Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 1 godz. 33 min czytania

Szkatułka z Tollen - część IV

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część IV

Kelisa była bardzo zdenerwowana. Nie mogła znieść tych wszystkich oszczerstw dotyczących Drakana, które gospodarz tak beztrosko rzucał jej w twarz. Południe było najbardziej okrutną częścią Królestwa. Tylko tu ludzie mogli zabijać kogoś dlatego, że różnił się od nich wyglądem. Co więcej, uważali, że wyświadczają całemu Królestwu przysługę! Dumny z własnej bezwzględności, zapatrzony w siebie lud… Mimo ogromnej nienawiści i pogardy dla Południa wiedziała, że właśnie ta irytująca nietolerancja i wrogość przed odmiennością jest dla Drakana najpotężniejszym zagrożeniem. Można próbować przekonać do swojej racji kogoś, kto nie jest ślepy na argumenty. Niestety, mieszkańcy Tollen i okolic wierzyli tylko w swoje własne racje. Racje ludzi. Rzuciła tobół na przytwierdzone do ściany łoże udekorowane nędznym baldachimem i podeszła do okna. Nie miała zamiaru zapalać świeczki stojącej na skrzyni. Mrok późnego wieczora pomagał ukoić nerwy i obmyślić plan działania. Spoglądała przed siebie, na wzgórza ciągnące się aż po horyzont, na dachy chat i ściany kamienic. W dali maszerowało mrowie ludzi. Szli przed siebie ze spokojem, monotonnie… idealni mieszkańcy Królestwa, którzy już dziś wiedzą, że jutro wybiorą się na główny plac i obejrzą stracenie niepasującego do ich wyobrażeń, parszywego cudaka. To okropne! Jak oni mogą w ten sposób myśleć! Kelisa zacisnęła zęby i rąbnęła pięścią w drewnianą framugę. Złość mieszała się w niej z poczuciem bezradności. Wiedziała, że musi zrobić wszystko, by uratować Drakana! Desperacja zagłuszała zdrowy rozsądek. Jednak teraz, gdy dopuściła do siebie zdradzieckie podszepty rozumu, miała ochotę zacisnąć oczy i wyć z rozpaczy. Przecież nie miała pojęcia, gdzie przyjaciel jest przetrzymywany, a nawet, gdy jutro zostanie wprowadzony na skwer, co ona zrobi? Będzie sama jedna przeciwko masie żądnych krwi obserwatorów. Rzuciła się na posłanie i odetchnęła pełną piersią. Koniec z niepewnością! Takie podejście na pewno nie pomoże jej w działaniu. Powinna być zdecydowana, skupiona i odważna. Tylko w ten sposób ocali Drakana. Postanowiła. Jutro zerwie się z łóżka skoro świt. Pójdzie na plac. Obejrzy wszystko dokładnie, zaplanuje każdy ruch, a wtedy nic jej nie zaskoczy i nawet liczebna przewaga Południowców nie będzie miała wpływu na ocalenie półelfa. Zamknęła oczy. Teraz czas na odpoczynek. Dziś jest już za późno. Jutro.

* * *

Pierwsze promienie słońca wymknęły się zza wzgórza, rozjaśniły swym blaskiem mury domów i wpełzły pomiędzy gęste listowie drzew. Obudzone wróble rozpoczęły poranny koncert, dwa koguty prześcigały się w donośnym pianiu. Ludzie zrzucali z siebie pierzyny i rozpoczynali poranny obrządek. Ciepłe, przejrzyste powietrze zapowiadało piękny dzień. Kelisa wyszła z gospody i rozejrzała się po okolicy. Chociaż Tollen było jej obce, chciała dojść do placu, o którym wspominał karczmarz. To nie powinno nastręczać zbyt wielu trudności. Nieważne, duże miasto czy mała osada, główny skwer zawsze znajdował się w centrum. Kilka zaułków dalej wmieszała się w tłum. Szła przed siebie z wysoko uniesioną głową, skoncentrowana i poważna. Bez słowa przecisnęła się między dwiema kobietami i skręciła w boczną ulicę. Zbliżała się do placu. Budynki w tej dzielnicy były wyższe i hojniej zdobione. W dali bieliły się płachty bazarowych stoisk. Minęła stragany, nawet nie patrząc na oferowane towary. W końcu dotarła do wylotu alei i wyrwała się z masy anonimowych osób. Poczuła przyspieszone bicie serca. Dotarła do celu. Przeszła powoli parę kroków i zatrzymała się na granicy brukowanego placu. Widziała przed sobą sporą, wolną przestrzeń. Niemal pusty skwer otaczały potężne zabudowania o lśniących, czerwonych dachówkach. Pomiędzy gmachami ciągnęły się wypełnione spacerowiczami uliczki. Tu i ówdzie rosły pojedyncze drzewa. Gdzieś w dali zatrzepotało skrzydłami stado gołębi. Odetchnęła cicho. Ten ogromny, pełen przepychu i surowego piękna plac po prostu ją onieśmielał. Podobnie jak widok drewnianej sceny stojącej na samym środku wyłożonego gładkimi kamieniami skweru i krążący w pobliżu Południowiec. Za wszelką cenę starała się opanować. Nieważne, że jest sama jedna. Nieważne, że ta sytuacja zaczyna ją przerastać. Musi być przygotowana na najgorsze. Od niej zależy życie Drakana! Zbliżyła się do kilku rzędów ław, rozstawionych tu specjalnie na dzisiejszy dzień. „Dla honorowych gości”, jak powiedział gospodarz. Spojrzała na podium. Było tylko niewiele niższe od dorosłego człowieka, solidne i widoczne z każdego krańca placu. Do narożników przymocowane zostały przystrojone kwiecistymi girlandami słupy. Przygotowali to wszystko, jakby wkrótce miał się rozpocząć doroczny festyn! A przecież planowali najzwyklejsze w świecie morderstwo! Nagłe rozdrażnienie dodało Kelisie odwagi. Pokonała schodki trzema susami i stanęła na górze. Mężczyzna odpowiedzialny za wystrój placu potraktował ją niczym natręta. – Hej! Po co się tu kręcisz? Kelisa nie zwróciła na niego uwagi. Podeszła do ustawionego na środku sceny pnia. Na kwadratowym, ociosanym drewnie widoczne były ślady zakrzepłej krwi i głębokich cięć. – Słyszysz, co do ciebie mówię? Uciekaj stąd! – mężczyzna oparł ramiona o podium i utkwił wzrok w spacerującej powyżej dziewczynie. Gdy ta nie zareagowała, zaklął i sprężystym skokiem znalazł się tuż obok. – No, już cię tu nie ma! – Nie robię nic złego. – Ale nie wolno ci tu być. – Nie wolno? – Kelisa odwróciła się ku obcemu. – Czy to święte miejsce waszej osady? Będziecie tu odprawiali jakiś rytuał, do którego ma dostęp jedynie wybrana grupa idealnych Południowców? – Nie bądź bezczelna! – Wiem, przesadzam. To, co tu planujecie zrobić, nie ma nic wspólnego ze świętością. Po prostu zamordujecie mężczyznę. Ot tak, zwyczajnie, bo różni się od was. Mieszkaniec Tollen zacisnął zęby i patrzył, jak nieznajoma przesuwa palcami po powierzchni pniaka. – My nie zabijamy bez powodu. – Doprawdy? Więc jakich win dopuścili się ci, którzy skonali na tym kawałku drewna? – uniosła głowę i odczekała moment. – Nie odpowiada pan? Sam pan nie wie. Albo nie chce się pan przyznać do tego, co przyjęte jest u was za normę. Zabijacie za wygląd. Za mieszaną i obcą krew. Nawet nie wiecie, jaki naprawdę jest ten półelf, którego chcecie dziś zakatować. – Nikt go tu nie zapraszał. Wszedł na teren Południa z własnej woli, chociaż z pewnością wiedział, czym to grozi. Gdybyśmy jednemu darowali, pojawiliby się następni. Wkrótce Tollen i okolice byłyby pełne elfów i innej zarazy. Ty tego nie zrozumiesz, bo nie pochodzisz stąd. – Różnię się od was – ironizowała Kelisa. – Mam szare oczy i ciemniejsze włosy. Może niedługo dojdzie do tego, że i mnie będzie groziła śmierć? – Jesteś człowiekiem, a my nie zabijamy ludzi. Chronimy ciebie i innych w Królestwie przed tymi wszystkimi cudakami. Oni noszą w sobie ziarno zniszczenia. To przez nich upadło pierwsze Tollen! – Więc obecnie żyjące elfy i centaury mają odpowiadać za to, co zdarzyło się wieki temu? – Mogą to powtórzyć. – To głupota! Ten skazany półelf nie miał wpływu na to, co stało się z Tollen! I na pewno nie zagraża miastu! Może to dobry, uczciwy mężczyzna, może ma przyjaciół, kogoś, kto go kocha i kto będzie za nim rozpaczał! Nie uważa pan, że zakatowanie go będzie zwykłą zbrodnią?! Niebieskie oczy mężczyzny pozostały niewzruszone. – Zejdź z podium. Kelisa zacisnęła dłonie w pięści. Ostatni raz rozejrzała się po scenie, spojrzała na plac i bez słowa opuściła to przygnębiające miejsce. Skierowała się ku bazarowi. Ponosił ją gniew. A także niepewność i ogromny strach. Widowisko zbliżało się nieuchronnie, a ona nie miała żadnego pomysłu, jak pomóc Drakanowi. Co z tego, że zobaczyła miejsce kaźni? Co dała jej bezcelowa rozmowa z tym ograniczonym mężczyzną? I czy poprawił jej nastrój widok symbolizującego ból i cierpienie kawałka drewna? Nie, to wszystko było bez sensu! Nie miała szans na uratowanie życia przyjaciela! Tu powinien być teraz ten potężny, wiecznie opanowany centaur! Pełna nagromadzonych emocji, z premedytacją szturchnęła ramieniem jakiegoś mijającego ją wyrostka. Młodzian odbił się od niej i zły, warknął coś, co zabrzmiało jak „ślepa kretynka!”. Kelisa ani myślała odpowiadać na tak wyszukany epitet. Co więcej, uśmiechnęła się złośliwie i poczuła, że to zastępcze odreagowanie nawet jej pomogło. Maszerowała w cieniu poruszanych wiatrem, rozciągniętych nad rynkiem płacht. Ominęła stolik zapełniony owocami, nie skusiła się na smakowicie wyglądające precle i skręciła w wąski zaułek. Tu nikt nie miał pełnej swobody ruchów, więc niemal od razu zwróciła uwagę na głośne protesty i lamenty starszej kobiety. Zirytowana, pomyślała, że te wrzaski są całkiem nie na miejscu. Wciąż wrogo nastawiona do otaczających ją ludzi, w duchu ucieszyła się, że babsko dostało to, na co zasłużyło. Gdy jednak staruszka zaczęła szlochać nad straconymi pieniędzmi, poczuła lekkie wyrzuty sumienia. Nie minęła sekunda, a już zapomniała o całym wydarzeniu i rzuciła się biegiem w tłum. Wściekła, nie przejmowała się niezadowoleniem potrącanych przechodniów, gnała przed siebie i nie spuszczała oczu z małej dziewczynki migającej pomiędzy gawiedzią. Doskonale zapamiętała tę gówniarę. Chciała ją dorwać, dać porządną nauczkę. Po prostu w końcu musiało się jej coś udać. Biegła na złamanie karku za Lią, czy jak ta smarkata się zwała. Siedmiolatka zerknęła za siebie. Widząc goniącą ją Kelisę, przycisnęła swój łup do piersi, uśmiechnęła się drwiąco i skoczyła między budynki niczym wystrzelona z procy. Wypadły na nieco szerszy, ale i skromniejszy, brukowany trakt. Mała przemknęła pomiędzy kamienicami, Kelisa za nią. Prawie ją miała. Zmrużyła oczy przed oślepiającymi promieniami. Dziewczynka była naprawdę szybka i zwinna. No i niestety znała to miasto jak własną, złodziejską kieszeń. Po kilku minutach zapał Kelisy zdecydowanie osłabł. Już nie biegła, a jedynie szła szybkim krokiem i rozglądała się dokoła. Straciła Lię z oczu. Może to i lepiej. Gdyby teraz dostała ją w swoje ręce, z pewnością by ją rozszarpała. Nie tylko za wczorajszą i dzisiejszą kradzież. Głównie za to, że ta łobuzica jest rodowitą mieszkanką Tollen. W końcu dała sobie spokój z bezowocnym pościgiem. Ominęła piętrowy dom, zeszła na trawnik i usiadła w słońcu. Oddychała głęboko. Jej serce powoli zwalniało, opanowywała wzburzenie. Odpoczywając, przyjrzała się okolicy. Naprzeciw, po drugiej stronie duktu, ciągnęła się ścieżka prowadząca w leśny zagajnik, a nieco dalej, po lewej, stał mały, przytulny, otoczony brzozowym płotkiem zajazd. Ładniejszy od tego, w którym się zatrzymała. Coś w tym sielskim obrazku przykuło uwagę Kelisy. Powoli wstała z trawy i ruszyła ku trzem rumakom przywiązanym do palików. Skądś znała tego siwego ogiera. A jeszcze bardziej swojsko wyglądał pasący się obok kasztan. Podeszła do konia. Spoglądając w poziomą źrenicę, odgarnęła na bok rudą grzywę. Na jego czole widniała niewielka, biała strzałka. Kelisa poczuła, że stępiona przez zmęczenie wściekłość powraca do niej z siłą huraganu. Odsunęła od siebie łeb skubiącego ją po barku wierzchowca i nie zastanawiając się wiele, wpadła do zajazdu. – Gdzie jest chłopak, który przyjechał tu na siwku? Gospodarz podrapał się po zarośniętym policzku. – Chodzi ci o… – O młodego blondyna z Zachodu – warknęła. – Gdzie on jest? – Na piętrze… narożny pokój… ale ja tu nie chcę żadnej awantury! Ależ skąd, Kelisa nie planowała żadnej awantury. Wyłącznie ukatrupienie tego szczeniaka! Popędziła na górę. Dębowe schody dudniły głośno w rytm jej kroków. Korytarz nie był oświetlony, lecz ona bez problemu odnalazła właściwe drzwi. Szarpnęła klamkę i bez pukania wpadła do środka. Jej niespodziewane wtargnięcie zaskoczyło leżącą w łóżku parę. Przestraszona blondynka pisnęła głośno, przyciągnęła kołdrę do piersi i wtuliła się w ścianę przy oknie. Chłopak odwrócił się gwałtownie w stronę nieproszonego gościa. Kelisa była tak zdenerwowana, że nawet nie przejęła się intymnością sytuacji, w jakiej zastała tych dwoje. Chwyciła Arana za ramię i wywlekła go z pościeli. Zdębiały, nawet nie próbował się opierać. – Pamiętasz zajazd i nasze rozstanie?! – z całej siły pchnęła go na ścianę. Uderzył plecami w chłodne drewno. Wciąż nie spuszczał z Kelisy wzroku. Zachowywał się tak, jakby zobaczył ducha. Ona nie miała zamiaru się z nim cackać. Szybkim ruchem sięgnęła po nóż. Towarzyszka Arana dostrzegła błysk ostrza. Krzyknęła rozpaczliwie. Chłopak poczuł zimną stal na swojej szyi. Od dziewczyny biła tak silna żądza mordu, że momentalnie oprzytomniał. – Kelisa, proszę, przestań… – odchylił się do tyłu, przykładając głowę do ściany. – Zostaw go! – blondynka doszła do wniosku, że wrzaski na nic się nie zdadzą i że trzeba działać. Wciąż opatulona kołdrą, wyskoczyła z łóżka i szarpnęła napastniczkę za ramię. – Nie rób mu krzywdy! Kelisa odtrąciła ją od siebie. Widziała paniczny strach w ciemnych oczach Arana. Nienawidziła go! – Myślałeś, że ujdzie ci bezkarnie to, jak mnie potraktowałeś? Tysiąc razy przysięgałam sobie, że zabiję cię, jak tylko uwolnię się z tej przeklętej rudery! – Kelisa, zabierz ten nóż i porozmawiajmy spokojnie… – Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać! – ryknęła. – Zaraz zejdę po pomoc, jeśli się stąd nie wyniesiesz! – przyjaciółka Arana chciała za wszelką cenę pozbyć się tej wariatki. – Nie wtrącaj się! Chłopak powoli uniósł rękę i ledwie zauważalnie odsunął od siebie broń. – Wysłuchaj mnie… – Po co?! Żebyś znów wciskał mi jakieś kłamstwa?! Tylko to potrafisz, ty gnojku! – Wiem, że możesz być na mnie wściekła, ale ja… ja wcale nie chciałem cię oszukać. Przysięgam, że na początku naszej znajomości nawet nie przyszło mi to do głowy! Chciałem ci pomóc i dlatego przeprowadziłem cię przez las – przełknął ślinę. – Dopiero później, kiedy wyjawiłaś mi cenę szkatułki, jakaś wewnętrzna siła kazała mi się ciebie pozbyć… a kiedy dojechaliśmy do osady, sprzedanie cię gospodarzowi okazało się najprostszym wyjściem. To wszystko przez ten przedmiot… Kelisa poczuła, że jej wściekłość na tego chłopaka momentalnie mija. Mówił prawdę. Wszystkiemu winne było małe puzderko. To przez szkatułkę Aran zmienił się z sympatycznego lekkoducha w ostatniego drania, to przez nią ona wylądowała w zajeździe, przez nią Drakan może stracić życie. To przekleństwo było po prostu straszne. Odsunęła się o krok. Aran nadal nie ruszał się z miejsca. Jego pierś unosiła się i opadała w przyspieszonym oddechu. Tuż pod szczęką czerwieniło się delikatne zadraśnięcie. – Nie myśl, że ci darowałam. Zaufałam ci, a ty zafundowałeś mi koszmar! Przez dwa tygodnie byłam na łasce dobierających się do mnie pijaków! Za samo to powinnam wbić ci nóż między żebra. – Nie chciałem twojej krzywdy. – Stul pysk! Sprzedałeś mnie jak swoją własność! I tak samo postępujesz z innymi dziewczynami… nieważne, czy się na to godzą, czy nie, prawda? Igrasz z ogniem, Aran. Bądź pewien, że prędzej czy później któraś z nich będzie miała tego dość, dorwie cię w ciemnym zaułku i skończy z tobą. Może nawet ona – skinęła głową w stronę blondynki. Dziewczyna zbliżyła się. – Kim ty jesteś? I o czym ty mówisz? Kelisa spojrzała na rówieśnicę i uśmiechnęła się ironicznie. – Co on ci naopowiadał? Obiecał, że znajdzie ci jakieś zajęcie? – Tak. Mówił, że ugadał się już z gospodarzem tego zajazdu. Dostanę pracę. I ja mu wierzę! – Cudownie! A wspomniał, że zostaniesz zamknięta w jednym z pokoi i twoim obowiązkiem będzie spanie z każdym facetem, który za to zapłaci? – Spanie…? – blondynka odwróciła się w stronę chłopaka i przyglądała się mu niepewnie. Nagle zmarszczyła brwi. – Aran, ona mówi prawdę? Bez słowa sięgnął po spodnie. Kelisa usiadła na brzegu łoża i obserwowała go w milczeniu. Ubierał się powoli, ze stoickim spokojem, pewny siebie jak wówczas, gdy go poznała. Niemal od razu bardzo go polubiła. Teraz czuła do niego pogardę i wrogość. Może i był przystojny, potrafił ująć za serce, ale co z tego, skoro nie liczył się z nikim i postępował jak bezduszny łotr. – Dobrze ci radzę, nie bądź głupia, spakuj swoje rzeczy i odejdź stąd jak najdalej. Nie daj się nabrać na urok tego cwaniaka. On ci zmarnuje życie. Dziewczyna jeszcze przez chwilę wpatrywała się w milczącego towarzysza. Nagle syknęła coś pod nosem, odwróciła się tak gwałtownie, że jej jasne włosy błysnęły złotą kaskadą, chwyciła suknię i zniknęła z pokoiku. Kelisa została z Aranem sam na sam. – Przepraszam, że przeszkodziłam ci w obłaskawianiu kolejnej niewolnicy. A może byłeś jej pierwszym klientem? – uśmiechnęła się słodko, lecz słowa, które wymówiła, spływały jadem złośliwości. Spiorunował ją spojrzeniem. Zapewne gotowało się w nim, lecz doskonale ukrywał emocje. Wciągnął przez głowę luźną koszulę i przysiadł obok Kelisy. – Wiesz… żałuję, że cię spotkałam. Wtedy i teraz. – Gdyby nie ja, padłabyś z pragnienia w środku lasu. Ty i ta twoja szkapa. Nie zapominaj o tym. – Mam ci też dziękować za to, że chciałeś mnie okraść? Za to, że uwięziłeś mnie na dwa tygodnie w najgorszym z możliwych miejsc? Nawet nie wyobrażasz sobie, co musiałam znosić! Spuścił wzrok. – Mówiłem ci już, że początkowo nie miałem co do ciebie takich planów. To ta szkatułka podpowiedziała mi, jak mam postąpić… zupełnie jakby za mnie myślała. Wiesz, że nawet chodził mi po głowie najdrastyczniejszy pomysł? Ale jakoś go stłumiłem, chociaż wymagało to ode mnie wielkiego wysiłku. Nie chciałem… Urwał, bo do izby wkroczyła jego znajoma. Ubrana. Podeszła do chłopaka i z zamachem rąbnęła w niego przyniesioną pierzyną. Włożyła w cios tyle energii, że Kelisa odsunęła się nieco i rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu. Kilka białych piór pofrunęło ku sufitowi. Wychodząc, blondynka dobitnie zatrzasnęła za sobą drzwi. Kelisa poczuła sympatię do tej pannicy. Aran dostał to, na co zasłużył. – Ciekawe, że spotykamy się ponownie właśnie w Tollen – mruknęła, z trudem opanowując wesołość. Był teraz wyraźnie zły, a jego krótkie, zmierzwione włosy sterczały na wszystkie strony w dowodzie doznanego upokorzenia. – Przyjechałem tu w interesach – burknął ledwie dosłyszalnie i odrzucił kołdrę za siebie. Oczywiście. Sprzedaż kolejnej naiwniaczki. Dziwne, że pozwolił jej tak łatwo odejść. Może nie chciał prowokować nowej awantury. Kelisa wstała i podeszła do okna. Widok świecącego wysoko słońca uświadomił jej, jak wiele czasu zmarnowała. Powinna działać. Niedługo nadejdzie godzina stracenia Drakana. Odwróciła się ku Aranowi. Przyglądał się jej w milczeniu. Nie umiała odgadnąć, o czym myślał. Chociaż w jego spojrzeniu było coś niepokojącego, postanowiła poprosić go o pomoc. Nie miał prawa jej odmówić. – Kelisa… co się stało ze szkatułką? Masz ją przy sobie? – zapytał niespodziewanie. W jego głosie kryło się coś złowieszczego. Kelisa natychmiast odrzuciła złudne nadzieje. Czy ona zwariowała?! Przecież dzięki klątwie Aran jest śmiertelnie niebezpieczny. Nie może zbliżyć się do Drakana! Co za szczęście, że odezwał się pierwszy! Gdyby zorientował się, że półelf ma szkatułkę, z pewnością postąpiłby naprawdę okropnie. I bez magii tajemniczego przedmiotu obce mu było poczucie winy i czyste sumienie. Nie pozostało jej nic innego, jak tylko nastraszenie Arana. Musiała trzymać go na dystans. Podeszła bliżej i pchnęła niczego niespodziewającego się blondyna na łóżko. Przygniotła mu pierś ręką i wbiła kolano w brzuch. – Nie mam szkatułki. Nie wiem, gdzie jest. Więc wybij sobie z głowy te wszystkie podchody, rozumiesz? Masz się trzymać ode mnie z daleka. Jak cię jeszcze raz zobaczę, zrobię użytek z noża. Jasne? Nie okazał strachu. Nawet nie próbował się wyrywać. Leżał swobodnie na miękkim sienniku i spoglądał Kelisie prosto w oczy. Uśmiechnął się. – W takim razie czego szukasz w Tollen? – Nie jechałam tu tylko ze względu na szkatułkę – rzuciła zbyt szybko. – Matka opowiadała mi o tym mieście, więc postanowiłam je zobaczyć. Przeklęła w duchu. Kłamała wprost żałośnie, a wiarygodne historie nie przychodziły jej do głowy, gdy były najbardziej potrzebne. Aran zorientował się, że pochylająca się nad nim dziewczyna nie mówi całej prawdy. – Coś ukrywasz – wyszczerzył zęby w aroganckim grymasie. Kelisa poczuła nieodparte pragnienie, by na raz zawsze pozbawić go tego drwiącego uśmieszku. Wystarczy jeden ruch… Z trudem opanowała złość. – Niczego nie ukrywam – warknęła, puszczając go. – To nie twoja sprawa, co tu robię. Nie wchodź mi w drogę. Tollen jest na tyle duże, że nie powinieneś mieć z tym problemów. Wsparł się na łokciach i obserwował pochodzącą do drzwi dziewczynę. Kelisie wcale nie podobała się jego mina. Wyglądał jak kot, który dorwał wyjątkowo tłustą mysz. Gruchanie turkawki w brzozowym zagajniku nie ukoiło złych przeczuć. Dziewczyna ani myślała zostawić kasztanka w rękach Arana. Koń był jej. Odwiązała wodze od palika i pociągnęła zwierzę za sobą. Przytuliła pysk wierzchowca do szyi i szła przed siebie, wpatrując się w wykładaną kamieniami uliczkę. Czuła się osaczona. Bała się o Drakana, bała się tego, co zobaczy za pewien czas na przystrojonym girlandami podium, bała się, że nie zniesie widoku cierpiącego przyjaciela. Nie miała pojęcia, jak go uratować. Niespodziewane spotkanie Arana wyprowadziło ją z równowagi. Ale mogło też oznaczać wsparcie, którego tak bardzo potrzebowała. Zupełnie jakby los chciał jej pomóc… Niestety, chłopak nie mógł być brany pod uwagę. Klątwa szkatułki sprawiła, że ewentualny wybawiciel półelfa mógł stać się jego zabójcą.

* * *

Gorące, bezwietrzne południe. Mrowie ludzi zebranych na placu rozmawiało, śmiało się i z zainteresowaniem wypatrywało przybycia głównego bohatera dzisiejszego dnia – cudaka, w połowie elfa, w połowie człowieka, którego należało pozbyć się z ich społeczności. Wśród zgromadzonych byli starzy, wiekowi obywatele Tollen, pamiętający niejedno widowisko zorganizowane przez radę miasta, a także małe dzieci usadowione na barkach ojców, by lepiej widziały to, co miało nastąpić i by od najmłodszych lat uczyły się, co spotyka obce, przekraczające granicę Południa rasy. Nieco wrażliwsze i nie tak żądne krwi kobiety ustawiły się na tyłach skweru. Mimo pozornego odcięcia się od nadchodzących okropności i one były ciekawe dalszych wydarzeń. Czekały więc, plotkowały i chroniły się w cieniu budynków przed dokuczliwym upałem. Z przodu, tuż przy podium, na specjalnie przygotowanych ławach, zasiedli radcy, goście i honorowi obywatele. Mieli niewzruszone miny. Oni widzieli już zbyt wiele, by emocjonować się straceniem pospolitego kundla. Nagle rozległ się pełen przejęcia pomruk. Osoby odpowiedzialne za porządek rozdzieliły tłum, tworząc przejście od jednej z bocznych ulic aż do stopni podium. Ludzie wytężali wzrok, unosili się na palcach i wspierali na plecach sąsiadów, by zobaczyć prowadzonego na śmierć skazańca. Ci, którym udało się ujrzeć czarnowłosego, ubranego w podniszczoną, białą koszulę i ciemne spodnie mężczyznę, byli pod wrażeniem. Mieszaniec przerastał każdego z otaczających go strażników o pół głowy i mimo wyraźnego wyczerpania sprawiał wrażenie spokojnego, odpornego i silnego. Zapowiadało się długie i interesujące widowisko. W końcu pochód doszedł do celu. Półelf został wprowadzony na trybunę i teraz każdy mógł mu się przyjrzeć do woli. Podniosły się głośne okrzyki. Jeden z oficjeli dołączył do strażników i uciszył gestem rozwrzeszczane zbiorowisko. Gdy ludzie zamilkli, rozpoczął przemowę, w której podkreślał historię miasta i wiążącą się z nią konieczność wyeliminowania cudaka, wymieniał rzekome winy oskarżonego… Drakan wcale go nie słuchał. Stał na deskach sceny niczym kuglarz szykujący się do przedstawienia i spoglądał na masy wypełniające plac aż po brzegi. W pewnym momencie dostrzegł arystokratę oraz jego żonę. Oboje przyglądali się mu z wyniosłością i pogardą. Wiedział, że pragną jego śmierci. Tak jak całe Południe. Odetchnął głęboko i przymknął powieki. Chociaż na chwilę odizolował się od tego koszmaru. Odczuwał przejmujący lęk. I stłumioną wściekłość. Poniżej, zaledwie kilkanaście metrów od niego, stała Kelisa i wpatrywała się w jego twarz. Do niej także nie docierało ani jedno słowo z pompatycznego orędzia. Była zrozpaczona. Bezsilna. – …i właśnie dlatego musi zginąć! – bogacz zakończył przemówienie i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku usiadł na swoim miejscu. Zamiast niego pojawiło się dwóch odzianych na czarno katów. Odprawili strażników. Teraz oni mieli zadanie do wykonania. Chociaż serce Kelisy krajało się na drobne kawałeczki, zmuszona była słuchać wiwatów i okrutnych komentarzy pospólstwa. Nie mogła oderwać wzroku od Drakana. Zupełnie jakby obawiała się, że gdy tylko straci go z oczu, on zniknie… Miała wrażenie, że zostali rozdzieleni wieki temu, a przecież od rzecznej przeprawy minęło niewiele ponad siedem dni. Tak strasznie za nim tęskniła! A teraz, gdy powinni cieszyć się ze spotkania, ona stała wśród wrogiego mu tłumu i odczuwała dławienie w gardle, przyglądając się jego zapadniętym policzkom, przemęczonemu spojrzeniu i licznym ranom. Nie wyobrażała sobie, przez co musiał przejść. A teraz czekały go jeszcze większe męki. Widziała, jak jeden z oprawców przywiązuje nadgarstki Drakana do przyozdobionego kwiatami słupa, a drugi bierze kij. Z trudem powstrzymała płacz. Marzyła o tym, by w jakikolwiek sposób przekazać mu niezbędną do zniesienia męk siłę. Rozległ się odgłos pierwszego uderzenia. Gdy Kelisa zobaczyła, jak przyjaciel naprężył mięśnie, by ochronić się przed cierpieniem, przez głowę przebiegły jej chaotyczne myśl. Jedna była szczególnie natrętna… Zawiodła. Tak bardzo pragnęła cofnąć czas! Była głucha na radosne poruszenie tłumu. Jej oczy błyszczały łzami rozpaczy. Kolejny cios w plecy. Drakan zacisnął zęby, stęknął cicho i oparł czoło o drewno. Nie był w stanie znieść więcej, starał się odizolować od rzeczywistości. Nie chciał zwracać uwagi na morderczy upał, na pokrzykujący tłum, na własne wyczerpanie… ale każdy zadany raz przenikał jego ciało i wbijał się do mózgu ostrym, paraliżującym bólem. Kij znów trafił go w żebra. Jeszcze raz. I jeszcze. Na bogów, niech to się już skończy! Po kilku minutach kaci uwolnili go i słaniającego się na nogach, popchnęli ku pieńkowi. Opadł ciężko na chropowate drewno. – To dopiero początek! – krzyknął jeden z dręczycieli. – Teraz kolej na was, ludzie! Co chcecie zobaczyć? Co wam w tym dziwaku przeszkadza? – To, że żyje! – odpowiedział jakiś mężczyzna. Kelisa przeklęła tego idiotę. Kat roześmiał się. – Właśnie się tym zajmujemy. Ale gdybyśmy uśmiercili go od razu, jaką lekcję dostałyby nasze dzieci? Jaką wy byście mieli z tego satysfakcję? I czy byłaby to nauczka dla obcych ras, które pchają się na nasze ziemie? Gmin podniósł wrzawę. Zgadzali się z każdym słowem. – Zróbcie coś z jego gębą! – ryknął ktoś. – Moja baba nie może się na tego kundla napatrzyć i jeszcze mi mówi, że jest przystojny! Kolejna salwa śmiechu odbiła się od murów otaczających plac i wzleciała ku błękitnemu niebu. – Twoja kobieta ma dziwny gust, przyjacielu! Ale rzeczywiście, coś z nim trzeba zrobić – mężczyzna w czerni odwrócił głowę i zerknął na półelfa. Drakan zmarszczył brwi, wytrzymał to lekceważące spojrzenie. Opadające na spoconą twarz ciemne włosy i połyskujące zielonym blaskiem oczy nadawały mu wygląd zapędzonego w pułapkę, gotowego na wszystko wilka. Drugi kat zbliżył się o krok i zachichotał. – Widziałeś go, jaki hardy? Uważaj, bo jeszcze rzuci na ciebie jakiś urok – podniósł głos. – Ludzie, chcecie, żeby nie gapił się na was tymi zimnymi ślepiami?! Spośród zgiełku pospólstwa wyróżnił się głos małego chłopca. Dziecko z radością przytakiwało dorosłym. Jego wesołość przerażała. Malec traktował okaleczanie mieszańca jako doskonałą zabawę. Oprawca sięgnął po sztylet i zbliżył się do więźnia. Kolega po fachu oparł się o słup i ze stoickim spokojem obserwował rozwój wypadków. Kelisa nie mogła na to patrzeć. Była wściekła i załamana. Co to za chore widowisko! Drakan oddychał ciężko i nie spuszczał wzroku z podchodzącego dręczyciela. Chociaż czuł śmiertelne zmęczenie, nie miał zamiaru sprzedać tanio skóry. Wzrastał w nim szał. Gdy tylko kat chwycił go za podbródek i przysunął ostrze do twarzy, półelf momentalnie zerwał się i skoczył na niego. Był ciężki, więc łatwo powalił go na deski. Ludzie jęknęli z oburzenia. Dla Drakana nie istniało nic poza nim samym i mężczyzną, złączonymi w morderczym uścisku. To była dla niego jedyna szansa. Musiał zdobyć nóż. Udało mu się wytrącić broń. Ostrze stuknęło o podłogę. Niestety, przeciwnik po pierwszym zaskoczeniu stawił opór. Przewidział zamiary półelfa, chwycił go za nadgarstki i ścisnął niczym w imadle. Ruchy Drakana zostały ograniczone do minimum. Szarpnął się z całej siły, gotowy walczyć do upadłego. Niespodziewanie poczuł brutalne kopnięcie w pierś. Na moment stracił dech. Oszołomiony bólem, zsunął się na deski. Do przytomności doprowadziło go wyjątkowo silne uderzenie. Tym razem w biodro. Potem znów w żebra i w brzuch. Zakaszlał, poczuł w ustach słodki posmak i przetoczył się na bok. Nie słyszał wycia tłumu, huczało mu w uszach. Zdruzgotana Kelisa patrzyła przez łzy, jak Drakan jest kopany przez tych dwóch zwyrodnialców. Czy oni nie mają sumienia?! Kaci cisnęli półelfem o pieniek. Stracili panowanie nad sytuacją. Chwycili za kije i bez opamiętania okładali bezbronnego mężczyznę. Dziewczyna zobaczyła, że z ust przyjaciela wypłynęła strużka krwi. Oni go zatłuką! – Nie! – jęknęła cicho. Ku jej całkowitemu zaskoczeniu jakaś kobieta stojąca obok także zawołała o litość. – Przestańcie! – przyłączyła się. Mieszkanka Tollen nie odezwała się więcej. Za to kilkanaście osób zaczęło domagać się natychmiastowego dobicia zuchwałego dziwaka. To, że porwał się na Południowca, było nie do pomyślenia! – Zostawcie go! – wrzasnęła Kelisa z rozpaczą. – Drakan! – Zamknij się! – syknął ktoś tuż przy jej uchu. W pierwszej chwili zignorowała tę uwagę. Nagle coś ją tknęło… znała ten głos. Spojrzała w prawo. Tuż przy niej, nieco z tyłu, stał wysoki blondyn. Aran! – Drzyj się tak dalej, a napytasz sobie kłopotów – mruknął. – Oni nie mogą go zabić, rozumiesz?! Nie przejął się jej żalem. Z nieprzeniknioną miną obserwował katowanie mieszańca. Zupełnie jakby ta scena go nie poruszała. A przecież nie pochodził z Południa. Mentalność tych ludzi powinna być mu równie obca jak jej. Jeszcze chwilę stał bez słowa, po czym zawołał mocno i wyraźnie: – Dziś łaska, jutro śmierć! Kelisa wpatrywała się w niego, całkiem skołowana. Co on wyprawia?! Zerknął na nią z ukosa. – Chcesz go ocalić? To krzycz. Dziś łaska, jutro śmierć! Wkrótce do dwóch młodzieńczych głosów dołączyły kolejne. Nieliczne, ale silne. Zgrane. Zagłuszające pozostałe wrzaski. Oprawcy nie mogli zignorować żądania tłumu. Niezadowoleni, odrzucili kije i dysząc ze zmęczenia rozejrzeli się po wzburzonej gawiedzi. – Skoro tego chcą… możemy to równie dobrze dokończyć jutro. – O ile on dotrwa do jutra. Obaj widzieli, że stan więźnia jest fatalny. Mężczyzna był przytomny, otarł usta i wspierając się o pieniek próbował wstać, lecz rozmazana na jego brodzie krew świadczyła o poważnych obrażeniach. Nie dawali mu zbyt wielkich szans na przeżycie nocy. Chwycili go mocno i w asyście strażników wyciągnęli poza plac. Zniknęli gdzieś za ocienionym zaułkiem. Kelisa próbowała wyrwać się z rozkrzyczanego tłumu i pobiec ich śladem. Musiała dowiedzieć się, gdzie przetrzymują Drakana. Aran złapał ją za ramię. – Poczekaj. Wiem, co planujesz. To nic nie da. Szarpnęła się. – Zostaw mnie! Muszę zobaczyć, gdzie go zabrali! – Nie dostaniesz się do tego więzienia – roztrącił kilka osób i ruszył przed siebie. Kelisa ani myślała go słuchać. Przepychała się ku wylotowi ulicy, gdzie zabrano przyjaciela. Usiłowała biec, lecz rozchodzący się tłum skutecznie zagradzał jej drogę. Była zbyt powolna. W końcu dotarła do granicy placu i spojrzała w głąb brukowanego zaułka. Nie zauważyła ani katów, ani Drakana. Miała przed sobą jedynie ciągnącą się pomiędzy zabudowaniami rzeszę Południowców. Zaklęła, zirytowana. Zmarnowała zbyt wiele czasu. A wszystko przez Arana! W co on się bawi? Najpierw krzyczy o litość, potem nie pozwala jej działać?

* * *

Obejrzała się. Aran mignął jej w dali. Szedł przed siebie wolnym krokiem, zupełnie jakby na coś czekał. Lub na kogoś. A niech to! Nie było łatwo przebić się przez rozgadane, wciąż przeżywające ostatnie wydarzenia mrowie ludzi. Jednak ona gnała przez plac z najprawdziwszą determinacją, roztrącała mieszkańców Tollen i nie spuszczała wzroku z jasnej, wyróżniającej się czupryny chłopaka. W końcu go dopadła. – Dlaczego nie pozwoliłeś mi iść za katami? Przez ciebie ich zgubiłam! Zerknął na nią z ironią. – A dlaczego miałabyś za nimi iść? Jakiś wewnętrzny głos krzyknął w jej umyśle „Uważaj!”. Nie powinna mówić za dużo. Musi cały czas pamiętać, z kim rozmawia. Arana dotknęła przecież klątwa szkatułki. Otarła oczy, chcąc ukryć ślady płaczu. – Nie mogłam patrzeć, jak znęcają się nad tym półelfem. Może udałoby mi się go uratować. – Tak po prostu? Bez ważnego powodu? Zapomniała już, ile drwiny mogą zawierać w sobie słowa tego młokosa! – Nie bez powodu – syknęła, skręcając za nim w ocienioną alejkę. Wreszcie wyrwali się z ciasnoty. – Dlatego, że nie pojmuję takiego bestialstwa. Pochodzisz z Zachodu, więc chyba mnie rozumiesz. Szkoda mi tego mężczyzny. On nie przeżyje jutrzejszego dnia. Jej towarzysz zachichotał pod nosem. – Jasne. – Taki jesteś mądry?! To może wytłumaczysz mi, dlaczego sam wołałeś o łaskę dla niego? Po co przyszedłeś na plac? Aran schylił się pod niedbale zwisającym płótnem. Stanął przy straganie, obejrzał oferowane przez tęgą przekupkę pieczywo i po chwili targowania się zapłacił za dwa duże, okrągłe, pokryte lukrem ciastka. Jedno z nich podsunął Kelisie. – Nic od ciebie nie chcę! – oburzyła się. Wzruszył ramionami. Zabrał się za jedzenie z demonstracyjnym apetytem. Znów spacerowali wąską uliczką. Ominęli targ i zostawili za sobą kilka niezbyt wysokich, otoczonych brzozowymi płotkami domków. Po jednym z podwórzy kręcił się kudłaty pies. Gdy tylko zobaczył przechodzących wzdłuż ogrodzenia ludzi, ruszył ku nim, ujadając basowo. Dopadł do płotu, skakał w górę i za wszelką cenę starał się chwycić w kły idącego tuż obok chłopaka. Aran ledwie zerknął na gorączkującego się zwierzaka. Ułamał kawałek ciastka i cisnął nim w głąb podwórza, pod porośniętą malwami ścianę budynku. Pies obejrzał się, szczeknął jeszcze raz dla porządku i podreptał w stronę rabatki z nosem przy trawie, by zjeść to, co przypadło mu w udziale. Kelisa obserwowała tę scenę z pogardą. Co za beznadziejnie głupi kundel… Żałowała, że nie przedostał się przez ogrodzenie i nie pogryzł Arana. Nawet by go przytrzymała, by to bydlę mogło pewniej zatopić zęby w jego udzie. Skupiła uwagę na pnących się ku błękitnemu niebu kamienicach. Wciąż trzęsła się po tym, co zobaczyła na placu… Nie mogła myśleć o niczym innym. Na wspomnienie cierpiącego Drakana żal ściskał jej gardło. Z trudem nad sobą panowała. – To straszne… jak oni mogą tak postępować? Jak może bawić ich coś tak nienormalnego? – Dla nich obecność obcych ras na Południu jest zbrodnią. Boją się, że historia może się powtórzyć. – Dla mnie zbrodnią jest to, co widziałam przed chwilą! I to, że ludzi cieszy cierpienie bezbronnego mężczyzny – zerknęła kątem oka na Arana. Przecież nie odpowiedział jej na ważne pytanie. – A ty? Skąd nagle wziąłeś się na placu? Po co tam przyszedłeś? Przełknął kęs ciastka. – Mógłbym zapytać cię o to samo. Ale wiesz równie dobrze jak ja, czemu się tam spotkaliśmy. I dlaczego krzyczałem o litość dla twojego znajomego. Przez ciało Kelisy przetoczyła się gorąca fala strachu. Skąd on wie, że Drakan nie jest jej obcy?! I, co ważniejsze, czy zdaje sobie sprawę, że półelf ma szkatułkę?! Jeśli tak, to w jaki sposób poznał prawdę? Przecież ona nic mu nie powiedziała. Ukrywała fakty. A może każdy przeklęty zostaje obdarzony jakimś darem, przeczuciem, dzięki któremu rozpoznaje, gdzie znajduje się przedmiot, którego tak bardzo pragnie? Sytuacja stała się niebezpieczna. Bardziej, niż jej się wydawało. Teraz mogła jedynie udawać. – Nie wiem, o co ci chodzi. Nie znam tego półelfa. Aran westchnął głęboko. – Kelisa, to się powoli zaczyna robić nudne. Nie wiem, nie znam… – przedrzeźnił ją. – Kłamiesz. Cały czas. Znasz tego całego Drakana lepiej, niż chcesz to przyznać. Syknęła coś bardzo niecenzuralnego. Przecież wymówiła na placu imię mężczyzny! Współczucie i rozpacz zupełnie ją zaślepiły. Chłopak nie przejął się jej wzburzeniem. – Wiesz, szczerze mówiąc dziwię ci się, że zrobiłaś dla tego mieszańca tak niewiele. Praktycznie zostawiłaś go na pastwę losu. Skoro nie miałaś innych możliwości, powinnaś wykorzystać panujący tu zwyczaj jednodniowej łaski dla więźnia. Ale nie, ty nawet nie pisnęłaś formułki. Nie miałaś pojęcia o czymś takim, co? – zachichotał. – Cieszę się, że to nie ja potrzebowałem ratunku. Rozwścieczona Kelisa stanęła w cieniu pięknie dekorowanej bramy i spojrzała Aranowi prosto w twarz. – No dobrze, znam Drakana. Przyznaję, nie wiedziałam, jak mu pomóc. Dlatego dziękuję ci za to, co zrobiłeś. Powiedz mi, gdzie jest to więzienie, a dalej poradzę sobie sama. – Biedak… już mu współczuję. Kelisa niemal zabiła chłopaka wzrokiem. Nie chciała się do tego przyznać, lecz jego wywody miały w sobie zbyt wiele prawdy. – Ja mu pomogę – rzucił swobodnie. – Nie! Nie chcę, żebyś się koło niego kręcił. Blondyn roześmiał się. Z początku cicho, aż do głośnego, perlistego śmiechu. – Mam się koło niego nie kręcić? W porządku, on nie jest w moim typie – opanował się nieco. – Słuchaj, nie wiem, czego się po mnie spodziewasz, ale ja chcę ci po prostu w jakiś sposób zadośćuczynić za ten zajazd. Widzę, że sama sobie nie poradzisz. Uwolnię twojego kochanka. Tym razem Kelisa nie wytrzymała. Nagromadzony stres pozbawił ją poczucia humoru. Z całej siły uderzyła Arana w ramię. Cios był tak mocny, że omal nie wytrącił mu z ręki do połowy zjedzonego ciastka. – Masz się za sprytnego?! Dobrze wiem, o co ci chodzi! Ciebie nie interesuje ani los Drakana, ani moje samopoczucie! Po prostu myślisz, że on ma szkatułkę, co?! A więc cię oświecę: on jej nie ma! Straciłam ją podczas przeprawy przez rzekę! – zacisnęła pięści, czując wkradającą się do serca rozpacz. – I Drakan nie jest moim kochankiem. Aran milczał. Nie spuszczał wzroku z Kelisy. W końcu uśmiechnął się. – Szkatułka wcale mnie nie obchodzi. Po co mi o niej mówisz? Dziś rano zapytałem o nią z czystej ciekawości. A ten facet… – przysunął się i spojrzał Kelisie prosto w oczy – …on ci się bardzo podoba. Nie jestem ślepy. – Jest moim przyjacielem. Sam widzisz, ile dla mnie ryzykował. – Przespałaś się z nim. – To nie twoja sprawa. Chłopak podszedł jeszcze bliżej i delikatnie dotknął palcami jej szyi. – Dlaczego on, a nie ja? – spytał cicho. Kelisa nie była w nastroju, by roztrząsać jakieś wydumane, romantyczne historie. Odepchnęła Arana i ruszyła przed siebie. Usłyszała jego wołanie, lecz nawet się nie obejrzała. Po chwili dołączył do niej. Znów szedł tuż obok. – Powiedz mi lepiej, gdzie jest to więzienie – burknęła. – Nie licz na to. Nie mam zamiaru puścić cię tam samej. Jak cię złapią… Miała dość tych wszystkich krętactw. Odwróciła się i zacisnęła dłonie na jego koszuli. – Gdzie to jest?! – Nie powiem ci. – Gadaj! – sięgnęła po nóż. Jeden z przechodniów zerknął uważnie na kłócącą się parę. Aran nie przejął się ostrzem przyłożonym do brzucha. Zmrużył nieznacznie powieki. Prześwitująca między murami smuga słońca padała mu wprost na twarz, nadając jego tęczówkom barwę miodu. – Zachowuj się ciszej, Południowcy nas obserwują – szepnął. – Nic mnie to nie obchodzi! – Myślałem, że jesteś rozsądna… – pokręcił głową. – Niczego się ode mnie nie dowiesz. Nie chcę mieć cię na sumieniu. – Ty w ogóle masz sumienie? – ofuknęła go. Nie odpowiedział od razu. Sprawiał wrażenie, że słowa dziewczyny naprawdę go zabolały. – Nawet taki drań jak ja czasami wie, czego nie należy robić – spojrzał w bok. – Przyznaję, źle cię potraktowałem. To przez ten twój przeklęty skarb… na szczęście uwolniłem się. I teraz chcę ci się zrewanżować. Nie sądziłem, że znów się spotkamy, ale widać tak miało być. Pomogę ci uratować twojego przyjaciela. – Niby jak? – Wyciągnę go z więzienia. Znam te lochy na wylot. – Sam tam siedziałeś? – zadrwiła. – Nie. Zaskoczona? Po prostu już raz pomagałem komuś stamtąd uciec. Kelisa obserwowała go z napięciem. Chłopak zdawał się mieć dobre intencje… Może rzeczywiście los podsunął jej Arana, by stał się dla Drakana deską ratunku, a nie zagrożeniem? Czy powinna zaryzykować? Co, jeśli on ją nabiera? W takim wypadku spotkanie Arana i Drakana może zakończyć się śmiercią półelfa. Lecz jeśli ona nie zdecyduje się na oferowaną pomoc, przyjaciel jutro zginie. Dziś zobaczyła przedsmak tego, co go czeka. Kaci będą go męczyć tak długo, aż wyda z siebie ostatnie tchnienie. Musiała postawić wszystko na jedną kartę. A jednak wciąż się wahała. – Wytłumaczysz mi, jak mam się dostać do celi Drakana? – To straszny labirynt, mówiłem ci już. Nie potrafię tego narysować ani opisać. Ja muszę widzieć te korytarze. Poza tym nie wiem, w którym lochu przetrzymują tego Drakana. Będę musiał go poszukać. Kelisa puściła pomięty materiał. – Dobrze, Aran. Ale idę z tobą – zadecydowała ze ściśniętym gardłem. Skinął głową. Nie mogąc zrobić nic więcej, odsunęła nóż od jego brzucha. Spojrzała na chłopaka z niemym błaganiem. – Pamiętaj… on się już dość wycierpiał. Uratuj mu życie. To w pewnym sensie twój brat, on też pochodzi z Zachodu. Uśmiechnął się pocieszająco. – Wszystko dobrze się ułoży. Już ja tego dopilnuję. Te słowa wywołały w Kelisie falę strachu przemieszanego z nadzieją.

* * *

„Już ja tego dopilnuję... Już ja tego dopilnuję…” To jedno zdanie prześladowało Kelisę przez długie godziny. Słyszała je bezustannie, niczym bzyczenie natrętnego komara, którego nie da się odgonić. Zaczęła traktować je jak ostrzeżenie. Leżała twarzą w poduszce. Nie przejmowała się trudnością z oddychaniem. – Źle zrobiłam, źle zrobiłam…! – mruczała do siebie. Intuicja podpowiadała jej, że dała się nabrać. Że Drakan nie może oczekiwać od Arana pomocy. Podejrzewała, że chłopak był miły tylko po to, by osiągnąć własny cel. Z pewnością chciał zdobyć szkatułkę. Coś jednak Kelisie się nie zgadzało. Nawet jeśli Aran planował zagarnięcie puzderka dla siebie, dlaczego postanowił z nią współpracować? Dlaczego nie zostawił jej na środku placu i nie ruszył samotnie do twierdzy Tollen? Miał przewagę. Wiedział, a raczej podejrzewał, kto posiada przedmiot, którego tak bardzo pragnął, kim jest nowy właściciel szkatułki i gdzie jest przetrzymywany… do czego ona była mu potrzebna? Czyżby rzeczywiście ruszyło go sumienie i postanowił naprawić dawne błędy? – Niczego nie jestem pewna! – Kelisa zacisnęła kurczowo powieki i uderzyła pięścią w siennik. Jeszcze chwilę leżała bez ruchu. Z czasem brak świeżego powietrza zmusił ją do odwrócenia głowy. Ułożyła się wygodnie, wtuliła policzek w poduszkę i zerknęła na wzgórze ciągnące się za oknem. Jasny w ciągu dnia pokój gościnny spowił się szarością. Zmierzchało. Kelisa odpoczywała i czekała na przyjście Arana. Zostało niewiele ponad pół godziny do umówionego spotkania. Teraz chłopak przejął ster i decydował o dalszych poczynaniach. Wiedział, co należy robić. Ale czy jego działania wynikają z egoizmu, czy są szczere i naprawdę doprowadzą do uwolnienia Drakana? I znów w jej umyśle rozległ się ten męski głos. „Już ja tego dopilnuję…” Nie miała zamiaru zastanawiać się nad sensem prześladującego ją zdania ani chwili dłużej. Zerwała się sprężyście z leżanki. Założyła dodatkową bluzę, zaplotła włosy w gruby, opadający na plecy warkocz i bez wahania wyszła na korytarz. Nie przejmując się gwarem rozmów dobiegających z głównej sali, przemknęła przez zaplecze gospody. Tylnymi drzwiami dostała się do stajni. Poklepała kasztanka po szyi, narzuciła na niego derkę oraz siodło i kilkoma mocnymi ruchami zapięła popręg. Po chwili wyprowadziła konia z boksu. Ściskała krótko jego wodze, szła szybkim krokiem i rozglądała się po podwórzu. Nie chciała, by ktokolwiek zauważył, że wybiera się na nocną wyprawę. Nikt nie mógł jej teraz przeszkodzić. Ominęła węgieł. – A dokąd to jedziesz, śliczna panienko? Mało brakowało, a podskoczyłaby ze strachu, słysząc ten ironiczny głos. Na szczęście opanowała zaskoczenie. Tuż przed nią, za klombem malw porastających ścianę gospody, trzech miejscowych chłopaków urządziło sobie zakrapianą imprezę. Postawny szatyn opierał się plecami o drewniany bok budynku w wyjątkowo niedbałej pozie, skrzyżował ramiona na piersi i nie spuszczał z Kelisy wzroku. Jego kompani stali tuż obok i obserwowali ją z głupawymi uśmieszkami przyklejonymi do twarzy. Kelisa ani myślała się z nimi zadawać. Odwróciła głowę i ruszyła w stronę wyjścia z podwórka. – Hej. Zapytałem cię o coś – Południowiec oderwał się od ściany i zagrodził jej drogę. – Nie twój interes – warknęła i popchnęła kasztanka w lewo. Od ciągnącego się za żywopłotem traktu dzieliło ją zaledwie kilka metrów. Chłopak złapał konia za ogłowie. – Czemu jesteś taka niemiła? Przecież pytam się grzecznie, dokąd jedziesz. – A ja ci grzecznie odpowiadam, że to nie twoja sprawa. – Masz taki paskudny charakter, czy jesteś na kogoś zdenerwowana, a wyżywasz się na mnie? Zerknęła na niego. Sprawiał wrażenie sympatycznego, lecz w jego niebieskich oczach czaiło się coś, co nie przypadło jej do gustu. I to nie był błysk wywołany alkoholem. Aran miał czasami podobne spojrzenie. To dawało o sobie znać wyrachowanie oraz podłość. Zacisnęła zęby. – Mam taki paskudny charakter – szarpnęła wodzami. – Puść mojego konia. – Dziewczyno… nie lubię, jak ktoś mi się sprzeciwia. A już nie cierpię rozkazywania. Jeden z koleżków stanął przy pysku kasztanka, drugi, dość tęgi, zaszedł Kelisę od tyłu. Sytuacja stała się niebezpieczna. Oni nie mieli dobrych zamiarów. Kelisa zdawała sobie sprawę, że sama była po części winna zaistniałej sytuacji. Niepotrzebnie się stawiała. Jej serce przyspieszyło. Zaczynała się bać, ale też targała nią wściekłość. Miała dość tych typków. – Posłuchaj – zwróciła się do swojego „adoratora”. – Wyjeżdżam z Tollen. Wracam na Północ, do domu. Czy taka odpowiedź ci wystarczy? Uśmiechnął się. – A to ciekawe. Pierwszy raz widzę, by ktoś wymykał się z gospody po ciemku, tylnym wyjściem, do tego bez bagaży czy zapasów… – Co ci do tego, w jaki sposób wynoszę się z tej waszej dziury? Zabieraj łapy od mojego konia i nakaż swojemu kompanowi, żeby zszedł mi z drogi! Głośny śmiech chłopaków zagłuszył cykanie świerszczy.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%