przygoda · 1 godz. 42 min czytania
Szkatułka z Tollen - część I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Część I
– No już, ty chabeto… rusz się! – dziewczyna siedząca na końskim grzbiecie dała swemu rumakowi delikatny kuksaniec w bok. Jednak ogier nie miał siły iść dalej. Stał na środku leśnej ścieżki z nisko pochylonym łbem i trząsł się z wycieńczenia. Podróżniczka odgarnęła ciemne, przyklejone do spoconego czoła, włosy. Sprężystym ruchem zeskoczyła na ziemię. Ujęła pysk zwierzęcia w dłonie i pogłaskała pieszczotliwie miękkie chrapy. – Musimy iść dalej, przecież wiesz… Obiecuję ci, że za tym pagórkiem trafimy na osadę. Tam będzie woda… woda, rozumiesz? Dostaniesz całe wiadro świeżej, zimnej, przejrzystej wody. Nikt nie odgoni cię od studni, dopóki nie ugasisz pragnienia. Ja tego dopilnuję. Wierzchowiec spoglądał na swą panią ze znużeniem. Upał i długa wyprawa bardzo dały się mu we znaki. – No co? Przejdziesz jeszcze kawałek? Chodź! Chodź do wody! Powtarzając słowo „woda” niczym zaklęcie, pociągnęła za wodze i zachęciła kasztanka do zrobienia paru kroków. Poddał się życzeniu i ruszył smętnie w drogę. Szedł powoli, jego kopyta stukały o suchą leśną dróżkę i wzbijały w górę niewielkie tumany pyłu. Uparcie zbliżali się do najbliższego wzniesienia. – Widzisz? Udało ci się, stąd już będzie widać Tollen! – dziewczyna uśmiechnęła się i pobiegła na szczyt pagórka. Jednak widok rozciągający się wokoło z pewnością nie spełniał ani jej, ani konia oczekiwań. Jak okiem sięgnąć tylko zielony las, drzewa, krzewy, chaszcze, na wpół zarośnięte, prowadzące donikąd ścieżki i ani śladu ludzkich siedzib. Dziewczyna rozglądała się po okolicy z coraz większą irytacją. Pokonała taki szmat drogi po to, by oglądać kolejne pustkowia? Nie, to było ponad jej siły! A już z pewnością ponad siły kasztanka. Stała na porośniętym wysoką trawą wzniesieniu i zastanawiała się, co robić dalej. Zawrócić? Pomaszerować z powrotem do miejsca, które nie było jej domem? Gdzie już nikt na nią nie czekał? Nie. Musi iść przed siebie. Chociaż nie ma sił, musi iść dalej. Prażące popołudniowe słońce sprawiło, że poczuła ból głowy. Jednym ruchem narzuciła na włosy lekką ciemnobrązową chustę i zeszła w dół, do czekającego w pobliżu wierzchowca. – Idziemy – pociągnęła zdecydowanie za wodze. Kasztanek wyciągnął przed siebie łeb, lecz gdy skórzane pasy napięły się, ani drgnął. Stał zaparty w ziemię, niezdolny wykonać jednego nawet kroku. Dziewczyna szarpnęła nieco bardziej zdecydowanie. Bez skutku. – A więc dobrze – zirytowała się. – Stój sobie tutaj. Stój sobie na słoneczku, bez wody, bez schronienia… na pewno odzyskasz siły, ty głupi zwierzaku. Razem je odzyskamy, bo ja nie mam zamiaru cię zostawić. Jakby na potwierdzenie swych słów usiadła demonstracyjnie na nagrzanej trawie i spojrzała w niebo. Na błękicie nie widać było ani jednej chmury, a słońce grzało z całych sił. Las ożywiał świergot ptaków. – Będziemy tu tak siedzieć. Zobaczysz. Koń zarżał cicho i wstrząsnął łbem. – Wiesz, że to twoja wina? Cieszę się, że się ze mną zgadzasz. Ale skoro już urządziliśmy sobie postój, może coś zjemy? – wstała, wyciągnęła z worka przytroczonego do siodła kawałek suchego chleba i wepchnęła go sobie do ust. Przeszła kilka kroków i uśmiechnęła się do wierzchowca. – Ty się naciesz trawą. Spójrz, te kępki wyglądają… Urwała w połowie zdania i odwróciła się gwałtownie w stronę ścieżki. Z uwagą wpatrywała się w pobliskie zarośla. Miała wrażenie, że słyszy końskie kroki. Tak, na pewno zbliża się tu jakiś jeździec, a może nawet i dwaj, słychać coraz wyraźniej stukanie wielu kopyt. A może to ból głowy sprawia jej niespodzianki? Słyszy coś, czego w rzeczywistości nie ma? Nie, to dzieje się naprawdę. Zza zakrętu wyłonił się podróżny dosiadający szarobiałego ogiera. Za nim kroczył gniady luzak. Na ten widok dziewczyna uśmiechnęła się radośnie. Być może otrzyma jakąś pomoc i wskazówkę, jak dotrzeć do osady! Przedarła się przez wysoką, sięgającą pasa trawę i wyszła na ścieżkę. – Witaj, panie – zagadnęła pogodnie. Mężczyzna wstrzymał wierzchowca. – Witaj. – zsunął z głowy jasny kaptur chroniący go przed upałem i dopiero teraz podróżniczka uzmysłowiła sobie, że chłopak, którego wzięła za mężczyznę, nie był wcale taki dojrzały, jak jej się w pierwszej chwili wydawało. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat. Jego płowe, kontrastujące z ciemnymi oczyma włosy zdradzały, że pochodził z zachodniej części Królestwa. Obcy przyjrzał się jej z uwagą. – Czyżbyś wędrowała w pojedynkę? – Oczywiście. – Nie boisz się krążyć po tych pustkowiach sama jedna? Bezbronna? – uśmiechnął się krzywo. – Bezbronna nie jestem, mam to – poklepała się po pasie. Jeździec dostrzegł zarys noża pod brązową koszulą. – No dobrze, umiesz o siebie dbać – ironizował. – Ale nie aż tak bardzo, jak ci się wydaje. Dlaczego mam nieodparte wrażenie, że się zgubiłaś... Dokąd jedziesz? – Do osady Tollen. – spojrzała mu wyzywająco w oczy. Jasnowłosy popatrzył na nią zaskoczony, po czym roześmiał się głośno i szczerze. – Tollen? – zapytał z rozbawieniem. – Cofam to, co przed chwilą powiedziałem, ty naprawdę nie umiesz o siebie dbać. Tylko żartujesz, czy rzeczywiście nie masz pojęcia, gdzie jesteś? – W pobliżu osady – warknęła z uporem, przekonana, że ten cwaniak celowo się z nią drażni. Przecież miała dokładne wskazówki! Podróżowała bardzo uważnie, wszystko się zgadzało. Młodzieniec zeskoczył z konia i zbliżył się do niej. Na jego ustach nadal igrał ten szyderczy uśmieszek, który tak bardzo ją irytował. – Dziewczyno, Tollen leży po drugiej stronie tamtych wzgórz – wskazał ruchem głowy wzniesienia na wschodzie. – Droga zajmie ci co najmniej osiem, dziewięć dni. O ile w ogóle tam dojdziesz… to niebezpieczne okolice. Skoro już tutaj cię przyniosło, musisz obejść dookoła ten las, potem kieruj się na wschód. Dziewczyna poczuła, że całe jej plany legły w gruzach. Osiem dni?! Nie da rady, nie przejdzie takiej odległości… przygnębiona, spuściła wzrok. Młodzieniec nie zwracał już na nią uwagi. Zainteresowało go coś innego. Powoli zbliżył się do kasztanka i przesunął dłonią po jego trzęsącym się ciele. Rumak w żaden sposób nie zareagował na dotyk obcego. – Co za żałosna szkapa… Na tym czymś masz zamiar dotrzeć do Tollen? – To wspaniały koń! – zaprotestowała żywo. Nagle jakby skuliła się w sobie. – Tylko że… jest wycieńczony… i spragniony. Nie ma sił dalej iść. Widziała, że chłopak przygląda się jej z uwagą. Już nie był tak szyderczy. Stał się bardziej przyjazny. – Ten kasztan jest wykończony tak samo jak ty, prawda? Nie wiem, jak mogłaś zapędzić się w te pustkowia bez należytych zapasów, bez wody... sama widzisz, jakie panują teraz upały. Narażałaś nie tylko swego wierzchowca, ale i siebie. – Miałam dojść do Tollen w ciągu kilku dni. Nie wiedziałam, że zabłądzę. – Oczywiście, że nie. Przecież z ciebie doświadczona podróżniczka – westchnął z rezygnacją i podszedł do siwka. Poszperał przy siodle i po chwili wcisnął jej w dłoń spory bukłak pełen przyjemnie chłodnej wody. – Napij się. I daj coś tej twojej szkapie.
* * *
O ile w ciągu dnia nie można było narzekać na brak upału, o tyle w nocy panował przejmujący chłód. Uroki kapryśnego Królestwa. Dziewczyna siedziała przy ognisku opatulona w jakiś stary pled, który nie pachniał najpiękniej, ale przynajmniej porządnie grzał. To nie to samo co jej cienka chusta, którą otulała się na czas snu. Towarzysz zarzucił na siebie podobny pled i z przyjemnością rozcierał dłonie przy trzaskającym ogniu. Kilka metrów od nich trzy konie spały w najlepsze, a bezpieczeństwo zapewniały im wodze przywiązane do drzew i prowizoryczne ogrodzenie sklecone z paru konarów. Ogień trzaskał tak wesoło i dawał tak przyjemne ciepło, że dziewczyna przysunęła się nieco bliżej, by poczuć na twarzy przyjemne fale gorąca. Również chłopakowi podobało się to nocne siedzenie przy ognisku. Uśmiechał się pod nosem i wyglądał na naprawdę zadowolonego. Młoda podróżniczka przypatrywała się mu przez dłuższą chwilę. Typowy mieszkaniec Zachodu, miał krótko przystrzyżone, pszeniczne blond włosy i otoczone ciemnymi rzęsami, piwne oczy. Zachowywał się z pewną wyniosłością, niczym świadomy swojej pozycji arystokrata, a jego podniszczone, jasne, przyozdobione złotymi nićmi ubranie w niczym nie przypominało wiejskich łachów. Mimo uciążliwej podróży prezentował się porządnie i schludnie. Jednak pled, który jej podarował, cuchnął czymś niezidentyfikowanym. – Trzymałeś w tym zdechłego trolla? – zapytała z uśmiechem, odsuwając twarz od nieprzyjemnie pachnącego brzegu derki. – Dlaczego? Podsunęła mu pod nos rąbek przykrycia. – Dlatego. Zbladł, lecz zaraz odzyskał dobry humor. – Coś jest nie tak? Ja nic nie czuję. – Nie masz innego pledu? – zaśmiała się. – Nie. Jeśli chcesz mieć ciepło, siedź pod nim. Chyba że… – zerknął na nią zalotnie – chcesz dzielić ze mną mój? Pachnie bosko! Skrępowana, zachichotała. Nigdy do tej pory nie spotkała tak bezpośredniego chłopaka. W ogóle nie miała zbyt wielu okazji do rozmów z chłopcami. On jednak nie ustępował. Przysunął się bliżej i spojrzał jej głęboko w oczy. – Naprawdę nie chcesz? – Nie. – Wyobraź sobie, jak mogłoby być nam przyjemnie… razem byśmy się ogrzewali w tę chłodną noc, szeptali do siebie czułe słówka i sprawiali, że rozkoszy nie byłoby końca… Ten młody arystokrata wprawiał ją w zażenowanie. Czuła, że jej policzki pokrywają się rumieńcem. – A co najważniejsze… pled by brzydko nie pachniał – oczy błyskały mu żartobliwie, kiedy położył rękę na jej ramieniu. Ona zdecydowanie, lecz łagodnie, strąciła dłoń. – Proponujesz mi tak osobisty kontakt, a ja nawet nie wiem, jak masz na imię – uśmiechnęła się. Chciała obrócić całą tę niezręczną sytuację w żart. Chłopak wyprostował się. – Aran. – Aran? Czy to nie znaczy tyle co „Blask”? – Zgadza się – kiwnął głową, a jego wyniosły uśmiech świadczył o tym, że jest dumny ze swego szlachetnego imienia. – Ładnie. Domyślam się, że jesteś wysoko urodzony? – Tak. Ale nie chce mi się o tym gadać – odparł lekceważącym tonem. – Bardziej ciekawi mnie, jak ty masz na imię. – Kelisa. – A to znaczy…? Dziewczyna roześmiała się. – Nie wiem, czy to imię ma jakiekolwiek znaczenie. Przynajmniej nie tam, skąd pochodzę. – Opowiadaj – Aran objął kolana ramionami i oparł się plecami o drzewo. Przyglądał się Kelisie. Migoczący blask ogniska sprawiał, że jej oczy pociemniały, stały się niemal czarne. – Moja przeszłość z pewnością nie jest tak interesująca jak twoje życie. Pochodzę z prostej rodziny. Mój dom znajdował się w północnej części Królestwa. Chłopak zmarszczył brwi. – Naprawdę? Jesteś wysoka, masz ciemne loki, szare oczy i smagłą cerę… nie wyglądasz jak ci z Północy. – A twoja bezczelność jest charakterystyczna dla gburów z Zachodu! – odparła zjadliwie. Nie lubiła, gdy ktoś wspominał o jej fizycznej odmienności. Wiedziała, że nie wygląda jak mieszkańcy północnej części Królestwa. Oni byli bardziej krępi i na pewno nie mieli kręconych włosów. – Zgadłaś, skąd pochodzę? Aleś ty bystra! – Aran wykrzywił usta w tym swoim ironicznym uśmiechu. Widząc, że wymiana zdań dotknęła Kelisę, spojrzał na nią ciepło i poprosił, by opowiadała dalej. – No więc… moja matka była prostą kobietą. Pracowitą, całymi dniami harowała, aby utrzymać kawałek ziemi, który miałyśmy. Pomagałam jej z całych sił, ale zawsze żyłyśmy na granicy nędzy – spuściła głowę. – Ludzie nigdy nie byli do mnie pozytywnie nastawieni. Różniłam się od nich, byłam inna, zresztą sam to zauważyłeś. Traktowali mnie jak obcą, nie pomagały tłumaczenia, że wyglądam tak, bo mój ojciec nie pochodził z Północy. Wszyscy mówili, że to tylko część prawdy, że moja matka nie była moją prawdziwą matką. – A co ona na to? – Twierdziła, że skoro wychowuje mnie od urodzenia, jest moją matką. Kelisa zamilkła. Siedziała bez ruchu, zamyślona. – Myślisz, że ona naprawdę…? – zaczął Aran ostrożnie. – Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Jedno jest pewne. Byłam obca na Północy. – Dlaczego chcesz odnaleźć Tollen? – Jadę tam, bo znajduje się ono na granicy Zachodu i Południa. I tam też wiedzie mnie szkatułka, którą dostałam od matki w dniu jej śmierci. – Szkatułka? Kelisa przysunęła do siebie trzos i chwilę w nim pogrzebała. Wyjęła niewielki, owinięty delikatnym czerwonym materiałem przedmiot. Aran przysunął się bliżej i patrzył z uwagą na pojawiające się puzderko. Kiedy dziewczyna odsłoniła całą szkatułkę, sięgnął po nią i obejrzał ze wszystkich stron. Była mała, drewniana, złociście dekorowana, a na każdym z boków widniał jakiś napis. Aran przyjrzał się jednej z inskrypcji. Tak, słowo {i}Tollen{/i} na wieczku było doskonale widoczne. On jednak odniósł wrażenie, że ktoś dopisał je celowo, wiele lat po powstaniu puzderka. Przejechał palcem po literach. Miał rację, ostre kanty… słowo wyryto stosunkowo niedawno. Pozostała część szkatułki również była rzeźbiona, ale idealnie gładka. Skupił uwagę na dziwnych, znajdujących się poniżej literach i starał się połączyć je w logiczną całość. Zmrużył oczy, szeptał coś pod nosem, po czym pokiwał przecząco głową. – Posiadasz piękną rzecz, to muszę przyznać. Na pewno nie wykonali jej mieszkańcy Północy. Nie zrobił też tego mój lud. Może ta szkatułka ma coś wspólnego z Południem? Kelisa wzruszyła ramionami i odebrała od Arana swoją własność. – Żebym chociaż wiedziała, co oznaczają te runy. – To nie są runy. – A co? – Nie wiem – pokręcił głową. – Może to nic nie znaczące wzorki, a może napis w nieznanym języku… w każdym razie ja nie umiem tego odczytać. – Ani ja – Kelisa przyjrzała się skrzyneczce. – Moja matka mówiła, że w środku jest coś ważnego, coś, co pomoże mi w życiu. Ale nie umiem jej otworzyć. – Pokaż. Ponownie podała Aranowi szkatułkę i obserwowała, jak starał się unieść wieczko. Z początku delikatnie, w końcu pociągnął mocniej, a gdy i użycie siły nic nie dało, wyjął niewielki nóż i próbował wsunąć ostrze w drewnianą szczelinę. Widząc te metody, Kelisa pospiesznie zabrała mu puzderko. – Zniszczysz! Chłopak schował nóż i ułożył się na trawie. Odwrócił się do Kelisy plecami, naciągnął pled po czubek nosa i zamknął oczy. – Będziesz miała niezłą zagadkę z tą szkatułką. Wątpię, żeby w Tollen ktoś umiał odczytać te słowa, o ile w ogóle to są jakieś słowa. Nie chcesz też jej otworzyć – mruknął niewyraźnie. – Chcę ją otworzyć. Ale delikatnie – odparła, dorzucając do ogniska kilka polan. Nie zauważyła, że Aran wzruszył lekceważąco ramionami. Po chwili i ona ułożyła się do snu. Była tak zmęczona, że nawet brudny pled nie przeszkadzał jej w jakiś szczególny sposób.
* * *
Nazajutrz rano obudziło ją słońce prażące prosto w twarz. Przeciągnęła się mocno, wysunęła ręce spod pledu zasłoniła oczy ramieniem. Skoro tak wcześnie promienie grzeją z taką mocą, co będzie koło południa? Zapowiadał się kolejny marsz w upale. Gdyby nie Aran, być może nie miałaby siły ruszyć w drogę? Dzięki chłopakowi i ona, i kasztanek mogą wędrować dalej. Zrzuciła z siebie pled, lecz nie chciało się jej wstawać. Tak przyjemnie było leżeć na zielonej trawie, czuć słodki zapach roślin i patrzeć w błękitne niebo… Gdyby tylko mogła, spędziłaby błogo cały dzień. Niestety. Czekała ją długa droga. Do tego kasztanek, jakby zaniepokojony lenistwem swojej pani, podszedł blisko i miękkimi chrapami musnął jej twarz. Kelisa zaśmiała się wesoło i pogłaskała koński łeb. – Wstaję, już wstaję – wsparła się na łokciu. – Aran odwiązał cię od drzewa? – To twoje bydlę tak się do ciebie wyrywało, że musiałem go uwolnić. To pies, czy koń? Zerknęła na chłopaka. Siedział przy resztce wygaszonego ogniska i zajadał się jakimś dziwnie wyglądającym chlebem. Poczęstował ją sporą pajdą. To nie był zwykły, chłopski bochen, takie pyszne rzeczy mogli jeść tylko bogacze. Kelisa długo rozkoszowała się miodowym smakiem. W zamian za poczęstunek podarowała Aranowi jabłko, które trzymała w trzosie na czarną godzinę. Podziękował i zatopił zęby w twardym miąższu. Gdy tylko skończyli śniadanie, dosiedli wierzchowców i ruszyli w drogę. Wąska ścieżka i zarastające ją chaszcze skutecznie utrudniały podróż. Jednak konie szły z uporem i nie zwracały uwagi na przesuwające się po ich bokach gałęzie. Kelisa nie była równie cierpliwa jak zwierzęta. Po kilku godzinach podróży w tak nieprzyjemnych warunkach zaczęła mamrotać coś pod nosem. Jadący przed nią Aran obrócił się i zerknął na dziewczynę z ironią. – Coś nie tak? – Wszystko w porządku – warknęła i momentalnie schyliła się w siodle, inaczej spory konar wybiłby jej oko. Po kolejnej godzinie jazdy była w stanie zamordować towarzysza tylko dlatego, że istniał. – Co za drogę wybrałeś? Nie można było iść dalej szerszym traktem? Musisz nas ciągać po takiej dziczy? Roześmiał się. – A kto ci kazał iść za mną? – No ty chyba żartujesz! – prychnęła, oburzona do granic wytrzymałości. – Sam mówiłeś, że to najkrótsza droga do Tollen. Mam cię zacytować? „Obejdź wokoło ten las i kieruj się na ws…” – Dobra, daruj sobie, pamiętam, co mówiłem. I nadal potwierdzam swoje słowa. Jednocześnie informuję cię, że właśnie zbliżyłaś się do tej zapadłej mieściny o kolejne pół dnia drogi. Jakaś iglasta gałązka musnęła dziewczynę po dłoni. Pieczenie było nie do zniesienia, więc Kelisa wstrząsnęła ręką. Miała wszystkiego dość. Zatrzymała rumaka. Aran zauważył, że towarzyszka nie jedzie za nim. Mogła wybrać sobie bardziej dogodne miejsce na odpoczynek! Konie ledwie poruszały się rzędem w tej gęstwinie. – Co znowu?! – krzyknął do niej, odwracając się na grzbiecie siwka. – Nic. Nie jadę dalej tą drogą. Zawracam i ruszę starym, wypróbowanym traktem – mruknęła i wszystkimi możliwymi sposobami starała się zmusić wierzchowca do obrócenia się na leśnej ścieżce. Wierny koń nie miał jednak najmniejszej możliwości na wykonanie polecenia. Gąszcz skutecznie temu zapobiegał. Aran wyskoczył z siodła. Przecisnął się obok luzaka, podszedł do kasztana i złapał go za ogłowie. Oczy błyskały mu ze złości. – Chcesz zginąć? Proszę bardzo, zawracaj. Jedź na oślep przez wiele dni bez jedzenia i picia. Ale wiedz, że jednocześnie zmuszasz mnie do popełnienia takiej samej głupoty. Nie zostawię cię tutaj samej. Nie po tym, jak widziałem, jak słabo sobie radzisz. – Tak ci na mnie zależy? – zapytała z ironią. – Nie. Zależy mi na czystym sumieniu – przycisnął łeb konia do piersi. – Kelisa, niecałe dwa dni jazdy stąd jest mała osada. Tylko dwa dni! Właśnie tam zmierzam, tobie ta droga też pasuje, bo doprowadzi cię do Tollen. W osadzie pomogę ci kupić porządne zapasy. Wtedy bezpiecznie dotrzesz do celu. Nie zawracaj, to głupota. Kelisa spoglądała na niego z mieszanymi uczuciami. Nie chciała przedzierać się przez tę gęstwinę. Tędy chyba nikt nie jechał od wielu lat, nie wiadomo, co za potwory mogą czaić się w prastarym lesie. Jeśli jednak zawróci… Aran miał rację, za nic nie dojdzie do Tollen. Nie miała zapasów, wody, kasztanek był wyczerpany. Lepiej chyba zaufać temu chłopakowi. Sprawiał wrażenie rozsądnego i wiedział, co robi. – Dobrze, pojadę z tobą – uśmiechnęła się. – Rozsądna decyzja! – Gdyby tylko nie ta gęstwina! Aran roześmiał się i ruszył w stronę swojego wierzchowca. – Dzięki niej nie dociera do nas to prażące słońce, spójrz na to z dobrej strony – rzucił przez ramię. No tak, to była akurat zaleta rozłożystych drzew. Mimo tak doskonałej ochrony przez gorącymi promieniami, pod wieczór Kelisa z trudem trzymała się w siodle. Była cała obolała, spocona, zmęczona, a zraniona ręka dokuczała jej coraz bardziej. Na szczęście Aran zachowywał się tak, jakby doskonale znał te okolice, chociaż ona nie wyobrażała sobie, jak to w ogóle możliwe. Dla niej każdy fragment dzikiego lasu wyglądał identycznie i równie zagadkowo. W pewnej chwili chłopak zjechał ze ścieżki prosto w chaszcze, pociągnął za sobą luźno prowadzonego konia i zniknął. Niepewna Kelisa przystanęła. Przez chwilę wsłuchiwała się w ciche kroki siwka i luzaka, po czym powoli podjechała do miejsca, w którym Aran wprowadził zwierzęta w las. Gdy tylko zbliżyła się do otworu, kasztan sam wkroczył w gęstwinę i ruszył kłusem. Przestraszona, nie panowała nad ogierem. Za najgorszą plątaniną drzew znajdowała się niewielka polana. Dziewczyna niemal od razu dojrzała stojącego przy boku siwka Arana. Jego konie piły zachłannie z małego jeziorka znajdującego się na obrzeżu polany. Zeskoczyła z grzbietu rumaka i pozwoliła mu dołączyć do pozostałej dwójki. Podeszła do chłopaka. Widząc jego wesołe spojrzenie, uśmiechnęła się szeroko. – Wiedziałeś o tej polanie! – Jasne. Nie pierwszy raz się tu zatrzymuję. – Przenocujemy tu? – A masz jakieś inne miejsce do zaoferowania? – Nie – roześmiała się. – Tu jest tak pięknie… – Pięknie i niebezpiecznie – Aran mrugnął do niej żartobliwie i ruszył na środek polany, niosąc zebrane naręcze suchych patyków i szyszek. Rzucił je na stos i znów zabrał się za poszukiwanie opału. Kelisa rozejrzała się po małej, otoczonej potężnymi drzewami i niezwykle gęstymi chaszczami, okrągłej polance. Z miejsca, w którym stała, nawet nie mogła zauważyć przejścia, które doprowadziło ich tu z leśnej ścieżki. Niebo zaczęło ciemnieć, po raz pierwszy od poranka wiatr niósł ze sobą zapowiedź chłodu. Nadchodził późny wieczór. – Pięknie i niebezpiecznie, to racja – mruknęła do siebie i zeszła na brzeg jeziora, aby zająć się końmi. Po pewnym czasie znów siedzieli przy trzaskającym ogniu. Jednak tym razem nie poruszali poważnych tematów. Rozmawiali o miłych, zabawnych, błahych rzeczach, które przydarzyły się im w odległej lub bliższej przeszłości. Aran kończył właśnie opowieść o Faelu, przyjacielu, który ciągle pakował go w kłopoty, gdy nagle dostrzegł, że Kelisa ściska mocno swoją dłoń. Umilkł. Wziął dziewczynę za rękę i dokładnie obejrzał zranienie. – To nic poważnego. – Pewnie tak, ale to zaczerwienienie nie wygląda dobrze – wyjął ze swojej podróżnej sakwy słoiczek pełen zielonkawej maści i rozsmarował odrobinę na zadrapaniu. – Pali? Kelisa odniosła wrażenie, że ogień trawi jej skórę. Kiwnęła potakująco głową. – Tak ma być. Nie wiem, co cię drapnęło, ale lepiej, żeby nie wdało się zakażenie. Ta maść jest dobra na wszelkie zranienia. – Dziękuję. Bałam się, że dostanę gorączki i że nie będę w stanie dotrzeć do Tollen. – Dojedziesz tam cała i zdrowa. Będziesz mogła dowiedzieć się, co naprawdę oznaczają te dziwne znaki. – Wiem. Dotrę tam dzięki tobie – uśmiechnęła się do chłopaka, a on w odpowiedzi wyszczerzył do niej białe zęby. Spuściła głowę. – Boję się tylko jednego. Zbliżył się nieco. – Czego? – Widzisz… ta szkatułka… sama w sobie jest podobno bardzo cenna. Tu już nie chodzi o te niby runy. Jest cenna jako sam przedmiot. Podobno wielu ludzi się o nią zabijało. Aran patrzył na oświetloną blaskiem ogniska twarz dziewczyny. – Skąd to wiesz? – Moja matka zdradziła mi to przed śmiercią. Wydaje mi się, że ona wiedziała o wiele więcej, niż chciała mi powiedzieć. – Może… może to tylko legenda? Takie gadanie? – zapytał niepewnie. Kelisa wzruszyła ramionami. – Chciałabym, aby tak było. W przeciwnym razie jak mam pytać ludzi z Tollen o to, co jest na niej napisane? Czym ona tak naprawdę jest? Jeśli rzeczywiście ma tak wielką wartość, nie nacieszę się nią długo. Chłopak przypatrywał się strzelającym płomieniom. Był tak skupiony, że dotychczasowy uśmiech goszczący na jego twarzy zniknął bez śladu, a nieruchome piwne oczy zdawały się nie odczuwać gorącego żaru ogniska. Dopiero po chwili drgnął, jakby ocknął się z zadumy i spojrzał na Kelisę pocieszająco. – Wiesz, ja się znam na cennych rzeczach. Miałem tę szkatułkę w dłoni i do głowy mi nie przyszło, że to coś więcej niż drewniane puzderko. A ta odrobina złota, która powleka rzeźbienia… nie wydaje mi się, by za coś takiego ludzie mogli się mordować. Kelisa poczuła się pewniej. – Naprawdę tak myślisz? – Oczywiście. Moim zdaniem za bardzo wzięłaś sobie do serca tę legendę – ułożył się wygodnie. – Trzeba spać, ognisko już wygasa, a jutro czeka nas kolejna ciężka przeprawa przez las. Miłych snów. Tym razem trafił się jej ciepły, czysty pled, więc bez skrupułów owinęła się nim po sam czubek głowy. – Dobranoc – odpowiedziała Aranowi. Leżała cicho i wsłuchiwała się w spokojne odgłosy lasu. Za nic by nie pomyślała, że ta ciemna, przerażająca dzicz może być tak cicha i przytulna dla potrzebującego snu człowieka. Sam szum liści działał na Kelisę usypiająco. Aran widocznie był bardziej zmęczony niż chciał to przyznać i już po chwili przewrócił się na bok, wzdychając przy tym głęboko. Wkrótce rytm jej oddechu zrównał się z sennym oddechem towarzysza. Kelisa miała sen. Sen, w którym jakieś natarczywe ręce dotykały ją w poszukiwaniu czegoś nieokreślonego i który sprawił, że zaczęła się wybudzać. Przez chwilę nie wiedziała, czy to, co się dzieje, to pozostałość po marzeniu sennym, czy raczej rzeczywistość. Szybko wsparła się na ramieniu, przestraszona i zaskoczona. – Co ty…? Aran znajdował się tuż obok, klęczał nieruchomo i wpatrywał się w jej twarz. Kiedy dostrzegł, że dziewczyna się obudziła, uśmiechnął się delikatnie. – Przepraszam, nie chciałem cię obudzić. Chciałem tylko na ciebie popatrzeć. – Co… co takiego? – zająknęła się. Pochylił się nad nią i nim zdołała zorientować się, co zamierza zrobić, pocałował ją. Kelisa nie wiedziała, jak zareagować. Aran, widząc niepewność dziewczyny, położył się tuż obok i zaczął wodzić opuszkami palców po jej twarzy i szyi. – Wiesz, miałem dziwny sen – szeptał. – Przyśniłaś mi się. Obejmowałaś mnie, całowałaś… Niestety obudziłem się i zrobiło mi się smutno, że to tylko takie moje senne rojenia. Kelisa przełknęła ślinę. Zażenowana i onieśmielona, nie wiedziała, co odpowiedzieć. Aran uśmiechał się łagodnie i ciągnął dalej. – Nagle zdałem sobie sprawę, że sen może się urzeczywistnić. Przecież leżysz tuż obok… – Aran, zostaw mnie, proszę cię… jestem zmęczona, chcę się wyspać. Chłopak jednak zdawał się nie przyjmować odmowy dziewczyny do wiadomości. Uniósł się i zaczął całować Kelisę, spokojnie i delikatnie. Nie chciał jej spłoszyć. – Aran… – Dlaczego tak się przed tym bronisz? – zapytał cicho. – Ile masz lat? – Siedemnaście. Ale nie chodzi o… Nie dał jej dokończyć, przysunął się jeszcze bliżej. – Jesteś ode mnie młodsza zaledwie o dwa lata. Chyba mi nie powiesz, że tego nie chcesz. A może ja ci się nie podobam? – Lubię cię, ale nie w ten sposób... – Kelisa odsunęła się nieco. Spojrzała na blondyna prosząco. – Połóż się i śpij. On jednak nie miał zamiaru dać tak łatwo za wygraną. Objął ją, całował, zakradł się językiem między wargi. Trzymał Kelisę mocno i pewnie. Czuł, jak dziewczyna poddaje się jego woli. A może to było jego pobożne życzenie? Niemożliwe. Wiedział, co robić, by nie zostać odtrąconym. Wszystko szło zgodnie z planem. Wsunął rękę pod głowę Kelisy, zahaczył dłonią o trzos. Dziewczyna poczuła, że usta towarzysza rozciągają się w triumfalnym uśmiechu. Opanowała zaskoczenie i z całych sił odepchnęła go od siebie. Teraz już nie bawiła się w grzeczności, po prostu zabrała swoje rzeczy i położyła się kilka metrów dalej. Chociaż było ciemno, odtrącony Aran widział, jak ostrzegawczo chwyciła się za pas. Wiedział, że ma tam nóż. Chłopak zacisnął zęby. Przez chwilę patrzył na dziewczynę z zamyśleniem, nie wiedział, czy nie podjąć kolejnej próby. Ostatecznie zrezygnował. Rzucił się na swoje legowisko. – Skoro tak… sama się o to prosisz – mruknął ze złością i zamknął oczy.
* * *
Część 22 / 2
– Nie musisz się już mnie obawiać, palcem cię nie tknę. Mam swoją godność i jeśli dziewczyna raz powie „nie”, nie narzucam się. Kelisa obserwowała Arana bez słowa. Wygłaszał tę tyradę z obrażoną miną, ale sprawiał też wrażenie smutnego. Nawet teraz nie chciał spojrzeć jej w oczy i z uporem godnym ważniejszej sprawy trzepał pled na środku małej polanki. – Zaskoczyłeś mnie, chyba rozumiesz. Chłopak kiwnął głową i podszedł do swojego konia. Zarzucił zrolowany pled na tył siodła. Kelisa także powoli przygotowywała się do drogi. Popiła resztkę chleba wodą ze wspólnego bukłaku i zeszła nad jezioro, aby osiodłać kasztanka. Wypoczęty i napojony wierzchowiec odzyskał dawną energię, znów trzymał głowę wysoko uniesioną i wprost rwał się do dalszego marszu. – Chcesz już jechać? – Aran podszedł do luzaka stojącego u boku kasztana i przerzucił mu przez szyję cienki sznur. Pytanie kierował w powietrze, nawet nie odwrócił się w stronę dziewczyny. – A ty nie? – Wiesz… dość długo podróżowałem bez kąpieli. To jeziorko idealnie nadaje się do pływania. Nie wiem jak ty, ale ja nie ruszę się stąd, dopóki nie zmyję z siebie całego brudu. Kelisa zerknęła na gładką taflę jeziora. Aran miał rację, nie tylko jemu, ale i jej przydałaby się porządna kąpiel. Oczko wodne było tak zachęcające, błyszczało pięknie w promieniach porannego słońca… Jednak po dzisiejszej nocy dziewczyna miała poważne opory przed rozbieraniem się, kiedy w pobliżu znajdował się Aran. Zarzekał się, że ona już go nie interesuje, widocznie odmowa bardzo go zapiekła. Czy jednak był aż tak obojętny? Czy chłopak jego pokroju nie przełamie swojej dumy i nie zerknie pomiędzy gałęziami na kąpiącą się dziewczynę? Tego by nie zniosła. – Kiedy będziemy w osadzie? Aran usiadł na brzegu i już ściągał buty. – Dziś wieczorem – odparł, patrząc gdzieś w horyzont. To przeważyło. Starała się nadać słowom przekonujący ton, lecz naprawdę żałowała swojej decyzji. – Skoro tak, wykąpię się na miejscu w ciepłej wodzie. Balia to nie to samo co jezioro. Aran wzruszył ramionami, zrzucił koszulę i wskoczył do wody. Dziewczyna zauważyła, że mruknął pod nosem coś niecenzuralnego. Odniosła wrażenie, że jest na nią naprawdę zły i zaczęła wątpić, czy chodzi mu tylko o odtrącenie jego zalotów. Po kilku minutach wyszedł na brzeg, wciągnął na siebie ubranie. Kelisa stała obok i obserwowała go z zazdrością. Może jednak powinna zrobić to samo? – To jak? Kąpiesz się, czy nie? Decyduj, nie mamy czasu. Jeśli chcesz popływać, odejdę stąd i przypilnuję ci twoją szkapę – złapał kasztanka za wodze i po raz pierwszy dzisiejszego dnia spojrzał jej w oczy. Skąd to niejasne przeczucie, że za tą niewinną propozycją kryje się coś niedobrego? Zdaniem dziewczyny Aran miał jakiś plan i był zły, ponieważ ona cały czas przeszkadzała mu swoim zachowaniem. Teraz też jakiś wewnętrzny głos mówił jej, że on chce, aby weszła do wody i zostawiła objuczonego konia pod jego opieką. Straci ogiera z oczu… – Nie, nie wchodzę do wody. Chcę jak najszybciej dotrzeć do osady, a potem dalej, do Tollen. – odparła zdecydowanie i wyszarpnęła mu wodze. Dosiadła konia i czekała, aż on zrobi to samo. Mogłaby jechać sama, ale to on znał drogę i musiał wyprowadzić ją z lasu. – A więc dobrze – Aran wskoczył na siwka z nieco większym niż to konieczne zamachem. Uderzył piętami koński bok. Kelisa poczekała, aż chłopak zniknie za gęstym przejściem i ruszyła za nim. Tym razem droga upłynęła im w kompletnej ciszy. Aran przeciskał się jako pierwszy przez zarośniętą ścieżkę, za nim kroczył luzak, na końcu Kelisa na swoim kasztanku. Upał był równie nieznośny jak poprzedniego dnia, lecz dziewczyna nie miała zamiaru się skarżyć. Nawet gdyby coś powiedziała, wściekły towarzysz z pewnością by ją zlekceważył. Już nie było pomiędzy nimi tej sympatycznej, żartobliwej atmosfery. A wszystko zburzyła jedna noc. Późnym wieczorem las zaczął się przerzedzać. Gęstwina stawała się coraz mniej uciążliwa, ścieżka szersza i drzewa nieco mniej potężne. Z czasem w dali pojawiły się pola i zagony. Zaorana ziemia była dowodem na obecność zamieszkujących okolicę ludzi. Kiedy Kelisa zobaczyła pierwsze zabudowania, odetchnęła z ulgą. W końcu dotarła do osady! Co prawda to dopiero część jej podróży, lecz od tej chwili wszystko powinno ułożyć się łatwiej. Zdobędzie potrzebne zapasy, odzyska siły, pozbędzie się Arana. Wjechali na brukowane uliczki małego miasteczka. Dziewczyna rozejrzała się z zaciekawieniem. Dominowały tu niewielkie wiejskie domki z malwami kwitnącymi pod oknami i dziećmi bawiącymi się w sadach. Kilka większych drewnianych budynków skupiło się wokół głównego placu. Tu też znajdowała się studnia. Aran zatrzymał konia przy zajeździe i zeskoczył na klepisko. Kelisa poszła za jego przykładem. Odwiązała trzos od siodła i zerknęła na towarzysza. – Zaraz się od ciebie odczepię. Powiedz mi tylko, gdzie mogę zdobyć jakieś zapasy – mruknęła pod nosem. Chłopak nawet na nią nie spojrzał. Przymocował wodze swoich wierzchowców do niewielkich palików, gdzie rosło trochę trawy i ściany dawały nieco cienia, i nie oglądając się za siebie podszedł do drzwi zajazdu. Kelisa przyglądała mu się z narastającą złością. Co ten dzieciak sobie w ogóle wyobraża! – Dobrze, obejdzie się! – warknęła i już chciała zaczepić przechodzącą obok kobietę, gdy Aran odwrócił się i spojrzał na nią. – Mam cię zapraszać, abyś weszła tu ze mną? – trzasnął drzwiami. Kelisa przezwyciężyła niechęć i po chwili przekroczyła niski próg. Wewnątrz zajazdu panował mrok. Jedynie liczne świece nadawały pomieszczeniu słaby blask. Pod ścianami, przy zniszczonych stołach, siedziało kilku mężczyzn, inni tłoczyli się przy czymś, co przypominało bar. Masywne schody prowadziły zapewne do gościnnych pokoi. Gdzieś na górze dziewczyna o piskliwym głosie śmiała się wesoło. Wyglądało na to, że Aran był tu stałym bywalcem. Stojący za barem gospodarz powitał go uprzejmie i po chwili konspiracyjnej rozmowy zerknął na Kelisę. Także chłopak odwrócił się w jej stronę i posłał jej niezbyt miły uśmiech. Zmarszczyła brwi. Jeśli te plotki miały być pomocne w zdobyciu prowiantu na dalszą drogę, to nie widziała swojej przyszłości w jasnych barwach. Aran na pewno nie troszczył się już o nią, a więc musiała radzić sobie sama. Zebrała się w sobie, podeszła do baru i zagadnęła sympatycznie do stojącego za ladą mężczyzny. – Przepraszam, czy mógłby mi pan wskazać miejsce, gdzie mogę zakupić trochę jedzenia i wody? Chcę jak najszybciej ruszyć w dalszą drogę. Gospodarz i Aran przyglądali się jej z uśmiechem. – A dokąd to jedziesz, panienko? – zapytał starszy z nich słodkim głosem. – Do Tollen. – Tak jak mówiłem – wtrącił Aran z ironicznym grymasem. Kelisa ścisnęła mocniej swój trzos i spojrzała chłopakowi prosto w oczy. – Dziękuję, że pomogłeś mi dotrzeć aż tutaj, ale poradzę sobie sama. Nie musisz się odzywać. – No pięknie, dziewczyna ma charakterek! – mężczyzna spojrzał na Arana – Niezła, całkiem niezła! Ile za nią chcesz? – Dogadamy się. – Co?! – Kelisa odskoczyła od baru. – Co to ma znaczyć? – Spokojnie, dziewczyno, złość piękności szkodzi. A twoja wyjątkowa uroda jest wiele warta. Skąd pochodzisz? Kelisa nie czekała na dalszy rozwój wypadków. Wiedziała, że została wciągnięta w pułapkę. Aran na pewno planował to od samego początku! Dlatego nie chciał, aby zawróciła i dlatego ciągnął ją tu przez dwa dni! Miał doprowadzić ją do gospodarza, sprzedać do pracy i dostać wysoką zapłatę. Niedoczekanie! Jednym susem rzuciła się do drzwi. Była zwinna, ale mężczyzna okazał się szybszy. Złapał ją za nadgarstki, obrócił tak, że stanęła tyłem do niego i przycisnął ją do siebie z całych sił. Kelisa szarpała się i krzyczała o pomoc, ale nikt nie reagował. Straciła całkiem nadzieję na jakąkolwiek reakcję gości, gdy gospodarz wrzasnął tuż przy jej uchu. – Patrzcie, chłopcy, mamy nową dziewczynę! Mężczyźni zebrani w mrocznym pomieszczeniu przyjęli to gromkim wyciem. – Ładna jest! – Nie będziecie mieli ze mnie żadnego pożytku! – Kelisa walczyła z całych sił. Wyrywała się i kopała, ale nie miała najmniejszych szans z potężnym, rosłym gospodarzem. Uspokoiła się na chwilę i spojrzała na Arana. Stał bez słowa, nie spuszczał z niej swoich bursztynowych oczu. Poczuła ucisk w sercu. Zaufała mu, a on ją zdradził! – Jak mogłeś?! Zbliżył się do niej i musnął dłonią po policzku. – Takie życie. – Arystokrata z Zachodu, tak? Kłamca, że też wcześniej cię nie przejrzałam! Jesteś podły! – Nie, nie jestem podły. Każdy chce w jakiś sposób zarobić. Zresztą nie będzie ci tu źle. Kelisa poczuła, że do oczu napływają jej łzy zawodu i wściekłości. – A więc to całe odgrywanie przewodnika, miłe rozmowy przy ognisku… to tylko pozory? Wcale taki nie jesteś?! – Kelisa… byłem dla ciebie miły, bo bardzo cię polubiłem. Na początku nie miałem zamiaru cię tu zostawiać. Naprawdę chciałem ci pomóc. Ale wiesz, jak to jest… – Nie, nie wiem, jak to jest! – wrzasnęła i szarpnęła się całym ciałem, mało nie wybijając zębów stojącemu za nią gospodarzowi. – Dlaczego mi to robisz?! Przecież wiesz, że muszę dotrzeć do Tollen! Muszę! Zauważyła, że Aran wpatruje się w jej trzos. Kurczowo zacisnęła na nim dłonie. – Wcale nie musisz się tam pojawić. Po co masz tam jechać, skoro nie będziesz już miała swojego skarbu? Coś mnie do niego ciągnie… – znów spojrzał jej w oczy. – Właśnie dlatego cię sprzedaję. Szkatułka będzie moja. A ty nie będziesz mogła mnie ścigać. Kelisa, sama zdradziłaś mi wczoraj wieczorem jej tajemnicę. Gdyby nie to, byłabyś całkiem bezpieczna. Mogłem też ją ukraść i zostawić cię w spokoju, ale nie, musiałaś się buntować. – Nie! Nie zabierzesz mi jej! To dlatego byłeś dzisiaj taki zły! W nocy nie udało ci się jej ukraść! Przecież miałam trzos pod głową! Wspólny sen… też coś! Prawdziwy drań z ciebie, Aran! Zaczęła szarpać się jak szalona, wyrywała się i nic nie robiła sobie z kleszczowego uścisku gospodarza. Tym razem wykazała się potężną determinacją. Mężczyzna z trudem panował nad swoim nowym nabytkiem. Widząc, że dłużej nie utrzyma rozwścieczonej dziewczyny, ścisnął ją z całych sił. Kelisa poczuła, że traci dech. Pokonana, uspokoiła się. – Nie dostaniesz… za nic... Gospodarz posadził ją na rozchwianym krześle i odwrócił się do Arana. – Co za szkatułka? Chłopak wzruszył ramionami. Nie był głupi, za nic nie chciał zdradzić, że to małe puzderko jest dość cenne. – Taka tam… pamiątka po jej matce. Chętnie ją sobie wezmę – odparł lekceważąco. – Słuchaj, smarkaczu – mężczyzna spojrzał na niego groźnie. – Sprzedajesz dziewczyny i to jest już dostatecznie podłe. Bierzesz wszystko, co one mają. Ale tej biedaczce nie zabierzesz pamiątki po matce, rozumiesz? Już ja tego dopilnuję! Zabieraj pieniądze, zabieraj jej konia i wynoś się stąd! Aran nie poddał się tak łatwo. – Ta szkatułka będzie moja. – Nigdy! – Kelisa skorzystała z okazji, że nikt jej nie trzymał i rzuciła się na stojącego o krok chłopaka. Rąbnęła go pięścią w brzuch. Blondyn skulił się, a ona skoczyła do drzwi. Jednak gospodarz był czujny. – No już, mała, spokojnie. On sobie stąd idzie, ty zostajesz. A to… – sięgnął po trzos – wezmę na przechowanie. Twoje skarby nie przepadną, będę je miał pod ręką. Kelisa nie mogła się dłużej opierać. Patrzyła, jak dwóch biesiadników wyprowadza Arana na zewnątrz. Ona została w dusznej izbie, uwięziona i nieszczęśliwa. Jednak jej bunt nie zniknął. Wiedziała, że odzyska swoją własność i ucieknie jak najdalej stąd. Do Tollen. Domyślała się, dlaczego chłopak ją tu sprzedał i jakie będzie jej zajęcie. A więc dobrze, pomyślała. Teraz pokażę, na co mnie stać. Nie będziecie mieli ze mną łatwego życia. – Chodź, mała. Pokażę ci twój pokój. Ruszyła za mężczyzną dumna i wyprostowana, a jej szare oczy błyszczały buntowniczo.
* * *
Nie minęły dwa tygodnie, a gospodarz już zaczął żałować, że kupił od Arana tę małą Kelisę. Mała Kelisa… już po kilku dniach nikt nie nazywał jej inaczej niż Dzikuska. Dziewczyna za nic nie chciała wykonywać swoich obowiązków, buntowała się w kuchni, buntowała się przy sprzątaniu, buntowała się przy zabawianiu gości. W końcu zrozpaczony gospodarz zamknął ją w jednym z pokoi za barem i starał się przełamać jej upór w najbardziej haniebny ze znanych sposobów – chciał z niej zrobić dziewczynę do towarzystwa. Totalna porażka. Kelisa nie dawała się tknąć, walczyła zapalczywie z każdym mężczyzną, który tylko ośmielił się przekroczyć próg i niejednemu zostawiła na pamiątkę sporą bliznę po paznokciach. Uspokajała się tylko wieczorem. Wtedy to gospodarz wypuszczał ją, aby uprzątnęła główną salę. Nauczony doświadczeniem, na tę godzinę zamykał zajazd, w przeciwnym razie Dzikuska mogłaby łatwo uciec. Nie chciał jej stracić, chociaż była tak kłopotliwa. Uparł się, że przetrzyma ją do czasu, gdy Aran nie sprowadzi mu innej pomocnicy. Jednak chłopak nie pokazywał się w okolicy i nie wiadomo było, czy w ogóle wróci. Kiedy Kelisa sprzątała salę, mężczyzna obserwował ją z uwagą i był gotowy zareagować na najmniejszy nawet znak zwiastujący ucieczkę. Jednak ona jakby pogodziła się ze swoim losem. Sprawnie wykonywała to, co do niej należało, zaglądała w każdy zakamarek i wycierała kurz z najgłębszych półek. Gospodarz nie domyślał się, że ta skrupulatność ma swój cel: Kelisa chciała za wszelką cenę dowiedzieć się, gdzie został schowany jej trzos. Pewnego dnia go znalazła. Leżał tuż pod barem, blisko drzwi od jej pokoju. Na widok skórzanego worka poczuła ogromną radość, lecz nie dała po sobie poznać, że odkryła miejsce ukrycia swojej własności. Cieszyła się, że szkatułka jest bezpieczna. Teraz musiała tylko obmyślić plan ucieczki.
* * *
W pewien piękny, słoneczny dzień ciszę osady przerwał bolesny krzyk mężczyzny. Kilku mieszkańców przystanęło na placu pod zajazdem i z zaciekawieniem patrzyli, jak z budynku wybiega trzymający się za policzek, rosły młodzian. – Dzikuska dała mu do wiwatu – uśmiechnął się pewien staruszek. Wszedł do środka i rozejrzał się za kimś, z kim mógłby porozmawiać o najnowszym wydarzeniu. W ciemnym rogu dostrzegł siedzącego samotnie mężczyznę, tuż obok plotkowali trzej wieśniacy w podeszłym wieku. Byli najwyraźniej zadowoleni z powstałego zamieszania. – Opowiadajcie – staruszek przysiadł się do nich. – Tym razem młody Pava? – Tak. Długo wytrzymał! – zaśmiał się jeden z pijaczków. – Co z tego, skoro wyleciał od niej jak oparzony, ze zranionym policzkiem? Ta dziewczyna to istna diablica – dodał drugi. – Ktoś teraz u niej jest? – Tak, wszedł mój syn – uśmiechnął się dumnie szpakowaty olbrzym. – Założył się o worek najlepszej mąki, że tym razem ją złamie. Towarzysze prychnęli pogardliwie. – Nie żeby twojemu synowi czegoś brakowało, ale ona go pogoni na cztery wiatry. Nie ma szans! Jakby na potwierdzenie tych słów, drzwi za barem otworzyły się z zamachem i na zewnątrz wyszedł postawny młodzik. Zerknął wstydliwie na zebranych przy stole, zaczerwienił się i zniknął z zajazdu z miną zbitego psa. Tuż za nim pojawiła się dziewczyna. Wysunęła głowę, rozejrzała się i już chciała skoczyć w stronę baru, gdy trafiła na ganiące spojrzenie zbliżającego się gospodarza. Zła, zatrzasnęła się w swoim pokoju. Siedzący samotnie mężczyzna nie spuszczał jej z oczu. Kiedy zamknęła drzwi, wstał i podszedł do gromadki pijaczków. – Powiedzcie mi... – zagadnął. – Co to za jedna? Staruszkowie przyjrzeli się mu ze zdziwieniem. – Nie znasz jej? No tak, jesteś nietutejszy. To Dzikuska! – Dzikuska? – Tak! Pewien chłopak sprzedał ją tu jakieś… dwa tygodnie temu, a ona nic, tylko się buntuje. Podobno zła jest, bo ta praca zburzyła cały jej plan. – Chciała dojechać do Tollen – wtrącił szpakowaty. – Wiecie może, czego ona tam chciała szukać? – Nie mamy pojęcia – wzruszyli ramionami. – W każdym razie została tu i jest z tego powodu bardzo niezadowolona. Nikomu nie daje się tknąć. Chłopy już robią zakłady, który pierwszy ją złamie. Wielu próbowało, ale to ona ciągle wygrywa – zachichotali, jakby opowiedzieli bardzo dowcipny żart. Obcy zerknął w stronę baru. – Czy i ja mogę wejść w ten zakład? – mruknął po chwili. – Oczywiście! – Po co ci to? – zapytał szpakowaty. – Jesteś tu tylko przejazdem i wyglądasz na tyle dobrze, że nie musisz sobie kupować miłości kobiety. Sam widziałeś, jak ta mała pogoniła dwóch wyrostków. Chcesz od niej wylecieć z zakrwawionym policzkiem, jak Pava? Po co się tam pchasz? Jednak przybysz już go nie słuchał. Rzucił na stół dwie monety i ruszył w stronę baru. Pilnujący pokoju gospodarz nawet nie ostrzegał obcego przed tym, w co się pakuje. Wziął od niego zapłatę i kiwnął przyzwalająco głową. Kelisa siedziała na łóżku i spoglądała przez okno na gęstą ścianę lasu. Tak bardzo chciała się stąd wyrwać! Znów ruszyć do Tollen… Nagle wyczuła, że nie jest sama. Odwróciła się w stronę drzwi. Na progu stał młody mężczyzna. Wysoki, zgrabny, jego podróżne ubranie było mocno zakurzone. Jednak mimo dość pospolitego wyglądu Kelisa niemal od razu zorientowała się, że nie gości u siebie zwykłego człowieka. Zdradzały go niesamowicie jasne, zielone niczym u kota oczy i długie do łopatek, jedwabiste czarne włosy. Gdyby nie masywna budowa i po ludzku ukształtowane uszy, mógłby uchodzić za elfa najczystszej krwi. To był półelf. Kelisa nigdy nie gardziła innymi stworzeniami, lecz teraz samoobrona była ważniejsza. – Nie zadaję się z mieszańcami – mruknęła. – Odejdź. On jednak powoli zbliżył się do niej i stanął tuż obok. – Zapłaciłem. – Co z tego? – wzruszyła ramionami. – To nie mój problem, że wyrzucasz pieniądze w błoto. Bez słowa kucnął przy niej, odwrócił jej twarz w swoją stronę i mocno pocałował. Kelisa szarpnęła się ze złości. – Zostaw mnie – ostrzegła. Mimo woli przeszył ją dreszcz strachu. Ten mężczyzna nie przypominał żadnego z podpitych wioskowych śmiałków ani marnych przybłędów, z którymi łatwo sobie radziła. On był postawny, trzeźwy, spokojny i z pewnością o wiele silniejszy od niej. Kiedy usiadł na łóżku i przytulił ją do siebie, musiała zebrać w sobie całą moc, by odepchnąć go na odległość ramion. Nie przejął się jej szamotaniną. Przygniótł ją do pościeli i ponownie pocałował z dziwną brutalnością. Kelisa mogła tylko odwrócić twarz i szarpać się z całych sił. Jednak czuła, że tym razem przegrywa walkę. Nie mogła znieść bliskości tego półelfa, jego ust dotykających jej skóry i natrętnych rąk krążących po całym ciele. Chociaż szczupły, ważył chyba z tonę. Robił z nią, co tylko chciał. Zrozpaczona, ścisnęła mocno uda. On zdawał się niczym nie przejmować. Rozdzielił kolanem jej nogi, podciągnął ku górze delikatną koszulę i zacisnął dłoń na krągłej piersi. To sprawiło, że Kelisa dała upust targającej nią wściekłości. Rzuciła się do przodu i gdyby mężczyzna był mniej uważny, z pewnością rozbiłaby mu nos własnym czołem. – Nie dotykaj mnie, ty kundlu! Zamarł. – Coś ty powiedziała? – syknął wściekle. – Złaź! Nie chcę mieć do czynienia z takim parszywym mieszańcem jak ty! – Pożałujesz tych słów! – Co może być gorszego od tej sytuacji, co?! – nagle jakby całe zdenerwowanie ją opuściło. Padła na poduszkę. – Nie możesz po prostu zostawić mnie w spokoju? Nie wiem, co w takiej walce sprawia ci przyjemność. Niczego nie osiągniesz, to ci gwarantuję. Obcy popatrzył na nią z zamyśleniem. – Nie jesteś strachliwa. – Walczę o swoje. Tylko tyle. Za nic nie dam się tknąć, rozumiesz?! Uniósł się nieco. Kelisa wykorzystała nadarzającą się okazję i momentalnie wyślizgnęła się spod niego. Cofnął się na brzeg łoża i nadal nie spuszczał z niej wzroku. – No i co tak siedzisz? Wyjdź stąd – poprawiła ubranie. Milczał, więc odwróciła się i spojrzała prosto w jego intensywnie zielone oczy. Przez chwilę przypatrywali się sobie z uwagą. – Nie jesteś tu z własnej woli, prawda? – Oczywiście, że nie. Powinnam być daleko stąd – wyjrzała na las za oknem. Mężczyzna wyprostował się i pociągnął ją za sobą. Kiedy wstała, okazało się, że sięga mu ledwie do szyi. Bez wątpienia po elfach odziedziczył wzrost. No i te nieziemskie oczy oraz jedwabiste włosy. Przez chwilę wpatrywał się w nią, jakby zastanawiał się, co powinien zrobić. W końcu odezwał się cicho. – Mogę pomóc ci uciec. – Doprawdy? Dopiero co zależało ci na czym innym. Uśmiechnął się. – Sprawdzałem cię. Chciałem zobaczyć, coś ty za jedna, jak zareagujesz. Nie ryzykowałbym dla pannicy, która sprawiałaby mi tylko same kłopoty. – No i? – Przeszłaś próbę. Masz charakter – zerknął na drzwi i przypomniał sobie o pewnej ważnej sprawie. – Chcesz zdobyć pieniądze na drogę? – Oczywiście. Potrzebuję… – nagle się zawahała. – Co chcesz, abym zrobiła? – Udawaj, że jest ci ze mną dobrze. Cofnęła się o krok. To jakiś niezrównoważony psychicznie napaleniec! Obcy ścisnął ją mocno za ramię. – Udawaj! Wyobraź sobie, że właśnie cię pocałowałem… jak zareagujesz? Tylko głośno, żeby ci na sali cię słyszeli. Uśmiechnęła się pod nosem i wydała z siebie jęk, jakby zebrało się jej na wymioty. Półelf pochylił głowę i potarł czoło dłonią. Kelisa z satysfakcją zauważyła, że mina mu zrzedła, ale też z trudem hamował śmiech. – Bardzo zabawne – mruknął niewyraźnie. – Przyłóż się! Nie dla mnie, dla zarobku! Tym razem poszło łatwiej. Mężczyźni siedzący w zajeździe usłyszeli kilka pełnych zadowolenia dziewczęcych westchnień. Spojrzeli po sobie z niedowierzaniem i zaczęli wysupływać z kieszeni po dwie monety. – W porządku – obcy był wyraźnie zadowolony. – Pieniądze są nasze. Teraz możemy przygotować ci ucieczkę. Podszedł do okna i z łatwością otworzył je na oścież. Nie spodziewał się tego. Myślał, że będzie zabite gwoździami, unieruchomione… Zdziwiony, odwrócił się do dziewczyny. – Nie uciekałam, bo gospodarz ma mój trzos – nauczona doświadczeniem nawet nie wspomniała o szkatułce. Kto wie, czy ten mężczyzna nie zachowałby się podobnie jak Aran, gdyby dowiedział się o jej skarbie. Teraz zależało jej tylko na wydostaniu się z tego pokoju. Z trzosem. – Gdzie on jest? – Na półce pod barem. Przechodziłeś koło niego. – Dobrze. Spójrz, tam stoi mój koń – Kelisa zobaczyła karą klacz z torbą podróżną i łukiem umocowanymi do siodła. – Ja postaram się zabrać twoją własność. Domyślam się, że bez tego worka się nie ruszysz? Pokiwała przecząco głową. Wiedziała, że być może postępuje nierozsądnie, ale czuła, że musi mu zaufać. Ostatni raz. Nie chciała wierzyć, że znów zostanie oszukana. Zresztą nie powiedziała, dlaczego chce odzyskać swoją własność. To zapewniało jej pewne bezpieczeństwo. – A więc idę. – Poczekaj… dlaczego to robisz? – Chcesz się stąd wyrwać, prawda? Wyszedł z pokoju. Mijając bar, zerknął na gospodarza. Widząc, że ten jest zajęty obsługą dwóch nowych gości, schylił się i błyskawicznie wsunął trzos pod koszulę. Ukrył go starannie. Sam się sobie dziwił, jak łatwo mu to poszło. Spokojnym krokiem podszedł do gromady staruszków. Gdy zobaczyli, kto się zbliża, podsunęli mu pod nos garść monet. Uśmiechnął się z zadowoleniem. – Dziękuję – odparł po prostu, zagarnął wygraną i ruszył do wyjścia. Usiłował opanować nerwy, lecz jego serce waliło z coraz większą siłą. Tak niewiele brakuje… – Hej, ty! Zatrzymał się. Czuł pulsowanie w skroniach. Gospodarz zbliżył się do niego i poklepał po ramieniu. – Dobry byłeś, mieszańcu. Może teraz ta Dzikuska będzie mniej harda. – Bardzo możliwe. – Jakim cudem udało ci się nad nią zapanować? To nie brzmiało tak, jakbyś brał ją siłą… – Nie mogła się oprzeć mojemu niepowtarzalnemu urokowi – rzucił ironicznie i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, zniknął za drzwiami. Dziewczyna czekała już przy koniu. Kiedy tylko zobaczyła swego wybawiciela, zbliżyła się niepewnie, a gdy wyciągnął spod koszuli trzos, w podziękowaniu rzuciła się mu na szyję. – Odprowadzę cię kawałek. Potem ruszysz tam, gdzie zamierzasz.
* * *
Kelisa i obcy postanowili jak najszybciej zniknąć z osady. Gospodarz w każdej chwili mógł zauważyć nieobecność dziewczyny i bez wątpienia podniósłby alarm. Wtedy nie mieliby najmniejszych szans na ucieczkę. Siedziała w siodle tuż przed mężczyzną i wczuwała się w spokojny chód klaczy. Patrzyła na znikający za drzewami zajazd i nagle pomyślała sobie, że gdyby znów została schwytana i zmuszona do tych wszystkich okropności… chyba by tego nie zniosła. Szczęście,…