przygoda · 59 min czytania
Szkatułka z Tollen - część X
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Część X
Kelisa wyszła spod cienia dębów i zbliżała się zdecydowanym krokiem do czekających przy głazie Arana i Drakana. Serce łomotało jej w piersi niczym szalone. Jeśli tylko jej rozumowanie było słuszne i dobrze dopasowała do siebie każdy element zadania, za chwilę będzie trzymała w dłoni zawartość puzderka. „Połącz krew trzech braci”. Przekonała się, że to była tylko pozornie zawiła i trudna łamigłówka. Wystarczyło pomyśleć o Południu, Tollen i przeszłości tego miasta, by zrozumieć, że nie chodziło o braci zrodzonych z jednej kobiety i jednego mężczyzny. Podejrzewała, że słowo „bracia” użyto w znaczeniu symbolicznym. A dzięki temu stało się oczywiste, jakie zadanie spoczywało na centaurze, Aranie i Drakanie. Zatrzymała się przy kamieniu i dotknęła lśniącej w słońcu, bladoczerwonej wilgoci. A więc to nie będzie pierwszy raz… – Kelisa, wszystko w porządku? Ocknęła się z zadumy i zerknęła na Drakana. Sprawiał wrażenie zaniepokojonego. – Tak – uśmiechnęła się. – Wiesz, co zostało napisane na pergaminie? Skinęła głową i odwróciła się w stronę nadchodzącego centaura. On, o ile to możliwe, wyglądał na zadowolonego, wręcz dumnego z jej domyślności. Drakan odczekał chwilę, po czym zacisnął zęby i odgarnął z czoła kosmyk włosów. Miał nadzieję, że otrzyma jakieś wyjaśnienie, że Kelisa podzieli się z nim swoimi spostrzeżeniami, lecz ona zachowywała się tak, jakby na polance nie liczył się dla niej nikt poza młodym przybyszem. Między tą dwójką nawiązała się silna nić porozumienia. Odkryli coś, z czego on i Aran zostali całkowicie wyłączeni. Ważny był tylko centaur, bo to on okazał się najbardziej pomocny. Miał dość tych wszystkich niedomówień. – Chcesz otworzyć szkatułkę teraz, czy czekamy do wieczora? – Teraz – odparła zdecydowanie. – Powiedz, co mamy robić. Kelisa wyczuła w głosie Drakana ton irytacji. Natychmiast pojęła, jak nieodpowiednio się zachowała. On i Aran zasługiwali na wyjaśnienia. Była im to winna. Uśmiechnęła się i skinęła głową na stojącego w pobliżu chłopaka. Gdy podszedł o krok i oparł się o głaz, sięgnęła po szkatułkę. Obróciła ją w dłoni, wbiła wzrok w napis Kal’leam. – Na pergaminie napisano, by połączyć krew trzech braci. A więc rozwiązanie zagadki wiąże się z jakimś rytuałem. Ten kamień idealnie się do tego nadaje, poza tym na trop naprowadziła mnie ta odrobina krwi w zagłębieniu – spojrzała im w oczy. – Ktoś już kiedyś robił to samo co my, rozumiecie? Aran zmarszczył brwi. Zastanawiał się przez moment nad jej słowami, po czym mruknął cicho. – Czekaj… to znaczy, że w szkatułce nic nie ma? – Dlaczego miałoby nie być? – zdziwiła się. – Przecież sama powiedziałaś, że już kiedyś ktoś odprawiał ten rytuał. Czyli szkatułka została otwarta. I pewnie zabrano z niej to, co było ukryte. O tym nie pomyślała. Spojrzała niespokojnie na centaura. Czyżby rzeczywiście przybyli tu za późno? On nie odezwał się ani słowem. Było tak, jak powiedział – teraz ona miała o wszystkim decydować. Odetchnęła głęboko. – Przekonamy się o tym, gdy otworzymy puzderko – odparła niepewnie. – A jak mamy to zrobić? Zacisnęła palce na trzonku noża. – Musicie zmieszać na szczycie głazu swoją krew. W końcu to wypowiedziała. I tak, jak się spodziewała, to krótkie stwierdzenie wprawiło Drakana i Arana w kompletne osłupienie. Wpatrywali się w nią z niedowierzaniem, starali się pojąć, co ona ma na myśli. Nagle Aran założył buntowniczym gestem ramiona na piersi. – Przecież wspomniałaś coś o zmieszaniu krwi trzech braci. To znaczy czyjej? Mojej, Drakana i… – skinął głową w stronę centaura – …tego tam? Przecież my nie jesteśmy braćmi! Kelisa już otworzyła usta, chcąc mu wszystko wyjaśnić, lecz uprzedził ją Drakan. – W pewnym sensie jesteśmy – zaczął wolno. – Wystarczy pamiętać, że szkatułka i Kal’leam wiążą się z odległą przeszłością. Kiedyś inaczej patrzono na kwestię braterstwa. Poza tym znajdujemy się przecież na terenie Południa. A więc on także to pojął. Doszedł do tego samego wniosku, co ona. Uśmiechnęła się z ulgą. Więc nie wmówiła sobie jakiejś wymyślonej bajeczki. Aran zapatrzył się na półelfa, po czym przeniósł wzrok na Kelisę. Nagle prychnął z irytacją. – Chyba to słońce działa na mnie gorzej, niż myślałem. Nic z tego nie rozumiem! Jakim sposobem możemy być spokrewnieni? To śmieszne! Kelisa nie odpowiedziała mu na tę pretensję. Odstawiła ostrożnie szkatułkę na głaz. Rozciągające się pod puzderkiem wgłębienie było gotowe na przyjęcie krwi trzech związanych ze sobą od wieków istot. Chłopak obserwował dziewczynę bez słowa. Czekał na jakiekolwiek wyjaśnienie, lecz gdy zorientował się, że nikt się do tego nie kwapi, potarł czoło i westchnął z rezygnacją. – Skoro jesteście tego tacy pewni, zróbmy, co trzeba i miejmy to już za sobą – zdobył się na słaby uśmiech. – To co, mam się rozłożyć na kamieniu, żebyś mogła poderżnąć mi gardło? Kelisa roześmiała się, lecz w jej śmiechu czaiło się napięcie. Miała nadzieję, że tak drastyczne metody nie będą konieczne i wystarczy lekkie nacięcie. Tylko takie, aby do zagłębienia spłynęło kilka kropel krwi. Jeśli to nie zadziała, zapomni o całej sprawie. Nie poświęci życia któregokolwiek z nich dla poznania tajemnicy szkatułki. Wciągnęła powietrze do płuc i powoli zbliżyła się do Arana. Spojrzała w połyskujące gorączką oczy. On także patrzył na nią z uwagą. Podniosłość chwili paraliżowała oboje. Ujęła jego rękę i przyłożyła zimne ostrze noża do wnętrza dłoni. Wahała się przez moment, po czym przycisnęła stal do skóry i nacięła zdecydowanie. Poczuła, że chłopak drgnął z bólu, lecz nie wyszarpnął ręki. Zacisnął palce wokół rany i czekał na dalsze polecenia. Odwróciła się ku Drakanowi. On sam wyciągnął dłoń w jej stronę. Nawet nie mrugnął, gdy ostrze zagłębiło się w jego ciało. Pojedyncza karmazynowa kropla błysnęła w słońcu i upadła na trawę. Jako ostatni woli dziewczyny poddał się centaur. Kelisa przełknęła ślinę. Było po wszystkim. – Dobrze… mam nadzieję, że nie pokaleczyłam was na darmo. – Też mam taką nadzieję – Aran rozprostował palce i wpatrywał się w wypełniającą zagłębienie dłoni, czerwoną plamę. Po chwili, za przykładem Drakana i centaura, podsunął rękę nad głaz i czekał, aż parę kropel skapnie na szczyt kamienia. Kelisa stała tuż obok, obserwowała pełne skupienia twarze towarzyszy i mięła niespokojnie brzeg koszuli. Nie wiedziała, czy to, co właśnie robią, ma jakikolwiek sens. Wydawało się zbyt dziwne… A jeśli nawet postępowali słusznie, do czego to doprowadzi? Szkatułka musiała kryć w sobie coś bardzo ważnego, skoro wymagała tak wielu poświęceń od przedstawicieli trzech ras. Zranienie nożem to zaledwie niewinny epizod wśród niebezpiecznej podróży, mnóstwa kłopotów, zmartwień i wykańczających psychikę tajemniczych podszeptów. Gdy tylko pierwsza strużka krwi spłynęła w dół kamienia, przez polankę przetoczył się mocny poryw wiatru. Dęby zaszeleściły liśćmi, trawa ugięła się, lecz nagle wszystko ustało. Słońce nadal górowało nad polaną i zsyłało z nieba swoje bezlitosne, gorące promienie, duszne powietrze nie dawało wytchnienia. Kelisa odgarnęła z policzka kosmyk włosów i nie spuszczała wzroku z towarzyszy. Stali w bezruchu, z dłońmi niemal dotykającymi głazu i przyglądali się ściekającym kroplom. W zagłębieniu pod szkatułką powstawało malutkie, czerwone oczko. Nagle Drakan spojrzał na błękit i zmarszczył brwi. Kelisa natychmiast zwróciła uwagę na jego zachowanie. – Co się stało? – Niczego nie wyczuwasz? Uniosła wzrok. Co takiego miała wyczuć? Słońce nadal prażyło ją w twarz, wszechobecne szepty i emocje związane z przeszłością nie nasiliły się. Wciąż zdawały się krążyć pomiędzy drzewami, niczym nieodzowny element tego magicznego miejsca. Nie, nie wyczuwała niczego nowego. Po chwili także Aran odsunął się o krok od głazu i wbił wzrok w jakiś bliżej nieokreślony punkt ponad koronami dębów. To sprawiło, że Kelisę ogarnęło rozgoryczenie. Najpierw Drakan, teraz on? Nawet rozgorączkowany, chory chłopak był bardziej spostrzegawczy i wyczulony na zmiany od niej? Niedoczekanie! Skupiła się z całych sił. Zignorowała pulsujące emocje i szepty. Coś nowego… Zmrużyła oczy. Nic. Kompletnie nic. Gdy już chciała zrezygnować i po prostu zapytać któregoś z nich, co takiego interesującego znajduje się na niebie, usłyszała nadchodzący z dali cichy pomruk. Słońce zasnuło się lekką mgłą, od strony Tollen napłynęły leniwie ciężkie, nisko wiszące, gęste chmury. Kelisie opadły ramiona. – Burza? – zapytała rozczarowana. – Chodziło wam o burzę? Drakan odsunął się od kamienia i otarł zranioną dłoń o spodnie. Nadal nie spuszczał wzroku z ponurych obłoków. – Żadna burza nie zaczyna się tak niespodziewanie. Zresztą zwróć uwagę na wiatr. Wieje ze wschodu, a chmury nadciągają z przeciwnej strony, od Tollen. Twoim zdaniem to normalne? Jakby na potwierdzenie jego słów, w ułamku sekundy zrobiło się ciemno jak o zmierzchu i gwałtowny powiew wiatru smagnął ich z zatrważającą mocą. Przestraszona Kelisa cofnęła się o parę kroków i zderzyła z Aranem. Zapewne by upadła, gdyby nie przytrzymał jej silnie za ramiona. Poczuła na policzku jego urywany oddech. – Patrz na głaz… Posłuchała go. Zasnuta szarówką łąka szumiała w rytm porywów bryzy, niebo wydawało z siebie groźne pomruki, a wśród uginającej się ku ziemi trawy lśnił kamień. Pulsował, jakby wewnątrz niego rozpalał się ogień. Z początku nieśmiały, jakby niepewny swojej mocy, z każdą sekundą rozświetlał okolicę coraz piękniejszym blaskiem. Nagle przygasł, by po chwili wystrzelić w mrok zielonkawą kulę. Polankę wypełnił głośny, sugestywny, kobiecy głos. Zmieniał się, przybierał różne tony i chociaż słowa były całkowicie niezrozumiałe, łatwo wyczuwało się w nim zdecydowanie i ogromną pewność siebie. To było coś cudownego. Kelisa momentalnie zapomniała o strachu, uśmiechnęła się i tylko siłą woli oderwała wzrok od unoszącej się w powietrzu kuli światła. Zauroczona, zerknęła na stojących tuż obok towarzyszy. Chciała wiedzieć, że i im podoba się to, co widzą. Centaur obserwował to niezwykłe zjawisko ze stoickim spokojem, lecz Aran i Drakan… Serce przyspieszyło jej w piesi, gdy zobaczyła przerażenie malujące się na twarzy chłopaka i stężałe w napięciu rysy półelfa. Szarpnęła za rękaw stojącego tuż obok Arana. Nawet nie zauważyła, że zielonkawa kula zniknęła, zastąpiona przez nowy, tym razem brązowawy blask. – Co ci jest? – odezwała się głośno, chcąc zagłuszyć hałas wiatru i wypowiadanych przez kobietę słów. Przełknął ślinę. – Ten głos… to on mnie zwodził i kazał ci odebrać szkatułkę. Kelisę przestraszyło to wyznanie. – Znów namawia cię do czegoś złego? – Nie wiem – zacisnął powieki i pochylił głowę na piersi. – Staram się w niego nie wsłuchiwać. Nie, w ten sposób niczego nie osiągną. Strach nie może ich paraliżować. Nie teraz. Najwyższy czas pokonać przekleństwo szkatułki. – Może powinieneś – rzuciła prowokująco. – Nie! – Aran! – złapała go za brodę. Zapatrzyła się w jego smagłą, pokrytą kropelkami potu, twarz. – Otwórz oczy, słyszysz? Spójrz na mnie! Chłopak walczył z własnym lękiem, kiwnął przecząco głową. – Proszę cię! Wzbraniał się jeszcze przez chwilę, po czym odetchnął urywanie i powoli uniósł powieki. – Jesteś głupia – mruknął. – Chcesz, żeby to całe wariactwo zaczęło się od nowa? Bo ja nie. Potrząsnęła nim mocno. Musiała go jakoś zmotywować, odgonić od niego wyrzuty sumienia. Czuła, że ten głos nie nakaże mu znowu ukraść szkatułki. To by nie miało sensu. – Nic się nie zacznie. Aran, ty niepotrzebnie rozpamiętujesz to, co było. Zapomnij o tym! Zachowywałeś się głupio, ale to już minęło. Poza tym sam mi powiedziałeś, że te wizje to było tylko sprawdzanie twojej lojalności. Już jest po wszystkim, jesteśmy na polanie i wypełniamy nasze zadanie. Poza tym od rana chodzisz obok szkatułki, bezustannie ją widzisz. I co, chcesz mi ją zabrać? – Nie, ale dopiero teraz… – Dobrze, słyszysz ten głos. To coś zmienia? Chłopak powoli się uspokajał. Spojrzał na stojące na głazie, rozświetlone poblaskiem puzderko. Dość długo milczał. – Nie – szepnął w końcu, jakby zdziwiony tym odkryciem. – No widzisz. To przeszłość, ten głos nie ma już na ciebie wpływu – uśmiechnęła się do niego i ruszyła w stronę Drakana. Półelf najwyraźniej poradził sobie z przykrymi wspomnieniami znacznie lepiej niż Aran. Stał poważny, skupiony, lecz gdy tylko dostrzegł nadchodzącą dziewczynę, w jego oczach pojawiła się iskierka czułości. Kelisa zatrzymała się przy jego boku. Wraz z nim przypatrywała się znikającej między drzewami, lśniącej kuli. Gdy światło rozpłynęło się, głaz stracił swoją wyjątkową barwę. Wszystko wróciło do normy, tylko niebo wciąż spowite było ciężkimi chmurami. Delikatny wietrzyk rozrzedził nieco duszne powietrze, musnął ochłodą twarze czwórki przybyszów. Dziewczyna odetchnęła głęboko. – To wszystko? Szkatułka jest otwarta? – Sprawdź. Wbiła wzrok w puzderko, zebrała się w sobie i zrobiła pierwszy krok. Potem kolejny. Nagle zamarła. Złociste dekoracje na jej skarbie zamigotały łagodnie, rzeźbienia Kal’leam rozbłysły jasnym, przyjemnym światłem. Zagadkowe pismo zdawało się ją przywoływać, skupiało na sobie całą uwagę, żarzyło się niczym najprawdziwszy ogień. Zauroczona, dostrzegła kątem oka, że Drakan, Aran i centaur omijają ją i pochodzą bliżej do głazu. Byli opanowani i niezwykle skoncentrowani na szkatułce. Po chwili dotarły do niej ich ciche, stłumione głosy. Mówili coś, czego nie mogła pojąć… Potrząsnęła głową, jakby usiłowała uwolnić się spod rzuconego na nią czaru. Zerknęła na towarzyszy, wyostrzyła zmysły, chcąc pojąć wymawiane przez nich słowa. To, co usłyszała, sprawiło, że przez plecy przebiegł jej dreszcz. Odzywali się płynnie, spokojnie i równo, jakby recytowali jeden tekst. Lecz każdy z nich posługiwał się odmiennym i całkiem nieznanym jej językiem. Jedynie w tym, co wypowiadał Aran, wyłapała kilka znajomych słów. Zaczęła pojmować, co się dzieje. Trzej wybrani do wypełnienia zadania, trzej bracia, posługiwali się językami swoich własnych ras. Używali mów, którymi ich przodkowie posługiwali się wiele stuleci temu i które już dawno odeszły w zapomnienie, zastąpione przez Kal’leam. To magiczne miejsce obudziło zakodowaną w ich krwi przeszłość. Wciąż wsłuchana w ich głosy, zapatrzyła się w lśniące słowa Kal’leam. Im dłużej się im przyglądała, tym bardziej traciła kontakt z rzeczywistością. Zapewne tak właśnie czuli się Aran, Drakan i centaur, pomyślała ostatkiem zdrowego rozsądku. W końcu ogarnęła ją ciemność, przed oczyma pulsowały jedynie poszczególne ryciny. I w niej się coś ocknęło. Coś, z istnienia czego nawet nie zdawała sobie sprawy. Z jej ust wydobył się nieśmiały szept.
{i}Al neo, al vallia, al farin...{/i}
Zamilkła, serce załomotało jej w piersi niczym szalone. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Spodziewała się, że słowa jej i Arana zleją się w jedno, przecież oboje powinni posługiwać się dawną ludzką mową. A jednak ich wypowiedzi różniły się pod każdym względem. Chłopak wypowiadał twarde, mocne sylaby, ona dźwięczne, melodyjne… Dlaczego? Jedyne możliwe wyjaśnienie ją oszołomiło. Przecież w tej właśnie chwili posługiwała się językiem Kal’leam! To krótkie roztargnienie sprawiło, że litery pokrywające boki szkatułki przygasły, zamarły w bezruchu, znów stały się nic nieznaczącymi symbolami. Nie mogła do tego dopuścić! Skupiła się z całych sił i już po chwili odczytała kolejne zdanie. Kal’eam był dla niej całkiem zrozumiały, podświadomie pojmowała, co oznaczają poszczególne wyrazy i tłumaczyła je sobie na codzienną mowę. Tekst na puzderku układał się w wyjątkową przepowiednię…
{i}Równe gwiazdy, równe losy, równe życia, W miejscu Kal’leam połączone. Jedno pokolenie na wieki zgasiło blask, Zapanowała ciemność i nienawiść. Nadejdzie koniec i początek, Gdy trzej bracia zmieszają swą krew, A pośród nich kroczyć będzie Nadzieja.{/i}
Gdy tylko z ust dziewczyny wydobyło się ostatnie słowo, szkatułka wydała z siebie cichy trzask. Żarzące się ryciny zgasły, znów były tylko zwykłymi rzeźbieniami w drewnie. Oszołomiona Kelisa osunęła się na kolana, wbiła wzrok w szumiącą trawę. Przez jej głowę bezustannie przetaczało się jedno zdanie:
Część 22 / 2
{i}A pośród nich kroczyć będzie Nadzieja.
I faball dim samon gana Kelisa.{/i}
Jęknęła w duchu. Kelisa… Nigdy dotąd nie spotkała innej dziewczyny, która nosiłaby to imię. Tyle razy zastanawiała się, co ono oznacza… pytała matki i mieszkańców wioski, lecz nikt nie umiał jej na to odpowiedzieć. Czuła, że coś traci. Bywały chwile, gdy zazdrościła swoim rówieśnikom zwykłych, pospolitych, nawet śmiesznych i brzydkich mian. Bo przynajmniej znali ich znaczenie. A to w jakiś sposób wpływało na ich osobowość lub dominującą cechę charakteru. Także Aran i Drakan wiedzieli, co oznaczają ich imiona. „Blask” i „Zwykły”. Oba określenia pasowały do nich jak ulał. Aran był żywiołowy, pełen energii i wiecznie radosny, lubił dominować. Półelf, mimo całej swej wyjątkowości i charyzmy, nie wywyższał się i nie chciał, by uważano go za kogoś nadzwyczajnego. Niespodziewanie i ona wyjaśniła liczącą niemal osiemnaście lat, nurtującą ją zagadkę. Nazwano ją z Kal’leam „Nadzieja”. Pięknie, lecz dlaczego jej imię znalazło się w przepowiedni? Czy to ona była „Nadzieją”, która pojawiła się w towarzystwie trzech braci? To przypadek, czy raczej zrządzenie losu? Nie, to niemożliwe, tekst nie mógł dotyczyć właśnie jej. Zacisnęła powieki. Wiedziała, że sama się oszukuje.
* * *
Nie miała pojęcia, jak długo siedziała na trawie i zamyślona, wpatrywała się w potrącane wiatrem źdźbła. Ocknęła się dopiero wtedy, gdy ktoś dotknął jej ramienia. Uniosła głowę i spojrzała Drakanowi w oczy. Pomógł jej wstać, przytulił. – Już po wszystkim. Słyszałem, że zamek w szkatułce puścił. Możesz sprawdzić, co jest w środku – szepnął jej do ucha. To dopiero początek czegoś, czego nie rozumiem i z czego wy chyba jesteście wyłączeni, pomyślała. Otoczyła półelfa ramionami, na moment przycisnęła czoło do jego piersi. Nie chciała pokazać, jak bardzo była roztrzęsiona. Przełknęła ślinę, przywołała na usta wymuszony uśmiech i odsunęła się od niego. Wyłaniające się zza chmur słońce rozświetliło jej twarz. – Aran… Chłopak spojrzał na nią pytająco. – Nadal obstawiasz, że w środku znajduje się bogactwo? Zaśmiał się. – Jasne. Po tym wszystkim, co przeszliśmy, to musi być coś wspaniałego i drogocennego – nagle spoważniał i potargał dłonią włosy. – Nie chciałbym znów tego przeżyć. Czułem się tak, jakby ktoś rzucił na mnie jakiś czar… Teraz nawet nie wiem, czy to, co gadałem, miało jakikolwiek sens. Kelisa nie odpowiedziała. Podeszła do głazu i powoli wyciągnęła rękę w stronę szkatułki. Dostrzegła kątem oka, że centaur stoi w pobliżu i wpatruje się w nią z uwagą. Spuściła wzrok. On zapewne wiedział, że to jeszcze nie koniec. I że nie będzie mogła tak zwyczajnie wyjąć zawartości puzderka. Nagle zmarszczyła brwi i uniosła głowę. Czego ona się boi? Dość niepewności, niech się dzieje, co chce! Dotknęła wieczka szkatułki. Zacisnęła na nim palce i pociągnęła w górę. Skrzyneczka otworzyła się bezgłośnie, promienie wpadły do wnętrza i rozjaśniły surowe, gładkie dno. Kelisa nie odrywała spojrzenia od pustego wnętrza. – Niczego tu nie ma… – odezwała się po chwili. Drakan zbliżył się do niej i także zajrzał do środka. Rozumiał, jak wielkie nadzieje pokładała Kelisa w tym skarbie, ile dla niej znaczył i jak bardzo się dla niego poświęciła. Musiała być bardzo rozczarowana. Współczuł jej. – Przynajmniej spróbowałaś – przygarnął ją do siebie. – Więc było tak, jak mówiłem – Aran przysiadł na trawie i wysączył z bukłaku ostatnie krople wody. – Wszystko wyjaśnia ta stara krew. Ktoś nas ubiegł, odprawił ten cały rytuał i zabrał skarb dla siebie. Jestem tylko ciekawy, co to było. I dlaczego matka przekazała ci pusty przedmiot. Drakan odwrócił głowę w stronę chłopaka. – Nieważne, co było w środku. A matka Kelisy chciała dla niej dobrze. Zapewne nie wiedziała, że puzderko jest puste. Aran zerknął na niego ponuro, po czym uniósł dłoń w obronnym geście. – W porządku, nie przeczę, że chciała dla niej dobrze… – Matka Kelisy postąpiła tak, jak należało. Sprowadziła ją do nas i jesteśmy jej za to bardzo wdzięczni. Wszyscy odwrócili się gwałtownie w stronę drzew, skąd doszedł do nich ten zdecydowany, zabarwiony humorem głos. Spod cienia dębów wyłoniły się dwie sylwetki. Wysoka, czarnowłosa, ubrana w zwiewną suknię kobieta i potężny, gniady centaur. Zbliżali się do środka polanki spokojnym, wolnym krokiem, dumni i pewni siebie. Biła od nich łatwo wyczuwalna aura mocy i siły, rozświetlone niesamowitym blaskiem oczy zdawały się być wyjątkowo jasne. Przyglądali się czwórce przybyszów z ciekawością, ale i nieco pogardliwie. Jakby oni nie byli warci ich uwagi. Kelisa i Drakan wycofali się o parę kroków, młody centaur spuścił wzrok w geście respektu, nawet osłabiony upałem Aran poderwał się na równe nogi i lustrował spojrzeniem tę niezwykłą parę. Najwięcej uwagi poświęcił kobiecie. Miał wrażenie, że już gdzieś ją spotkał… Także Drakan wpatrywał się w czarnowłosą piękność. Czuł, że coś go z nią łączyło. Gdy tylko delikatna bryza poruszyła jedwabistymi kosmykami zakrywającymi jej uszy, uśmiechnął się. Tak jak podejrzewał, ta kobieta należała do rodu elfów. I teraz był już pewien, że to właśnie ona uratowała mu życie, gdy leżał skatowany w leśnym azylu. Przypomniał ją sobie, wystarczyło, że spojrzał w te jasnozielone, wypełnione magicznym blaskiem oczy. Miał wobec tej potężnej elfki ogromny dług wdzięczności. Kobieta i centaur zatrzymali się przy głazie i spojrzeli z góry na otwartą szkatułkę. Mężczyzna dotknął wieczka. – Tyle lat jej nie wiedziałem – odezwał się głębokim, basowym głosem, który doskonale pasował do jego postury. Przybysz znajdował się w kwiecie wieku i wyglądał wspaniale. Jego ciało lśniło w promieniach słońca, falujące, czarne włosy opadały na silne plecy. Na piersi nosił skromny, oprawiony w srebro, brunatny medalion. Kobieta spojrzała na towarzysza z ukosa. – Lat? Raczej wieków – sięgnęła po skrzyneczkę. – Też stęskniłam się za widokiem tego przedmiotu. Kelisa uwolniła się delikatnie z objęcia Drakana i zbliżyła się o krok do obcych. Z jej postawy bił szacunek i respekt, doskonale zdawała sobie sprawę, że ma do czynienia z kimś niezwykłym. Nawet z odległości, jaka ich dzieliła, wyczuwała płynące od nich doświadczenie, moc i energię. Ci dwoje liczyli sobie wiele wieków, więc musieli wiele przejść i być świadkami mnóstwa wydarzeń, chociaż fizycznie wyglądali na rówieśników Drakana. Ta myśl podziałała na nią niemal paraliżująco. Czyżby miała do czynienia z duchami…? Kobieta zwróciła na nią swoje lśniące oczy. – Wiele przeszłaś. Ale, tak jak się spodziewaliśmy, byłaś bardzo dzielna. Udało ci się przywiązać do siebie tych trzech lekkoduchów… – wskazała skinieniem na stojących w pewnym oddaleniu Drakana, Arana i centaura. Nagle uśmiechnęła się. – Właściwie to nie mogło być dla ciebie zbyt trudne. Z twoją urodą… nic dziwnego, że zlekceważyli moje wizje i nie chcieli cię zdradzić. Kelisa poczuła nagłą irytację. Więc te tajemnicze podszepty, to zwodzenie, o którym wspominali… to wszystko było sprawką tej elfki? – Nie wiem, dlaczego to robiłaś, pani, ale to nie było w porządku – usłyszała zza pleców warknięcie Arana. Czy on zwariował?! Obejrzała się pospiesznie i przeszywającym spojrzeniem dała mu znać, by natychmiast stonował. Zgadzała się z nim, ale to nie był powód, by odzywać się w taki sposób do równie potężnej istoty. Kto wie, ile ta uwaga mogłaby ich kosztować. Na szczęście jego nieprzyjemny ton nie zdenerwował czarnowłosej. Pełnym gracji ruchem odstawiła skrzyneczkę na głaz. – Więc wolałbyś, by to ważne zadanie wykonało trzech słabeuszy? Trzech tchórzy, którzy ulegliby głosowi, wmawiającemu im wielkie bogactwo lub idealne, szczęśliwe życie? Którzy nie wiedzieliby, czym jest lojalność i oddanie? – Nie, ale to było zbyt wiele! Kobieta wbiła w niego zimne spojrzenie. – Tak, ciebie to omal nie przerosło. Byłeś najsłabszym ogniwem, sprawiłeś nam najwięcej zawodu. Gdyby Kelisa nie dotarła ze szkatułką na tę polankę, byłaby to przede wszystkim twoja wina. Kelisa widziała, że Aran zarumienił się i zacisnął dłonie w pięści. Wyraźnie chciał coś odpowiedzieć, lecz zrezygnował. Otarł czoło i obrażony, zapatrzył się w głaz. Zrobiło się jej go szkoda. Zwróciła się do dwójki obcych. – Aran się starał – zaczęła drżącym głosem. – Wiele przeszedł, tak samo jak każde z nas. Co więcej, zmienił się w ciągu tych paru tygodni. Uratował Drakanowi życie. Jestem mu naprawdę wdzięczna za pomoc… Elfka słuchała każdego słowa z lekkim uśmieszkiem igrającym po ustach i wpatrywała się wprost w oczy dziewczyny. Nagle odrzuciła pasmo jedwabistych włosów na plecy. – Bronisz go, chociaż tylko ty wiesz, jak bardzo przez niego cierpiałaś. Kelisa uniosła głowę. Nie miała pojęcia, skąd nagle wzięła się w niej niezwykła odwaga, by sprzeciwić się tej potężnej kobiecie. – To już minęło. Teraz liczy się tylko przyszłość. – Dobrze powiedziane. Liczy się przyszłość. Zapamiętaj swoje słowa. Dziewczyna zamilkła na moment. Posmutniała. – Nieważne, co przeszliśmy. To wszystko na nic. Szkatułka jest pusta, ktoś nas ubiegł. Stojący u boku elfki centaur wyprostował się. – To byłem ja. Otworzyłem puzderko wiele, wiele lat temu. Później zrobiła to Dalleana – zerknął na swoją towarzyszkę, po czym znów zwrócił się do Kelisy. – Oboje przeszliśmy przez ten sam rytuał, co wy. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka, trójka naszych towarzyszy też zmieszała krew na szczycie głazu. Wypełniliśmy to, co było nam pisane. Teraz nadeszła twoja kolej. Dziewczyna drgnęła. Zaczął ogarniać ją dziwny niepokój. Coraz bardziej bała się słów, jakie miały paść. Nie wiedziała, czy poradzi sobie z tym, co jeszcze na niej spoczywało. W jej umyśle wciąż rozlegało się echo przeczytanej przepowiedni. – Otworzyłam szkatułkę. Co dalej? – szepnęła. Elfka zwana Dalleaną westchnęła cicho, ominęła głaz i powoli zbliżyła się do niej. Każdy jej ruch przepełniony był zwiewnością i siłą. Jej bliskość oszałamiała, odbierała pewność siebie. Zawstydzona Kelisa nie odważyła się spojrzeć w oczy tej wspaniałej istoty. Spuściła wzrok i przypatrywała się pięknie wykonanemu medalionowi, spoczywającemu miękko na tkaninie sukni. Przypominał do złudzenia ten, który nosił czarnowłosy centaur, lecz kamień elfki był idealnie oszlifowanym szmaragdem. Lśnił niemal tak samo intensywnie, jak jej jasnozielone oczy. Drgnęła, gdy usłyszała nad sobą sugestywny głos. – Odczytałaś napis Kal’leam, więc zapewne rozumiesz, o co w tym wszystkim chodzi. Szkatułka jest tylko symbolem. Czymś, w czym przekazujemy sobie nadzieję na naprawienie przeszłości. Kelisa zmusiła się, by unieść głowę. Spojrzała wprost w eteryczną twarz kobiety. – Czy… czy Nadzieja z przepowiedni i ja to jedno i to samo? Czy raczej…? – Tak. To nie jest zbieg okoliczności, jak ci się wydaje. Serce Kelisy przyspieszyło. Tego się bała. – Wykonałam już moje zadanie, zebrałam razem Arana, Dra… Dalleana zaśmiała się nieprzyjemnie. To sprawiło, że i tak onieśmielona dziewczyna skuliła się w sobie. – Ty zebrałaś? Nie przeceniaj się, to Sandor i ja wybraliśmy ci towarzyszy. Trzech przedstawicieli dawnych ras, zamieszkujących zgodnie Południe: centaura, elfa i człowieka. Milczący do tej pory Drakan zbliżył się o krok. Zmrużył oczy w ochronie przed słońcem. – Jestem tylko półelfem, więc trochę się pomyliliście – odezwał się zdecydowanie. Nie był szczególnie miły, lecz coraz bardziej nie podobało mu się, w jaki sposób Dalleana odnosiła się do Kelisy. Ona rzuciła mu wyzywające spojrzenie. – Wybrałam cię ze względu na twoje pochodzenie. Uśmiechnął się pogardliwie. – Mój ojciec, bo pewnie o elfią linię mojego rodu ci chodzi, był zwykłym draniem, który nie spędził z matką nawet doby. Na szczęście nigdy go nie spotkałem. – Twój ojciec… – Dalleana akcentowała silnie każde słowo – …jest moim bezpośrednim potomkiem. A to sprawia, że i ty jesteś ze mną spokrewniony. Nie zmienisz tego, czy ci się to podoba, czy nie. To wyznanie wywołało ogólną konsternację. Drakan stał w bezruchu i patrzył kobiecie w oczy. Nawet Aran zapomniał na moment o urazie i obserwował z zaciekawieniem rozgrywającą się scenę. Kelisa nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Milczenie zaczęło się przedłużać, więc postanowiła je przerwać. – Proszę, powiedzcie, czego ode mnie oczekujecie – szepnęła nieśmiało. Kobieta nie odpowiedziała. Odwróciła się i ruszyła wolno ku głazowi. Jej sylwetka mieniła się połyskliwym blaskiem. Sandor wbił w dziewczynę przenikliwe spojrzenie. Dość długo mierzył ją wzrokiem, jakby zastanawiał się, w jaki sposób powinien jej wszystko wyjaśnić. To sprawiło, że Kelisa straciła całkowicie odwagę. Więc to naprawdę musiało być coś niesamowicie ważnego… – Musisz porzucić swoje dotychczasowe życie i stać się jedną z nas. – Porzucić…? – zająknęła się. Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego. Mężczyzna skinął głową. – Musisz do nas dołączyć. Drakan wyczuł lęk dziewczyny. Podszedł bliżej, zatrzymał się u jej boku. Rozumiał, co ona teraz przeżywa i za wszelką cenę chciał ją wesprzeć. To zadanie już dawno ją przerosło. – Kelisa dość zrobiła. Dotarła do Tollen i otworzyła szkatułkę, a to był jej cel. Najwyższy czas, byśmy stąd odeszli. Stojąca przy głazie elfka uniosła głowę ku niebu i westchnęła z rodrażnieniem, po czym odwróciła się gwałtownie w stronę swojego potomka. Jej oczy lśniły jak gwiazdy. – Nie ty będziesz decydował, co ona ma dalej robić! Jesteś ciekawy, czemu musi do nas dołączyć? Bo takie jest jej przeznaczenie! Spójrz na nią! Nie wygląda jak rodowita mieszkanka Północy, chociaż się tam urodziła i wychowała. Nie należy do żadnego zakątka…