka. Po śmierci mamy dziewczynki stały się bardziej samodzielne, uczyły się już w średniej szkole, dwie starsze uczęszczały do liceum ekonomicznego młodsza Marianne do liceum. Ich dotychczasowe życie uległo zmianie w chwili gdy przywieziono Eugeniusza wraz z córkami na Holm. Rodzina zajęła niewielki barak przy południowym brzegu, tam się rozgościli. Eugeniusz z Klementyną, Matyldą i Marianne. Marianne była młodą rozkwitającą, szesnastoletnią dziewczyną. Miała długie, jasne włosy, piękne, niebieskie oczy, nosiła skromną sukienkę w kratkę i białą bluzkę w kwiatki, z krótkim rękawem. W słoneczne dni siedziała przy stole, na zewnątrz baraku i pomagała ojcu, który zapisywał w grubym brulionie swoje notatki. - Co pan tak zawzięcie spisuje? - zapytałam pewnego razu Eugeniusza. - Wspomnienia. - W jakim celu? - Dla przyszłych pokoleń, żeby wiedzieli co się działo w naszym kraju. Marianne podniosła błękitne oczy znad stołu i spojrzała na mnie. Jej wzrok przeszył mnie na wylot. Nieswojo się poczułam, patrzyła mi prosto w oczy. Nie odwracałam się, stałam i też patrzyłam, nie wypowiadając ani jednego słowa. - Co tak na siebie patrzycie? Dlaczego zamilkliście - zniecierpliwił się Eugeniusz - Marianka, dlaczego tak spoglądasz na panią podchorąży? Pani podchorąży, co się dzieje? - Nic, nic - odburknąłam - już odchodzę. Odeszłam, nie wiedziałam jak się zachować w tej dziwnej sytuacji. Zamilkłam i odeszłam. Jej błękitne oczy nie dawały mi spokoju przez pozostałą część dnia. Pojawiły się też w nocy, we śnie. Staliśmy naprzeciw i patrzeliśmy na siebie, tak jak podczas dzisiejszego spotkania. Wcześniej nie zwracałam uwagi na Marianne, ot taka młodziutka, niepozorna uczennica w białej bluzeczce, dopiero dzisiejszy dzień nagle jakby mnie przebudził. Czy to uczyniła wiosna? Słońce, ciepło, bluzka w kwiatki, z krótkimi rękawkami, pod którymi kryły się delikatne dłonie. Smukła kibić, zaznaczone pod koszulką wzrastające powoli piersi, szczupłe, gołe nogi. Trudno było mi zasnąć, obraz Marianne stał przed oczyma, później jej postać krążyła w nocy, przerywając mój niespokojny sen. Obudziłam się zła, że dałam się tak nabrać młodej osóbce, która obdarzyła mnie nic nie znaczącym spojrzeniem. Nie dawałam poznać po sobie, że wczorajsze spotkanie pozostawiło na mnie jakiekolwiek wrażenie. Podczas codziennego apelu spokojnie wyczytywałam obecność, odhaczałam poszczególne nazwiska, później wszyscy rozeszli się do swoich zajęć. Z daleka zauważyłam, że Eugeniusz z Marianne siedzą przy stole i prowadzą swoje zapiski. Oczywiście nie podchodziłam do nich, nie chcąc znowu wpaść w zasięg magicznego wzroku dziewczyny. Eugeniusz mnie zauważył, machał ręką w moim kierunku, przywoływał mnie. Nie chciałam sprawiać zawodu, podeszłam do nich. Marianne patrzyła na wody opływające wyspę, palcem wskazującym prawej dłoni kręciła swoje długie włosy. Zaśmiałam się. Odwróciła głowę. - Dlaczego pani się śmieje? - spojrzała na mnie. - Śmiesznie kręcisz włosy - odpowiedziałam lekko skonfundowana, ponieważ jej oczy znowu mnie czarowały. Eugeniusz przerwał tę zabawę. - Pani podchorąży, co pani robiła w latach pięćdziesiątych? - W latach pięćdziesiątych nie było mnie jeszcze na świecie - odpowiedziałam, raczej zadowolona, że zmieniono temat. - Tak myślałem, pani jeszcze młoda jest. A w siedemdziesiątych? - Dopiero się urodziłam. - A rodzice? - Dlaczego pan pyta? - Prowadzę notatki. Jak pani nie chce to proszę nie odpowiadać. - Nie, dlaczego, jeżeli to jest dla pana interesujące. Mama wcześnie umarła, ojciec służył w wojsku. - Gdzie? - W Polsce. - Tatusiu, czy musimy ciągle zajmować się przeszłością? - przerwała Marianne, dźwięk jej głosu był cudowny. - Musimy Marianko, to są ważne sprawy, poznanie przeszłości pozwala nam orientować się w teraźniejszości i kreować przyszłość. Jest to ważne dla każdego z nas, jak i dla naszego kraju. - Tak, tylko to jest takie nudne - Marianne spojrzała na mnie. - Nudne!? Wojsko było przeciw narodowi. Strzelało do robotników. - Panie Eugeniuszu - nie chciałam być niegrzeczna - Nie mam nic do ukrycia, mój ojciec był w tych czasach żołnierzem. Spełniał obowiązek wobec ojczyzny. - Obowiązek wobec ojczyzny? - zdziwił się Eugeniusz - Jakiej? Czyjej ojczyzny? Może też strzelał też do nas? Do Polaków? - Nie wiem czy strzelał. Nie rozmawialiśmy na ten temat. - Szkoda. Pewnie dowiedziałaby się pani ciekawych rzeczy - Eugeniusz był zbulwersowany. - Tatusiu, proszę zakończmy tę nieprzyjemną rozmowę, słońce świeci, mogę się poopalać? - dziewczyna znała ojca i wiedziała, że jeśli rozmowa nie będzie przerwana to zakończy się krzykiem i awanturą. Eugeniusz był bardzo wrażliwy na temat przeszłości, uważał, że jego opozycyjna walka jest niedoceniana, że wysiłki jakie w przeszłości podejmował, straty moralne i materialne jakie poniósł inni lekceważyli, uważali za niepotrzebne a nawet za przesadzone. Lepiej się nie wychylać, nie protestować, mogło to zagrozić skromnej ale za to spokojnej egzystencji. Marianne zdjęła swoją bluzeczkę w kolorowe kwiatki, gdy rozpinała spódniczkę, spod białej koszulki z ramiączkami jej szesnastoletnie piersi próbowały się wymknąć. Rozłożyła koc, położyła się na nim na plecach, zamknęła oczy i nie zwracając uwagi ani na ojca, ani na mnie opalała się. Stałam obok Eugeniusza przygotowana tak jak i on, na dalszą dyskusję o starciu żołnierzy z robotnikami, chciałam bardziej uzasadnić swoje stanowisko lecz teraz ta rozmowa zeszła na dalszy plan. Delikatna bryza przywiała morskie, rześkie powietrze, czułam jej powiew na policzkach. Leżąca na kocu Marianne przyciągnęła moją uwagę, zakręciło mi się w głowie. Patrzyłam z góry na jej odkryte ciało, na blade, nieopalone uda, przebijające przez koszulkę zarysy piersi, nie mogłam się opanować by nie odwrócić wzroku. Ona to wyczuwała, swoim zachowaniem chciała, pragnęła bym się jeszcze bardziej jej przyglądała, poruszała stopami, rozchyliła je lekko, podniosła gwałtownie plecy, piersi jej wreszcie wysunęły się spod koszulki pokazując swój młodzieńczy urok. Stałam jak zahipnotyzowana. Każdy człowiek wyczuwa na sobie wzrok osoby długo się jej przyglądającej. Ale mój wzrok był tak natarczywy, tak przenikający, jakby chciał dotrzeć do środka, do wnętrza. Ciało Marianne zareagowało, zaczęło się poruszać, wyginać, zapraszać bym położyła się na kocu obok niej. Albo mi się tak zdawało. Dziewczyna o perłowych włosach, przypomniałam nieśmiertelny przebój. Tak, to była Ona. - Wracam do baraku - jakbym z zaświatów usłyszałem głos Eugeniusza. - Tak, tak, ja też muszę do siebie - odpowiedziałam po tak długiej chwili, po której już dawno nie było Eugeniusza przy stoliku. Zostałam sam na sam z leżącą, z nic nie robiącą sobie z całego zdarzenia, Marianne, otumaniona, ogłuszona, podniecona, z rumieńcem na twarzy, który długo po powrocie na moją kwaterę nie chciał z niej zejść. To był koniec. Koniec spokojnych nocy, spokojnych dni, spokojnego pobytu na Holmie. Marianne widywałam rano, w południe, wieczorami, w rzeczywistości jej nie widując. Otumaniałam, chodziłam jak zaślepiona, zaniedbywałam swoje obowiązki, były dni kiedy nie jadłam, nie myłam się. Obraz leżącej, półnagiej, młodziutkiej dziewczyny o wiosennym zapachu owładnął moją duszę, mój organizm. Pewnego poranka Eugeniusz ujrzał mnie zamyśloną i przygnębioną. - Pani podchorąży, co z panią? - szepnął zdziwiony. - Wszystko w porządku panie Eugeniuszu. Trochę osłabłam. - Chyba pani się na mnie nie obraziła za wcześniejsze pytania? - Nie, oczywiście, że nie. - Możemy jeszcze porozmawiać? - Tak, jak najbardziej. - To może dzisiaj? Marianka też wypytuje o panią. Tak długo pani nie widziała. Spodobała się jej pani. - Dobrze, dobrze - zaczerwieniłam się, miałam nadzieję, że tego rumieńca nikt nie zauważy - Przyjdę jeszcze dzisiaj. Wróciłam naprędce do siebie, wzięłam prysznic, wyperfumowałam, założyłam nową koszulę, czysty mundur. Eugeniusz siedział przy stoliku, pomagała mu Matylda, starsza siostra Marianne, lekko kulejąca, brulion zapełniała ładnym, kaligraficznym pismem. Rozglądałam się niecierpliwie. - Proszę pani podchorąży, pani usiądzie - Eugeniusz podsunął mi krzesło - Marianka lekko niedomaga, położyła się - powiedział jakby wyczuwając moje zaniepokojenie. - Oczywiście, Matylda też może być - odpowiedziałam ni w pięć, ni w dziewięć. Dziewczyna uśmiechnęła się spod grubych szkieł okularów. - Zapisujemy właśnie chronologię wydarzeń na Wybrzeżu w latach siedemdziesiątych. Mówił pan, że pański ojciec był wówczas na tym terenie. - Tak, lecz ojca nie widywałam, całe dnie spędzał w jednostce wojskowej, czasami tylko nocował. - Może był w Gdyni? W Elblągu? Matylda skrupulatnie notowała fakty w brulionie. - Nie wiem, być może - odpowiadałam automatycznie, myślałam o czymś innym. Spoglądałam na Matyldę a widziałam Marianne, grube dłonie Matyldy w moich oczach przeobrażały się w delikatne ręce Marianne, rudawe włosy, związane w gruby kok były długimi, jasnymi włosami, które kręciła palcami. Rozparte, ciężkawe ciało Matyldy przeistaczało się w filigranowy kształt ledwie przykrywający krzesło. Wpatrywałam się w Matyldę a widziałam Marianne. W głowie zaczynało mi się kręcić. Matylda podniosła wzrok znad stołu, przyglądała mi się uważnie. - Co się z panią dzieje? - Nic, nic, proszę pisać dalej. Eugeniusz dokumentował zdarzenia na Wybrzeżu. - Żołnierze strzelali wówczas do robotników. - Byli żołnierzami, wykonywali rozkazy przełożonych - nie chciałam ich bronić, ale też wiedziałem jak wygląda służba wojskowa - inaczej poszliby pod sąd i mogli zostać rozstrzelani. - Strzelać do swoich? Do swoich współbraci? Lepiej pójść pod sąd za niewykonanie rozkazu - Eugeniusz oburzył się. - Nie każdy jest bohaterem - odpowiedziałam, myśląc o całkiem czymś innym niż o zdarzeniach sprzed wielu lat. - Jesteśmy po przeciwnych stronach barykady pani podchorąży. Nigdy się nie porozumiemy. Marianne, dlaczego nie przyszła Marianne - intensywnie myślałam, próbując dociec dlaczego tak się stało, nieprzerwanie wpatrując się w pilnie zapisującą myśli Eugeniusza, Matyldę. - Po co pan to robi? - wymsknęło mi się pytanie. - Co robię? - odpowiedział zniecierpliwiony Eugeniusz. - Notatki. Po co pan spisuje te wydarzenia? - Już mówiłem, dla przyszłych pokoleń. Nie interesowałam się przyszłymi pokoleniami. Nie mogłam zrozumieć dlaczego Marianne nie przyszła. Dlaczego zastąpiła ją Matylda? Marianne nie przyszła ponieważ od rana niedomagała. Od kilku dnia czekała na Nataszę, niepokoiła się, że się nie pojawiała, jakby jej unikała. Spodobała jej się od pierwszego wejrzenia, wysoka, niebieskoka, w dopasowanym mundurze. Spodobała się jej jako piękna, kształtna, uformowana już kobieta ale jedna rzecz też przeważała. Władza. Natasza była najważniejszą osobą na wyspie, decydowała o rzeczach przyziemnych takich jak porządek dnia czy też codzienny jadłospis ale też o bardziej ważnych sprawach, jak na przykład zamknięciu w grocie, co już przydarzyło się wcześniej. Miała władzę nad wszystkimi uwięzionymi, również nad jej ojcem Eugeniuszem, którego Marianne od dzieciństwa się słuchała a po śmierci matki jemu usługiwała. Na wyspie Natasza była autorytetem i sam fakt, że osoba posiadająca władzę zainteresowała się jej skromną osobą sprawiał jej zadowolenie i satysfakcję. Wcześniej, przed przyjazdem na wyspę nie miała czasu myśleć o sprawach sercowych, o chłopcach i dziewczynach, zajęta szkołą i domowymi obowiązkami, które wraz siostrami przejęła po śmierci mamy. Z resztą nawet jakby chciała to za bardzo nie miała takich możliwości. Uczęszczała do klasy licealnej, na przerwach powtarzała materiał lekcyjny, tak by później poświęcić więcej czasu na obowiązki domowe. Czasami spoglądała na boisko szkolne gdzie chłopcy grali w piłkę, rozebrani, tylko w spodenkach, bez koszulek. Był taki moment, że zafascynowała się nagim torsem wysportowanego chłopaka ze starszej klasy, lecz był to tylko krótki moment. Minął bez żadnego efektu. Dopiero teraz, tu na wyspie całym sercem zaangażowała się uczuciowo. Krótkie, przelotne spojrzenia, widoczne zainteresowanie wykazywane przez obcą jej kobietę, jej natarczywy wzrok skierowany na odkryte części jej ciała, spowodowało, że poczuła się dowartościowana jako dziewczyna. Wykorzystywała to, ostentacyjnie się rozbierając, kładąc się i opalając się na kocu. Wyczuwała wrażenie jakie wywoływała u Nataszy i podniecenie jakie w niej wzbudzała. Jednak nie przewidziała jednej rzeczy, nie spodziewała się że takie same wrażenie, jak ona na Nataszy, ona zrobi też na niej. Już opalając się pragnęła, by położyła się tuż obok, by ją dotknęła, by przytuliła się do niej, by mocno trzymała w swoich objęciach. Przez półprzymknięte oczy wszystko widziała, jej niezdecydowanie, roztargnienie, intensywny wzrok skierowany na jej ciało. Nie chciała by odchodziła, lecz nie mogła wypowiedzieć żadnego słowa, nawet nie wiedziała co i jak powiedzieć. Słowo zachęty, prośby, rozkazu? Nie, nie było to możliwe. Jej uczucie pozostało w niej, nie była w stanie wydobyć jego obrazu na zewnątrz. Bo jakby dziwnie i niezrozumiale, według niej, obraz ten wyglądał? Natasza odeszła, ona pozostała niezaspokojona i rozdrażniona. Przez kilka dalszych dni wyraźnie jej unikała, poczuła się urażona, najpierw się w nią wpatruje, później zapomina i porzuca, pomyślała. Lecz nie zniknęła z jej myśli, z marzeń i snów nocnych, podczas których ona jednak się decyduje, ich ręce spotykają się, tuli ją mocno, całuje w wilgotne usta, jej dotyk ją obezwładnia. Budziła się w środku nocy, drżąca i podniecona, zrezygnowana, że to tylko sen, kładła się z myślą, że widok ukochanej zaraz powróci. Klementyna i Matylda, śpiące na jednym łóżku lekko pochrapywały. Nie wiedziała czy im zazdrościć spokojnego snu, czy też współczując, że nie przeżywają takich uczuciowych wniesień jakie ona przeżywała. Przychodziłam przez następne dni mając nadzieję, że spotkam Marianne. Lecz witały mnie uśmiechnięte, blade oczy Matyldy. Eugeniusz spisywał, spisywał, doszliśmy już do czasów współczesnych, o której mało wiedziałam, ponieważ wiadomości w mojej akademii filtrowane były przez politruków a męczące poligony, których częstotliwość znacznie się zwiększyła, nie umożliwiały wymiany cywilnych wiadomości. Jednak przyszła, niespodziewanie ale przyszła, szczupła, blada, lekko zażenowana. W tej samej spódniczce i w białej bluzeczce w kwiatki. Piękna, śliczna, cudowna księżniczka. Spodziewając się grubych szkieł Matyldy nagle ujrzałam niesamowity uśmiech Marianne. Stałam, stałam, stałam. Uśmiechnęłam się również radośnie. Serce moje radowało się, jego mocne uderzenia zagłuszały rozchodzący się po falach daleki dźwięk kościelnych dzwonów. - To jak to było? - jakby z oddali usłyszałem pytanie Eugeniusza. - Nie pamiętam- odpowiedziałam, patrząc na Marianne. - To co mam zapisać? - usłyszałem jej cichy głosik Milczałam. Mów, mów, jeszcze coś powiedz, powtarzałam w swojej głowie, tak rzadko ją słyszałam, tak bardzo lubiłam tembr jej głosu, a ona bardzo niechętnie wypowiadała jakiekolwiek słowa, nie lubiła za bardzo mówić. - Jak, jak? - nie za bardzo rozumiała - podniosła głowę znad stolika i spojrzała na mnie, to wystarczyło, by jej oczy znowu mnie zniewoliły. Stałam jak słup, wpatrywałam się w nią, w jej usta, nos, podbródek, w którym zauważyłam, niewielki wgłębiony kształt, nie mogłam wypowiedzieć wyraźnie słowa. - Nie wiem, nie pamiętam - zatrzymałam się. - Nie? Dlaczego? - zapytała, jej oczy nadal przenikały moje wnętrze. Chyba nie zauważyła, jakie na mnie ona wywiera wrażenie, chociaż przebiegło mi przez myśl, że jak najbardziej, jak najbardziej zauważa, oczywiście, że widzi moje zdenerwowanie, moje podniecenie i specjalnie mnie kokietuje, specjalnie jej oczy tak się szklą, ponieważ widzi, jak to na mnie działa. Marianne pragnęła się skupić na zapisywaniu wydarzeń dyktowanych przez ojca, jednak obecność Nataszy nie pozwalała jej na to. Pochylona nad stolikiem czuła jej obecność, kątem oka widziała jej postać, zapach jej ciała ukrytego pod szorstkim mundurem wprawiał ją w dziwny stan, którego nigdy dotąd nie doznała. Wszystko rozumiała, rozumiała każde słowo wypowiedziane przez Eugeniusza czy Nataszę, w normalnym czasie zapisanie ich nie sprawiłoby żadnego problemu, lecz teraz drżenie jej rąk, którego nie mogła powstrzymać nie pozwalało na taką prostą czynność jak wodzenie piórem po papierze. Fala gorąca przenikała jej ciało, czuła jak się poci, jak wilgoć przenika przez bluzkę, gwałtownie oddychała, prawie nie mogąc złapać oddechu. - Muszę zrobić przerwę - nagle powiedziała, wstała od stolika prawie go wywracając, pobiegła w stronę baraku. W ubraniu weszła pod prysznic, zimne strumienie schłodziły jej ciało, rozebrała się, naga weszła pod kołdrę, dopiero wówczas ochłonęła, napięcie powoli spadało, oddech spowalniał, uspokajała się, zasnęła. - To chyba my też zrobimy przerwę - powiedział zdezorientowany, nic nie przeczuwający Eugeniusz - jutro będziemy kontynuować. - Myślę, że tak będzie najlepiej - odpowiedziałam, zawiedziona, że moje spotkanie z Marianne, którego od wielu dnia niecierpliwie wyczekiwałam zakończyło się tak szybko. Nie było kontynuacji. Jutro nie nastąpiło takie jak oczekiwaliśmy. Przypłynął Karol. Wyciągnął zza pazuchy pismo. - Zabieram dwie osoby - powiedział. - Jakie dwie? - zapytałam. - Są zapisane. Proszę przeczytać. Przeglądałam listy, znieruchomiałam, zakręciło mi się w głowie. Na listach widniał Eugeniusz i Marianne. - Nie, nie, to niemożliwe - powiedziałam. - Ja tych list nie tworzę - wzruszył ramionami - mam zabrać to zabieram. - Dlaczego, dlaczego? - pytałam nie wiadomo, siebie czy jego. Dlaczego Marianne? Pomyślałam o najgorszym, że Holm jest tylko formą przejściową, Karol wysłannikiem sił ciemności, i że zabiera ofiary by je ostatecznie unicestwić. Nie, nie pozwolę. Eugeniusz, opozycjonista, przeciwnik reżimu, doświadczony, zaznajomiony z właściwościami tego świata, rozumiem, ale Marianne, młodziutka, niewinna, dopiero budząca się do życia? To nieludzkie, niesprawiedliwe, nie mające uzasadnienia! Jak tak można, kto na to pozwala, kto decyduje, że w tak młodym wieku trzeba już się żegnać. Nie zaznając smaku życia, nie mając czasu by sprawdzić jakie ono rzeczywiście jest. A ja? Jak ja wytrzymam? Przecież nie przeżyję bez jej spojrzenia, bez jej widoku, jej twarzy, włosów, rąk. Bez niej nie wyobrażam sobie dalszej egzystencji. Chociaż tak przeżywałam te spotkania, tak cierpiałam, to jednak te cierpienia były piękne, były wzniosłe, były wspaniałe! - Nie pozwolę na to - stanowczo powiedziałam do Karola. - Jestem tylko posłańcem, jeżeli pani podchorąży ich nie wyda, przyjadą inni i zabiorą siłą - odpowiedział niewzruszony moją zapowiedzią. Eugeniusz nadszedł. Odebrał listy ode mnie, przebiegł po nich oczami. - Spodziewałem się. Wcześniej czy później, domyślałem się. Ja tak. Ale Marianka? Chcą mnie bardziej ugodzić? Bandyci! Swołocze! - Nie wydam was. Karol odpłynie bez was - powiedziałam zdecydowanym głosem. Eugeniusz machnął ręką zrezygnowany. - Marne szanse pani podchorąży, znam ten system, znam ich. Sami ich nie pokonamy. Dopiero ilość robi na nich wrażenie. Ja i pani, to za mało, tylko się zaśmieją, przewrócą, zgniotą i pójdą dalej. - Będziemy się opierać! - Samotny opór nic nie da. Szkoda ofiar. Idę się pakować. - A Marianne? - Pojedzie ze mną. Karol czekał. Niecierpliwił się. - Sami przyjdą, czy mam iść po nich? - zapytał. Nie odpowiadałam. Byłam zdruzgotana. Myślałam jak zapobiec nieszczęściu, by Marianne nie odchodziła. Piękny kwiatuszek w fazie rozkwitu. W mojej głowie zaczął świtać plan ratunku. Szalony ale pragnęłam go zrealizować. Natychmiast. Jednak sytuacja uległa zmianie. Nadchodził Eugeniusz z walizką, za nim drobiła kulejąca dziewczyna z niewielkim plecaczkiem. Matylda? Eugeniusz szepnął mi do ucha. - Proszę się zaopiekować Marianką pani podchorąży. Będzie potrzebowała pomocy. Klementyna też pomoże - wchodził na pokład. - Proszę się nie martwić panie Eugeniuszu. Nic złego jej się nie stanie. Przypilnuję. To należy przede wszystkim do moich obowiązków - odpowiedziałam pewnym tonem. W duchu przysięgłam sobie, że nigdy nie dam i nikomu nie pozwolę skrzywdzić tak pięknej, budzącej się do pełnego życia, istoty. - Pani podchorąży niech podpisze protokół przekazania - niedbale powiedział do mnie Karol, podając mi pomięty skrawek papieru. Podpisałam, Karol odpływał, Eugeniusz podniósł rękę do góry, jakby dawał znak, żebym się nie martwiła, nie wszystko stracone, życie idzie dalej. Matylda skromnie się uśmiechała, spod grubych szkieł spoglądała porozumiewawczo w moim kierunku.
Michałek Po wyjeździe Eugeniusza z Matyldą, Klementyna, starsza siostra opiekowała się Marianne. Tak jak obiecałam Eugeniuszowi często odwiedzałam barak obu dziewcząt, pytałam się czy nie potrzebują pomocy, czy czegoś im nie brakuje. W drzwiach witała mnie zawsze Klementyna, nigdy Marianne. Dowiedziałem się wcześniej od Eugeniusza, że Klementyna interesuje się współczesną poezją i nawet sama próbuje pisać wiersze. Musiała być czułą i wrażliwą istotą. - Gdzie jest Marianne? - zapytałam pewnego dnia zaniepokojona. - Nie czuje się dobrze, ma zawroty głowy i omdlenia. Położyła się - wyczuwałam, że Klementyna nie oszukiwała mnie, mówiła szczerze. - Proszę ją ode mnie pozdrowić - powiedziałam zasmucona. - Oczywiście pani podchorąży, pozdrowię - zamknęła drzwi. Obraz delikatnej postaci Marianne nie znikał z mojej głowy, wprost przeciwnie, teraz jeszcze bardziej o niej myślałam. Wyobrażałam sobie ją leżącą, ciężko oddychającą, z rozgorączkowanym czołem, często majaczącą. Pewnie mocno przeżywała rozstanie z kochającym ojcem i siostrą Matyldą. Chciałam biec do niej, pomóc, uchwycić w ramiona, przytulić mocno, pocieszyć. Zaraz jednak pojawiał się obraz Klementyny stojącej w drzwiach i nie wpuszczającej nikogo do chorej. Marianne rzeczywiście źle się czuła.. Lecz ona chorowała już wcześniej, przed odjazdem Eugeniusza z Matyldą. Jej spotkania z Nataszą, z pozoru niewinne i do niczego nie zobowiązujące zostawiły w niej trwały ślad. Tęskniła do niej, jednocześnie nie była na tyle śmiała, by powiedzieć, jak bardzo jej brakuje. Jej głosu, jej wzroku, jej postaci. Ona po prostu zakochała się w Nataszy. Ta platoniczna do tej pory miłość powodowała omdlenia, drżenie całego ciała, dni kończyły się wysoką gorączką i majakami, także Klementyna obawiając się o zdrowie kazała jej leżeć w łóżku. Choroba Marianne trwała dłuższy czas, obawiałam się o jej zdrowie, myślałam nawet o wezwaniu lekarza ale wydarzenia potoczyły się w innym kierunku. Początkowo wszystko przebiegało po mojej myśli, ja zajmowałam się Marianną, właściwie Klementyną, która w drzwiach informowała mnie, że siostra nie może mnie przyjąć, ponieważ jeszcze nie jest w pełni zdrowa. Pewnej nocy ten błogi nastrój został przerwany. Z krzykiem przybiegła przestraszona Klementyna, że do ich baraku wtargnął obcy mężczyzna i zaatakował Marianne, żebym natychmiast przyszła z pomocą. Pobiegłam ile miałam sił, drzwi baraku były wyważone, wpadłam do pokoju. To co zobaczyłam przeraziło mnie, wielki drab obejmował wpół Marianne, próbował ją przyciągnąć do siebie, ona wyrywała się i piszczała. Rozpoznałam go, to Mateusz z sąsiedniego baraku, który zajmował wraz z sześcioma dziewczętami. Irma, Franciszka, Welma, Truda, Myszka i Złotowłosa. Wszystkie wesołe, ubrane w jaskrawe, kwieciste sukienki. Trafili na Holm na początku, zaraz po moim przybyciu. Początkowo myślałam, że może to zespół ludowy z jednym solistą, potem przebiegło mi przez myśl, że to jakaś sekta, z przewodzącym nią guru. Za sześć kolorowych dziewcząt Mateusz był odpowiedzialny. Lecz w tej chwili przesadził. Krucha, niebiańska istota w rękach bezwstydnego brutala, który chce ją posiąść siłą. Delikatna księżniczka i zdemoralizowany satyr. Tak to sobie wyobraziłam. To było dla mnie za wiele. Wyciągnęłam pistolet z kabury. - Natychmiast ją puść! - wrzasnąłam - i wynoś się z tego baraku. Rano melduj się u mnie przed apelem. Początkowo nie słuchał się mnie, zamroczony, otumaniony dusił w ramionach Marianne, oprzytomniał dopiero po moim strzale ostrzegawczym. Puścił dziewczynę, usłuchał, przeciskał się w drzwiach z Klementyną, która przerażona patrzyła na rozgrywającą się tragedię. W rękach trzymałam półprzytomną Marianne. Bałam się o nią, jednocześnie byłam szczęśliwa, że wreszcie mogę ja mieć tak blisko siebie, czuć przyśpieszone bicie jej serca, dotykać ją, zbliżyć twarz do jej twarzy tak blisko jak to było możliwe. - Marianne, Marianne - powtarzałam szczęśliwa jej imię - już wszystko w porządku, już nic złego tobie się nie stanie, nie martw się. Zostanę z tobą. - Natasza, Natasza - uśmiech rozjaśnił jej twarz, osłabiona, prawie mdlała, ale czułam, że była szczęśliwa, że mnie ujrzała. Radowałam się, że mnie rozpoznała i mówiła mi po imieniu a nie "pani podchorąży", którego określenia w jej ustach tak nie lubiłam. Razem z Klementyną położyliśmy ją na łóżku, przykryliśmy kołdrą, zasnęła. - Jak to się stało, że wpuściłaś Mateusza - zapytałam. - Dobijał się, nie czekał aż otworzę drzwi, na co w ogóle nie miałam zamiaru, wyważył je, przewrócił mnie i od razu do Marianne. Nie wiem co mu się stało. Od pewnego czasu przesiadywał pod naszym oknem. Mówił, że Marianne mu się spodobała od pierwszego dnia pobytu i chciał by dołączyła do jego grupy. Odpędzałam go ale był natrętny. Mówił, że jak Marianne nie przyjdzie dobrowolnie to weźmie ją siłą. Wcześniej bał się tatusia i nie przychodził do nas. Teraz poczuł się bezkarny. - Dlaczego mi wcześniej o tym nie mówiłaś. Bym interweniowała. - Myślałam, że jak mu powiem raz i drugi, żeby nie przychodził to pomoże. Nie spodziewałam się aż tak gwałtownego wybuchu. Był już środek nocy, pożegnałam Klementynę mając nadzieję, że już będzie spokój. A rano rozprawię się z Mateuszem. Na porannym apelu Mateusz nie pojawił się, kolorowe dziewczęta wzruszały ramionami dając do zrozumienia, że nic nie wiedzą, albo nie chciały powiedzieć. Wyczułam, że bardzo są z nim związane i chcą go chronić. Przeszukałam…