Inne · 9 min czytania
Sześć stóp pod ziemią
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nagle znalazłam się na polu złocistego zboża. Niebo było niebieskie, poprzecinane podłużnymi smugami białych chmur. Słońce świeciło z mojej lewej strony, oślepiało oczy. Lato? Sierpień? Chyba tak. Morze zboża falowało pod podmuchami wiatru. Za każdym razem, gdy chciałam dotknąć kłosów dłońmi, one uginały się jak najniżej. Wiatr był silny, bardzo silny. Giął na boki nawet widoczne na horyzoncie drzewa. Ale ja go nie czułam. Widziałam tylko jego siłę. Obserwowałam, jak gwałtownie bawi się moimi włosami. Ukłucie w oczy. Spojrzałam, kryjąc oczy pod dłonią, w kierunku, gdzie dostrzegłam błysk. W oddali, przede mną, na brzegu pola, dostrzegłam coś białego. Długo trwało, zanim wzrok przyzwyczaił się do odległości. Daleko przede mną stał podłużny, biały dom. Jedno z jego okien było chyba niedomknięte i ruszając się na wietrze odbijało w szkłach słońce. A może ktoś tam stał? Zaczęłam iść w stronę domu. Zboże rozchylało się przede mną jak na rozkaz. Ziemia była sucha, widziałam jej jasnobrązowy kolor, gdy kłosy rozstępowały się na boki. Nie słyszałam jednak szumu, kiedy się poruszały. Tak samo jak nie słyszałam wiatru, który je do tego zmuszał. Wszędzie panowała martwa cisza. Dom był już kilkanaście metrów przede mną. Był cały z drewna, sprawiał wrażenie wysuszonego wiatrem i tym letnim słońcem. Na białej, odrapanej altanie stał wypłowiały fotel, wyścielany szarymi poduszkami, z których wystawały gdzieniegdzie sprężyny. Na oparciu zaś leżała długa, ciemnozielona chusta, dotykająca frędzlami podłogi. Nic więcej nie stało na podeście. A drzwi do domu były otwarte na oścież. Wspięłam się na schody i stanęłam przed wejściem. Przyglądnęłam się oknu, które ruszało się na wietrze. Nie miało szyb. Drugie również. Rozglądnęłam się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś lusterka, które mnie mogło tutaj zwabić, ale nic takiego nie znalazłam. Dojrzałam jedynie zieloną bransoletkę z korali na siedzeniu fotela. Znajomą bransoletkę. Wzięłam ją do ręki, ale natychmiast rozpadła mi się w dłoni. Korale posypały się na podłogę, część potoczyła się w stronę wejścia i zniknęła we wnętrzu domu. Westchnęłam cicho i powoli przekroczyłam próg. Znalazłam się w dużym salonie, poprzecinanym dziwnymi, podłużnymi smugami światła, które padały z ogromnych, tworzących niemal całą, lewą ścianę, okien. Wiatr poruszał podartymi, powłóczystymi firanami, które ostały się jeszcze w karniszach. Panowała dziwna, blado-szara poświata. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam kilka wiklinowych krzeseł, które leżały przewrócone na ziemi. Miałam podobne w swoim pokoju kiedyś, kiedy byłam młodsza. Ale nie były tak zniszczone jak te. Stolik, także wiklinowy, stał pod prawą ścianą, tuż obok ciemnego regału. Podeszłam do niego. Stało na nim stare, jeszcze z lat dwudziestych radio. Przekręciłam gałkę, ale nie wydobył się z niego żaden odgłos. Może było zepsute, a może było tylko pustą atrapą. Podeszłam do okna. Szyby były powybijane, dookoła pełno było odłamków szkła. Ostrożnie przeszłam obok, ale i tak po chwili zauważyłam, że zostawiam za sobą szeroką smugę krwi, która natychmiast wsiąkała w wysuszone, szare deski podłogi. Szłam dalej. Znalazłam się w krótkim korytarzu, w którego obu ścianach były drzwi. Pchnęłam je lekko i otwarły się bez dźwięku. Niebieskie, wyblakłe i smętnie zwisające ze ścian tapety pokryte były wizerunkami misiów, pszczółek i garnków z miodem. Na środku małego pokoju stała pusta kołyska. Same druty i sprężyny. Jedynie materac, który wyścielał jego spód, był cały. Na nim zaś leżała kolejna zielona bransoletka, mniejsza niż ta z altany. Jakby przeznaczona dla dziecka, które spało kiedyś w tej kołysce. Albo dopiero miało w niej śnić. Poza tym pokój był pusty. Żadnych zabawek, regałów, obrazków. Duże okno nie miało nawet firan. Nagle poczułam, że coś mi nadepnęło na stopę. Usłyszałam drobne kroki na korytarzu, ale kiedy na niego wyszłam, nikogo nie zobaczyłam. Zamknęłam drzwi pokoju i spróbowałam otworzyć te z naprzeciwka, ale były zamknięte. Poszłam dalej korytarzem. Na jego końcu też były drzwi. Inne niż dotychczasowe. Framuga była pokryta drobnymi, roślinnymi motywami, pokrytymi jasna bejcą, zaś same drzwi lśniły nowym, ciemnobrązowym lakierem. Gałka klamki błyszczała złotem.