Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 1 godz. czytania

Szkatułka z Tollen - część VII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część VII

Jechali w całkowitym milczeniu. Skupieni, zdający sobie sprawę z powagi sytuacji, przeczuwający niebezpieczeństwo. Bezwiednie kołysali się w rytm podskakującego na wybojach wozu. Zostawili za sobą dające schronienie zarośla, minęli kilka łąk i zbliżali się do pierwszych zabudowań Tollen. Nie odrywali wzroku od czerwieniących się dachów kamienic. Niemal słyszeli narastający miejski gwar. Malir od dłuższego czasu zaciskał kurczowo palce na lejcach gniadosza. Wiedział już, na czym miało polegać jego zadanie. Właśnie skończyli to omawiać. I powoli zaczynało do niego docierać, w co się wpakował. Wcześniej traktował to jak przygodę… Nagły lęk chwycił go za gardło i przemieścił się gorącą falą ku żołądkowi. Chłopak drgnął, przyłożył dłoń do brzucha, zaraz jednak wyprostował się. Nie chciał okazać, jak bardzo się boi. Nie wyobrażał sobie, co w tej chwili przeżywa siedzący za nim półelf. Odwrócił się dyskretnie i zerknął na niego. Mężczyzna w niczym nie przypominał dawnego więźnia. I nie chodziło wyłącznie o różnice w fizycznym wyglądzie, chociaż jasne ubranie i związane na karku włosy sprawiały, że przy odrobinie szczęścia arystokraci mogli go nie poznać. Nie, była w nim jakaś ogromna przemiana. Wówczas poniżony, śmiertelnie zmęczony i głodny, teraz pełen opanowania i powagi, patrzył przed siebie przenikliwym wzrokiem. Malir odetchnął głęboko. Minęli ostatnie pola. W dali, wśród zabudowań, krążyli mieszkańcy Tollen. Ten widok podziałał na nich niczym impuls. Wiedzieli, co powinni robić. Pierwszy zareagował siedzący tuż obok chłopca Aran. Zeskoczył z kozła, wtulił się w kąt wozu i narzucił na siebie bury worek. Drakan jeszcze przez moment przyglądał się strzelistym budynkom, po czym skulił się na deskach i osłonił sporą płachtą. Otoczył go mrok. Do jego uszu docierało tylko nierówne dudnienie kół furki o bruk, lecz z czasem hałas ten zmieszał się ze stłumionymi odgłosami miasta. Ludzie śmiali się, rozmawiali, nawoływali. Tu i ówdzie rozlegał się głośny tętent końskich kopyt. Po kilku minutach szum stał się mniej uciążliwy. Słońce padało wprost na nieocieniony ścianami kamienic wóz. Nagrzewało szary pled, przedostawało się słabym poblaskiem przez sploty materiału. Drakan oddychał coraz ciężej, krew pulsowała mu w skroniach. Po części z powodu dusznego gorąca, po części z targających nim nerwów. Chciał, by to wszystko było już odległą przeszłością. Jego nerwy były napięte do granic możliwości. Nagle chłopiec wstrzymał gniadosza. – Jesteśmy – odezwał się niepewnie. Aran i Drakan nie dawali sobie tego dwa razy powtarzać. Równocześnie zrzucili z pleców chroniące ich nakrycia i rozejrzeli się po okolicy. Za nimi znajdowały się zabudowania Tollen, na przedzie rozciągała się ubita ścieżka prowadząca do wspaniałego, tonącego wśród morza zieleni majątku. – Skromny ten dworek –uśmiechnął się Aran szeroko. – No nic, czas zacząć działać. Uważajcie na siebie – ostatni raz zlustrował wzrokiem okolicę, po czym zeskoczył sprężyście na ziemię i pobiegł w kierunku otaczającego posiadłość sadu. Półelf usadowił się wygodniej na dnie wozu. – Jedź – rozkazał Malirowi. Chłopak zacisnął usta, poruszył się niespokojnie. – Na co czekasz? – Ja… pan nie powinien tego robić. Drakan spojrzał na niego. W oczach dzieciaka malował się strach. – Nie bój się, nic ci się nie stanie, jeśli tylko zachowasz się tak, jak ci mówiłem – odezwał się najbardziej pocieszającym tonem, na jaki tylko mógł się zdobyć. Malir potrząsnął energicznie głową. Chciał coś jeszcze powiedzieć, coś wyjaśnić, lecz zrezygnował. Jednym smagnięciem zmusił konia do przekroczenia granicy majątku. Zwierzę ruszyło żwirową dróżką, ominęło bramę oraz ciągnące się po obu stronach sady i zatrzymało się w pobliżu budynku mieszkalnego. Chłopak siedział bez ruchu i tylko wpatrywał się w pięknie dekorowane, prowadzące do dworu dwuskrzydłowe drzwi. Dopiero po chwili zsiadł z kozła i przeszedł na tył wozu. Odłożył na bok blokującą deskę, chwycił koniec oplatającej nadgarstki Drakana liny i pociągnął ku sobie. Znał plan i przypadającą mu rolę wzorowego Południowca, lecz czuł się bardzo dziwnie udając, że uzyskał nad półelfem tak wielką przewagę. On by nikogo nie związał i nie poniżał. Po prostu nie był taki! Mężczyzna przesunął się w jego stronę i szepnął coś niewyraźnie. Zupełnie, jakby rozumiał targającą nim niepewność i chciał go ostrzec. Nie mieli prawa okazywać słabości. Nie tu i nie teraz. Malir uśmiechnął się słabo, zaraz jednak spoważniał. Spuścił wzrok i poczekał, aż więzień zejdzie na wysypaną drobnymi kamieniami drogę. Chciał poprowadzić go do dworu, lecz Drakan nie wykonał ani jednego kroku. Lina napięła się, lecz on stał w miejscu, niczym sparaliżowany. Malir poczuł, że zaraz wpadnie w panikę. Skoro ten postawny mężczyzna się boi, jak on, niedorosły chłopak, ma sobie poradzić z tak szalonym zadaniem?! Odwrócił się ku Drakanowi i zamarł. Stojący bez ruchu półelf nie był tym mężczyzną, którego znał. Jego zacięta twarz nie miała w sobie nic z dawnej sympatii, zmrużone oczy pociemniały i połyskiwały irytacją, zaciśnięte w pięści dłonie świadczyły o targającym nim gniewie. Malir patrzył na niego z lękiem, lecz zaledwie sekundę później uczucie to przerodziło się w podziw. Nie docenił tego mężczyzny. On zapanował nad strachem i tak, jak zapowiedział, zaczął odgrywać swoją rolę. W tej chwili nie był Drakanem, sympatycznym mieszańcem, lecz schwytanym i poniżonym buntownikiem. Był wyjątkowo przekonujący w swoim nowym wcieleniu. To sprawiło, że czternastolatek odzyskał wiarę we własne możliwości. Nie zawiedzie, pokaże, na co go stać… Czas odegrać tę całą szopkę. – Niech pan się ruszy – odezwał się drżącym głosem. Drakan rzucił krótkie spojrzenie na drzwi wejściowe, zmarszczył brwi i wbił w niego znaczący wzrok. Malir momentalnie pojął, co się dzieje. Kątem oka dojrzał za sobą jakiś ruch. Ktoś stał na progu. Teraz już nie było czasu ani miejsca na wahanie. Bez słowa zbliżył się do więźnia, wyciągnął zza pasa podarowany mu specjalnie na tę okoliczność nóż i przyłożył ostrze do boku półelfa. Popchnął go zdecydowanie. – Idź! Drakan drgnął, udawał, że się opiera, lecz gdy poczuł chłód stali przebijający przez materiał koszuli, ruszył przed siebie wolnym krokiem. Nie odrywał spojrzenia od stojącej na progu, przyglądającej się mu arystokratki. Była dokładnie taka, jaką ją zapamiętał: piękna, dumna i przekonana o swojej wielkości, a także zła i wyrachowana. Nie wzbudzała w nim ani odrobiny sympatii. Zatrzymał się zaledwie trzy kroki od niej. Spuścił nieznacznie głowę. – Dzień dobry, pani – Malir skłonił się z szacunkiem. Nie odpowiedziała. Wpatrywała się w Drakana, jakby chciała przeniknąć jego duszę. – No proszę, kolejny odmieniec – mruknęła po chwili. – Twój ojciec poluje coraz skuteczniej na tę nietypową zwierzynę. – To nie ojciec go złapał, to ja… – Ty? – uśmiechnęła się wyrozumiale. Jak on mógłby dać sobie radę z postawnym dziwakiem? Malir przełknął ślinę i zacisnął mocniej palce na szorstkiej linie. – Tak, pani. Kręcił się koło naszego domu, ukradł parę jabłek. Psy ojca go zwęszyły. Kiedy go dopadłem, był wyczerpany, nie bronił się… związałem go i przyprowadziłem tutaj. – Rozumiem. Chcesz zarobić. – Tak. Arystokratka podeszła do Drakana. Wyraźnie go oceniała. Nie protestował. Poddawał się tym oględzinom ze stoickim spokojem. Tylko błysk w jego oczach zdradzał zirytowanie. Malir przestąpił niespokojnie z nogi na nogę. – Pani, czy jest twój mąż? Chciałbym z nim porozmawiać o cenie… Szlachcianka spiorunowała go wzrokiem. – Nie ma mojego męża. Jeśli chcesz zarobić, musisz targować się ze mną! Wbił spojrzenie w ziemię i zarumienił się lekko. Niepotrzebnie zdenerwował tę potężną kobietę. Jednak jej złość minęła tak nagle, jak się pojawiła. – Ile za niego chcesz? – No… – zająknął się. Nie miał pojęcia, jaką sumę powinien wymienić. Nie przemyślał tego. Zastanawiał się intensywnie, lecz w najczarniejszych wizjach już widział, jak przez jego niedbalstwo misterny plan bierze w łeb. Arystokratka czekała na odpowiedź. Widząc zażenowanie chłopca, uśmiechnęła się z wyższością i ruszyła do domu. – Wprowadź go do środka. Przekroczyli próg ogromnego holu. Wpadające przez okna smugi światła kładły się równo na marmurowej podłodze. Nieprzywykły do takiego bogactwa Malir rozejrzał się po pomieszczeniu z nieukrywanym zachwytem. Parokrotnie przyjechał z ojcem do dworu, lecz nigdy dotąd nie przekroczył progu tego wspaniałego domu. Teraz jego bujna wyobraźnia znalazła pole do popisu. Nagle przeniósł się do centrum jakiegoś sanktuarium, a z każdego zakątka komnaty przyglądali się mu snujący pieśni, dobrotliwi słudzy dawnych wiar. Rozbawiony tym pomysłem, uśmiechnął się do Drakana, lecz on najwyraźniej ani na moment nie zapomniał o swoim położeniu. Stał poważny, wyprostowany niczym strzała i wpatrywał się w uchylone drzwi pokoju, za którymi zniknęła kobieta. Malir skarcił się w duchu za zbytnią lekkomyślność. Nie powinien rozpraszać się w takiej sytuacji… Zawstydzony i naburmuszony, nawet nie uniósł głowy, gdy szlachcianka ominęła go wolnym krokiem. Dostrzegł tylko jej zgrabną talię, błękitną suknię ciągnącą się aż do ziemi i trzymaną w dłoni, niewielką sakiewkę. Ocknął się dopiero na dźwięk jej słów. – Kiedy tak patrzę na tego przybysza, wydaje mi się, że widzę mieszańca, który był tu więziony niecały tydzień temu. Zgodzisz się ze mną, synu myśliwego? Chłopak zerknął niepewnie na Drakana. Gdyby wyszło na jaw, że półelf jest uciekinierem i że on sam znajduje się z nim w zmowie, byliby straceni. Obaj. – Jest podobny – szepnął. – Ale tamten dziwak umarł przecież w celi… Arystokratka zaśmiała się szyderczo. – Tak mówią. Malir poczuł suchość w gardle, zacisnął spoconą dłoń na trzonku noża. Drakana także przeszył dreszcz strachu. Czyżby ta kobieta wiedziała o jego ucieczce? Musiał coś zrobić, w tej chwili był odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale i za towarzyszącego mu czternastolatka. Szlachcianka nie zważała na milczenie Malira. Lustrowała wzrokiem każdą rysę na twarzy więźnia. – Jest niesamowicie podobny – mruknęła cicho. – A jeśli to nie on, to granica zaczyna roić się od dziwaków. – Tamten był strasznie skatowany… – odezwał się chłopak nieśmiało, lecz zaraz umilkł, bo Drakan wszedł mu w zdanie. – Zabiliście jakiegoś nieszczęśnika i myślicie, że ja nim jestem? W takim razie Południe jest pełne wariatów. Jego zuchwały, głęboki głos wprawił kobietę w zaskoczenie. Lecz trwało to tylko ułamek sekundy. Zmrużyła nieznacznie powieki. – Uważaj na to, co mówisz. Uśmiechnął się pogardliwie. – To nie ja twierdzę, że jestem duchem jakiegoś zakatowanego biedaka. – Wyglądasz jak on. Drakan szarpnął się do przodu tak niespodziewanie, że Malir cudem nie wypuścił liny z rąk. – Gdybym był nim, zamordowałbym każdego, kto tylko odważyłby się mnie uderzyć! – warknął. – A on? Widać nie bronił się zbyt skutecznie, skoro przypłacił życiem wizytę w tym waszym parszywym kraju! – Trzymaj go mocno! Malir szarpnął za sznur. Zrobiłby to nawet bez polecenia arystokratki. Odniósł wrażenie, że Drakan stracił panowanie nad sytuacją i że miał zamiar rozerwać stojącą przed nim kobietę na strzępy. Musiał go za wszelką cenę powstrzymać. Jednak półelf momentalnie odzyskał samokontrolę. Odetchnął głęboko i spoglądał na kobietę spod zmarszczonych brwi. Ona nie okazała ani odrobiny zdenerwowania czy lęku. – Masz charakter. Skoro jesteś taki odważny i samowystarczalny, to czemu pozwalasz się traktować w ten sposób temu chłopakowi? – On nie stanowi dla mnie żadnego zagrożenia. – Złapał cię, związał, sprzedaje do niewoli. – Niech sobie zarobi parę monet – burknął pogardliwie. – Jesteś szalony albo głupi – szlachcianka pokiwała niedowierzająco głową, zbliżyła się o krok. – Wiedz, że jeśli cię kupię, twoje życie zawiśnie na włosku. Drakan pochylił się ku jej twarzy. Wpatrywał się w niebieskie niczym letnie niebo oczy. Ten kolor zawsze kojarzył się mu z dobrocią, ciepłem i jasnością. Jak bardzo się mylił… – Ty też nie jesteś dla mnie zagrożeniem – mruknął. – Mogę z tobą zrobić, co tylko chcę. Poza tym zwracaj się do mnie z należytym szacunkiem. – Jak sobie życzysz – przez jego usta przemknął drwiący grymas. Uśmiechnęła się z wyniosłością. Półelf poczuł przesuwające się po boku palce szlachcianki. To krótkie, delikatne niczym tchnienie wiatru muśnięcie było jawną prowokacją. Kobieta miała nad nim przewagę i skrzętnie to wykorzystywała. Bawiła się nim. Gniew zawrzał mu w żyłach. Wiedział, że tym razem będzie musiał postąpić wbrew własnej woli. Musiał ją przekonać, że nie jest mężczyzną sprzed tygodnia. Był na to tylko jeden sposób. Zirytowany, postanowił zadziałać bardzo dosadnie. Skrępowane ręce nie były dla niego żadną przeszkodą. Przesunął się w bok, przywarł ciałem do ciała szlachcianki i przycisnął ją do ściany. Wpił się zachłannie w jej usta. Nie zareagował, gdy szarpnęła się, oburzona jego zachowaniem. Pocałował ją mocniej, przygwoździł do wypolerowanego, marmurowego bloku. Starała się odwrócić głowę, lecz nie pozwolił jej na to. Nagle chwyciła go silnie za ramiona. Przeklął w duchu, pewien, że zostanie odepchnięty, lecz przez moment nic takiego się nie działo. Uniósł powieki i dojrzał uniesienie malujące się na jej pociągającej twarzy. Sekundę później delikatne rysy stężały w wyrazie wściekłości. Policzek zapiekł go od mocnego uderzenia. Cofnął się o krok i spojrzał wyzywająco wprost w błękitne, żarzące się oczy. Nieważne, że został potraktowany niczym namolny samiec. Czuł, że wygrał ten pojedynek. Kobieta podeszła do Malira, potrząsnęła znacząco sakiewką. – Tyle dostaniesz za tego bezczelnego kundla. Chłopak stał na progu niczym wrośnięty w ziemię i sprawiał wrażenie kompletnie oszołomionego. Wpatrywał się w Drakana. Złapał rzucone pieniądze, lecz nie odszedł. Tuż za nim, za wciąż otwartymi drzwiami, mignęła tajemnicza postać. Półelf nie poświęcił Malirowi ani odrobiny uwagi. Wyjrzał dyskretnie na podwórze. Znał każdy szczegół planu i wiedział, że właśnie w tej chwili rozpoczyna się decydująca rozgrywka. W pobliżu domu zachrzęściły drobne kamienie. Był to tak delikatny szmer, że zapewne człowiek by go nie usłyszał. Jednak Drakan nie był człowiekiem. W tej chwili odziedziczony po ojcu zmysł podpowiedział mu, że powinien działać. Lada chwila pojawi się tu Aran, a Malir nie był w stanie odpowiednio zareagować. Teraz wszystko zależało od niego. – Tylko tyle mu za mnie zapłaciłaś? – spojrzał na arystokratkę i przesunął się w lewo, by zasłonić sobą wejście. – Myślałem, że jestem więcej wart. – Nie przeceniaj się, mieszańcu. Ciesz się, że jeszcze żyjesz. Zaraz zejdziesz do celi – wskazała skinieniem ciemniejące w głębi holu drzwi. – Jak tylko wróci mój mąż, przekaże cię radzie Tollen. Zginiesz, dziwaku. A ja z przyjemnością poobserwuję twoją śmierć. – Nie sądzę, by moje męki sprawiły ci przyjemność. Wyprostowała się. – Nie masz pojęcia, co sprawia mi przyjemność. – Doprawdy? – podszedł bliżej i mruknął poufale. – Mogę zrobić jeszcze raz to, co przed chwilą. Głowę dam, że tym razem nie będziesz się broniła. A może wolisz poczekać, aż tego smarkacza tu nie będzie? Zlustrowała go zimnym jak lód spojrzeniem. Umiała udawać, to musiał przyznać. – W jednym się z tobą zgadzam. Oddasz głowę. Katu. Drakan roześmiał się. Kątem oka dostrzegł, że potrącony Malir zwolnił miejsce przemykającemu się Aranowi. Blondyn błyskawicznie wkradł się do holu i schował między wolną przestrzenią pod schodami a ogromnym, pięknie rzeźbionym kufrem. Zrobił to niewiarygodnie szybko i sprawnie. Półelf patrzył w twarz arystokratki i uśmiechał się kącikiem ust. Wiedział, że niczego nie zauważyła. Udało się. – Zrobiłeś swoje. Wynoś się stąd – rzucił nieoczekiwanie do stojącego za plecami Malira. – Ale… Odwrócił się i spojrzał na chłopca tak groźnie, że ten aż skulił się w sobie. – Już cię tu nie ma! Młody Południowiec zniknął za progiem niczym przepędzony pies. Po chwili słychać było chrzęst kół odjeżdżającego wozu.

* * *

Drzwi piwnicy otworzyły się z głośnym chrobotem. Ciemność zionęła przenikliwym chłodem i wilgocią. Arystokratka popchnęła Drakana. Ruszył w dół schodów. Nie widział przed sobą nic poza smolistą czernią. Jednak dokładnie pamiętał te kamienne podziemia, mogące doprowadzić kogoś cierpiącego na klaustrofobię do prawdziwego obłędu. Dalej, wśród zimna, znajdował się nieco szerszy korytarz i małe, skromne, przypominające loch pomieszczenie. Jego dawne więzienie. – Gdzie ci się tak spieszy? – usłyszał za sobą kobiecy głos. Nie obejrzał się. Jedynie przystanął na moment. Gdzieś u wejścia rozbłysło słabe światło. Jasność liznęła chropowate głazy i niczym wąż zbliżyła się ku niemu, by po chwili rozjaśnić mu najbliższe otoczenie. Poczuł na plecach ciepło kaganka. – Schodź dalej. Wykonał polecenie. Szedł równym krokiem, opanowany i milczący. Tuż przy drzwiach celi odegrał niepewność i zdezorientowanie. Chciał zagłębić się dalej w korytarz, lecz arystokratka zatrzymała go zdecydowanym uściskiem na ramieniu. Kiedy przekręcała klucz w zamku, wpatrywał się w jej twarz z bezczelną ciekawością. Udawała, że tego nie dostrzega. Otworzyła drzwi i gestem nakazała mu wejść do środka. Bez oporu przekroczył próg pomieszczenia. Stanął tuż obok przytwierdzonej do ściany ławy i uśmiechnął się pod nosem. Nagle poczuł się tak, jakby powrócił do miejsca, które doskonale znał. Do miejsca, które było mu bliskie. To groteskowe, gdy uświadomił sobie, ile zła go tu spotkało. Sięgnął pamięcią wstecz i do jego umysłu napłynęło parę przykrych odczuć. Zmęczenie. Rozgoryczenie. Senność. Głód. Cierpienie. I najgorsze spośród nich: podstępne wizje nasyłane przez szkatułkę. Spojrzał na balię. Miał nadzieję, że w ciągu ostatniego tygodnia nikt za nią nie zaglądał. Oparł się niedbale o szorstką ścianę. – Co za nora… – burknął niby do siebie, lecz jego słowa skierowane były do stojącej w progu szlachcianki. Tak jak przewidział, usłyszała go. – Rozgość się. Ta nora stanie się na parę dni twoim domem. – Parę dni? – zerknął na kobietę, rozbawiony. – Nie mam zamiaru spędzić tu nawet doby. – Mogłeś myśleć o tym, co cię tu spotka, zanim przekroczyłeś granicę – zbliżyła się o krok. – Nie rozumiem ciebie i twoich pobratymców. Wiecie, jak nastawione jest do was Południe. A jednak pchacie się tu niczym bezmyślne szczury wprost w pułapkę. – To raczej wasze ludzkie ograniczenie sprawia, że czujecie się otoczeni i zaszczuci. Szczególnie tutaj, w tej części Królestwa. Boicie się każdego, kto ma w żyłach obcą krew. Dlatego nas tak zapamiętale tępicie. Łatwiej jest zabić dziwaka, niż go poznać, bo kto wie, może okaże się śmiertelnie niebezpieczny, prawda? A ziemia, na której żyjecie? Nawet do was nie należy, chociaż zagarnęliście ją wieki temu. To własność moich przodków, nie twoich. Dlatego nie wyobrażaj sobie, że masz nade mną jakąkolwiek władzę. – Wydaje mi się, że mimo wszystko mam w tej chwili nad tobą wielką przewagę. Ode mnie zależy twoje życie, mieszańcu. – Mylisz się. Ucieknę szybciej, niż podejrzewasz. A ty nic na to nie poradzisz. Mówiąc to, uśmiechał się pogardliwie, patrzył prowokacyjnie w oczy arystokratki. Drażnienie tego babska sprawiało mu wielką przyjemność. Miał wielką, nieodpartą ochotę porządnie utrzeć jej nosa. Zaczynał lubić tę grę. Chciałby zobaczyć minę kobiety, gdy ona za jakiś czas wejdzie do piwnicy i go tu nie zastanie! Przez dłuższą chwilę przyglądała się mu bez słowa. Zapewne zastanawiała się, czy roił mu się w umyśle jakiś podstępny plan, czy był po prostu naiwnie głupi. Podejrzewał, że coraz bardziej skłaniała się ku drugiej możliwości. Nic go to nie obchodziło. W końcu zaczepiła kaganek o wystający ze ściany hak i odwróciła się w stronę wyjścia. – Powodzenia w ucieczce – rzuciła ironicznie, nim zatrzasnęła za sobą drzwi. Drakan wpatrywał się w ciemne drewno. Gdy tylko usłyszał chrzęst przekręcanego klucza, momentalnie spoważniał. Naprężył mięśnie, pogrzebał przy splotach na nadgarstkach i uwolnił się z liny. Zbliżył się do balii. Stanął nad nią i przymknął oczy. Przygotowywał się do najgorszego. Do sięgnięcia po szkatułkę. Wiedział, że to, co zamierza zrobić, będzie wymagało od niego mnóstwa siły i samozaparcia. Pamiętał, jaki wpływ miało na jego myśli to tajemnicze puzderko. Odrzucił je, ponieważ nie mógł już dłużej znieść zagadkowych podszeptów. Liczył na to, że to wariactwo nie zacznie się od nowa… Oparł się dłonią o brzeg kadzi, pochylił i powoli wsunął rękę w szparę pomiędzy drewnem a ścianą. Zagłębiał dłoń w wilgotną pustkę. Przycisnął się do balii. Jego palce wciąż natrafiały na wolną przestrzeń. Jeszcze trochę… Nagle musnął coś miękkiego, skórzanego. Przełknął ślinę i zamarł. Odczekał chwilę. Dotykał trzosu, lecz nic się nie działo. To dodało mu nieco odwagi. Chwycił zdecydowanie za worek, wyczuł kanciasty kształt szkatułki. Jednym ruchem wyciągnął skarb Kelisy. Wyprostował się. Stał na środku pomieszczenia, oddychał głęboko i wpatrywał się w odzyskany przedmiot. Mimowolnie odgarnął za ucho wpadający mu do oczu kosmyk włosów. Czekał na coś, co, miał nadzieję, nie nadejdzie. Liczył na milczenie szkatułki, a jednak, podświadomie, wsłuchiwał się w nieistniejący głos. Cisza. Żadnych tajemniczych szeptów, żadnych dziwnych wibracji. Opadł na ławę i położył szkatułkę tuż obok siebie. Oparł łokcie o kolana i przez ciągnącą się w nieskończoność minutę siedział z czołem ukrytym w dłoniach. Tylko jego plecy poruszały się w równym oddechu. Nawet nie zdawał sobie sprawy, w jakim napięciu upływały mu ostatnie godziny. Teraz spłynęła na niego fala ulgi. Zerknął na leżący na pledzie trzos. Uśmiechnął się lekko. Chwycił urwany rzemień i przywiązał go mocno do pasa spodni. Nakrył szkatułkę połą koszuli. Wstał, podszedł do drzwi i zapatrzył się w nieruchomą, ciężką klamkę. Czekał na kroki na schodach i na trzask otwieranego zamka. Właśnie teraz plan nie mógł zawieść.

* * *

Aran, wciśnięty w kąt między ogromnym, pachnącym żywicą kufrem a opadającymi w dół schodami, obserwował każdy ruch krążącej w pobliżu arystokratki. Widział jej rozmowę z Drakanem, przegonienie Malira, sprowadzenie półelfa w czeluść piwnicy. Od tego momentu nie działo się nic, co by przykuło jego uwagę. Dom pobrzmiewał ciszą, tylko z dworu dobiegał do niego świergot ptaków i szum poruszanych wiatrem liści. Czekając, przyjrzał się wiszącemu w pobliżu obrazowi. Bohomaz był potwornie brzydki i zapewne też potwornie drogi. Całą przeciwległą ścianę pokrywały przedstawiające zwierzęta i pejzaże, ręcznie tkane gobeliny. Skoro mieszkający tu szlachcice mogli pozwolić sobie na takie luksusy, musieli należeć do ważnego rodu. I byli niewyobrażalnie bogaci. Piwne oczy zalśniły chciwością. Aran wychylił się nieznacznie zza kufra i zlustrował wzrokiem najbliższe otoczenie. Miał nadzieję, że w zasięgu jego rąk znajduje się coś niewielkiego i wartościowego. Ten cały spisek mógł mu przynieść spore korzyści. Większe, niż przewidywał. Niestety, nie znalazł niczego, co mógłby ukryć w kieszeni. Ściennymi dekoracjami nawet nie zaprzątał sobie głowy. W skrzyni znajdowały się najprawdopodobniej ubrania lub książki. Lecz po przeciwległej stronie holu… Oparł się plecami o ścianę i westchnął z rezygnacją, rzucając ostatnie, tęskne spojrzenie na złote kielichy, lśniące wewnątrz otwartego na oścież salonu. Jego złodziejskie rozmyślania przerwały docierające z kamiennego korytarza kroki. Z początku ciche, lecz z każdym stopniem nabierały mocy, ich echo odbijało się od czarnych ścian. Wtulił się głębiej w przestrzeń pod schodami. Szlachcianka wyszła z piwnicy, zamknęła za sobą ciężkie, dekorowane drzwi i położyła klucz w prawym rogu futryny. Wyjrzała na podwórze i po chwili zatrzasnęła wejściowe skrzydło. Szeroka, kładąca się ukośnie na podłodze smuga słonecznego blasku zniknęła, a Arana otoczył lekki mrok. Kobieta ominęła skrzynię i ruszyła ku salonowi. Chłopak wsparł się na ręce i odprowadził ją spojrzeniem. Gdy tylko zniknęła mu z oczu, wygramolił się bezszelestnie z ukrycia i podszedł do drzwi piwnicy. Ściągnął z futryny ciężki, mosiężny klucz i ostrożnie wsunął go w zamek. Niemal natychmiast wyczuł opór. Przekręcił powoli w prawo. Bolec nie poddał się łatwo jego woli. Przycisnął nieco mocniej i to sprawiło, że zamek chrzęstnął ledwie dosłyszalnie. Aran zamarł. Odwrócił się i odczekał moment niepewny, czy arystokratka nie usłyszała hałasu. Na szczęście hol był pusty. – Szlag by to… – wbił wzrok w oporny zamek i ponownie poruszył kluczem. Znów rozległ się lekki zgrzyt. Przygryzł dolną wargę. Błagał w duchu, by to diabelstwo przestało się buntować. Docisnął. Zamknięcie ustąpiło, zawiasy zatrzeszczały złowrogo. Aran nie marnował czasu. Chwycił klucz i wemknął się do piwnicznego korytarza. Pospiesznie zatrzasnął za sobą drzwi. Teraz, gdy nie docierało do niego światło dzienne, znalazł się w nieprzebranej ciemności. Niepewny, przez minutę starał się przyzwyczaić oczy do panujących warunków. Miał wrażenie, że stracił wzrok. Zaklął pod nosem. Tego nie przewidzieli. Drakan znał tę piwnicę, więc ciemność nie miała dla niego żadnego znaczenia. Lecz on znalazł się tu po raz pierwszy. Bał się poruszyć, nie miał pojęcia, na czym stoi i co go otacza. Przy pierwszym lepszym kroku mógł spaść w dół i skręcić kark. Całkiem niedawno wędrował podziemnymi korytarzami i nie sprawiało mu to większego problemu. Jednak wtedy znał każdy zaułek twierdzy Tollen. Nic go nie mogło zaskoczyć. To miejsce stanowiło dla niego całkowitą zagadkę. Odetchnął cicho i mruknął coś pod nosem. Czułby się bardziej komfortowo, gdyby panował nad sytuacją. Tym razem to ciemność miała nad nim kontrolę. Wyprostował się, wyciągnął ramiona na boki. Oparł obie dłonie o zimną ścianę. A więc nie jest tu zbyt szeroko. Ale jak wysoko…? Zbadał dotykiem pochłaniający go mrok i gdy już był pewien, że jakoś sobie poradzi, ostrożnie namacał stopą pierwszy stopień schodów. Zejście było nierówne i wąskie, więc musiał zachować szczególną uwagę. Bezszelestne przemieszczanie się w takich warunkach wymagało od niego iście kociej zwinności. Schodził w dół z irytującym mozołem. Ściskał w prawej ręce klucz i nauczony doświadczeniem, wlepiał wzrok w ciemność. Zaledwie minutę temu zamknął na moment powieki i to wystarczyło, by nagle zawirowało mu w głowie. Omal nie runął przed siebie. Nie miał zamiaru znów powtórzyć tego błędu. Gdy stopnie skończyły się i korytarz rozszerzył tak bardzo, że nie mógł dotykać go jednocześnie obiema dłońmi, zatrzymał się. Czuł, że serce przyspiesza mu w piersi. W tym miejscu panowała dziwna atmosfera… Uśmiechnął się nieprzyjemnie. Wiedział, co to znaczy. Znalazł się bardzo blisko szkatułki. – Drakan! – szepnął. Półelf odpowiedział mu niemal natychmiast. Jego stłumiony głos z trudem pokonał przeszkodę drzwi. Aran odnalazł wejście do izby. Przywarł ramieniem do stęchłego drewna, namacał palcami otwór zamka i rozpoczął kolejną walkę ze złośliwym, martwym przedmiotem. W duchu cieszył się, że drzwi od piwnicy i pomieszczenia otwiera ten sam klucz. To mu bardzo ułatwiało sprawę. Po chwili stanął z Drakanem twarzą w twarz. Blask kaganka prawie go oślepił. – Masz? – zapytał bez ogródek, mrużąc oczy. Półelf nie odpowiedział. Wyszedł z klitki, przesunął się obok chłopaka i skierował w stronę schodów. Do przodu pchał go jakiś wewnętrzny strach. Nie powinien pozostawać w tym miejscu ani sekundy dłużej. Nie był tu bezpieczny. Nagle silne szarpnięcie osadziło go w miejscu. Odwrócił się i spojrzał wprost w lśniące oczy Arana. – Masz? Zacisnął zęby. Więc jednak się nie mylił. Ten dzieciak nadal był opętany chęcią posiadania szkatułki. Jego ton, jego spojrzenie… to nie mógł być przypadek. – Radzę ci, nie zaczynaj – warknął ostrzegawczo. Chciał odejść, lecz Aran wciąż trzymał go kurczowo za rękaw i wpatrywał się niczym zauroczony w ledwie widoczne wybrzuszenie jasnej koszuli. – Oddaj mi ją. Drakan odwinął się, wyszarpnął z uścisku, lecz chłopak w ułamku sekundy znów do niego doskoczył. Miał dość tego natrętnego zachowania. Złapał Arana za bluzę i brutalnie cisnął nim o kamienny blok. Nie wykorzystał pełni swojej siły, lecz mimo tego niższy i drobniej zbudowany blondyn jęknął z bólu. – Szkatułka nie ma na ciebie wpływu, co?! Gnojku, masz szczęście, że nie chcę urządzać tu awantury! Aran przetoczył się w bok, z trudem utrzymał się na nogach. Odwrócił się i z narastającą nienawiścią obserwował wspinającego się po schodach półelfa. Poświata kaganka sprawiła, że Drakan widział dokładnie zarysy poszczególnych stopni. Spojrzał w górę. Gdzieś tam, wśród ciemności, znajdowały się drzwi. I wolność. Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce i przekazać szkatułkę w ręce Kelisy. Kto wie, czy po pewnym czasie nie powróciłyby do niego dawne wizje i poszepty. Przecież ostatnio to małe puzderko zaczęło mu mącić umysł dopiero po paru godzinach. Nie miał zamiaru znów przeżywać tego koszmaru. To skarb dziewczyny. Tylko jej niepozorne puzderko nie wyrządzało krzywdy. Nie zwodziło jej, nie omotało myśli. Ona musi dostać je z powrotem. O tym, jak powstrzyma Arana, będzie się martwił dopiero po ucieczce z dworu. Wątpił, by chłopak po prostu otrząsnął się z klątwy. Będzie go musiał przepędzić bądź w ostateczności zabić. Pokonał kolejny stopień i niespodziewanie usłyszał za sobą szybkie kroki. Obejrzał się i w ostatniej chwili dostrzegł dopadającego do niego Arana. Chłopak najwyraźniej zapomniał o bólu i ostrzeżeniach. Zniknął też jego rozsądek. Zwarli się w silnym uścisku. Drakan uderzył plecami w ścianę, lecz zachował równowagę. Widział przed sobą połyskujące oczy chłopaka, czuł jego ciepły oddech. – Oddaj mi szkatułkę. Ona nie należy do ciebie! – Do ciebie też nie! – sapnął, starając się uwolnić od natrętnych rąk. W ułamku sekundy pięść Arana wbiła się w jego brzuch. Szarpnął się, wyrwał dłoń z kleszczowego uścisku i odpowiedział mocnym ciosem w żebra. Chłopak skulił się, przycisnął czoło do barku półelfa, lecz w ułamku sekundy wyprostował się i uderzył go pięścią w twarz. Drakan miał

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%