przygoda · 58 min czytania
Szkatułka z Tollen - część VIII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Część VIII
Kiedy tylko Kelisa zniknęła z chatki, Drakan odwrócił się ku stojącemu przy oknie chłopakowi. Czuł, że stłumiona złość powraca do niego z siłą huraganu. Ten dzieciak wszystko przeinaczył. Zrobił z niego wariata, który był gotów zdobyć szkatułkę po trupach. Aran wyglądał na dumnego z siebie. Dzielnie wytrzymywał wściekłe spojrzenie półelfa. Nagle uśmiechnął się pod nosem. – Dobrze jest mieć ją znów przy sobie, prawda? Drakan zacisnął dłonie w pięści. Doskonale wiedział, o czym wspomina ten dzieciak. Ani myślał dać się mu sprowokować! – Nie, nie jest dobrze – odparł spokojnie. – Gdyby nie Kelisa, nawet nie pomyślałbym o tym przeklętym przedmiocie. Nie wróciłbym po niego. Aran parsknął śmiechem. – Jasne. Pozornie starasz się uszczęśliwić Kelisę, ale tak w głębi duszy czujesz, że szkatułka powinna należeć do ciebie… – spuścił nieznacznie głowę i spojrzał na Drakana niemal poufale. – Powiedz szczerze, nie słyszałeś dziś głosu tego przedmiotu? Półelf uśmiechnął się i podszedł do ławy. Usiadł wygodnie, oparł łokcie o kolana. – Zgadza się, słyszałem. – A jednak! Drakan uniósł głowę. – Szkatułka nakazywała mi ciebie zabić. Aranowi zrzedła mina. Nagle stracił całą pewność siebie. – Dlatego starałeś się mnie udusić… – Słuchaj, smarkaczu, ten głos uratował ci życie! – jasnozielone oczy błysnęły gniewem. – Gdyby nie on, już dawno byłbyś martwy. Zabiłbym cię za te wszystkie oszustwa. Chłopak był kompletnie skołowany. Nie mógł pojąć toku myślenia półelfa. Skoro on i tak miał zamiar go uśmiercić, podszept szkatułki powinien tylko przypieczętować jego zamierzenia. Przecież te wizje były bardzo sugestywne, paraliżowały wolną wolę i sprzeciwienie się im graniczyło z cudem. Doskonale o tym wiedział. – Więc czemu…? Drakan wyprostował się. – Za nic nie podporządkuję się namowom szkatułki. Dlatego nie zadusiłem cię w piwnicy jak szczura. Ale przysięgam, oszukuj dalej Kelisę, a skończysz z przetrąconym karkiem. Rozumiesz? Ta dziewczyna dość się już wycierpiała. – Doskonale o tym wiem – warknął Aran agresywnie. – Skoro wiesz, to czemu ciągle ją okłamujesz? Czemu dostarczasz jej samych zmartwień?! Ona miała jedno marzenie: dotrzeć do Tollen i rozwiązać zagadkę pamiątki po matce. Przez ciebie to marzenie zmieniło się w przekleństwo! – Czyli to wszystko moja wina?! – W głównej mierze twoja! Mogłeś ją po prostu doprowadzić do Tollen i pomóc odczytać ten dziwny napis. Ale nie, wolałeś przejąć szkatułkę. Skazałeś tą wrażliwą dziewczynę na prawdziwe piekło! Aran zbliżył się wolnym krokiem do drzwi, przystanął w progu. Już nie miał w sobie początkowej hardości i zacięcia. Mimo woli słowa Drakana wdarły się głęboko w jego sumienie. – Sam wiesz, jak ciężko jest przełamać tę klątwę – mruknął. Zirytowany, poczuł, że zaczyna się tłumaczyć. Zupełnie, jakby ogarniała go jakaś słabość. To ostatnia rzecz, na jaką chciał sobie pozwolić. – Wiem, Aran. Ale to nie jest niemożliwe. Skoro jednak to cię przerasta, powinieneś jak najszybciej stąd zniknąć. Dla własnego dobra. Chłopak zacisnął zęby i ruszył zdecydowanie w dół ścieżki. Deptał wyłaniające się z trawy biało–różowe stokrotki, nie dopuszczał do uszu radosnego świergotu ptaków. Ogarniała go coraz większa irytacja. Miał zamiar doprowadzić Drakana do granicy wytrzymałości, zmusić go do przyznania się do okropnych postępków, poniżyć i zmieszać z błotem, a tymczasem sam ujawnił własne grzechy. Przypomniał sobie o czynach, których się dopuścił, lecz które nie przynosiły mu chluby. Istniały, ale miały pozostać ukryte na dnie jego świadomości. Szedł ze wzrokiem wbitym w ziemię. Spojrzał przed siebie dopiero wtedy, gdy zza krzaków wyłoniła się tafla jeziora. Zbliżył się do brzegu i przykucnął na mokrym piasku. Zamyślony, przez chwilę wpatrywał się w cofające i powracające fale. Przejrzysta, nagrzana słońcem woda opływała jego buty. Kawałek dalej, wśród drobnych kamieni, śmigało stadko maleńkich rybek. Westchnął głęboko i z trudem zdjął bluzę. Położył ją tuż obok siebie, pozwalając, by nasiąkła wodą. Zmył z szyi zaschniętą krew, ochlapał twarz, przesunął dłońmi po ciele. Już nieco czystszy, sięgnął po ubranie. Zwinął je starannie i przyłożył do barku. Miał wrażenie, że mokry materiał chłonie w siebie całą negatywną energię, pulsującą w jego nadwyrężonych mięśniach i kościach. Przymknął na moment oczy, czując ogromną ulgę. Po paru minutach wstał i ruszył ku ścieżce. Dopiero wtedy zauważył siedzącą pod brzózką Kelisę. Dziewczyna nie odzywała się, opierała brodę na podciągniętych kolanach i wpatrywała się w las po drugiej stronie jeziora. Wyglądała na smutną i przygnębioną. Aran przystanął. Nie wiedział, czy powinien jej przeszkadzać. Może chciała zostać sama. Po chwili namysłu podszedł do towarzyszki i opadł na trawę tuż obok niej. Siadając, zacisnął zęby. Jednak wilgotna koszula nie wyssała z jego stawu całego bólu. Dość długo nie odzywali się do siebie i tylko obserwowali korony drzew. Gałęzie poruszały się delikatnie we wspólnym rytmie. Wyglądało to tak, jakby kłaniały się górującemu nad nimi słońcu i zdradzały mu szeptem sekrety bezludnej okolicy. Chłopak zerknął na Kelisę. Było mu trudno rozpocząć rozmowę, jednak czuł, że w końcu powinien przerwać milczenie, powinien powiedzieć to, co od kłótni z półelfem nie dawało mu spokoju. – Słuchaj… – Jeżeli masz mi na nowo opowiadać o szkatułce, waszej wyprawie albo o zachowaniu Drakana, to lepiej wcale się nie odzywaj. Mam już tego dość. Odetchnął cicho. – Kelisa, rozumiem, że możesz mieć już wszystkiego powyżej uszu. I że ja jestem temu po części winien. Zachowywałem się jak idiota. Ona nawet nie drgnęła. Zupełnie, jakby słowa Arana do niej nie docierały. A może po prostu nie przejmowała się jego zapewnieniami. Poczuł się nagle jak mały i niedoświadczony dzieciak, którego można bezkarnie ignorować. Znów ogarnęło go rozdrażnienie. – Na bogów, staram się ciebie przeprosić! Wiesz, że gdyby nie szkatułka, za nic bym ciebie nie skrzywdził! – prychnął. Jego ton nie zawierał w sobie ani odrobiny skruchy. Przeklął w duchu. Nie tak to miało wyglądać. Kelisa objęła mocniej nogi ramionami, wcisnęła dłonie pod brodę. – Rozumiem. Po prostu nie mogłeś się powstrzymać. Pamiątka po mojej matce była dla ciebie najważniejsza. Wyczuł, że z niego szydzi. Miał ochotę odpowiedzieć coś dosadnego, coś złośliwego, lecz w ostatniej chwili ugryzł się w język. Powinien się opanować, inaczej jeszcze pogorszy sytuację. – Teraz będzie inaczej. Już nie słyszę podszeptów szkatułki. Drakan ryzykował życiem, byś ją odzyskała. Uważam, że powinnaś chociaż spróbować rozwiązać tę zagadkę. – Nie wierzę ci. Spuścił głowę i zapatrzył się w jasnozielone pędy babki. – Nie udowodnię, że jest tak, jak mówię. Możesz mi tylko zaufać… – Zaufać?! – wybuchła i obrzuciła go złowrogim spojrzeniem. – Zaufałam ci parokrotnie, mimo że coś wewnątrz mnie krzyczało „Nie rób tego!”. Za pierwszym razem uwięziłeś mnie w zajeździe, za drugim okłamałeś, że niby przybyłeś tu dla interesów! Odsunął się od niej, urażony. – Chcesz powiedzieć, że umiem tylko oszukiwać, tak? A to, że wyciągnąłem Drakana z twierdzy i ukryłem go w tym lesie, to już wyleciało ci z głowy? Kelisa zawahała się. Nie mogła zaprzeczyć jego słowom. To prawda, dzięki niemu drogi jej mężczyzna odzyskał wolność, nie zginął z rąk Południowców i wydobrzał w lesie, do którego sprowadził ich ten młody chłopak. Więc jednak stać go było na dobre uczynki. – Poza tym… – Aran uśmiechnął się chytrze – chyba nie zapomniałaś szeptu wiatru, o którym wspomniałaś przed moim zajazdem? Przecież ktoś ci podpowiedział, że możesz mi zaufać. A może to sobie wymyśliłaś? Serce zabiło jej nieco szybciej. W natłoku wydarzeń całkiem zapomniała o centaurze i jego radach. Przecież on wspominał coś o odrzuceniu dawnych urazów. O tym, że ona spotka w Tollen czwartą osobę, związaną z zagadką szkatułki. I że na całej czwórce spoczywa jakieś zadanie. Wiedziała, kto jest w to wplątany. Drakan. Bezimienny centaur. Ona sama. I ktoś jeszcze. Ktoś, komu powinna wybaczyć dawne przewinienia. Ktoś, kogo miała spotkać w przylegającym do granicy mieście. Pomyślała o osobach, z którymi miała styczność w Tollen. Kto mógłby pasować do opisu centaura? Mężczyzna przystrajający plac girlandami, mała złodziejka Lia, dwaj karczmarze, młody Południowiec, Allena, Aran…? Wypróbowała wszelkie możliwe kombinacje, starała się dopasować słowa stworzenia do poszczególnych ludzi, lecz za każdym razem w jej myślach rozbrzmiewało tylko jedno imię. Aran. Od dawna przeczuwała, że on będzie miał coś wspólnego z zagadką szkatułki. To nie była miła, lecz najbardziej oczywista perspektywa. Zbyt wiele faktów się zgadzało, ich pozornie przypadkowe spotkania nie mogły być jedynie zbiegami okoliczności. Najwyraźniej los związał ich ze sobą. Odetchnęła głęboko i przyjrzała się siedzącemu tuż obok chłopakowi, jakby poznawała go na nowo. Przystojna, lecz wciąż odrobinę dziecinna twarz o zdecydowanych rysach świadczyła o mocnym charakterze, niemal brązowe oczy połyskiwały bystro, spojrzenie kryło w sobie inteligencję. Przez niezbyt długie, wiecznie potargane blond włosy kojarzył się z uroczym roztrzepańcem. Ciekawe, jak by ten pozornie miły, sympatyczny, dobry aż do szpiku kości młodzieniec zareagował, gdyby dowiedział się, że jest jednym z elementów układanki? Zapewne by się wściekł. Rozbawiona, uśmiechnęła się do niego. – Nie, nie zapomniałam o tych słowach. Ale boję się, rozumiesz? Nie chciałabym znów przeżywać tych wszystkich podchodów. Szkatułka nie jest tego warta. Aran oparł wyprostowane ręce tuż za plecami. Zaraz jednak powrócił do dawnej pozycji. – Nic nie wiesz o wartości szkatułki. Nie masz pojęcia, do czego ona jest przeznaczona – odezwał się, przyciskając do barku wilgotne ubranie. – I nie dowiesz się tego, jeśli nie rozwiążesz jej zagadki. Twoja matka na pewno nie dałaby ci byle czego. Nie na łożu śmierci. Ona nie chciała ci wcześniej o niczym mówić, bo to miało zmienić twoje życie. Pewnie by was rozdzieliło, dlatego trzymała szkatułkę w sekrecie. Tak ja to widzę. – A może ja wcale nie chcę zmieniać swojego życia? – Wtedy nie ruszałabyś się z tej zapadłej wioski na Północy. Uśmiechnęła się, lecz zaraz spoważniała. – To wszystko jest bardzo skomplikowane... – Dlatego chcesz zrezygnować? Jasne, możesz to zrobić. Możesz stąd odjechać i do końca życia wyrzucać sobie, że nie wyjaśniłaś zagadki, chociaż byłaś niemal u celu. Czuła, że Aran ma rację. Mimo przykrych przejść nadal była ciekawa, co kryje w sobie ta niepozorna skrzyneczka. Doskonale pamiętała napięcie rysujące się na zmęczonej twarzy matki, gdy ta pewnego wieczora przywołała ją szeptem i wskazała stojący przy ławie kuferek. W środku znajdowało się puzderko. Ten z pozoru zwyczajny przedmiot natychmiast ją zauroczył. Matka zacisnęła jej dłonie na drewnianym wieczku i opowiedziała o Tollen. Mówiła, że szkatułka należy do niej i że w środku znajduje się coś wspaniałego. Coś, co odmienia życie. Prosiła, by córka otworzyła swój skarb i by pod żadnym pozorem nie rezygnowała z szansy, jaką otrzymała. A jak ona chciała postąpić? Tak, jakby słowa matki nie miały dla niej żadnego znaczenia… Otrząsnęła się z zamyślenia i spojrzała na Arana. Nadal przyciskał zwiniętą bluzę do obolałego stawu. Przemyte zadrapanie na szyi wyglądało całkiem niegroźnie. Ot, zwykła szrama. – Powiedz szczerze… o co pobiłeś się z Drakanem? Odwrócił wzrok, spojrzał na ścieżkę. – Byłem przekonany, że Drakan chce zagarnąć szkatułkę dla siebie. Chciałem mu ją odebrać. On pomyślał o mnie dokładnie to samo. No i skoczyliśmy sobie do gardeł – zerknął na dziewczynę i widząc jej napięcie, pospieszył z wyjaśnieniami. – Ale się myliłem. Gdyby twój… przyjaciel chciał zdobyć puzderko na własność, nie wróciłby tutaj. Wzmianka o półelfie sprawiła, że przez plecy Kelisy przebiegł zimny dreszcz. – Nie podoba mi się jego spojrzenie… zupełnie, jakby wzrok przesłaniała mu jakaś mgła. – Kelisa, on zabił człowieka. Może po raz pierwszy w życiu. To go musi dręczyć. Stąd ta zmiana. W głębi duszy przyznała mu rację. Pomyślała sobie, że gdyby ona zrobiła coś tak drastycznego, wyrzuty sumienia nie opuściłyby jej do późnej starości. Nagle ogarnęło ją ogromne współczucie. – On się naprawdę poświęcił… – szepnęła i zamilkła na moment. – A tobie zależy na tym, bym rozwiązała zagadkę szkatułki? Skubnął wystającą ze szwu spodni nitkę. – Mi chyba też. W każdym razie nie będę ci już sprawiał żadnych kłopotów. Dziewczyna wstała z trawy i podeszła do brzegu jeziora. Długo patrzyła na marszczoną wieczornym wiatrem taflę wody. Czy powinna odjechać z Południa tak, jak to sobie obiecywała? A może powinna dać losowi jeszcze jedną szansę? Miała zrezygnować, będąc niemal u celu? Miała zapomnieć o woli matki? Czy poświęcenie Arana i Drakana miało pójść na marne?
* * *
Kelisa weszła do chatki i zamknęła za sobą drzwi. Oparła się plecami o drewno, odetchnęła cicho i odgarnęła za ucho kosmyk włosów. Spojrzała przed siebie i zobaczyła siedzącego na stołku Drakana. Półelf wycierał powoli ostrze noża o brzeg koszuli. Tuż przy nim leżały rozpakowane, posegregowane zapasy, pod ścianą piętrzyły się ułożone w stertę rzeczy Arana. Dziewczyna uśmiechnęła się i podeszła do swojej ławy. – Widzę, że zająłeś się prowiantem. Dziękuję, nie miałam do tego głowy – strzepnęła pled i ułożyła go równo na desce. Skoro Drakan zabrał się za porządki, wypadało, by i ona zaprowadziła w pomieszczeniu względny ład. Ominęła towarzysza i poprawiła jego derkę. – Kupiłaś bardzo dobry chleb. – Wiem. Jednak nie powiem ci, ile za niego dałam, po pomyślałbyś, że straciłam rozum. – Ile? – w głosie Drakana kryła się tłumiona wesołość. Dziewczyna pokręciła przecząco głową, lecz gdy zerknęła na towarzysza i zobaczyła jego drgające kąciki ust, nie wytrzymała i roześmiała się na głos. Po chwili pokazała Drakanowi trzy wyprostowane palce. – Żartujesz? Trzeba się było targować! – Trudno się targować, gdy ma się towar w torbie. Półelf spuścił wzrok i aby tylko nie pokazać, jak bardzo rozbawiła go ta sytuacja, zapchał sobie usta jabłkiem. Kelisa obrzuciła go zadziornym spojrzeniem. – Widzę, że humor ci dopisuje, więc pewnie nic ci nie jest. Pożarł ogryzek i wyrzucił ogonek przez okno. Wstał ze stołka, podszedł do dziewczyny i zatrzymał się tuż przy niej. – Nic mi nie jest. Zarumieniła się pod wpływem intensywnego spojrzenia jego szmaragdowych oczu. Nie darowałaby sobie, gdyby temu mężczyźnie przytrafiło się coś złego. – Pytam, bo Aran wygląda, jakby miał starcie z watahą wilków. – Mnie ich kły nie drasnęły. – Rozmawiałam z nim. Obiecał, że już nie będzie sprawiał nam żadnych problemów. Półelf nie odpowiedział od razu. – Oby tym razem nie kłamał. Tak, oby nie kłamał… szczęście, że miała wsparcie w Drakanie. Spontanicznie przytuliła się do niego, przylgnęła policzkiem do jego piersi. Uśmiechnęła się, gdy silne ramiona zamknęły się wokół niej. Nagle poczuła się pewnie i bezpiecznie. Mogłaby tak trwać całą wieczność. – Wariat z ciebie – burknęła mu w koszulę. – Wiem – odparł. – Dla nikogo innego bym tak nie ryzykował. Czekała na jego dalsze słowa, lecz on milczał. Nie naciskał, nie namawiał jej do niczego. Dał jej wybór. Odzyskał szkatułkę i to było dla niego najważniejsze. To ona miała zdecydować, jak z nią postąpi. Czy rzuci ją w las, czy odda Aranowi, czy też zechce rozwiązać tę zagadkę. Podejrzewała, że uszanowałby każdy jej wybór, lecz zapewne byłby rozczarowany, gdyby nie podjęła spoczywającego na niej wyzwania. Odsunęła się o krok. Najwyższy czas, by zaczęła działać. – Daj mi trzos – szepnęła. Drakan sięgnął powoli w dół, uniósł koszulę i odwiązał rzemyk od pasa. Spojrzał na skórzany worek, podświadomie zacisnął na nim palce, lecz trwało to tylko ułamek sekundy. Kelisa odebrała swoją własność z pewnym wahaniem. Serce zabiło jej nieco szybciej, gdy dotknęła kanciastych kształtów. Zerknęła na Drakana. Stał tuż przed nią i lustrował wzrokiem każdy jej ruch. Kiedy wyczuł, że jest obserwowany, spojrzał w szare oczy dziewczyny i uśmiechnął się nieznacznie. Kelisa przełknęła ślinę i znów skupiła uwagę na szkatułce. Powoli, jakby z ociąganiem, rozwiązała rzemyk. Wsunęła dłoń do środka, wyjęła czerwone zawiniątko. Odsunęła na bok materiał. Miała przed sobą spadek po matce. Mimo wielu perypetii i ciężkich przejść, puzderko zdawało się być nienaruszone. Nadal połyskiwało złocistymi dekoracjami, napis „Tollen” na wieczku nie stracił nic ze swojej wyrazistości, a język Kal’leam wyglądał równie tajemniczo, jak przed rozpoczęciem wędrówki. Pociągnęła za wieczko. Tak jak przypuszczała, było zamknięte. Jednak musiała spróbować. – I na tym chyba zakończymy. Nie mam pojęcia, jak ją otworzyć. – Musi być jakiś sposób. Mogę? Kelisa nie dała po sobie poznać, jak niechętnie przekazuje Drakanowi swój skarb. Bała się, by znów nie odezwała się w nim nutka zła. A jednak postanowiła mu zaufać. Wierzyła w jego silną wolę. Gdyby wiedział, że dotknięcie szkatułki przekracza jego wytrzymałość, zapewne by o to nie poprosił. Z uwagą oglądał puzderko ze wszystkich stron, szukał jakiegoś mechanizmu blokującego zamknięcie, lecz nie znalazł niczego poza równym, rzeźbionym drewnem. Po chwili szarpnął za wieczko. Kelisa jęknęła w duchu. Czy mężczyźni zawsze muszą pokonywać trudności siłą? Gdy sięgnął po nóż i wcisnął ostrze w między drewno, postanowiła interweniować. Zbliżyła się o krok. – Aran już tego próbował. Półelf zignorował jej nieśmiałe protesty. Nacisnął tak mocno, że ostrze wygięło się niebezpiecznie. Na szczęście nie pękło. Po kolejnej nieudanej próbie odłożył nóż na stołek. – Te znaki… Żeby chociaż było wiadomo, co to w ogóle jest. Na elfie runy to mi nie wygląda – usiadł na ławie, oparł się plecami o ścianę i patrzył na szkatułkę. Jej dekoracje połyskiwały w promieniach zachodzącego słońca. Kelisa przycupnęła tuż obok niego. Ona także nie spuszczała wzroku z boku puzderka. – To Kal’leam – odezwała się cicho. Drakan odwrócił się w jej stronę. – Co takiego? – Kal’leam. Język stworzony wiele wieków temu przez centaury, elfy i ludzi. – Pierwszy raz słyszę o czymś takim. Przysunęła się nieco bliżej, podciągnęła nogi na ławę. Znała stosunek Drakana do centaura i dlatego postanowiła nie mówić mu, kto wyjaśnił jej zagadkę tego historycznego języka. On jednak o to nie zapytał. Zapatrzyła się w inskrypcję. Pozłacane, pochyłe znaki do złudzenia przypominały symbole widniejące na pergaminie, który wyjęła spod kamienia na rozświetlonej magicznym blaskiem polance i który bezmyślnie oddała Allenie. Jednak nie żałowała tego podarunku. Wówczas nie miała zamiaru wgłębiać się w tajemnicę szkatułki, a dziewczyna z Zachodu ucieszyła się z podarunku jak małe dziecko. Ona była naprawdę zafascynowana przeszłością i zasłużyła na tę karteczkę. – Trzej bracia… To musi mieć jakiś związek – mruczała pod nosem, nieświadoma tego, że wyraża na głos swoje myśli. Drgnęła, gdy Drakan opuścił puzderko na nogi. Uniosła głowę i natrafiła na jego uważne spojrzenie. – Trzej bracia? Więc jednak umiesz to odczytać? – Nie – odparła. – Ale… Wyczuł jej wahanie. Usadowił się wygodniej, przysunął twarz do jej twarzy. – Ale? – zapytał ciepłym, zachęcającym do zwierzeń głosem. Kelisa odetchnęła cicho. Znów wbiła wzrok w leżącą na jego udzie szkatułkę. Nie chciała przed nim niczego ukrywać. Opowiedziała mu wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Wspomniała o nocnych podchodach pod twierdzę Tollen, o znikającym w wyrwie muru Aranie, o swoim strachu i niepewności, o nocnym sokole, o pulsującym między drzewami blasku, o tym, jak ruszyła w las, by odnaleźć źródło tego intensywnego światła, o polanie i stojącym na jej środku kamieniu, o roztaczającej się w tym miejscu cudownej atmosferze, o pergaminie, a także o Allenie i jej umiejętności odczytania dwóch spośród czterech słów Kal’leam. Drakan wysłuchał jej z uwagą. Nie przerywał. Dopiero gdy skończyła, poprosił, by pokazała mu tę kartkę. Kiwnęła przecząco głową. – Nie mam jej. Oddałam Allenie. Byłam przekonana, że dziś wieczorem odejdziemy z Południa. Półelf obrócił szkatułkę w dłoni. – Pamiętasz, jak wyglądał ten napis? Może znajduje się i tutaj? Dziewczyna wyjęła puzderko z jego ręki i zaczęła przyglądać się poszczególnym słowom. Zwróciła uwagę, że każdy z boków pokryty był całkiem innymi inskrypcjami. Tu nic się nie powtarzało, sprawiało wrażenie przemyślnie ułożonych zdań. Zdań, których ona za nic nie mogła rozszyfrować. Każdy wyraz wyglądał dla niej obco, a jednocześnie bardzo znajomo. Zapewne zbyt dużo czasu poświęciła na analizowanie tego tekstu. Przecież próbowała go odczytać jeszcze na rodzinnej Północy. – Nie wiem – opuściła ręce, zawiedziona. Drakan pogładził ją po policzku. – Nie martw się. Jakoś to odczytamy. Kelisa przytaknęła, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że Drakan stara się ją jedynie pocieszyć. Oboje nie mieli pojęcia, co powinni dalej robić. Nie umieli otworzyć puzderka, nie znali języka Kal’leam. Szkatułka nie chciała zdradzić im swojego sekretu. Zamyślona, jak przez mgłę usłyszała głos Drakana. Spojrzała na wstającego półelfa. – Trzej bracia… to może znaczyć dosłownie wszystko. – Dokładnie. Może to jakaś wskazówka, a może nic ważnego – westchnęła ciężko i spontanicznie wyciągnęła szkatułkę w jego stronę. Nie wziął przedmiotu. – To twoja własność, nie moja. Schowaj ją – odparł, po czym odwrócił się i zerknął przez okno na przywiane z zachodu błękitno–pomarańczowe chmury. Po chwili kucnął przy palenisku i zabrał się za rozniecanie ognia. Dziewczyna owinęła szkatułkę materiałem. – Trzos zostaw – odezwał się Drakan. Zdziwiona, bez protestu położyła skórzany worek na pledzie. Półelf ostatni raz rozgarnął patykiem grubą warstwę popiołu i podszedł do ławy. Przywiązał rzemyk do pasa i uśmiechnął się do Kelisy.
* * *
Stado przestraszonych nocnym hałasem ptaków poderwało się do lotu, krzycząc donośnie. Niczym czarne duchy zatrzepotały skrzydłami na tle ciemnogranatowego nieba i zniknęły za koronami drzew. I znów zapanował spokój. Jedynie liście szumiały cicho na wietrze, gałęzie ocierały się o siebie, a woda chlupotała miarowo o piaszczysty brzeg. Siedzący pod brzozą Aran ocknął się i przetarł twarz dłonią. Przejmujący chłód sprawił, że jego nagie do pasa ciało pokryło się gęsią skórką. Mruknął coś pod nosem i powoli wstał z trawy. Żałował, że dał się pokonać zmęczeniu i zapadł w drzemkę, która dość szybko zmieniła się w głęboki sen. Teraz czuł się po prostu podle. Bolał go nadwyrężony bark, mięśnie pleców odmawiały posłuszeństwa, było mu zimno, do tego coś nieprzyjemnego działo się z jego gardłem. Przełknął ślinę i skrzywił się, czując w przełyku ostre kłucie. Wyprostował się, założył koszulę, skrzyżował ramiona na piersi i ruszył apatycznie w górę ścieżki. Miał nadzieję, że Kelisa i Drakan już dawno wyjaśnili sobie sprawę szkatułki. Dał im na to wystarczająco dużo czasu. Nie interesowało go, co ta dwójka postanowiła. On marzył w tej chwili jedynie o ciepłym pledzie i śnie. Zbliżył się do chatki. Nie przejął się cichym parsknięciem stojącego pod dębem kasztanka i pchnął drzwi. Wsunął się do spowitej mrokiem izby. Namacał haczyk, zablokował wejście i odwrócił się twarzą do pomieszczenia. Pod przeciwległą ścianą słyszał równy oddech Drakana. Najciszej, jak tylko mógł, przesunął się w lewo, ku ławie Kelisy. Pochylił się nieco, szukając na oślep derki, gdy nagle uderzył udem w róg deski. Zacisnął zęby i aby tylko nie stracić równowagi, wsparł rękę na czymś miękkim. Usłyszał stłumione stęknięcie. Zaklął pod nosem, gdy uzmysłowił sobie, że wbija dłoń w brzuch dziewczyny. Cofnął się. – Przepraszam. Kelisa przekręciła się na bok. Czuł na sobie jej wzrok. – Dopiero wróciłeś z lasu? – zapytała sennie. – Tak. Wiesz, gdzie jest mój pled? Usiadła na ławie, odgarnęła opadające na twarz włosy i sięgnęła do nóg posłania. Znalazła szorstką derkę i szturchnęła nią Arana. – Dzięki. Po chwili umościł się na klepisku, skulił pod przykryciem i odetchnął głęboko. Usłyszał, że i dziewczyna układa się ponownie do snu. Zamknął oczy. – Jutro spróbujemy otworzyć szkatułkę – dotarł do niego jej szept. Burknął niemrawo coś, co miało być potwierdzeniem, że przyjął ten fakt do wiadomości. Nie minęła minuta, a już otaczający go świat zniknął w wyimaginowanej rzeczywistości. Pogrążał się w coraz głębszych pokładach snu. Nie dochodziły do niego żadne odgłosy, mrok nocy zastępowało przybierające na sile światło. Wszechobecny blask napełniał go pozytywnymi wibracjami, a on, oderwany od własnego ciała, unosił się w powietrzu. To było cudowne. Gdyby tylko mógł, nie chciałby nigdy wyrwać się z tego błogiego stanu. Po pewnym czasie sen zmienił swój charakter, stał się bardziej zwykły. Zza oślepiającej jasności wyłoniła się piękna, porośnięta świeżą trawą dróżka. Prowadziła w głąb lasu i wprost zachęcała go do wędrówki. Poddał się temu pragnieniu i ruszył zdecydowanym krokiem w stronę boru. Przeczuwał, że między drzewami czeka na niego coś wspaniałego. Uśmiechnął się do siebie i zaczął biec. Niemal frunął nad ziemią, a ścieżka umykała spod jego stóp w zawrotnym tempie. Gdy przekroczył granicę lasu, znalazł się w mroku, lecz trwało to tylko ułamek sekundy. Ominął najbliższy pień i uderzył go w oczy pulsujący blask. Tak mocny, że aż zacisnął powieki. Kiedy znów spojrzał przed siebie, zobaczył, że stoi na środku przepięknej polany, otoczonej przez krąg potężnych, wiekowych dębów. Podszedł do jednego z drzew i dotknął szorstkiego pnia. Przeszył go dreszcz radości, przemieszany z bólem i cierpieniem. Ta roślina i to miejsce były wprost przesiąknięte emocjami. Odwrócił się twarzą do centrum polanki i dopiero teraz zauważył, że wśród wysokiej trawy stoi duży głaz. Równy, o ociosanym, wklęsłym szczycie, jakby przygotowany do przeprowadzenia jakiegoś tajemniczego rytuału. Nagle na kamieniu, niczym stworzona z mgły, pojawiła się szkatułka. Jaśniała wspaniałym blaskiem. Kusiła, by po nią sięgnąć, by poznać jej sekrety. Aran zbliżył się do głazu i spojrzał z góry na puzderko. Od przedmiotu biła potężna, łatwo wyczuwalna energia. Wyciągnął przed siebie dłoń i musnął drewniany bok. Pod wpływem jego dotyku wieczko wydało z siebie ledwie dosłyszalny trzask. Zamek został zwolniony. Zafascynowany szkatułką Aran nie dostrzegał ruchu między otaczającymi go dębami. Dopiero po chwili, gdy potrącone gałęzie zaszeleściły liśćmi, uniósł głowę i zapatrzył się przed siebie. Niemal natychmiast zobaczył stojącego przy jednym z drzew chłopaka. Nawet dzieląca ich odległość nie była w stanie ukryć przykrych szczegółów w wyglądzie przybysza. Jego jasne ubranie pokrywały bure plamy, podwinięte rękawy koszuli odsłaniały rany na przedramionach, zielone oczy były opuchnięte, z lewego kącika ust sączyła się krew. Obcy sprawiał wrażenie okropnie zmęczonego. Patrzył w dal beznamiętnym wzrokiem. Aran poczuł, że wzruszenie pozbawia go tchu. To był jego przyjaciel, Fael. Ruszył ku elfowi, lecz on zachował się jak zaszczute zwierzę. Cofnął się za drzewo i poprosił wzrokiem, by zostawiono go w spokoju. Aran nie chciał psuć tego bolesnego, a jednocześnie cudownego spotkania. Rozsądek nakazywał mu zostać w miejscu, chociaż serce wyrywało się do chłopaka. Przełknął ślinę i krótkim skinieniem uświadomił mu, że szanuje jego wolę. Młody elf uśmiechnął się smutno, spojrzał na szkatułkę i niemal w tym samym momencie w powietrzu rozległ się sugestywny głos „Otwórz ją.” Aran nie wahał się ani chwili. Chciał spełnić prośbę przyjaciela. Chwycił za wieczko. Pociągnął w górę. Wyczuwał spory opór, lecz puzderko powoli ujawniało mu swoją zawartość. Już widać było wyłożone jedwabnym materiałem wnętrze skrzyneczki… Uniósł głowę i spojrzał na Faela. Chłopak podszedł bliżej i wpatrywał się w niepozorną rzecz. Na jego twarzy malowało się uniesienie i wyczekiwanie. Każdy poznany fragment tajemnicy szkatułki wywoływał w nim ogromne zmiany. Jakby nie wierząc w to, co się dzieje, spojrzał w dół, na swoje ręce. Jego rany bladły, cieknąca z ust strużka krwi wyschła, ubranie pojaśniało. Aran widział, że każdy jego ruch pomaga elfowi, leczy go, przywraca mu radość. Nie wiedział, co działo się z duszą przyjaciela po śmierci, jednak był pewien, że nie były to dobre rzeczy. Okazało się, że szkatułka mogła odegnać od niego ślady złych przejść. Zdecydowany, pokonał ostatni opór. Otworzył puzderko na oścież. Fael wyprostował się i uśmiechnął z satysfakcją, a jego ciało zapulsowało jasnym światłem. Gdy blask przygasł, Aran patrzył na całkowicie uzdrowionego przyjaciela. Takiego, jakiego pamiętał z wielomiesięcznych włóczęg. Szmaragdowe, nieco skośne oczy lśniły humorem, postawne ciało promieniowało siłą. Zniknęły wszelkie ślady pobicia i cierpienia. Aran chciał coś powiedzieć, lecz nie mógł wydobyć z siebie głosu. Uśmiechnął się szeroko, gdy w jego umyśle rozległy się słowa przyjaciela. On mu dziękował za pomoc, za wyrwanie go z nieustających męk. Nagle Fael spoważniał. W jego wzroku pojawiło się niedowierzanie, a potem strach. Patrzył na coś za plecami Arana. I on odwrócił się za siebie. Zobaczył, jak stojąca na…