przygoda · 1 godz. 42 min czytania
Szkatułka z Tollen - część II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Część II
Kelisa jednym szarpnięciem wstrzymała klacz i momentalnie odwróciła się w stronę Drakana. Była przerażona. Rana wyglądała fatalnie, krew ciekła zbyt obficie jak na tak niewielkie draśnięcie, lecz najgorszy był nienaturalny kolor skóry, świadczący o zakażeniu. – Drakan, musimy wrócić do osady. Ktoś ci pomoże. Kalle… – Nie – zaprotestował – Słyszałaś, co mówili ci z Południa. Nie możemy narażać mieszkańców na niebezpieczeństwo. – W takim razie… Nie wiem, co robić! Ten nóż był zatruty, a ty… nie chcę, żeby stało ci się coś złego! Półelf poczuł, że dziewczyna objęła go mocno i wtuliła się w niego z całych sił. Z trudem przygarnął ją zdrowym ramieniem. – Kelisa… nic mi nie będzie. Sam nie wierzył we własne słowa. Wiedział, dlaczego mężczyzna zranił go nożem i pozwolił odejść. Trucizna miała dokonać reszty. Zabić go. Było dla niego jasne, że taki koniec jest nieodwołalny. Z każdą chwilą tracił siły, oddychał coraz ciężej, serce wyrywało mu się z piersi, a rana na ramieniu paliła niczym ogień. Osłabiony organizm poddawał się bezwzględnemu działaniu trucizny. Wiedział, że się z tego nie wyplącze. Czuł przeraźliwy strach, żal i rozpacz. Po głowie tłukła mu się uparta myśl „Dlaczego ja?!”. Nie chciał umierać, bał się śmierci. Im bardziej stawał się słaby, tym uporczywiej odganiał od siebie narastające zagrożenie. Zbierał w sobie pozostałe siły i walczył, chociaż wiedział, że jest z góry skazany na porażkę. Chciał cofnąć czas. Chciał, by ten dzień nigdy się nie wydarzył. By nie było kłótni, małej gospody, wizyty u Kallego, rozmowy o miłosnych podbojach, tych drabów z Południa, zatrutego noża, jego własnej krwi. Chciał po prostu jechać przed siebie i bezpiecznie doprowadzić Kelisę do Tollen… Dziewczyna poczuła, że Drakan osuwa się z siodła. Przerażona, zeskoczyła na ziemię i podtrzymując go mocno pomogła zsiąść. Stanął niepewnie na nogach, lecz nie wytrzymał długo i już po chwili położył się na trawie. Spojrzał w niebo, na kilka kłębiastych chmur przesuwających się po błękicie. Wokoło niego pięły się gęste korony drzew. Oddychał płytko i nie odrywał wzroku od obłoków. W końcu przełknął ślinę i zebrał się w sobie. – Kelisa, zostaw mnie tu, jedź dalej… klacz jest twoja. Dziewczyna potrząsnęła głową. Miała oczy pełne łez. – Przestań! Na pewno cię nie zostawię! – Przecież spieszysz się do Tollen, a ja będę tylko opóźniał podróż… Jedź, nie przejmuj się mną. Załatw to, co masz do załatwienia. Może dałbym ci jakieś rady, ale nie wiem, czego szukasz w tym miasteczku, więc… – Wszystko ci wyjaśnię! – chwyciła swój trzos, wyjęła z niego szkatułkę i wsunęła ją Drakanowi w dłoń. Chciała, by poznał prawdę. Już nie mogła trzymać go dłużej w niewiedzy, zasłużył sobie na wyjaśnienie po tym wszystkim, co go spotkało. Ryzykował dla niej już w zajeździe, być może teraz umrze, bo zdecydował się jej towarzyszyć… dość tych tajemnic! Wyrzuciła z siebie jednym tchem całą opowieść. O matce, która podarowała jej szkatułkę i kazała jechać do Tollen. O tułaniu się przez dzikie pustkowia. O Aranie, sympatycznym chłopaku, który nagle tak podle ją potraktował. O klątwie, której tak bardzo się obawia. I o tym, jak bardzo przeprasza Drakana za swoją podejrzliwość, za brak wiary w jego szczere chęci… Półelf wysłuchał jej bez słowa. Gdy skończyła, uniósł szkatułkę na wysokość oczu i przyjrzał się jej z wysiłkiem. Podobna do jadu trucizna wywołała w jego organizmie spore szkody. Teraz już nawet nie widział wyraźnie. Zdołał jednak dojrzeć skomplikowane ryciny. – To nie jest język elfów. Nie znam takich liter – odezwał się po chwili i oddał jej puzderko. Kelisa wzięła od niego swoją własność. – Miała odmienić moje życie na lepsze. A tymczasem sprowadza same kłopoty… Ona jest naprawdę przeklęta. Nie chcę jej! – zamachnęła się i chciała cisnąć szkatułką w las, lecz Drakan złapał ją za rękę. – Nie wyrzucaj. Najpierw rozwiąż tę zagadkę. Czuję, że to coś ważnego… od tej szkatułki płynie jakaś dobra energia… – Nie obchodzi mnie, co to za tajemnica, skoro ciebie przy mnie nie będzie! – szepnęła. – Drakan… błagam cię, nie umieraj! Zbierz się w sobie, walcz! – Jeszcze żyję, więc nie opłakuj mnie przedwcześnie – starał się uśmiechnąć, lecz był już tak słaby, że z trudem mówił. – To niesprawiedliwe! Dlaczego nie zauważyłam, że ten zbir chce cię zranić? Przecież mogłam coś zrobić! – Nie… nic nie mogłaś zrobić – odetchnął głęboko i zamknął oczy. Nagle coś szarpnęło jego wnętrznościami. Ogromna siła rozrywała go od środka. Skulił się. Zza zaciśniętych powiek spłynęły mu po skroniach dwie łzy i zniknęły w gęstwinie czarnych włosów. – Kelisa… Jak to boli...! Ona w odpowiedzi uniosła go nieco i przytuliła z całych sił. Czuła, że ciałem Drakana wstrząsają dreszcze cierpienia. – To zaraz przejdzie… – szeptała mu do ucha. Nawet nie próbowała powstrzymywać płaczu. Było już ciemno, gdy wycieńczona zasnęła, tuląc półelfa niczym małego chłopca. Miała niespokojny sen, pełen złych przeczuć i smutku. Znów widziała kruka. Zwiastował śmierć. Siedział tuż obok i krakał donośnie. – Nie! – zerwała się i dysząc ciężko usiadła na trawie sztywna jak kij. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że w pobliżu nie ma żadnego kruka i że otacza ją ciemny, ponury las. Pełna obaw, spojrzała na Drakana. Żył, czuła pod dłonią jego gwałtownie bijące serce. Oddychał przy tym niespokojnie, zupełnie jakby nie mógł wciągnąć do płuc wystarczającej ilości powietrza. Współczującym ruchem dotknęła jego policzka i zamarła ze strachu. – Tylko nie to… – szepnęła. – On ma już dość… co to za okropna trucizna! Musnęła jego czoło i wsunęła dłoń pod koszulę. Nie, nie wydawało jej się. Półelf był mokry od potu i gorący niczym rozgrzany do czerwoności piec. Tak wielka gorączka musiała go zabić. Nikt by tego nie przetrzymał. Do oczu znów nabiegły jej łzy. – Drakan, przezwycięż to! Jesteś silny! Wiele razy słyszała, że podwyższona temperatura jest oznaką walki z chorobą. Gdy ktoś gorączkował, znaczyło to, że istniała spora szansa na wyzdrowienie. Jednak Drakan był zbyt rozpalony. Poza tym nie dopadła go zwykła choroba… Całkiem nieoczekiwanie Kelisa wyczuła, że ktoś za nią stoi. Odwróciła się błyskawicznie i spojrzała w mrok. – Ty?! Końskie kopyta rozgarnęły wysoką trawę, rosła postać ominęła kilka drzew i zatrzymała się tuż przy nieprzytomnym Drakanie. – Zranili go zatrutym nożem – rozległ się aksamitny głos. Dziewczyna nie mogła oderwać od przybysza oczu. – Tak, ale… skąd o tym wiesz? Przecież nie było cię przy tym… – Czuję zapach trucizny. Znam ją doskonale. Jest bardzo mocna. – Czy możesz mu pomóc? On stracił tak wiele sił, jest cały gorący… Stworzenie ułożyło się na trawie tuż obok Drakana i dziewczyna spojrzała wprost w świecące w ciemności oczy centaura. Była pewna, że to ten sam, którego uratowała. – Nie, nie pomogę mu. Na tę truciznę nie ma lekarstwa. On umrze. Te słowa były dla niej niczym kolejny cios prosto w serce. – W takim razie po co tu przyszedłeś? – jęknęła. – Chcesz patrzeć, jak on gaśnie? Jesteś aż tak okrutny? Bawi cię jego śmierć? – On mi życzył śmierci. – Ale na pewno tak nie myślał! Nie zabił cię, chociaż miał okazję! Wyzywał cię, to prawda, ale miał swój powód! Dwa centaury zamordowały jego matkę, rozumiesz?! – A więc mścił się na mnie. Kelisa nie mogła słuchać zimnego głosu centaura. Odniosła wrażenie, że on nie ma w sobie żadnych uczuć, że jest bez serca i nie wie, co to wybaczenie, rozpacz albo współczucie. Spojrzała w oczy płonące w mroku z nienawiścią, ale i z żalem. – Odejdź stąd. Obcy nie posłuchał i nadal siedział bez ruchu. Dziewczyna mogła sobie tylko wyobrażać, że wpatruje się w nią z uwagą, a jego twarz nie wyraża żadnych uczuć. Jak maska. Odniosła dziwne wrażenie, że noc nie jest dla centaura żadną przeszkodą, że w ciemności widzi on równie dobrze jak przy blasku słońca. Drakan drgnął, rozchylił usta i wciągnął gwałtownie powietrze, zupełnie jakby się krztusił. Raz i drugi. Nawet niedoświadczona Kelisa wiedziała, że to koniec. Zrozpaczona, z całych sił przytuliła półelfa do siebie, oparła swoje czoło o jego i rozpłakała się cicho. Co chwilę powtarzała jego imię, zupełnie jakby to wzywanie miało wyrwać go ze szponów śmierci. – On mi nie pomógł – znów doszedł do niej matowy głos centaura. – Wynoś się stąd! – krzyknęła przez łzy. – On mi nie pomógł, ale ty mi pomogłaś. I widzę, jak wiele on dla ciebie znaczy. Odsuń się. Nie czekając na reakcję dziewczyny, zsunął Drakana z jej kolan wprost na chłodną trawę, pochylił się nad nim i przyłożył dłonie do piersi rannego. Trwał w tej pozycji dość długo. Po pewnym czasie postąpił tak samo z rozciętym ramieniem i głową półelfa. Kelisa przypatrywała się temu rytuałowi przez łzy. – Co robisz? – szepnęła. – Moja rasa ma dar neutralizowania jadów i trucizn – spojrzał na nią – Jednak nie łudź się, dziewczyno. Jest za późno, on najprawdopodobniej i tak nie przeżyje. – Zrób wszystko, co tylko w twojej mocy… błagam cię! On musi żyć! Do końca nocy Kelisa nie zmrużyła oka. Siedziała tuż przy Drakanie i centaurze, naprężona i skupiona. Z czasem niewyraźne postaci zaznaczone w nocnym mroku jako ciemne plamy zaczęły nabierać ostrości, widziała coraz wyraźniej ich kontury, a gdy słońce pojawiło się na wschodzie, wpatrywała się w leżącego półelfa i centaura niosącego mu pomoc. Nadszedł nowy dzień, a Drakan wciąż oddychał. Co więcej, jego oddech stał się spokojniejszy, głębszy, nie łapał już powietrza z taką desperacją. Kelisa zbliżyła się do niego i zachowując się jak najciszej, by nie przeszkadzać centaurowi, dotknęła pieszczotliwie policzka młodego mężczyzny. Uśmiechnęła się z radością. Już nie był taki przeraźliwie gorący! – Już z nim lepiej – spojrzała centaurowi prosto w oczy. – Będzie żył. Dziękuję ci! On nie okazał ani cienia emocji. Odsunął dłonie od piersi rannego, uniósł się na nogi i bez słowa ruszył w stronę lasu. Dopiero teraz dziewczyna zauważyła, że nie utykał tak jak zeszłego ranka, a jego zraniona przez wnyki kończyna była owinięta świeżymi pasami, tymi samymi, które zostawiła na polance. Szedł przed siebie ze spokojem. Pewny siebie, piękny centaur uratował Drakana. Kelisa czuła się niezmiernie szczęśliwa. – Dziękuję! – krzyknęła za nim. Obejrzał się. – Potraktuj to jako zapłatę za pomoc, której mi udzieliłaś – nagle przez jego twarz przebiegł grymas podobny do uśmiechu. – A ta szkatułka, którą chowasz w trzosie… to napis w starym języku Kal’leam. Zanim Kelisa zdążyła zareagować, centaur zniknął pomiędzy drzewami niczym leśny duch. Kal’leam? Co to jest Kal’leam? Nigdy wcześniej nie słyszała tego dziwnego słowa. Przywodziło na myśl zamierzchłe czasy. Skąd ten młody centaur znał jej tajemnicę, skąd wiedział o szkatułce i skąd orientował się w sprawie Kal’leam? Otrząsnęła się z zaskoczenia. Drakan poruszył się na jej kolanach i stęknął cicho. Przygarnęła go do siebie. Nagle zapomniała o całej tej tajemnicy, teraz istniały dla niej ważniejsze rzeczy niż małe zagadkowe puzderko. – Przeżyłeś dzięki centaurowi – szepnęła półelfowi do ucha, chociaż nie była pewna, czy ją słyszy. Otworzył oczy i spojrzał na nią rozgorączkowanym wzrokiem. Radość Kelisy nieco osłabła. Szmaragdowe oczy Drakana były pozbawione wyrazu. Puste.
* * *
Chociaż centaur przekazał Drakanowi całą swoją energię i wykorzystał znaną tylko jego rasie umiejętność neutralizowania trucizn, półelf jeszcze długo znajdował się na granicy śmierci. Pozornie jego stan poprawiał się z każdą chwilą. Otwierał oczy. Oddychał swobodnie. Gorączka spadała. Nabierał sił. Jednak mimo tych wszystkich oznak zapowiadających powrót do zdrowia Drakan wiedział, że zagrożenie nie minęło. Nadal nie widział wyraźnie, z trudem unosił piekące powieki, a jakiś trudny do określenia ból szarpał jego wnętrznościami z taką mocą, że kulił się w sobie i marzył, by wszystko to jak najszybciej minęło. Mimo tak wielkich cierpień ból fizyczny nie był najgorszy. Drakan był pusty w środku. Miał wrażenie, że jego uczucia opuściły go, że nie jest zdolny do okazywania radości, smutku, miłości czy nadziei. Zupełnie pusty… Był pewien, ze jego elfie umiejętności zniknęły nieodwołalnie, a już na pewno nigdy więcej nie będzie mógł przekazać komukolwiek swoich odczuć za pomocą dotyku skroni. To już przeszłość. Myślał o ostatnich wydarzeniach. Nagle stał się bezdusznym mieszańcem człowieka i elfa. Czy żałował, że tak to się wszystko ułożyło? Nie znał już tego uczucia, chociaż słowo „żal” zachowało się w jego pamięci. Istniało jako coś obcego, bez konkretnego znaczenia. Zatruty nóż musiał mieć w sobie straszną moc. Ta siła miała go zabić. Drakan wyrwał się ze szponów śmierci, ale zapłacił za to równie wysoką cenę… został pozbawiony wszelkich elfich i ludzkich cech. A może do utraty uczuć doprowadził go centaur, o którym wspominała Kelisa? Czy ta rasa umiała dokonywać czegoś tak potężnego? Drakan nie znał odpowiedzi na pytania tłoczące się w jego głowie. Po prostu myślał o tym wszystkim bez cienia emocji.
* * *
Nastał kolejny dzień nad prowizorycznym obozem Kelisy i półelfa. Dziewczyna wyplątała się z płaszcza i przeczesując palcami zmierzwione włosy usiadła na trawie. Karuska pasła się tuż obok, niemal dotykając jej swoimi aksamitnymi chrapami. Doczekała się pieszczotliwego poklepania po pysku. – Kolejny piękny dzień, prawda? Założę się, że dobrze pilnowałaś Drakana. On nas teraz potrzebuje. Zerknęła w stronę półelfa. Leżał pomiędzy krzakami kilka metrów od niej, odwrócony plecami i w żaden sposób nie zareagował na jej głos. Kelisa westchnęła cicho i sięgnęła do wspólnych zapasów. A raczej do tego, co z nich zostało. Jej trzos świecił pustką, nie miała nic, co nadawałoby się do jedzenia, w torbie Drakana znalazła tylko kawałek czerstwego chleba. Jabłka i ziemniaki skończyły się już dawno temu, a ostatnia kropla wody została wypita przez gorączkującego rannego. Osobiście wlała mu ją do gardła. Klacz wyciągnęła łeb w stronę chleba. Widać było, że chętnie urozmaiciłaby sobie codzienną dietę pyszną pajdą. Jednak Kelisa miała nieco inne plany i bez skrupułów odsunęła od siebie natrętny koński pysk. Urażone zwierzę odeszło kilka kroków i znów zabrało się za przeżuwanie zwykłej trawy. Jedna sucha pajda chleba… sytuacja stała się nieciekawa. Bez zapasów nie można było nawet myśleć o dalszej wędrówce. Drakan był zbyt słaby, potrzebował pożywienia. Zresztą Kelisa także musiała coś jeść. Klacz nie wytrzyma długo bez wody. Samo leśne powietrze im nie wystarczy. Gdyby półelf był w pełni sił, mógłby coś upolować. Jakiegoś zająca lub małego ptaka, którego upiekliby nad ogniskiem. Niestety, w tej chwili łuk był bezużyteczny, Kelisa ledwie naciągała twardą cięciwę, poza tym nie miała pojęcia o łowach. Nie chciała marnotrawić czasu. Mogła po prostu odejść, zabrać swój trzos i ruszyć przed siebie. Znajdujące się na granicy Południa Tollen stałoby przed nią otworem. Od celu podróży dzieliło ją zaledwie kilka dni drogi, bez problemu zdobyłaby jakieś zapasy i nikt by jej nie utrudniał podróży, bo jest inna czy ma w sobie mieszaną krew. Drakan już teraz miał nieprzyjemności, więc może byłoby dla niego lepiej, gdyby tu został… i tak śpi, a kiedy się obudzi, jej już nie będzie… to dla jego dobra… Nie, te przemyślenia są po prostu niedorzeczne! Potrząsnęła ze złością głową i zerwała się na nogi, jakby chciała odgonić od siebie ten idiotyczny plan. Skąd taki pomysł?! Drakan potrzebował jej, przez nią trafił w pobliże południowej granicy i omal nie przypłacił tego życiem. Po tym wszystkim miałaby po prostu uciec, zostawić go w leśnej dziczy? Za nic! Jednak widok żałosnej piętki twardego chleba nie poprawiał jej samopoczucia. Jak mogli wędrować z pustymi żołądkami? Trzeba zdobyć jakieś jedzenie. Przysunęła się do Drakana, usiadła przy nim i potrzasnęła lekko za ramię. – Jak się czujesz? Poruszył się. Jednak nie odpowiedział. – Proszę. Zjedz – wsunęła mu w dłoń odłamany kawałek chleba. Drakan przewrócił się na plecy i zaczął żuć twardą resztkę. Także ona jadła w milczeniu. Ze smutkiem obserwowała wpatrzonego w niebo półelfa. Nie wiedziała, co się z nim dzieje. Bardzo się zmienił, lecz było dla niej całkowitą zagadką, dlaczego. Czy to przez działanie trucizny, która jeszcze nie opuściła jego ciała, czy raczej źle się czuł, czy może po prostu po ataku zbirów uzmysłowił sobie, jak wielkim zagrożeniem jest towarzyszenie jej w dalszej podróży? Miał już dość? Jakikolwiek był powód jego milczenia i zamknięcia się w sobie, Kelisa czuła się odrzucona i jednocześnie bała się. Bała się jego i o niego. Przerażał ją wyraz oczu Drakana. A może raczej powinna to określić jako „brak wyrazu”? Również teraz, gdy leżał w promieniach słońca i patrzył na jasne niebo, jego szmaragdowozielone tęczówki były puste. Jakby straciły cały swój blask… – Skończył się prowiant. Muszę zdobyć coś do jedzenia. Zerknął na nią. – Dlatego zostawię cię tu samego na kilka godzin – kontynuowała. – Pójdę do osady, spotkam się z Kallem. Mam trochę pieniędzy, kupię dla nas zapasy. – Nie powinnaś się tam pojawiać. Możesz mieć kłopoty. Nie mogła słuchać pozbawionego emocji głosu Drakana. Miała wrażenie, że to, co on mówi, to tylko zbitek niewiele znaczących słów. Jakby nie myślał o sensie swojej wypowiedzi i recytował wyuczoną formułkę. – Muszę. Nic mi się nie stanie, na pewno ci czterej z Południa już sobie stamtąd pojechali. Przecież minęły dwa dni. Czego by tam mieli szukać? – Może chcieli się upewnić, że nie wrócę. Że trucizna okazała się skuteczna. – Oni wiedzieli, że zginiesz. Nie mieli co do tego żadnych wątpliwości, dlatego nas nie ścigali. Z ich strony na pewno nic już nam nie grozi. Zaryzykuję, osada Kallego jest całkiem niedaleko, a my potrzebujemy jedzenia. Przełknął ostatni kęs chleba i znów spojrzał w niebo. – Dobrze. Może masz rację. Idź, ale bądź ostrożna. – Boisz się o mnie? – uśmiechnęła się. – Tak – odparł sucho. Co on mógł wiedzieć o strachu? Kelisa poczuła nadzieję. Może w Drakanie coś zaczyna się przełamywać? Czy jego spojrzenie nie jest nieco mniej puste? Powiedział, że się o nią boi… Chciała, by tak właśnie się stało. Spontanicznie pochyliła się nad nim i pocałowała w usta. W tym drobnym geście zawarła całą głębię uczuć, jakimi go darzyła. Chciała, by poczuł to do szpiku kości i by nie miał najmniejszych wątpliwości o jej oddaniu. Na początku zdrętwiał. Przyjął pocałunek dziewczyny, lecz gdy uzmysłowił sobie, że ona odsuwa się od niego, przyciągnął ją mocno i przywarł do jej warg. W pierwszej chwili Kelisa poczuła się niezmiernie szczęśliwa. Jednak jej radość momentalnie zmieniła się w bezgraniczny smutek. Tak wielki, że do oczu omal nie nabiegły jej łzy. Drakan odpowiedział na pocałunek, lecz zrobił to całkowicie bez emocji i jakiegokolwiek zaangażowania. Jakby nie przejmował się tym, co robi lub jakby cała sytuacja nie dotyczyła jego osobiście. Spełniał po prostu to, czego od niego oczekiwano. Kelisa poczuła się tak, jakby ją odepchnął, jakby powiedział „Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, nie obchodzisz mnie.”. To było najgorsze przeżycie, jakie ją dotychczas spotkało. Odsunęła się. – Drakan… co się z tobą dzieje? – szepnęła. – Dlaczego o to pytasz? Zawahała się. – Czy chciałeś mi w ten sposób coś przekazać? Słońce zaczęło palić go w twarz. Z wysiłkiem przesunął się w cień i przylgnął plecami do pnia drzewa. – Tak. – Rozumiem – Kelisa nie chciała ujawnić, jak bardzo zabolało ją to jedno krótkie słowo. A więc to koniec… nastąpił kres czegoś, co się na dobrą sprawę nawet nie rozpoczęło. Wstała i rozpoczęła przygotowania do drogi. Przebrała się w cieńszą, bardziej odpowiednią na upalny dzień koszulę, podniosła z trawy swój trzos i torbę Drakana, przeliczyła pieniądze i po kilku minutach stanęła nad półelfem. Spojrzała mu prosto w oczy. – Idę. Wrócę za kilka godzin. Czy chcesz, abym przekazała coś Kallemu? – Nie, nie trzeba. – A może wspomnę mu chociaż o tym, że żyjesz i że masz się całkiem dobrze? Czy z jego uczuciami też się nie liczysz? – warknęła. Bezduszne zachowanie Drakana po raz pierwszy wyprowadziło ją z równowagi. Odetchnął cicho. – Przekaż mu, że żyję. Nic mi nie jest, a rana zaczyna się goić i niedługo nie będzie po niej śladu. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. – Dobrze. Przekażę mu te wylewne pozdrowienia. Na pewno się ucieszy – zadrwiła. Zła, zniknęła wśród drzew i zdecydowanie ruszyła w stronę osady. Szła sprężystym krokiem, torba Drakana obijała się jej o bok, a gęsty las chronił ją przed żarem lejącym się z nieba. Nagle poczuła ulgę, że ucieka od towarzysza chociaż na pewien czas. Zraniona, przeklinała w duchu półelfa i nawet nie przyszło jej do głowy, że on w tej samej chwili siedzi pod drzewem i zastanawia się, dlaczego nie powiedział jej, co tak naprawdę się z nim stało. Traktował to jako swoją tajemnicę. Ale czy słusznie?
* * *
Część 22 / 2
Zdenerwowanie jakby dodało Kelisie skrzydeł. Doszła na skraj lasu o wiele szybciej, niż się spodziewała. Nie przeszkadzały jej nawet gęste chaszcze i mały strumyk przecinający drogę. Brodzenie po pas w chłodnej wodzie przyniosło sporą ulgę w tym gorącym dniu. W końcu dotarła do celu. Przystanęła za sporym dębem i rozejrzała się z uwagą. Osada sprawiała wrażenie niezwykle spokojnej, nic nie zakłócało cichego południa w tym sielskim miejscu. Jakiś mężczyzna siedział na ławie przed chatą i porządkował końskie uprzęże. W chatynce dwójka rodzeństwa spierała się o codzienne obowiązki, matka uspokajała swoje pociechy z zadziwiającą cierpliwością. Jednak jej tłumaczenia nie przynosiły rezultatu i maluchy rozpoczęły prawdziwy koncert płaczu. W ostateczności mężczyzna cisnął stertą uprzęży o ziemię, wstał zdecydowanie i zniknął w izbie. Po chwili rozległ się jego tubalny, rozzłoszczony głos. Dzieci momentalnie umilkły. Kelisa przyjrzała się pozostałym zabudowaniom. Całkowity spokój. Przed jedną z chat stał gniady koń i ze znudzeniem odganiał się smagnięciami ogona od natrętnych much. Nic nie wskazywało na to, by łotrzy z Południa przebywali w okolicy. Wszystko szło zgodnie z planem. Teraz dziewczyna musiała tylko dostać się niezauważona do gospody Kallego. Nie miała odwagi wyjść na środek osady i po prostu podejść do drzwi. Chociaż była pewna, że wokoło jest bezpiecznie, wolała nie ryzykować. Przemknęła brzegiem lasu w stronę stojącego nad strumieniem, skromnego zabudowania. Ostrożnie ominęła różowe malwy rosnące pod ścianą, zbliżyła się do drzwi, pchnęła je lekko i zajrzała do środka przez powstałą szczelinę. W pierwszej chwili zobaczyła tylko pustą, jasną izbę. Ani śladu żywej duszy. Ośmielona, otworzyła drzwi nieco szerzej i wsunęła głowę. Ani gości, ani mieszkańców osady, ani gospodarza. Zastała tylko uprzątniętą izbę i wygaszone palenisko. Weszła do środka. Nie pomyślała o tym, że Kalle może znajdować się gdzieś poza budynkiem. Była przekonana, że on tu będzie, jak na prowadzącego gospodę przystało. Tego nie przewidziała… w takim razie gdzie ma go szukać? Był jej jedynym znajomym i tylko jemu mogła zaufać. Poza tym chciała powiedzieć mu o Drakanie, o tym, że żyje i że jest już bezpieczny. Stary Kalle bez wątpienia bardzo się o niego martwił. Na pewno nie znajdzie gospodarza, stojąc po prostu na środku pustej izby. Wyszła za próg, odetchnęła południowym, dusznym powietrzem i nie bardzo wiedząc, co robić dalej, usiadła pod ścianą i jeszcze raz, po części dla pewności, a po części dla zabicia czasu, zabrała się za przeliczanie monet. Pieniądze zostały jej jeszcze z zajazdowego występu. Uśmiechnęła się pod nosem, przypominając sobie minę półelfa, gdy za pierwszym razem udała, że pomysł wspólnego pocałunku nie przypadł jej do gustu. Widać było, że poczuł się urażony, ale też z trudem hamował śmiech. Już wtedy obdarzyła go ogromną sympatią. A teraz? Drakan ratujący ją z niewoli i Drakan, którego zostawiła zaledwie godzinę temu w lesie, to dwie różne osoby. Dwaj mężczyźni, różni jak dzień i noc. Obaj wydali się jej w tej chwili całkiem obcy. Jej rozmyślania przerwał hałas dobiegający znad strumyka. Ktoś pracował tuż za gospodą. Kelisa rozprostowała nogi i podeszła do rogu zabudowy. Wyjrzała… i odetchnęła z ulgą. Na obrzeżu wierzbowej dolinki stał Kalle i z zapałem wbijał siekierę w spory pniak, wystający z brzegu dość szerokiej rzeczki. Wartka woda obmywała stopy drwala i z cichym szumem płynęła ku potężnym, zielonym wzgórzom. Za nimi znajdowało się Tollen. Staruszek był tak zajęty ociosywaniem powalonej wierzby, że nawet nie zauważył idącej ku niemu dziewczyny. Machał siekierą z ogromną siłą i nie przejmował się drzazgami latającymi w powietrzu. – Dzień dobry, panie Kalle! Wbił ostrze w drewno i odwrócił zaczerwienioną od wysiłku twarz. Widząc, kto go odwiedza, powoli wyszedł z rzeczki. – Kelisa… co ty tu robisz? Stanęła tuż przed nim i uśmiechnęła się sympatycznie. – Chciałam kupić trochę zapasów. Dla dwóch osób, na jakieś pięć dni. Jeszcze trochę i padniemy z głodu. – Dwóch… – zająknął się. – To znaczy, że Drakan żyje? – Żyje – kiwnęła głową i poczuła ogromne zadowolenie, widząc radość pojawiającą się na twarzy staruszka. Jak to dobrze być posłańcem dobrej nowiny! Kalle potarł czoło i uśmiechnął się od ucha do ucha. – Co za szczęście! A tak się bałem o tego chłopaka… on jak nikt nie zasługiwał na równie okrutną śmierć – nagle spoważniał. – A ci czterej z Południa… któregoś razu jakiś zdesperowany człowiek, elf albo inne stworzenie poderżnie im gardła i nikt za nimi nie zapłacze! Oni są naprawdę okrutni, terroryzują okolicę i mają na sumieniu niejedno morderstwo. Sam widziałem, jak ich herszt z premedytacją skaleczył nożem elfiego chłopca. Malec zmarł kilka godzin później w okropnych męczarniach. – Czy i jego rana wyglądała na zatrutą, była fioletowa? – zapytała Kelisa ze smutkiem. Spojrzał jej w oczy. – Tak. Więc Drakan przeżył zatrucie… pierwszy raz słyszę coś takiego! Ten jad jest zabójczy, podobno żaden organizm go nie zwalczy! – Drakan też by umarł, jestem tego pewna. Nie mógł oddychać, gorączkował… – Tak, to te straszne objawy. Gorączka, duszenie się i śmierć. Tak zabijają ci z Południa. Więc jakim cudem on przeżył? – Pomógł mu centaur. Kalle zrobił krok w tył. Był całkowicie zaskoczony. – Centaur? – powtórzył, jakby chciał się upewnić, że słuch nie spłatał mu figla. – Najprawdziwszy. Młody centaur. – Na bogów, skąd się tu wzięło to stworzenie?! Tak blisko granicy… przecież one nie wychodzą ze swoich lasów na Północy! Kelisa wzruszyła ramionami. – Nie wiem, skąd się tu wziął. Pewnego wieczora chciał nam ukraść trzos. Wpadł we wnyki, pomogliśmy mu, następnego dnia ocalił Drakanowi życie. Potem po prostu odszedł. – Niesamowite… – Kalle nadal nie mógł dać wiary. – Centaur na granicy Południa… do tego pomocny? Nie, to się po prostu w głowie nie mieści. Przecież te stworzenia nie mają uczuć, są wcieleniem zła… – To był dobry centaur – Kelisa broniła go za wszelką cenę. – Pomógł Drakanowi, chociaż ten potraktował go naprawdę okrutnie. Mógł przecież nic nie robić. – Nie wiem, jaki miał w tym cel. Zapamiętaj, że nie ma czegoś takiego jak dobre centaury. Ta rasa myśli tylko o sobie. Nigdy nie robią niczego bezinteresownie. Może czasami ich zachowanie wydaje się być objawem litości czy chęci pomocy, ale to tylko złudzenie. One nie mają uczuć, dbają tylko o siebie. „One nie mają uczuć…” – Kalle… muszę panu powiedzieć coś bardzo ważnego. Mężczyzna podprowadził ją do zwalonego pnia. Usiedli obok siebie. Kelisa utkwiła wzrok w połyskującej wodzie. – Mów. Przełknęła ślinę. – Drakan przeżył, bo ten młody centaur najprawdopodobniej śledził nas od pewnego czasu. Kiedy było naprawdę źle, Drakan już umierał, on przyłożył do niego swoje dłonie i zneutralizował w ten sposób truciznę. – Niesamowite! – Trwało to niemal całą noc. To uratowało Drakanowi życie, ale… wydaje mi się, że miało też pewne skutki uboczne – podniosła głowę i spojrzała Kallemu prosto w oczy. Przyglądał się jej pytająco. Musiała wyjaśnić wszystko do końca. – Drakan nabiera sił. Fizycznie zdrowieje. Ale jego zachowanie… panie Kalle, wydaje mi się, że on stracił wszystkie swoje uczucia. – Drakan? Niemożliwe! Dziewczyno, co ty opowiadasz?! Zawstydził ją ten wybuch. Spuściła wzrok. – Też nie mogę w to uwierzyć. Ale jego oczy, jego głos… to wszystko jest pozbawione emocji, puste. Z początku myślałam, że może po prostu jest na mnie zły, że ma mnie dość, ale nie do końca mogłam w to uwierzyć. Zachowywał się zbyt dziwnie, całkiem zamknął się w sobie. A teraz, kiedy pan wspomniał o tym, że centaury nie mają uczuć… przecież jeden z nich go dotykał, przekazywał mu swoją siłę… – nagle poczuła, że nie jest pewna, czy jej słowa mają jakikolwiek sens. – Czy ta trucizna może doprowadzić do czegoś podobnego? – Nie wiem. Jeszcze nikt z nią nie wygrał, więc nie wiadomo. Osobiście wątpię. Ona ma zabijać, a nie odbierać uczucia – wplótł palce we włosy. – To jakiś obłęd! – Dla Drakana to teraz rzeczywistość. I nie mam pojęcia, jak mu pomóc. Kalle dość długo milczał. Kelisa też się nie odzywała. Oboje siedzieli zamyśleni, nie zwracali uwagi na grzejące coraz mocniej słońce. W końcu staruszek wyprostował obolały kark i klepnął się po udach. – W porządku. Co ma być, to będzie. Drakan żyje i to jest najważniejsze. Przekaż mu, że cokolwiek by się działo, niech nigdy więcej się tu nie pokazuje! Te zbiry obserwują naszą osadę, wiedzą, że czasami przyjmujemy obcych i to się im nie podoba – uniósł się na nogi i posłał Kelisie miły uśmiech. – Chodź, mała. Przygotuję porządny zapas pysznego jedzenia dla ciebie i naszego przyjaciela. Ale najpierw dam ci mojej zupy. Pewnie padasz z głodu, co? – Dziękuję. Chcę jak najszybciej wrócić do Drakana. Boję się o niego. – Jesteś dla niego bardzo dobra. Nie mógł marzyć o lepszej dziewczynie. Kiedyś spotkał taką jedną, ale… – Kalle prowadził Kelisę do gospody i zabawiał ją opowieścią o przeszłości półelfa. Byli tak zajęci rozmową, że nawet nie zwrócili uwagi na nienaturalny ruch w otaczającej dolinkę gęstwinie. Nie usłyszeli też ciężkich kroków znikających gdzieś w głębi lasu.
* * *
Fale bólu targające ciałem Drakana były niczym w porównaniu z tym, co musiał znosić pamiętnej nocy. Omal nie umarł. Wówczas cierpienie było nie do zniesienia, a i teraz, chociaż słabsze, nie należało do przyjemności. Na szczęście pojawiało się coraz rzadziej i w coraz dłuższych odstępach czasu. To oczywista oznaka powrotu do zdrowia. Wszystko co złe, minęło. Czyżby? Wraz z trucizną minęła też cała uczuciowość elfa i człowieka. Ta świadomość będzie w nim obecna do końca życia. Miał już dość bezczynnego wylegiwania się w środku lasu. Dla kogoś tak aktywnego jak on leżenie bez ruchu i wygrzewanie się na słońcu przez bite dwie doby to było zdecydowanie więcej, niż mógł znieść. Chciał chociaż na chwilę wstać, rozprostować zesztywniałe kości i przekonać się, że zachował jeszcze trochę siły. Zawsze był uparty. Także tym razem zawziął się i postawił sobie jasno określony cel – dojdzie do znajdującej się po drugiej stronie zarośli brzozy. Jeśli mu się uda, potraktuje to jako znak, że cała historia będzie miała szczęśliwe zakończenie. Że on odzyska tę część swojej duszy, która sprawia, że jest w połowie człowiekiem i elfem, że Kelisa bez dalszych problemów dotrze do Tollen i rozwiąże zagadkę szkatułki… Karuska uniosła łeb i obserwowała, jak jej pan próbuje stanąć na nogi. Chwycił się kurczowo pnia drzewa i zaciskając zęby, podciągał w górę. Nie przypuszczał, że jest aż tak osłabiony. Kolana trzęsły się pod nim, czoło zwilgotniało, lecz dopiął swego – w końcu złapał mocno grubą gałąź i wyprostował kark. To dopiero połowa sukcesu. Teraz musiał dojść do brzozy oddalonej od niego o dobre pięć metrów. Stojąc chwiejnie myślał sobie, że to jest odległość nie do pokonania. To tak, jakby nie umiejąc latać, porywał się na ogromną przepaść. Zerknął na klacz. Wpatrywała się w niego ciemnobrązowymi oczyma i ze spokojem przeżuwała jakieś delikatne gałązki. Drakanowi wydawało się, że ona czeka, by przynajmniej podjął próbę. Wyraźnie go oceniała. Chociaż w lesie dominował cień, upał był nie do zniesienia. Duszne powietrze wcale mu nie pomagało. I tak zmęczony czuł, że lada chwila pot zacznie lać się z niego strumieniami. Otarł ramieniem twarz i uparcie zapatrzył się w brzozę. Teraz, albo nigdy! Puścił pień i zrobił pierwszy krok. Chociaż zakręciło mu się w głowie, nie było tak źle, jak przypuszczał. A więc miał w sobie jeszcze trochę energii. Jego usta podświadomie rozciągnęły się w triumfalnym uśmiechu. Doszedł do drzewa i opadł na trawę. – Widzisz? Udało mi się – mruknął do karuski. Jakby w odpowiedzi wstrząsnęła łbem i znów zabrała się za skubanie krzewu. Odetchnął głęboko i jednym ruchem ściągnął koszulę. Zerknął na swoje ramię. W tej chwili nikt by nie odgadł, że ta zwykła, pospolicie wyglądająca rana omal nie doprowadziła do jego śmierci. Szrama goiła się bardzo szybko. Jeszcze kilka dni i na pamiątkę pozostanie mu tylko niezbyt widoczna blizna. Gorące powietrze sprawiło, że zachciało mu się pić. Niestety, nie miał szans na zaspokojenie pragnienia. Musiał cierpliwie czekać na powrót Kelisy. Otarł koszulą spoconą skórę i rzucił ubranie na trawę. Niech dziewczyna wraca jak najszybciej! Patrzył obojętnie na pasącego się pomiędzy drzewami konia i rozmyślał o ostatnich wydarzeniach. Zastanawiał się nad swoim położeniem, nad tym, co powinien teraz zrobić i czy chciał, by Kelisa wiedziała, kim się stał. Wydawało mu się, że przy niewielkim wysiłku uda mu się być Drakanem sprzed wizyty u Kallego. Wiedział, jak zachowuje się osoba szczęśliwa lub smutna. Jednak w jaki sposób ma odegrać zakochanego? Przed dwoma dniami czuł do Kelisy coś wyjątkowego, coś, co ona odwzajemniała. Jego teraźniejsze zachowanie raniło ją. Doskonale wiedział, dlaczego. Mogła poczuć się odrzucona, zdradzona, oszukana, a tego jej nie życzył. Mógłby udawać… ale jak ma udawać coś, czego tak naprawdę nie znał? W swoim trzydziestoletnim życiu nie poczuł nic szczególnego do żadnej dziewczyny i po prostu nie wiedział, jak powinien odegrać swoją rolę. Miałby wzorować się na zachowaniu innych? Głupota… Nie, to wszystko nie tak miało się ułożyć. Uznał, że ukrywanie przed Kelisą swojego obecnego stanu będzie najzwyklejszym oszustwem. Tylko ją zrani, tak jak zrobił to dziś rano. Ona powinna znać prawdę. Powinna wiedzieć, że stracił uczucia. Z mocnym postanowieniem, że wytłumaczy jej wszystko, gdy tylko ta wróci od Kallego, przymknął oczy i wpadł w lekką drzemkę. Do sennego umysłu dochodził szum poruszanych wiaterkiem liści i świergot ptaków, przerywany czasami stukotem kopyt przechodzącej tuż obok klaczy. Słońce przesunęło się na niebie i grzało nagi tors półelfa. Im głębiej zapadał w sen, tym bardziej wszystkie te wrażenia mieszały się ze sobą i odpływały w nicość. Jego umysł otulała miękkość. Tracił kontakt z rzeczywistością. Całkiem nieoczekiwanie drgnął i uchylił powieki. Nie do końca rozbudzony, z początku nie zdawał sobie sprawy z tego, co przerwało mu sen. Rozejrzał się wokoło. Las wyglądał całkiem zwyczajnie, niezmordowane upałem ptaki nadal urządzały głośne koncerty, a słoneczne promienie wpadały mu prosto w oczy. Nagle klacz uniosła łeb i zastrzygła uszami. Niczym strażniczka zrobiła krok w stronę pobliskich zarośli, stanęła bez ruchu i nie spuszczała wzroku z plątaniny gałęzi. Drakan, zaalarmowany jej niezwykłym zachowaniem, z trudem wstał i opierając się o białoszary pień, wpatrywał się w las. – Kelisa, to ty? – zapytał cicho. Nikt nie odpowiedział. Kelisa z pewnością nie skradałaby się w ten sposób. Rzucił okiem na łuk i kołczan, leżące kilka metrów od niego. Za daleko… Karuska zarżała ledwie dosłyszalnie. W gęstwinie rozległ się trzask gałęzi. Po chwili spomiędzy drzew wyszedł wysoki, potężny mężczyzna. Na jego widok serce półelfa przyspieszyło, chociaż nie odczuł strachu. Wszędzie rozpoznałby tego draba. Herszt z Południa zbliżył się powoli i stanął z Drakanem twarzą w twarz. Wyglądał na rozzłoszczonego, ale i nieco zaskoczonego. – A więc dziewczyna nie kłamała… Co z ciebie za diabelstwo? – mruknął, patrząc w zielone oczy mieszańca. – Czy ty masz w sobie prawdziwą krew? Jakim cudem udało ci się przeżyć, kundlu? Drakan cofnął się o krok. Od tego nieobliczalnego mężczyzny czuć było silny zapach alkoholu. – Widzę, że rana ci się zabliźnia… – słowa potwierdzone były krótkim spojrzeniem na nagie ramię półelfa. – Przestań mnie prześladować. Próbowałeś mnie zabić, przeżyłem. Jak widzisz, nie przekroczyłem granicy Południa. – Ale jesteś zbyt blisko… – Już to słyszałem – uciął Drakan ostro. – Skoro słyszałeś, to co tu jeszcze robisz?! – Powtarzam, nie jestem na Południu. Tu nie masz prawa mnie ścigać. Pijany mężczyzna gwałtownym ruchem chwycił bezbronnego Drakana za szyję. Ścisnął mocno. Półelf z trudem wciągnął powietrze. Szarpnął się, lecz nie próbował walczyć. Wiedział, że jeśli puści gałąź, dzięki której utrzymywał się na nogach, runie na ziemię. Wtedy nie będzie miał jakichkolwiek szans. Nie bał się. Przyjmował wszystko z zimną krwią. Chciał przeżyć. Opuściły go uczucia, lecz nie podstawowy samozachowawczy instynkt. – Ty stawiasz warunki, parszywy psie?! – Zostaw… mnie! Drab wzmocnił ucisk. – No? Masz coś jeszcze do powiedzenia? Przed oczyma Drakana pojawiły się czerwone płaty, zawirowało mu w głowie. Już nie mógł wydobyć z siebie głosu. Myślał tylko o jednym – powinien się bronić, inaczej zostanie uduszony. – Co, siły cię opuszczają? Nie możesz złapać tchu? To jeszcze nie koniec – osiłek zacisnął palce na szyi półelfa tak mocno, że ten jęknął ochryple, a na skórze pozostały krwawe smugi. – Cieszę się, że cię wykończę. Jednego mieszańca mniej. Ktoś musi zrobić z wami porządek. Drakan nie mógł ruszyć ręką, nogi nie chciały unosić jego ciężaru. Przegapił szansę na obronę. Teraz było już za późno. Pokonany, osunął się na kolana. Gdyby nie mężczyzna trzymający go za szyję, upadłby bezwładnie na trawę. – Słabiutki jesteś… a tyle słyszałem o sile półelfów. Jakiś niedorobiony kundel z ciebie – oprawca zaśmiał się, ubawiony własnym dowcipem. Alkoholowe opary buchnęły Drakanowi w twarz. – Ej, nie zamykaj oczu, patrz na mnie! Z trudem uniósł powieki. Na przekór łotrowi. Nie chciał, by tamten miał satysfakcję. Jednak nic nie mógł poradzić na to, że nie widział go wyraźnie i że wciągał powietrze do płuc z chrapliwym dyszeniem. – Trzeba było tu przyłazić, mieszańcu? Nie lepiej ci było siedzieć w jakiejś parszywej chacie na Zachodzie? Nie, musiałeś lecieć niczym prawdziwy kundel za tą małą suką… możesz jej podziękować za to, co się w tej chwili z tobą dzieje. Idiotka, nie była zbyt ostrożna, gadała z tym staruchem o twoim cudownym ozdrowieniu… Jak widzisz, musiałem przekonać się, czy to prawda. Nie szukałem daleko. Rzeczywiście, jakimś cudem żyjesz. Ale już niedługo, lada chwila powędrujesz tam, gdzie twoje miejsce! Drakan zebrał się w sobie. Resztką sił starał się oderwać od swojej szyi podobne do szponów dłonie napastnika. Jednak jego wysiłki wywołały jedynie wesoły rechot pijaka. – Nawet tego nie próbuj, bękarcie. To na nic, pomyślał półelf jak przez mgłę. Dwa dni temu ocalał ze śmiertelnego zagrożenia… tym razem ta sztuka mu się nie uda, chociaż wszystko buntowało się w nim przeciwko takiemu końcowi. Chciał żyć, chciał istnieć. Dziwne, nie czuł żalu. Jego morderca był mu kompletnie obojętny. Wściekłość, zemsta… te słowa nie miały żadnego znaczenia. Jego czas się kończył. Mimo wewnętrznego oporu przyjmował to do wiadomości. Koński galop? Tutaj, w środku lasu? Mężczyzna rozluźnił nieco zabójczy uścisk i zerknął za siebie. Tętent zbliżał się z zastraszającą szybkością. Z pobliskich krzaków wyskoczyło coś wielkiego. Tuż przed pijanym oprawcą wyrósł ogromny ciemnobrązowy stwór. Niczym najprawdziwszy rumak stanął dęba i zamachał przednimi kopytami tuż przed twarzą sparaliżowanego ze strachu drania. Z gardła stworzenia wyrwał się przerażający krzyk. – Co za…?! – herszt odskoczył do tyłu i gorączkowo sięgnął po przytwierdzoną do pasa broń. Centaur ominął go jednym skokiem i odgrodził własnym ciałem od bezsilnego Drakana. Gniewnie przestąpił z nogi na nogę. Nie spuszczał napastnika z oczu. Widząc, że ten chwyta za nóż, podbiegł bliżej. Błyskawicznie stanął na tylnych nogach i zebrał w sobie całą siłę. Pijak nie miał czasu na reakcję. Potężne kopyto uderzyło go w głowę. Runął bezwładnie na brzuch. Z jego czoła spłynęła strużka krwi. Czerwone krople skapywały na okrągłe liście babki. Centaur opadł na ziemię i nie przejmując się swoją ofiarą, powoli zbliżył się do brzozy. Spojrzał z góry na leżącego na wznak, trzymającego się za szyję Drakana. Półelf wciągał głęboko powietrze. Po chwili uniósł powieki i wciąż ciężko dysząc, utkwił wzrok w rysującej się na tle błękitnego nieba twarzy młodzieńca. Dość długo patrzyli sobie prosto w oczy. Żaden nie odezwał się ani słowem. Żaden nie okazał ani cienia emocji.
* * *
Kelisa przedzierała się przez las, z trudem niosąc sporą podróżną sakwę wypełnioną zapasami kupionymi u Kallego. Mężczyzna nie pożałował niczego. Hojną ręką pozbył się kilku kilogramów jabłek i gruszek, czterech bochnów chleba, ziemniaków, dwóch sporych bukłaków napełnionych wodą i kilku drobiazgów, które z trudem udało się upchać do przepełnionej torby. Staruszek był nawet na tyle rozrzutny, że za darmo zaoferował swoje szczególne danie – pyszną zupę. Niestety, Kelisa z bólem serca odmówiła. Nie miała jak donieść grochówki do oddalonego o godzinę drogi obozu. Początkowo zapasy nie wydawały się jakoś szczególnie ciężkie. Jednak z każdym krokiem jedzenie zaczęło przybierać na wadze i w końcu dziewczyna miała wrażenie, że targa nie kilka kilogramów, lecz całe tony. Ramię pobolewało ją coraz bardziej. Co chwilę przystawała i zmieniała rękę. Dość szybko pożałowała, że nie wzięła karuski. Koń zdecydowanie by ją odciążył. To, co dla niej było ciężarem nie do uniesienia, wytrzymała klacz niosłaby na swym grzbiecie z łatwością. W końcu Kelisa dowlokła się w pobliże prowizorycznego obozu. Rozpoznawała ten mały pagórek i gładki szary kamień leżący na jego szczycie. Jeszcze tylko kawałek… Ciężko dysząc, spocona niczym mysz, z ramieniem, które zdrętwiało jej przez ucisk skórzanego worka, z trudem wdrapała się na szczyt leśnego wzniesienia i spojrzała przed siebie. Pomiędzy drzewami zauważyła czarnego rumaka. – Gdybym była mądrzejsza, wzięłabym cię ze sobą… – mruknęła pod nosem i silnym zamachem wrzuciła sobie na plecy osuwającą się torbę. Zeszła z pagórka i zbliżyła się do konia. Mając dość, rzuciła zapasy na ziemię i rozmasowała zdrętwiałe ramię. – Ty sobie odpoczywasz, a mi zaraz ręka odpadnie – uśmiechnęła się, rozprostowując palce. Klacz nie okazała współczucia. Wykorzystała nieuwagę Kelisy i wsunęła pysk do wypchanej po brzegi torby. Nim dziewczyna zdążyła ją odgonić, zapasy skurczyły się o jedno soczyste jabłko. – Dość tego! Czy Drakan specjalnie cię wytresował, abyś wyjadała same najlepsze rzeczy? Nie wiem, jak on z tobą wytrzymuje. Mój kasztan miał o wiele lepsze maniery! – znów uniosła worek i nie przejmując się tęsknym spojrzeniem ciemnobrązowych oczu, przeniosła go kilka metrów dalej. – I ani się waż tego tknąć! – schowała tobół wśród gęstych krzaków. Obok położyła ciężkie bukłaki z wodą. Pewna, że karuska nie narobi żadnych szkód, rozejrzała się za Drakanem. Nie znalazła go pod drzewem, pod którym spędził ostatnie dni. Jedynym śladem po jego obecności była wygnieciona trawa. Rozejrzała się wokoło. Może wszedł gdzieś dalej, w zarośla? – Drakan! – Tutaj jestem. Ominęła kilka krzaków i spojrzała na siedzącego pod brzozą półelfa. Musiał dość długo wygrzewać się na słońcu, jego nagie do pasa ciało nabrało ładnego, jasnobrązowego koloru. Cała dotychczasowa uraza skierowana przeciw niemu natychmiast ją opuściła. – Widzę, że jesteś już silniejszy. Bez problemu tu doszedłeś? – zagadnęła sympatycznie. – Tak. Jestem jeszcze osłabiony, ale szybko nabieram sił. – Na pewno chce ci się pić – odwróciła się i zniknęła wśród zarośli. Po chwili wróciła z bukłakiem. Kucnęła naprzeciw towarzysza i uśmiechnęła się. – Kalle sprzedał nam masę jedzenia. Głód nam nie grozi, to ci mogę zagwarantować. Z trudem wszystko tu doniosłam. Drakan rozciągnął usta w wymuszonym uśmiechu, jednak widząc spojrzenie Kelisy, natychmiast przestał udawać. Wziął od niej przyjemnie chłodny worek. – Będę musiał powiedzieć ci coś ważnego – szepnął i przyłożył bukłak do ust. Uniósł nieco brodę i zaczął pić. Kelisa przyglądała się mu przez chwilę. Wiedziała, co chciał jej wyznać. To już nie była dla niej tajemnica, słowa Kallego rozjaśniły jej w głowie. Nie miała już do Drakana żadnych pretensji, chociaż jego zachowanie nadal ją smuciło. Jednak z całkiem innego niż dotychczas powodu. Nie użalała się nad sobą, lecz martwiła się o niego. Drakan bez uczuć… to tak, jakby nie był w pełni sobą. Półelf pił łapczywie, pragnienie musiało mu mocno dokuczać. Kelisa nie żałowała tych kilku łyków wody. Mieli spore zapasy, a on powinien jak najszybciej nabrać sił. Nagle dojrzała czerwone pręgi na jego szyi. Głowę by dała, że nie miał tych znaków, gdy wyruszała do osady Kallego. – Co ci się stało w szyję? Pociągnął jeszcze jeden łyk wody i oddał jej bukłak. – Nic – odruchowo zakrył zranienie dłonią. Nie dała się tak łatwo zbyć. Kucnęła bliżej, odsunęła jego rękę i z uwagą obejrzała ciemne smugi. Skóra nie została uszkodzona, to raczej jakiś wewnętrzny krwotok. Aby pojawiły się takie ślady, potrzebna była spora siła. – Drakan… ktoś cię napadł? – Nieważne – odwrócił od niej wzrok. – Kelisa, ja chciałem z tobą porozmawiać o czym innym… – Poczekaj – usiadła na trawie naprzeciw niego i spojrzała mu prosto w oczy. – Teraz pytam o te siniaki. Widząc, że półelf nie jest chętny do kontynuowania tematu, zaniepokoiła się. Ale też zapanowała nią złość. Co takiego starał się ukryć? Odchyliła się do tyłu i oparła ręce na miękkiej, nagrzanej słońcem trawie. Na prawej dłoni poczuła coś mokrego, lepkiego… natychmiast nią wstrząsnęła. Nie wiedziała, co to takiego. Odruchowo zerknęła na zabrudzone palce. Wstrzymała oddech. Krew… Odwróciła się. Tuż za nią znajdowała się zasychająca na babkowych liściach plama. Roślinki straciły swój naturalny zielony kolor i przybrały barwę karmazynu. Wyglądało to ponuro i nieprzyjemnie. – Drakan, wytłumacz mi, co się tutaj wydarzyło! Kto krwawił? Ty… – obrzuciła go uważnym spojrzeniem. – Jesteś ranny? – Nie, nie jestem ranny. Poczuła ulgę. – A więc co się tu działo?! Drakan wiedział, że upór na nic się nie zda. Kelisa jedynie nabierze do niego podejrzeń. – Był tutaj ten drań z Południa – mruknął cicho. – Stąd masz tak poranioną szyję? Próbował cię udusić? – Tak. Serce Kelisy zabiło mocniej. – Nie powinnam cię zostawiać samego… na szczęście nic ci się nie stało – uśmiechnęła się i uścisnęła jego rękę. Jednak jej radość trwała tylko sekundę. – W takim razie… ty go zabiłeś? – Nie. – Zraniłeś? Pokręcił przecząco głową. – Ale przecież tuż za mną jest krew! Skoro nie twoja, to czyja? – Tego mordercy. – Tego draba z Południa? Nie, ja już nic nie rozumiem… – urażona i zagubiona, odsunęła się od Drakana. Wcale nie ułatwiał jej pojęcia tej niezwykłej sytuacji. – Dlaczego nie chcesz mi nic wyjaśnić? – Przecież ci tłumaczę… – Wyjątkowo zawile! – prychnęła. – Mówił ci już ktoś, że jak chcesz, to gadasz samymi zagadkami? Normalny Drakan przyjąłby takie słowa z szerokim uśmiechem. Ten, jakim był od dwóch dni, po prostu spojrzał Kelisie w oczy bez cienia emocji. – Ten człowiek widział cię u Kallego i przyszedł tu, żeby mnie wykończyć. Pewnie by mu się to udało, gdyby nie centaur. Kelisa miała ochotę krzyknąć „centaur?!”, ale powstrzymała swój język. Gdyby teraz przerwała Drakanowi, być może nigdy nie dowiedziałaby się, co się tu wydarzyło pod jej nieobecność. Jeszcze będzie czas na pytania. Wysłuchała do końca krótkiego opowiadania. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. – Uratował cię centaur? Do tej pory uznałabym to za coś normalnego, zwłaszcza po tym, jak zneutralizował w tobie tę morderczą truciznę. Wtedy zrewanżował mi się za własne życie. Ale dlaczego zrobił to dziś? Przecież i ty, i Kalle powtarzaliście, że te stworzenia nie mają uczuć, że są wyrachowane i dbają tylko o własną rasę. Nadal ciężko mi w to uwierzyć, ale jeśli to prawda… czemu znów ci pomógł? – Nie wiem. Stał przy mnie chwilę, ale nie odezwał się ani słowem. Kelisa siedziała zamyślona. Drakan także milczał. Nad nimi szumiał las. Ptaki ścigały się po gałęziach z głośnym świergotem. – A co z tym hersztem? – zapytała dziewczyna po dość długim czasie. – Był martwy, dostał cios prosto w głowę. Centaur zabrał go ze sobą. – Drakan, nie wydaje ci się, że to stworzenie nas śledzi? – To jasne. W Kelisę wstąpił bunt. Wstała i ze złością zapatrzyła się w gęsty las. – Dawno temu odszedł? – zapytała dla pewności. – Minęłaś się z nim. On zniknął w tamtych krzakach… – Drakan wskazał ruchem głowy pobliskie zarośla – …a ty wyszłaś zza pagórka. Gdybyś pojawiła się minutę wcześniej, zobaczyłabyś go. – A więc nie odszedł daleko. I na pewno teraz nas obserwuje. Dość już tych zagadek – warknęła. Podeszła do brzegu gęstwiny i z uporem wpatrywała się w rozjaśniony słońcem las. Wyraźnie nie chciała rezygnować ze swojego planu. – Pokaż się! Chcę ci podziękować za uratowanie Drakana! Chciałabym też z tobą chwilę porozmawiać! Wiesz, że nie mam złych zamiarów! – wykrzykiwała. Las trwał w bezruchu. Odpowiadał jej tylko śpiew ptaków. Drakan uniósł się na nogi i przechodząc od drzewa do drzewa, zbliżył się do Kelisy. Podobnie jak ona wpatrywał się w plątaninę brzóz i krzewów. Nasłuchiwał. Jako elf miał doskonały słuch. Na szczęście nie utracił tej wyjątkowej cechy. Po prostu słuch w żaden sposób nie łączy się z uczuciami… – On się nie pojawi. Centaury to niezależne stworzenia, robią tylko to, czego same chcą i nie spełniają zachcianek innych. – Pojawi się. Musi się pokazać. Jeśli tego nie zrobi, ja go znajdę. Jest nam winien wyjaśnienie niejednej sprawy – spojrzała towarzyszowi w oczy. – A tobie jest winien coś szczególnego.
* * *
– Pokaż się! Wołanie nie przynosiło efektu. Było tak, jak przewidział Drakan: centaur to niezależne stworzenie i jeśli nie miał zamiaru wychodzić z leśnej gęstwiny, nikt nie był w stanie go do tego nakłonić. A już w szczególności zdenerwowana, krzycząca w pustkę dziewczyna. W końcu Kelisa dała za wygraną. Chociaż niechętnie, lecz przyznała, że była naiwna licząc na nawiązanie kontaktu z wybawicielem Drakana. Pozostałą resztę dnia spędzili na lenistwie. Nie było sensu ruszać w dalszą drogę, gdy żar lał się z nieba, a powietrze było tak duszne, że z trudem zapełniało wymęczone płuca. Drakan odpoczywał. Chciał nabrać jak najwięcej sił przed jutrzejszym marszem. Siedział pod drzewem, ukryty w cieniu i przyglądał się Kelisie. Ona porządkowała zapasy. Podzieliła jabłka i gruszki, jedną część wsypała do swojego worka, drugą pozostawiła w podróżnej torbie półelfa. Porządkując trzos, dostrzegła na dnie czerwony materiał. Z uwagą wyjęła szkatułkę. Całkiem o niej zapomniała. W ostatnim czasie miało miejsce tyle ważnych wydarzeń… małe puzderko zostało zepchnięte w tło. Przesunęła dłonią po rzeźbionych bokach i z zamyśleniem spojrzała na Drakana. Chociaż zaczynało się ściemniać, widziała go bardzo wyraźnie. Przez chwilę przyglądali się sobie bez słowa. Później usiadła tuż obok towarzysza. Oparła się wygodnie o pień drzewa i z uwagą obserwowała…