Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 1 godz. 22 min czytania

Szkatułka z Tollen - część VI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część VI

Drakan leżał na boku, czuł słodki zapach stokrotek, słońce ogrzewało jego ciało. Tuż przed sobą widział twarz Kelisy. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Tak bardzo tęsknił za tą filigranową, wrażliwą, a jednocześnie niezwykle silną dziewczyną! Ona uśmiechała się ze wzruszeniem. – Drakan, ja w to wszystko nadal nie mogę uwierzyć… jak to możliwe, że tak nagle wróciłeś do zdrowia? Teraz, gdy patrzę na ciebie, mam wrażenie, że nigdy nie przekroczyliśmy granicy Południa, że nie byłeś torturowany… – jej głos się załamał. Odetchnęła głęboko i ponownie przybrała beztroski ton. – Jesteś taki jak dawniej, silny, pełen życia… W źrenicach półelfa pojawił się wesoły ognik. – Nie wszystko jest takie jak dawniej – mruknął. Dziewczyna momentalnie spoważniała. Przyglądała się mu wyczekująco, z niepokojem. – Co chcesz przez to powiedzieć? Drakan wyczuł, że jest przygotowana na najgorsze wyznania. Uścisnął jej dłoń, chcąc rozładować napięcie, które sam wprowadził do rozmowy. – Kilka tygodni temu nie umierałem z głodu. A w tej chwili pożarłbym konia z kopytami. Kelisa wpatrywała się w niego, zupełnie zbita z tropu. Bała się, że usłyszy coś strasznego: że to tylko krótkotrwała poprawa jego samopoczucia, że wyrok na jego życie został jedynie odroczony, że… A tymczasem on wspomina o najzwyklejszym głodzie? – Ależ mnie przestraszyłeś! – szturchnęła go, chichocząc z ulgą. – Myślałam, że wciąż coś ci grozi! Przetoczył się na plecy. Błogo uśmiechnięty, obserwował migoczące pomiędzy liśćmi refleksy słońca. Dziewczyna wsparła się na łokciu. Nie odrywała spojrzenia od profilu mężczyzny. Miała ochotę poderwać się, skakać wokoło i krzyczeć z radości. Jednak zdawała sobie sprawę, że wyglądałaby dość niemądrze. Z pewnością nie zaimponowałaby Drakanowi. – Powiedz mi, jak to się stało, że w ciągu jednej nocy doszedłeś do siebie? Kąciki jego ust uniosły się nieco. – Ktoś mi pomógł. – Aran? – zapytała z powątpiewaniem. – Nie, nie Aran. Ktoś… A może coś… nie mam pewności. Czułem wspaniałą, pozytywną energię. Kelisa przełożyła rękę przez bok półelfa i zawisła nad nim na wyprostowanych ramionach. Przypatrywała się jego szmaragdowym oczom. Ktoś go uratował… Centaur? Z pewnością nie. Fizyczna lub duchowa obecność tego stworzenia wywołałaby w Drakanie ogromną złość. A on wyglądał na szczęśliwego, wręcz oszołomionego mocą, która przywróciła go światu żywych. Aran także nie mógł dokonać czegoś tak wielkiego. Był tylko człowiekiem, nie posiadał żadnych nadzwyczajnych umiejętności, zresztą półelf sam zaprzeczył, że pomógł mu chłopak z Zachodu. W takim razie, kto to był? – Opowiedz mi wszystko. Proszę. Milczał przez pewien czas, jakby przypominał sobie szczegóły minionej nocy. Wyraz jego twarzy wskazywał na to, że są to same dobre wspomnienia. Jednak pierwsze wymówione przez niego słowa sprawiły, że Kelisa poczuła ukłucie w sercu. – Jeśli umiesz wyobrazić sobie osłabienie tak wielkie, że każdy ruch jest morderczym wysiłkiem, twój brzuch rozsadza ból, jakby rozpruwano ci go od środka stępionym ostrzem i ciągłe dławienie się własną krwią, to wiesz, jak czułem się ostatniej nocy. To wszystko było tak okropne, że w końcu się poddałem. Umierałem. Czułem to. Cierpienie mijało, oddech przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie. Powoli zagłębiałem się w czarną czeluść – zmrużył oczy. – Nagle otoczyło mnie delikatne, ciepłe światło. Wiedziałem, że nie ma przy mnie nikogo poza tobą i Aranem, a jednak wyczuwałem jeszcze czyjąś obecność. To chyba była kobieta… Urwał, zamyślił się. Dziewczyna pochyliła się nad nim. Głos jej drżał. – Drakan… W nocy nikt nie wchodził do chaty. Te lasy to odludna okolica, poza tym zamknęłam wieczorem drzwi na haczyk. Skąd ta kobieta wzięłaby się tutaj? Jak dostałaby się do izby? Jesteś pewien, że ją widziałeś? – Kelisa, ja byłem półżywy. W tym stanie niczego nie można być pewnym. Poza tym nie powiedziałem, że ją widziałem. Raczej wyczuwałem, że stała tuż obok mnie. Biła od niej pozytywna, nieskończona energia. Miałem wrażenie, że ta istota mną wstrząsnęła i powiedziała „Weź się w garść!”. Nakazywała mi żyć dalej, uleczyła mnie… – uśmiechnął się, gdy dostrzegł niedowierzanie towarzyszki. – Nie wiem, może wmawiam sobie coś, co wcale nie miało miejsca. Może to był tylko sen. – Gdyby to był tylko sen, dziś byłbyś już martwy – wydusiła zszokowana Kelisa. Półelf przeciągnął się na trawie, wsunął ramiona pod głowę. Każdy jego gest zdawał się być nienaturalnie beztroski. Pokonał śmierć, niczym się nie martwił. – Pewnie masz rację – przyznał. – Zresztą, czy to ważne, co mnie spotkało? Najważniejsze, że dzięki temu żyję. I bardzo się z tego powodu cieszę. Przelatująca nad brzozami sroka rozproszyła krzykiem przedłużającą się ciszę. Drakan spojrzał na dziewczynę. Widząc jej wzruszenie, przygarnął ją do siebie. – Zapomnij o tym, co było. Trochę oberwałem… – Z mojej winy – burknęła mu wprost do ucha. – Nie z twojej winy. – Właśnie, że z mojej! – Kelisa uwolniła się z jego objęć. – To przeze mnie dostałeś się na Południe, przeze mnie wskoczyłeś za szkatułką do rzeki! Przeze mnie ci chorzy ludzie cię złapali i katowali! Uśmiechnął się i usiadł wygodnie. W tej chwili jego przyjaciółka wyglądała jak małe, naburmuszone dziecko, które za wszelką cenę chce przekonać dorosłego o swojej racji. – Wmawiasz sobie swoją winę. Wiesz równie dobrze jak ja, że towarzyszyłem ci w drodze do Tollen z własnej woli. Od samego początku czułem się za ciebie odpowiedzialny. – Gdybyś nie uwolnił mnie z zajazdu… – umilkła, zdając sobie sprawę, że ich spotkanie było z góry zaplanowane. Centaur dyrygował każdym ich posunięciem, rozstawiał ich niczym pionki w grze. Zupełnie, jakby wypełniał czyjeś polecenia. Mimo woli zadała sobie pytanie, które od dawna nie dawało jej spokoju: co takiego spoczywało na ich barkach? Zamyślona, wpatrywała się w poruszane wiaterkiem źdźbła trawy. Słuchała Drakana, lecz jego wywód był dla niej zbitkiem niewyraźnych, niewiele znaczących słów. – Kelisa, mam wrażenie, że spotkałem cię w tej karczmie wieki temu. Od tego czasu wiele się zmieniło. Nawet ja sam. Przestałem być niedowiarkiem, traktującym dawne legendy jak nic niewarte brednie. – Naprawdę? – bąknęła. – Tak. Nie wierzyłem w klątwę szkatułki. Ale sam jej doświadczyłem – spuścił wzrok. – Wyłowiłem ten przedmiot z rzeki, a potem się go pozbyłem. Napadła mnie chwila słabości, chociaż obiecałem sobie, że odzyskasz swój skarb. Słysząc ostatnie zdanie, dziewczyna ocknęła się z zadumy i spojrzała na Drakana z uwagą. – Wiem, że cię zawiodłem. Przepraszam. I przysięgam, że zwrócę ci pamiątkę po matce. Zmarszczyła brwi. – Ty planujesz… Skinął głową. – Nie! – poderwała się na równe nogi. – Nawet o tym nie myśl! Omal nie zginąłeś przez ten przeklęty skarb! On już przestał dla mnie istnieć! Drakan wstał. Załapał Kelisę za ramiona. Miał wrażenie, że ona nie wie, o czym mówi. – To spadek po twojej matce – odezwał się z naciskiem. – Zagadka, którą chcesz rozwiązać. Pomyśl tylko, ile kosztowało cię dotarcie do Tollen. Teraz chcesz to wszystko zaprzepaścić? – Ta szkatułka to jedno wielkie zło! Nie pozwolę, byś ty lub ktokolwiek inny znów się dla niej narażał! Niech zostanie tam, gdzie jest! Nie chcę jej! – Nie zapominaj, że ten przedmiot miał ci wskazać drogę do lepszego życia. Nie odrzucaj tej szansy. Wiem, gdzie zostawiłem szkatułkę… W oczach dziewczyny błysnęły iskry wściekłości i determinacji. – Przestań! – Kelisa, przełamałem kryzys i jestem gotowy… Nie miała zamiaru słuchać dłużej jego rojeń. Potrząsnęła głową. – Nie zgadzam się! Nie jesteś kotem, masz tylko jedno wcielenie! Umilkł. Poważny, skupiony, wpatrywał się w twarz przyjaciółki. Ona także nie spuszczała z niego wzroku. Nie pozwoli mu na realizację tego szalonego planu. To zbyt niebezpieczne! Odetchnęła głęboko. – Nie chcę cię znowu stracić, rozumiesz? – szepnęła. Nie stracisz mnie, przemknęło Drakanowi przez myśl. Odzyskał wiarę we własne możliwości. Miał wrażenie, że wciąż słyszy mobilizujące słowa kobiety ze snu. Tak jak nakazywała, wziął się w garść. Wcześniej zachowywał się niczym tchórz, pozbył się skarbu Kelisy, chociaż wiedział, jak bardzo jej na nim zależało. Nie przyjmował do siebie tłumaczenia, że stało się tak za sprawą tajemniczego, mącącego mu umysł głosu. Gdyby miał w sobie więcej zacięcia, pokonałby zwodnicze podszepty. Teraz chciał naprawić to, co zepsuł. Być może popełniał błąd. A jednak nie wahał się. Musiał odzyskać szkatułkę. Kelisa źle zrozumiała jego milczenie. Przekonana, że odwiodła Drakana od tych niedorzecznych zamierzeń, uśmiechnęła się delikatnie i położyła dłonie na jego piersi. – Jeszcze dziś wyniesiemy się z Południa. I nigdy tu nie wrócimy. Prawda? Zacisnął zęby tak mocno, że mięśnie szczęk drgnęły mu pod skórą. Nie odezwał się. – Drakan… obiecaj! – Obiecuję. Skoro dla ciebie szkatułka nie ma już żadnego znaczenia i ja o niej zapomnę – mruknął ledwie dosłyszalnie. Objął dziewczynę, był przy niej, lecz jego wzrok przesuwał się z uporem po leśnej gęstwinie. Jego myśli powędrowały w dal. Wzniosły się poza korony drzew, ominęły twierdzę Tollen, przemknęły ulicami miasta i zmierzały ku przepięknemu szlacheckiemu dworowi.

* * *

Kelisa przylgnęła ramieniem do framugi drzwi i przyglądała się Aranowi. – Zwariowałeś? Kto zje tyle okoni? Nie przejął się jej słowami. Szedł po zarośniętej ścieżce równym krokiem, zbliżał się do chatki. W dłoniach ściskał za ogony osiem dorodnych, wypatroszonych ryb. – Tam dalej rośnie mnóstwo leszczyn. Później pójdę narwać trochę orzechów – wskazał kiwnięciem głowy jakieś bliżej nieokreślone miejsce po prawej stronie chaszczy. Dziewczyna uśmiechnęła się pobłażliwie i przepuściła chłopaka przez próg. – Skoro już dziś opuszczamy to miejsce, chyba nie musimy robić jakichkolwiek zapasów. Kupimy prowiant poza granicami Południa. Aran położył okonie przy palenisku i ostentacyjnie ominął wzrokiem rozniecającego ogień półelfa. Od chwili, gdy Kelisa zbiegła ze wzgórza i padła Drakanowi w ramiona, minęło kilka wypełnionych radością godzin. W tym czasie on i były więzień zachowywali się tak, jakby nie zauważali swojej obecności. Nie wymienili między sobą ani słowa. Poświęcali sobie dokładnie tyle samo uwagi, co otaczającemu ich powietrzu. Czyli nic. – Po co wydawać pieniądze, skoro to jezioro i las to naturalna spiżarnia? – zbliżył się do Kelisy. – Poza tym czemu chcesz stąd tak szybko uciec? Nie podoba ci się tu? Prychnęła w odpowiedzi. – Nie znoszę tego miejsca. Oparł się plecami o otwarte drzwi, zmrużył oczy i obserwował połyskującą między liśćmi taflę jeziora. Na zboczu, niedaleko chatki, pasły się ogiery. Słońce rozjaśniało leśną dzicz. – Jak możesz nie cierpieć tak pięknej okolicy? Może na tej twojej nędznej Północy istnieje coś wspanialszego? Kelisa przysiadła na ławie, tuż obok przygotowującego posiłek Drakana. Zapach smażonego rybiego mięsa sprawił, że żołądek ścisnął się jej z głodu. – Nieważne, czy to miejsce jest piękne, czy nie. Chcę stąd jak najszybciej odejść. Nie uspokoję się, dopóki nie przekroczymy granicy. – A więc nie lubisz Południa jako kraju. Ta konkretna chatynka zapewnia ci bezpieczeństwo, las i jezioro cię karmią. To jest jak kropla dobra pośród morza zła – spojrzał na Kelisę. – Pomyślałaś o tym? Oderwała wzrok od pasiastej skóry nadzianego na patyk okonia. Zmarszczyła brwi i zapatrzyła się w stojącego na progu towarzysza. – Co ci się stało? Nigdy dotąd nie mędrkowałeś w ten sposób. Odetchnął głęboko. – Po prostu nie chcę stąd odchodzić… – A więc zostań tu sobie – roześmiała się. – Na pewno będziesz szczęśliwy na tym pustkowiu. My z Drakanem ruszamy ku granicy. – Dzisiaj? – Tak. Dzisiaj. Aran rozciągnął usta w ironicznym uśmieszku i spuścił głowę. Od niechcenia stukał piętą w zmurszałą futrynę. Przy każdym jego ruchu na gliniany próg sypały się drzazgi. Kelisa przyglądała się chłopakowi z narastającym niepokojem. Ten grymas… Nagle poczuła się przytłoczona i niepewna. Zupełnie, jakby przyłapała go na planowaniu czegoś niedobrego. Nie, pomyślała. Aran udowodnił, że jest godzien zaufania. To tylko wyobraźnia płata jej figle. Musi pamiętać o słowach niesionych przez wiatr. Centaur wybrał tego chłopaka, by jako jeden z czworga wypełnił tajemnicze zadanie. Chyba… – Czemu szczerzysz zęby…? I przestań walić w tą deskę! – warknęła, zirytowana. – W ogóle dziwnie się od rana zachowujesz, wiesz? – Możliwe – odparł lekkim tonem. Poderwała się z ławy. Podeszła do Arana szybkim krokiem, stanęła naprzeciwko i utkwiła spojrzenie w jego ciemnych oczach. – Dosyć tego. Powiedz, o co ci chodzi! Dość długo się jej przyglądał. Wciąż zdawał się być rozbawiony jej niewiedzą. Niespodziewanie, po raz pierwszy od ranka, zerknął na kucającego przy palenisku półelfa. – O nic mi nie chodzi – huknął piętą w drewno. – Po prostu założę się o wszystko, że dziś nie opuścicie Południa. Kelisa poczuła, że wielki kamień spada z jej serca. – Doprawdy? – mruknęła z zadowoleniem i zwróciła się do Drakana. – Słyszysz go? Za mocno uderzył się w głowę, zaczyna gadać od rzeczy. Mężczyzna nie odezwał się. Odłożył na w pół upieczoną rybę, powoli uniósł się na nogi. Ominął stołek i zbliżył się do dziewczyny. Stanął przed nią. Na jego twarzy malowało się skupienie. Wyglądał tak, jakby przygotowywał się do ważnej, decydującej o wielu sprawach rozmowy. Kelisa nie spuszczała z niego wzroku. Blondyn także przyglądał się postawnemu półelfowi. – Kelisa, Aran ma rację. Zamarła. Nagle przestała pojmować, co się dzieje. Drakan przytakuje Aranowi? Nie chce stąd odejść? Dlaczego? – Żartujesz, prawda…? Zaprzeczył krótkim skinieniem. Skołowana, spojrzała na chłopaka. Zupełnie, jakby oczekiwała od niego pomocy, chociaż przeczuwała, że stanie on murem za Drakanem. Nagle połączyła ich zagadkowa, niewidzialna nić porozumienia. Nie myliła się. W oczach Arana dojrzała to samo, co w zielonych tęczówkach półelfa: błysk napięcia i zdecydowania. Jego źrenice lśniły dodatkowo humorem i złośliwą satysfakcją. Miała nadzieję, że zaraz obudzi się z tego koszmaru. – Co was napadło? – Kelisa, posłuchaj… – Drakan dotknął jej dłoni. Natychmiast wyszarpnęła rękę. – Nie… ja was nie rozumiem. Co was tu zatrzymuje? Zgadaliście się, czy co?! – Nawet ze sobą nie rozmawialiśmy. – Racja – Aran odszedł na bok i skubnął kawałek smakowicie wypieczonej ryby. – Nawet się głupiego „dziękuję” nie doczekałem. W normalnej sytuacji Kelisa roześmiałaby się ze stwierdzenia towarzysza, teraz jednak nie była skora do żartów. Zgromiła Drakana spojrzeniem. – Chcesz tu zostać kolejną noc? A jeśli strażnicy wpadną na nasz trop? – Nie sądzę, by nas szukali. Pewnie myślą, że już dawno uciekliśmy z Południa. Aran przysiadł na ławie. – A nawet gdyby, to nie odkryją naszej kryjówki. Oni nie zapuszczają się głęboko w ten las. Boją się go. Rozczarowana Kelisa zignorowała uwagę chłopaka. Nie odrywała wzroku od półelfa. Wiedziała, że on nie zmieni zdania. Nigdy dotąd charakterystyczne dla niego zdecydowanie nie irytowało jej tak bardzo, jak w tym momencie. Nie przejmował się faktem, że łamał dane słowo. – W porządku. Zostań tu sobie razem z Aranem. Jesteście siebie warci! – rzuciła mu w twarz. Odwróciła się na pięcie i wypadła na dwór. Podbiegła do pasącego się tuż przy dębie kasztanka. Objęła go za szyję i wtuliła twarz w rudą grzywę. Koń uniósł łeb, skubnął swoją panią w bark. Odniosła wrażenie, że on ją pociesza. Że na swój sposób mówi „nie martw się, wszystko będzie dobrze”. Gdyby to było takie proste! Odetchnęła głęboko i odsunęła się o krok od zwierzęcia. Serce wciąż tłukło się w jej piersi nienaturalnie szybkim rytmem. To niemal bolało. Uśmiechnęła się smutno i pogłaskała chrapy wierzchowca. – Jak to dobrze, że chociaż na ciebie mogę liczyć. – Na mnie też. Spojrzała ponad grzbietem kasztanka na zbliżającego się od strony budynku Drakana. Nadchodził zdecydowanym, sprężystym krokiem. Słoneczne promienie odbijały się refleksami w jego kruczoczarnych włosach, biała koszula kontrastowała z opaloną skórą. Niesamowicie przystojny, charyzmatyczny, wpatrywał się w Kelisę tymi swoimi mądrymi oczyma. Jego widok pozbawiał tchu. Ale też rozczarowywał. Spuściła wzrok i nerwowo mięła w palcach końską grzywę. W pierwszej chwili miała ochotę zapytać go, czego chce. Po co tu przyszedł, skoro i tak się z nią nie liczy i podejmuje decyzje wedle własnego widzimisię. Jednak nie umiała zdobyć się w stosunku do niego na tak niesympatyczną odzywkę. – Mogę na ciebie liczyć? Wcale nie jestem tego taka pewna – szepnęła. Usłyszał jej słowa. Zatrzymał się tuż przy końskim boku i oparł ramiona o kłąb kasztanka. – Kelisa… – odezwał się ciepło. – Przestraszyłeś mnie – przerwała mu i uniosła głowę. – Ja nie wiem, na czym to polega, ale… nie zachowujesz się jak mężczyzna, który uratował mnie z zajazdu. Najpierw mówisz jedno, potem drugie. Nagle chcesz zostać na Południu? Po tym wszystkim, co cię tu spotkało? Po tym, ile dla ciebie ryzykowaliśmy? Chcesz, żebym znów oglądała cię umierającego? Nie pojmujesz, że ta część Królestwa jest dla ciebie niebezpieczna? Zostając tu, sam pchasz się w łapy tych okrutnych ludzi! Westchnął. Z zamyśleniem obserwował krążące po błękitnym niebie stado dzikich gołębi. Dziewczyna nie mogła oderwać spojrzenia od jego twarzy. Ranił ją swoim postępowaniem, sprawiał jej przykrość, ale nie zniosłaby, gdyby znów spotkało go coś złego. Był jej zbyt drogi. Zbyt mocno się w nim zadurzyła. Poczuła, że rozłąka rozpaliła w niej to uczucie z ogromną mocą. Nagle zapragnęła zbliżyć się do niego, objąć z całych sił i zatrzymać przy sobie. Na zawsze. – Nie dałaś mi szansy na wyjaśnienie mojego planu. Odejdziemy stąd, ale nie dziś. – Łamiesz obietnicę. A może chodzi ci o szkatułkę? – Daj mi skończyć – odezwał się z naciskiem. – Nie myślę o twoim skarbie. Chyba, że chcesz, bym go odzyskał… – Nie! – Tak myślałem – mruknął. – Więc daję słowo, że wyruszymy stąd najszybciej, jak to będzie możliwe. Ale musimy się przygotować. Ja wyzdrowiałem, ale nie jestem jeszcze w pełni sił. Dziś w nocy muszę się porządnie wyspać. Podejrzewała jakieś spiski, knucia, a tymczasem chodziło o zwykłe, praktyczne przygotowanie do wyprawy. Zawstydzona, słuchała, co Drakan ma do powiedzenia. – Może znów mi zaufasz i pozwolisz mi być twoim przewodnikiem, chociaż ostatnio nie spisałem się najlepiej – roześmiał się, zaraz jednak spoważniał. – Nie zapominaj, że czeka nas przeprawa przez rzekę. Oboje musimy być wypoczęci. Poza tym nie chcę zostawić na Południu mojej klaczy. – Ona jest w zajeździe. – Domyśliłem się. I mimo tego, co powiedział Aran, będziemy potrzebowali trochę zapasów. To wszystko spadnie na ciebie. Ja nie mogę pojawić się w Tollen. Z kolei ten chłopak… – wskazał skinieniem znajdującą się powyżej chałupę – ma zbyt charakterystyczny wygląd. Strażnicy widzieli go z dość bliska i na pewno zapadł im w pamięć, chociażby przez te blond włosy. Ty jesteś bezpieczna. – Mówisz, że można mnie łatwo zapomnieć? – spytała zaczepnie. Uśmiechnął się. – Skąd. Chodziło mi o… –Nie tłumacz się! – wybuchła śmiechem. – Żartowałam. A teraz chodźmy coś zjeść, póki Aran nie spałaszował wszystkich okoni. Wrócili do chatki zadowoleni, szczęśliwi i wolni od zmartwień. Aran obserwował ich z kąta izby. Siedział na wąskiej ławie i wodził oczyma za krzątającą się parą. Milczał. Zamyślony, żuł rybie mięso. Pod wieczór, gdy słońce dotknęło koron rosnących w dali drzew, wyruszył do lasu. Zszedł ścieżką nad jezioro, ominął piaszczystą zatoczkę i zniknął między krzakami leszczyny. Nie poprosił o towarzystwo. Chciał być sam. Musiał odetchnąć świeżym powietrzem, zastanowić się nad kilkoma sprawami i zaplanować dalsze posunięcia. Oni mieli swój plan, on swój. Dwa sprzeczne interesy. A może nawet trzy. Domyślał się, że działania Kelisy i Drakana tylko pozornie podążają tym samym torem. Dziewczyna chciała jak najszybciej opuścić Południe, zapomnieć o szkatułce, wymazać z życia tych kilka minionych tygodni. Półelf zapewne nie do końca podzielał jej zamiary, chociaż udawał, że pragnie tego samego. Jego myśli musiały być pełne rojeń o puzderku. Dlatego nie chciał opuszczać tych okolic. Gdyby odszedł, znalazłby się zbyt daleko od tajemniczych głosów, od wspaniałej wizji przyszłości. Aran był przekonany, że rozumiał, co kołatało się w duszy Drakana. On czuł dokładnie to samo, dlatego tak łatwo przewidział zachowanie mężczyzny. Szarpnął silnie za gałązkę leszczyny i ścisnął w dłoni zerwany orzech. Wyprostował się i spojrzał na chowającą się za horyzontem, krwistoczerwoną tarczę światła. Jego usta wykrzywił kpiący grymas. Zmierzchało. Nadciągająca noc niosła ze sobą powiew chłodu. Ostatnie wspólnie spędzone, spokojne godziny. Jutro wszystko dopasuje się do jego zamierzeń. Nikt ani nic nie stanie mu na przeszkodzie. Kelisa łatwo dała sobą manipulować. Teraz nadszedł czas na jej towarzysza. Nagle do uszu Arana dotarł trzask łamanej gałązki i szmer potrącanych liści. Chłopak odwrócił się gwałtownie, wbił wzrok w chaszcze. Zapadająca ciemność sprawiła, że nie rozróżniał szczegółów otoczenia, jednak wyczuwał obecność tajemniczej istoty. Ktoś obcy krążył w pobliżu ich kryjówki. Naprężony, rozgarnął kilka pędów i wsunął się głębiej między leszczyny. Starał się wypatrzyć intruza, lecz dostrzegał tylko pozbawione konturów zarysy drzew i krzewów. Po kilku krokach zatrzymał się. Wstrzymał oddech. Nasłuchiwał. Wokoło rozlegało się cykanie świerszczy. Gdzieś w oddali zahukał puszczyk. Las budził się do nocnego życia. Aran uśmiechnął się do siebie. Chyba coś mu się uroiło. Uspokojony, zawrócił i ruszył ku chatce. Przedarł się przez kilka wyjątkowo zwartych zarośli, przypadkowo stąpnął na stary orzech. Skorupka pękła z cichym trzaskiem. W tym samym momencie o ziemię uderzyło coś ciężkiego. Potężny stwór poderwał się do biegu, skoczył w gąszcz i tylko cudem nie stratował zagradzającego mu drogę człowieka. Chłopak cofnął się raptownie. Jego ciało opłynęła gorąca fala strachu. Bezkształtny cień zniknął w mroku. Aran odetchnął głęboko. Zamachnął się i rzucił orzechem w ślad za uciekinierem. Przeklęte jelenie!

* * *

Kelisa przesunęła się w lewo i stanęła bliżej dębu, by ochronić oczy przed porannym słońcem. Mimo wczesnej pory była wypoczęta, pełna energii i gotowa do działania. Chciała jak najszybciej wypełnić swoją część zadania. Uśmiechnęła się na myśl o rychłym opuszczeniu Południa. Towarzystwa dotrzymywał jej siedzący na progu chatki Aran. Spełzł z ławy przed kilkoma zaledwie minutami i wciąż znajdował się jedną nogą w krainie snu. Spoglądał przed siebie na wpół przytomnie, powieki mu ciążyły, a rozgrzane pod pledem ciało drżało w zetknięciu z wilgotnym, leśnym powietrzem. Aby tylko się rozbudzić, przeciągnął się, aż strzyknęły mu kości i ziewnął od ucha do ucha. – Na pewno nie chcesz wziąć konia? – zapytał zachrypniętym głosem. – Nie. Wystarczy, że przyjadę z powrotem na klaczy Drakana. Do Tollen wolę pójść pieszo. – Zajmie ci to trochę czasu. – Dlatego wstałam tak wcześnie – zerknęła na niego z wyrozumiałością. – Ale ty nie musiałeś zrywać się skoro świt. Aran pochylił się ku ziemi i zaczął bawić się niewielkim patykiem. Torował drogę spacerującemu między źdźbłami trawy, mieniącemu się barwami tęczy żukowi. – Pamiętaj o moich rzeczach. Luzaka sobie… – Powtarzałeś to już tysiąc razy. Przesuń się – z mroku izby wyłonił się Drakan i przystanął tuż przed blokującym mu przejście chłopakiem. Widząc, że ten ani myśli zejść mu z drogi, szturchnął go kolanem w plecy i nie przejmując się wściekłym spojrzeniem dzieciaka, ominął próg. Podszedł do Kelisy i podał jej torbę. – Bądź ostrożna. Nie dawaj się wciągnąć w jakiekolwiek rozmowy na mój temat. Nic nie wiesz, nie znasz mnie. – Nie musisz jej tak pouczać, ona nie jest głupia – burknął Aran. Drakan zignorował tę uwagę. Długo patrzył wprost w szare oczy dziewczyny, po czym przygarnął ją do siebie. Poczuł ramiona otaczające jego pas i czoło na nagiej piersi. Przez chwilę trwał w bezruchu. – Uważaj na siebie – szepnął jej do ucha. – I przepraszam za to wszystko. – Drakan… – uniosła głowę i spojrzała na niego uważnie. Nie do końca pojęła, za co ją przeprasza. Przecież w tym, co się wydarzyło, nie było jego winy. Uśmiechnął się i wypuścił ją z objęć. – Idź już. – Powodzenia – odezwał się Aran z progu chatki. Kelisa przerzuciła podróżną torbę przez lewe ramię. Czuła, że wypełnia ją wielka radość. Spacer do miasta zajmie jej najwyżej dwie godziny. Pokręci się wśród Południowców, kupi trochę zapasów, odwiedzi swoją gospodę i zajazd chłopaka, zagarnie to, co do nich należy, dosiądzie karuski i przygalopuje do chaty, nim zajdzie słońce. Wieczorem wyruszą wspólnie ku granicy, a nazajutrz rano bolesne przeżycia i zagrożenie będą tylko wspomnieniem. Tak, plan był idealny. Prosty. Niezawodny. – Idę – zagadnęła wesoło. – Wrócę najszybciej, jak tylko się da. Aran wstał i zbliżył się o kilka kroków. – Nie boisz się? – Nie mam czego – roześmiała się i ruszyła w stronę rzeczki. Nie znała Południa, więc musiała liczyć na jedyną, zapamiętaną drogę: trasę ucieczki z twierdzy Tollen. Strumyk, sosnowy las, wydmy, zagajnik, łąka pełna brzózek i trakt prowadzący do miasta. Już na brzegu zarośli obejrzała się za siebie. Tuż przed nią znajdowała się ukryta wśród zieleni chatka, a przy niej stali dwaj młodzi mężczyźni. Pochodzący z tej samej części Królestwa, a jednak różni jak dzień i noc. Obaj odgrywający w jej życiu spore role. Obaj ważni. Uniosła dłoń w geście pożegnania. Odpowiedzieli jej tym samym. Wiedziała, że gdy wróci, oni będą na nią czekać. Uśmiechnęła się do siebie i zniknęła za pniami drzew.

* * *

Chociaż od odejścia Kelisy minęło kilka minut, Drakan nadal stał na środku polanki i patrzył przed siebie. Myślał o tym, co go teraz czeka. Chociaż czuł się niczym oszust, wiedział, że musi postąpić tak, jak nakazywał mu wewnętrzny głos. Zacisnął zęby i ruszył ku chatce. Przekroczył próg i rozejrzał się bystro po ubogim pomieszczeniu. Spod niedbale rzuconego na ławę pledu wystawał rękaw jego koszuli, na stołku lśniło ostrze niewielkiego noża, w pobliżu wygaszonego paleniska leżała sterta rzeczy wyjętych z podróżnej torby Arana. Drakan działał zdecydowanie. Ubrał się, sięgnął po kozik, otarł o spodnie chłodną stal i zatknął nóż za pas. Niczego więcej nie potrzebował. Dopiero teraz dostrzegł, że padającą na klepisko smugę słońca przecina wyraźny cień człowieka. Odwrócił się. Na progu stał Aran. Już całkiem rozbudzony, skrzyżował ramiona na piersi, a po jego ustach błąkał się nieprzyjemny uśmieszek. Otaczająca go ze wszystkich stron poświata porannego blasku nadawała mu nierzeczywisty wygląd. Zupełnie, jakby biła od niego wewnętrzna energia. Niczym od tej kobiety ze snu… Jednak Drakan wiedział, że to tylko złudzenie. Ten chłopak nie miał w sobie nic nadzwyczajnego. Zbliżył się do niego. Patrzył uporczywie wprost w piwne oczy. Spodziewał się kłopotów, lecz Aran przesunął się w bok, umożliwiając mu wyjście na dwór. Drakan ominął go bez słowa i zabrał się za oporządzanie kasztanka. Osiodłał konia, odwiązał wodze od gałęzi dębu. Bezustannie wyczuwał irytującą obecność chłopaka. Zerknął na niego. Aran zajął się skubiącym trawę siwkiem. Poklepał wierzchowca po zadzie, zarzucił mu na grzbiet derkę i schylił się, by podnieść wilgotne od rosy siodło. Półelf nie miał pojęcia, dokąd wybiera się ten dzieciak. W duchu życzył sobie, by ruszył w dalszą drogę. By zostawił Kelisę i jego w świętym spokoju. Nie ufał mu. Ani trochę. Dlatego nie podziękował mu za udzieloną pomoc. Czuł, że w tym chłopaku kryje się coś złego. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, jak bardzo Kelisa jest wdzięczna swojemu rówieśnikowi za wyrwanie go z twierdzy. Domyślał się, że Aran musiał wmówić jej coś bardzo wiarygodnego, dzięki czemu znów wkradł się do jej łask. Coś, co przełamało w niej ogromną wrogość i zawód. Chciał z nią o tym porozmawiać. Już pierwszego poranka, zaraz po dotarciu do chatki. Był jednak zbyt wycieńczony, nie miał sił do długich dyskusji. Powstrzymało go także coś innego: gdy wspominała o chłopaku, w jej oczach pojawiał się błysk radości. Ona mu naprawdę wybaczyła. Wierzyła, że Aran żałował swoich wcześniejszych postępków, tego, że chciał ją okraść, że potraktował ją niczym szczenię, które, gdy tylko się znudzi, można odsprzedać komuś innemu. Byłby naprawdę bez serca, gdyby po tym wszystkim, co przeszła, burzył jej dopiero co odzyskaną równowagę. Postanowił trzymać język za zębami. Nie wspominał o swoich podejrzeniach, nie wypowiedział słów, które rozlegały się w jego umyśle ciszej lub głośniej, zależnie od sytuacji. Bywały chwile, gdy chciał pochylić się nad Kelisą i szepnąć jej do ucha „Uważaj na Arana.”. Kiedy indziej z trudem powstrzymywał się, by wykrzyczeć to ostrzeżenie tak głośno, by echo jego głosu rozeszło się nie tylko po leśnym zakątku, ale i dotarło do twierdzy Tollen, a potem dalej, poza granice Południa. By nikt z Królestwa nie ucierpiał przez tego dzieciaka. Jednak tego nie zrobił. A powinien. Chwycił silnie za łęk siodła i wskoczył na kasztanka. Koń prychnął cicho i przestąpił niecierpliwie z nogi na nogę. Drakan przyciągnął wodze ku sobie, głaskał uspokajająco jasnobrązową szyję wierzchowca. Nie zmuszał go do jazdy, czekał, aż zwierzę przyzwyczai się do nieznanego jeźdźca. Aran zbliżył się na siwku. – No, to chyba czas ruszać. – A więc żegnaj. Chłopak parsknął śmiechem. – Wiem, że chętnie byś się mnie pozbył. Ale nie opuszczę Południa tak po prostu. Mam jeszcze coś do zrobienia – widział, że półelf z trudem tłumił złość. Jednak wcale się tym nie przejmował. – Kelisa mówiła mi, że nie masz szkatułki. Że zgubiliście ją podczas przeprawy przez rzekę. – Bo to prawda. – Tak? – Aran uniósł brew. – W takim razie dokąd się wybierasz? Dlaczego wysłałeś Kelisę do Tollen? Tylko nie wmawiaj mi, że nagle stęskniłeś się za swoją klaczą, bo w to akurat nie uwierzę. Drakan wyprostował się. Podświadomie zacisnął dłoń w pięść. Nie miał zamiaru tłumaczyć się przed tym dzieciakiem. – Nie twoja sprawa – warknął, dając kasztankowi znak do marszu. Zwierzę ruszyło stępem ku przesmykowi między zaroślami. – Masz zamiar zagarnąć szkatułkę dla siebie, prawda? Znikniesz z życia dziewczyny tak nagle, jak się pojawiłeś. Drakan szarpnął za wodze. Odwrócił się i obrzucił Arana wściekłym spojrzeniem. Nie cierpiał tego cwaniaka! – Nie jestem tobą, ty mały złodzieju! – Złodzieju? – chłopak zachowywał się tak, jakby dopiero co wypowiedziana obraza spłynęła po nim niczym woda po kaczce. Uśmiechał się sympatycznie. – Widzę, że nie zmieniasz łatwo zdania. Jak mam cię przekonać, że się zmieniłem? Że żałuję tego, co zrobiłem Kelisie? – Nie zmieniłeś się. Przynajmniej nie na lepsze. Aran pokręcił głową. – A ja myślałem, że ta dziewczyna jest strasznie uparta… – Nagle poczułeś potrzebę przekonania mnie, jaki to z ciebie uczciwy i prawdomówny chłopak? Nie wysilaj się. Dla mnie jesteś i pozostaniesz smarkatym draniem. Nie zdobędziesz mojego zaufania. Dlatego nie prowokuj mnie, bo któregoś razu pożałujesz, żeś się w ogóle urodził. – Jasne. Zapamiętam to sobie. Drakan miał dość tego zuchwałego zachowania. Zeskoczył z siodła. Podszedł do Arana, chwycił go za koszulę i pociągnął w dół. Zbliżył twarz do twarzy blondyna i szepnął złowróżbnym tonem. – Wiesz, wydaje mi się, że umknęła ci pewna drobnostka… Więc posłuchaj mojej rady i spójrz mi w oczy – odczuł złośliwą satysfakcję, gdy Aran wbił wzrok w jego źrenice. Zupełnie, jakby poddał się jakiemuś czarowi. – Dobrze… zapamiętaj ich kolor. Gdyby jeszcze było ci mało, pomyśl sobie, czy kiedykolwiek widziałeś człowieka mojego wzrostu, o równie ciemnych włosach... Rozumiesz, co chcę ci przekazać? Nie igraj ze mną. Spróbuj coś knuć, a rozniosę cię na strzępy. Nawet Kelisa nie będzie w stanie mnie powstrzymać. Puścił towarzysza, dosiadł kasztanka i ruszył w drogę. Ominął kilka dębów i uśmiechnął się triumfująco na wspomnienie niepewnej miny Arana. Warto było go postraszyć. Dzieciak musiał zrozumieć groźbę, w przeciwnym razie tych kilka pozornie niewinnych nawiązań do wyglądu nie wywarłoby na nim tak piorunującego wrażenia. Zapewne obiło się mu o uszy, że uczucia elfów są kilkakrotnie silniejsze od ludzkich. To tyczyło się także gniewu i chęci zabijania. Drakan nigdy nie był zbyt porywczy, pod względem uczuciowości przypominał bardziej człowieka, niż elfa, lecz tym razem postanowił improwizować. Okazało się, że jego słowa odniosły zamierzony skutek. Zszokowany Aran został w tyle i zapewne zastanawiał się, jak daleko może się posunąć, by odjeżdżający mieszaniec nie zabił go przy pierwszej lepszej okazji. Nagle tuż za Drakanem rozległ się stukot końskich kopyt. – Poczekaj… Westchnął głęboko. W ułamku sekundy uczucie zadowolenia zastąpiła narastająca złość. I zniecierpliwienie. Czego ten smarkacz jeszcze chce? Zrównali się. Dość długo przedzierali się przez chaszcze w całkowitym milczeniu. Ominęli polankę i zbliżyli się do połyskującego w promieniach słońca potoku. Aran przełknął ślinę i zebrał się w sobie, by przerwać uporczywą ciszę. – Przepraszam za mój ton, ale chciałem ci tylko uświadomić, że to, co zamierzasz zrobić, jest niebezpieczne. Chyba źle mnie zrozumiałeś... W życiu nie planowałbym czegokolwiek przeciwko Kelisie i tobie. Nie po tym, jak ona mi wybaczyła. Półelf zacisnął usta. Słuchał tego wywodu, lecz wyraz jego twarzy wyjaśniał więcej, niż tysiąc słów: nie wierzył w ani jedno zapewnienie. – Domyślam się, dokąd jedziesz. Wiesz, gdzie jest szkatułka, prawda? Chcesz ją odzyskać. – Nic ci do tego. Aran schylił głowę pod nisko rosnącymi gałęziami świerku. Przyglądał się szaroczarnym, wygładzonym przez wartką wodę kamieniom. – Kelisa wie o twojej wyprawie? Drakan nie zareagował. To wcale nie zaskoczyło chłopaka. Nie spodziewał się odpowiedzi na to pytanie. Doskonale wiedział, jak się sprawy mają. – Nie wie – mruknął sam do siebie. – Dlatego wybrałeś się w drogę dopiero po tym, jak ona ruszyła do Tollen. Inaczej by cię zatrzymywała. Na pewno obiecałeś jej, że będziesz na nią czekał, że nigdzie się nie ruszysz. Okłamałeś ją. – Matka wychowała cię na strasznie wścibskiego dzieciaka – Drakan rzucił Aranowi nienawistne spojrzenie. – Zabieraj się stąd! – Na co ty liczysz? Myślisz, że uda ci się przeżyć chociaż godzinę poza tym lasem? Pokaż się wśród ludzi, a w najlepszym przypadku znów cię złapią. Katów bardzo to uraduje. – Nie musisz mi przypominać o zagrożeniu. Wiem, na co się porywam. Będę omijał ludzi szerokim łukiem. Ale muszę… Ciebie to nie powinno obchodzić! Aran poczekał, aż kasztanek wyminie jego wierzchowca. Uśmiechnął się nieprzyjemnie, widząc przed sobą plecy Drakana. Gdyby tylko chciał, w tej właśnie chwili bez problemu pozbyłby się towarzysza. Krew mieszańca splamiłaby biały materiał. Co za nieostrożny facet… Przynaglił nieco siwka. Znów jechali tuż obok siebie. – Dobrze, nie będę się wtrącał do twojego planu. Ale pozwól, że ci pomogę. Drakan roześmiał się. – Zawróć do chaty. A najlepiej wynoś się na Zachód. – Myślisz, że to wszystko mnie nie dotyczy? Dotyczy, nawet bardziej, niż ci się wydaje. Nie słyszałeś powiedzenia, że ktoś, kto uratował życie komuś innemu, jest za nie odpowiedzialny do samego końca? Uwolniłem cię z twierdzy. Gdyby nie ja, już dawno leżałbyś w jakimś rowie, przysypany górą ziemi. Mężczyzna wciąż się uśmiechał. Nad czymś się zastanawiał. Nagle zerknął na jadącego obok Arana. – Jaki mogę mieć z ciebie pożytek? – zapytał ironicznie. – Znam Południe. Znam mentalność tutejszych ludzi. Poza tym chcę, żebyś żył. Ze względu na Kelisę. Ona nie zasługuje na to, by być nieszczęśliwą. Już raz słyszałem, jak cię opłakiwała. O jeden raz za dużo. Dlatego zrobię wszystko, byś dziś wieczór wrócił do chatki. – Ze szkatułką? Aran wyczuł, że to było podchwytliwe pytanie. Drakan chciał go zdemaskować. Chciał, by on okazał, jak bardzo zależy mu na skarbie dziewczyny. Niedoczekanie. – Jeśli uda ci się ją odzyskać, to tak. Ale nie za wszelką cenę. Półelf odwrócił głowę. Wpatrywał się w poruszane wiaterkiem korony drzew. Chłopak obserwował go bez słowa. Nie naciskał. Wiedział, że decyzja należy do Drakana. Był pewien, że osiągnął swój cel. – Dobrze. Może mi się przydasz. Ale zapamiętaj sobie, wystarczy, że coś mi się nie spodoba, a skręcę ci kark. Aran nie okazał ani cienia strachu. – Jasne.

* * *

Drakan nie spuszczał wzroku z ciągnącej się w nieskończoność gęstwiny drzew i krzewów. Czujny i opanowany, zdawał się chłonąć całym sobą najmniejsze tchnienie wiatru czy szmer towarzyszący trzepotowi ptasich skrzydeł. Nie bez powodu zachowywał szczególną ostrożność. Przecież opuścił bezpieczne schronienie i z każdą chwilą zbliżał się do twierdzy Tollen. Chociaż nie znał Południa, był w stanie wyobrazić sobie mapę odwiedzonych zakątków. Trzy miejsca odgrywały w niej szczególne role: lochy, majątek arystokratów i domostwo myśliwego. Stanowiły one punkty odniesienia, dzięki którym mógł wykonać swój plan. Ominął kilka potężnych sosen i zerknął dyskretnie przez ramię. Tuż za nim podążał Aran. Przynajmniej miał go na oku. Gdy tylko las na wschodzie przerzedził się nieco, w oddali zamajaczyła baszta ponurej budowli. Półelf szarpnął zdecydowanie za skórzane wodze wierzchowca. Chciał obejść więzienie jak najszerszym łukiem. Chłopak także skierował konia między zarośla. Przemierzali dzikie ostępy w milczącym porozumieniu. Po godzinie jazdy gęsty bór zmienił się w rzadko zarośnięty, liściasty, pagórkowaty zagajnik. Poranne promienie rozjaśniały pnie strzelistych drzew i rozgrzewały dywan miękkiego mchu. W powietrzu unosił się kojący zapach żywicy i grzybów. Drakan wstrzymał kasztanka. Wsłuchany w ptasi świergot, rozejrzał się wokoło. Wydawało mu się, że rozpoznaje te okolice. Już raz krążył po tym lasku. Aran zlustrował wzrokiem uroczy zakątek. Nie bardzo rozumiał, co takiego przykuło uwagę półelfa. Niebezpieczeństwo? Z pewnością nie, ten gaik zdawał się być ostoją ciszy i spokoju. Drakan podjechał do najbliższego drzewa. Musnął palcami chropowaty, czarnozielony pień i uniósł twarz do słońca. Zmrużył oczy, uśmiechnął się i przynaglił konia do drogi. – Jesteśmy już blisko. Chłopak nie pojmował, jak można było zostawić szkatułkę na takim odludziu. Westchnął z rezygnacją i ruszył za oddalającym się towarzyszem. Zaledwie kilkaset metrów dalej półelf uniósł się w strzemionach niczym myśliwy, który wypatrzył wspaniałą zwierzynę. Jednak jego zdobyczą nie okazał się jeleń czy niedźwiedź, lecz leżąca wśród mchu, wysuszona lipa. Była naprawdę ogromna, a jej martwe, nadgryzione zębem czasu korzenie wyciągały się ku niebu. Drakan doskonale pamiętał to miejsce. Znalazł się u celu. Skinął ręką na Arana. Podjechali do pnia i niemal jednocześnie zsiedli z koni. Chłopak otarł czoło ramieniem. – Co za upał… a dzień ledwie się zaczął. Drakan nie słuchał narzekań towarzysza. Bez ceregieli rzucił mu wodze swojego rumaka. Zdębiały Aran chwycił odruchowo skórzane pasy. Przez krótką chwilę wgapiał się w nie z dość głupią miną. Otrząsnął się z zaskoczenia. Uniósł głowę i obserwował odchodzącego Drakana. Nagle pojął, co się święci. Zmarszczył brwi. – Miałem ci pomóc, a nie robić za twojego parobka! Półelf odwrócił się. Nawet nie zwolnił, przeszedł tyłem kilka kroków. Po jego ustach błąkał się uśmieszek, każdy ruch przepełniała nieposkromiona energia. – Właśnie mi pomagasz. Przypilnuj koni, ja zaraz wrócę. – Sam nie odzyskasz szkatułki. – Nie idę po nią – Drakan uciął rozmowę i ominął połamane konary lipy. Aran odprowadził spojrzeniem znikającego za drzewami mężczyznę. Chciał krzyknąć, po co w takim razie się tu zatrzymali i gdzie jest skarb Kelisy, lecz podejrzewał, że i tak zostanie zignorowany. Przyciągnął wierzchowce do obumarłego pnia. Zarzucił wodze na jeden z korzeni i rozłożył się na chropowatej korze. Schowany w cieniu pobliskiej lipy, zakrył oczy ramieniem. Coś mu mówiło, że szkatułka nie znajduje się w tym lesie. Dlatego tak łatwo zrezygnował z wyprawy w obce zakątki. Pozwolił, by wydarzenia toczyły się własnym torem. Niech Drakan stawia warunki. Niech myśli, że zyskał nad nim przewagę. Ale to nie potrwa zbyt długo.

* * *

Powietrze stawało się coraz bardziej duszne, delikatne porywy wiatru i cień rzucany przez korony rzadko rosnących drzew przynosiły jedynie połowiczną ulgę. Ten dzień był wyjątkowo upalny. Drakan przeszedł obok kilku krzaków jagód i zerknął na niebo. Do południa pozostało jeszcze parę godzin, a on już odnalazł drogę do pierwszego upatrzonego celu. Jeśli wszystko potoczy się równie sprawnie, wróci do chatki wcześniej, niż zamierzał. Ze szkatułką. Nie przyjmował do siebie żadnych negatywnych myśli, nie martwił się, że jakaś część planu może zawieść. Rozsądek podpowiadał mu, że to, co zamierza zrobić, jest śmiertelnie niebezpiecznie. Wystarczy jeden nierozważny ruch, jeden błąd… Mimo pewności i pozytywnego nastawienia bywały chwile, gdy strach paraliżował jego wolę. Oddychał wówczas głęboko i starał się zepchnąć lęk w najdalsze zakamarki świadomości. Bał się. I cieszył się z tego. To pomagało mu pamiętać o zagrożeniu i jednocześnie wzbudzało konieczną ostrożność. Byłby szalony, gdyby przyjmował to wszystko z chłodną kalkulacją. Myślał, czuł i nie porywał się na nieosiągalne dzięki

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Szkatułka z Tollen - część VI — czytnik · opowiadania