Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

akcja · 7 godz. 12 min czytania

Szklana góra

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Za dalą w dali znika dal i coraz więcej za mną schodów, tylko mi smutno, tylko żal, zaklętych szklanych gór ogrodów. Czas niepowrotną płynie rzeką, łza mi się zbiera pod powieką?

W ciemności panowała cisza, ale w tej ciszy nie było spokoju, w środku nocy coś go nagle obudziło. - Mamusiu, mamusiu, jakiś pan po mnie idzie! Mały, może dwuletni chłopczyk zerwał się z posłania i pobiegł z krzykiem do śpiącej w drugim pokoju mamy. - Gdzie ten pan? - mama już była na nogach i biegła w jego stronę. - Tam, ale już zniknął – chłopczyk pokazywał rączką w kąt pokoju. Przytuliła dziecko i zabrała do siebie. Podobne sceny powtarzały się od jakiegoś czasu i nie wiedziała, co o tym sądzić. Z opowieści dziecka wiedziała, że wysoki szary pan jest ubrany w szary garnitur, na głowie ma szary kapelusz i utyka na jedną nogę. Zjawiał się nocami w kącie pokoju, kuśtykając powoli stronę śpiącego synka, a przestraszony chłopczyk zamykał wtedy oczy. Nie wiedział, co by się stało, gdyby nie zamknął, ale przypuszczał, że coś okropnego. Mama go wprawdzie wielokrotnie zapewniała, że nie ma żadnego pana, ale chłopczyk opowiadał o nim z taką pewnością, że w końcu traciła pewność siebie i milkła. Tym razem postanowiła zareagować bardziej stanowczo i przytuliwszy synka, powiedziała, że jeżeli szary pan się pojawi, to żeby na jego widok nie zamykał oczu. - O, idzie! - wyszeptał po chwili chłopczyk. Przytulił się jeszcze mocniej do mamy i patrzył z szeroko otwartymi oczami, jak szary pan się zbliża i pochyla się nad nim, i wyciąga po niego ręce, ale nie potrafi go zabrać i rozpływa się w ciemności. - No, gdzie ten pan? – zapytała mama. - Zniknął – powiedział chłopczyk z ulgą. - Zniknął i już się więcej nie pojawi – powiedziała mama stanowczym głosem. Zasnęła, a przytulone do niej dziecko jeszcze długo później nie spało, wsłuchując się w jej ciężki zmęczony oddech. Rano musiała wcześnie wstać do pracy, bo utrzymywała sześcioro dzieci, gdyż męża komuniści zamknęli w stalinowskim więzieniu, ale o tym chłopiec jeszcze wtedy nie wiedział. Leżał i obserwował goniące po ścianach światełka, nie wiedząc, że to poblask przejeżdżających pobliską szosą samochodów.

Jak sobie otworzy

Wiosną mama pojechała z chłopcem do wielkiego miasta, w którym najpierw stanęli przed bramą więzienia, a później powędrowali ponurymi więziennymi korytarzami, a przed nimi i za nimi otwierały, i zamykały się metalowe wrota. - Posiedź tutaj na ławce – powiedziała mama na korytarzu do chłopca, stojąc przed obitymi skórą drzwiami i weszła do gabinetu naczelnika. - Po chwili wyszła, a w drzwiach stanął naczelnik i powiedział, popatrzywszy na chłopca. - Chodźcie… Zeszli do podziemnych kazamatów i stanęli przed drzwiami, u góry których znajdowało się malutkie okienko, w którym co jakiś czas pojawiała się głowa podskakującego po drugiej stronie mężczyzny. - Jeszcze ojca nie widział i nie wiadomo, czy zobaczy - powiedziała mama, pokazując na chłopca. - Jak sobie otworzy, to wejdzie – zadecydował naczelnik, podając chłopcu duży, ciężki kilkunastocentymetrowy klucz. Chłopiec nie rozumiał, co i po co ma otwierać, ale widząc zachęcający uśmiech mamy pokazującej na drzwi, włożył klucz do zamka i spróbował przekręcić, ale nie miał na tyle siły i spojrzał bezradnie na mamę. - Weź obiema rączkami - doradziła. Objął klucz drugą rączką i przekręciwszy z wysiłkiem, odciągnął ciężkie metalowe wrota i spojrzał na stojącego po drugiej stronie ostrzyżonego do gołej głowy wysokiego mężczyznę. - To twój tata, idź się przywitaj - powiedziała mama, podając chłopcu owiniętego w papier, upieczonego kurczaka, którego tata mu prawie wyrwał z ręki. - Jesteś głodny? – zapytał ze zdziwieniem, siedząc obok ojca na twardej drewnianej pryczy i patrząc jak łapczywie zajada apetycznie pachnące mięso. Nie wiedział, że ojca karmiono solonymi śledziami, po których miał takie pragnienie, że sikał po ścianach, zlizując ściekający mocz. Po wyjściu z więziennego gmachu chłopiec najpierw pojechał z mamą tramwajem, a później weszli schodami do mieszkania na pierwszym piętrze ozdobionej kolorowymi witrażami kamienicy. Na podłodze salonu leżał puszysty dywan, a na ścianach wisiały obrazy w złoconych ramach, ale to nie one najbardziej zachwyciły chłopca, tylko stojąca na biurku lampa z zielono świecącym kloszem. - Zielone promienie – wyszeptał, patrząc na stojącego przy biurku siwego pana w złotych okularach, któremu mama wręczyła gruby zwitek zielonych pieniędzy. - Jak podpisze lojalkę, to wyjdzie – powiedział pan do mamy, chowając pieniądze do szuflady biurka. Ojciec nie podpisał lojalki i nie wyszedł, ale karę śmierci zamieniono mu na dożywocie. Jako walczący w podziemiu z komunistami Akowiec przesiedział w więzieniu dla politycznych we Wronkach przez wiele, wiele lat, a dzieci w tym czasie były wychowywane przez opryskliwe służące, bo mama musiała ciężko pracować, żeby zarobić na utrzymanie rodziny w ciężkich stalinowskich czasach.

Trzy duchy

Pierwsza służąca, jaką zapamiętał miała na imię Adela, krzyczała na dzieci, więc uciekały od niej przy każdej nadarzającej się okazji. Chłopczyk chował się do spiżarki, z której uciekał przez okienko do mieszkającej w drugiej połowie domu sąsiadki. A kiedy ta droga ucieczki została Adeli zdradzona przez śledzącą go młodszą siostrę, to pozostało mu już tylko wpatrywanie się w wiszący na ścianie zegar. Czekając na mamę, potrafił siedzieć przed nim w kuchni na podłodze całymi godzinami, wpatrując się w wędrujące po tarczy wskazówki i obmyślając plany ucieczki. Pewnego razu zamknął się w spiżarce na klucz i mama po powrocie najpierw skrzyczała Adelę, że dziecko od rana siedzi zimnej spiżarce, a później zaglądnęła przez okienko do środka i poszła do sąsiadki po chłopca. Od tego czasu spiżarkę zamykano na klucz i chłopiec nie był w stanie wyśledzić, gdzie go chowają. Wprawdzie raz nadmienił Adeli, że mama kazała włożyć klucz do zamka, ale tak się na niego wtedy rozdarła, że zarzucił wszelkie związane ze spiżarką plany. Wyjeżdżając po towar, mama czasem zabierała ze sobą Adelę i podróżowały ciemną nocą wagonami wąskotorowej szczucinki, ciągniętymi po peryferiach krakowskiej i kieleckiej ziemi przez astmatyczną sapiącą lokomotywkę. Prymitywne drewniane wagony prawie zawsze były zatłoczone do granic możliwości, bo ludzie z okolicznych wiosek dojeżdżali nimi do Szczucina, a następnie do Tarnowa, żeby rano sprzedać na targu przywiezione w koszykach kury, gęsi, masło, sery i jajka. Z przykrytych białym płótnem, obwiązanych sznurkiem koszy wychylały swoje długie szyje gęsi i szczypały stojących podróżnych po nogach. Podczas jednej z takich nocnych podróży, mamie udało się znaleźć siedzące miejsce i coś się jej chyba po zdrzemnięciu przyśniło, bo zaczęła wołać Kazimierza. - Kazimierzuuu! – rozległo się nad ranem w wagonie i stłoczone kumoszki spojrzały pytająco Adelę. - Ona ma dwa duchy - wyjaśniła stojąca obok mamy Adela. - Julianieee! – rozległo się po chwili i w wagonie dało się wyczuć wzrastające napięcie. - Mówiliście, że ma dwa duchy, a już wołała Kazimierza i Juliana – zauważyła siedząca obok mamy kobieta. - No, właśnie Julian, to ten drugi, a razem ze swoim, to ona trzy duchy i ja je wszystkie pilnuję. - A po co je pilnujecie? - No, żeby się nie rozłaziły po wagonie. - A po co ona je woła. - No, bo się rozłażą. W tym momencie siedząca obok mamy kobieta zerwała się z ławki i złapawszy stojący na podłodze koszyk, ustąpiła Adeli miejsca. - Proszę, niech sobie pani przy niej usiądzie i niech jej pani pilnuje. Oczywiście, Adeli nie trzeba było tego dwa razy powtarzać i po chwili już siedziała obok mamy, żeby lepiej pilnować Juliana i Kazimierza, żeby się nie rozłazili po wagonie.

Gorzkie łazanki

Sąsiadka miała trzy córeczki, dobrze gotowała i w porze obiadowej na podwórko dochodziły z jej mieszkania smakowite zapachy. Po powrocie męża z pracy rodzina zasiadała do obiadu, a chłopczyk wtedy siedział przy piecu na niskim stołeczku, bo nikt go nie zapraszał do stołu. Trochę mu było smutno, że u niego w domu nie ma takich obiadów, ale tylko raz nie wytrzymał, kiedy jedli jego ulubione łazanki z kapustą i pomyślał, że może nie wiedzą, że też je lubi i postanowił im o tym powiedzieć, że może go poczęstują. - Ja też lubię łazanki - dobiegło do jedzących ze stojącego w kącie stołeczka. Poczekał chwilę, a kiedy się nie doczekał odpowiedzi, to pomyślał, że może nie usłyszeli i znowu powiedział, że lubi łazanki, ale przy stole dalej trwała obojętna rozmowa, więc postanowił, że powie po raz trzeci, a jeżeli znowu nie usłyszą, to już się nie będzie odzywał. Na szczęście tym razem usłyszeli i pani Tabaszowa powiedziała półgłosem do męża. - Muszę mu dać, bo nie da spokoju. Nabrała trochę łazanek na mały deserowy talerzyk i podała siedzącemu w kącie na stołeczku chłopczykowi. Zajadał ze smakiem, chociaż czuł, że to gorzkie, zbyt długo wypraszane łazanki, a do tego ogarnęły go wyrzuty sumienia, że objada sąsiadkę i postanowił, że powie o tym odwiedzającemu sąsiadkę księdzu. Podszedł do niego podczas odwiedzin i opowiedział o objadaniu sąsiadki, zastanawiając się dlaczego sąsiadka poczerwieniała na twarzy. Ksiądz najpierw pogłaskał chłopca po głowie, a potem mu wyjaśnił, że dobrze zrobił, że poprosił, bo kto o nic nie prosi, ten niczego nie otrzymuje. Tak był tym pogłaskaniem po głowie uradowany, że później już się nie smucił, kiedy sąsiad brał córeczki na kolana albo je huśtał na nodze. Minęła zima, nadeszła wiosna, a później lato i zakołysały się na polach złotymi łanami dojrzewające zboża, przez które dzieci wydeptały ścieżki prowadzące do leżącego w dolinie jeziorka. Niewielki staw porastały kołyszące się na wodzie lilie, a na brzegach wpadającego do jeziorka strumyka rosły w trawie białe stokrotki i złote kaczeńce. Powyżej doliny rosły na zielonej miedzy rosochate wierzby i na jednej z nich dzieci urządziły sobie kryjówkę, do której trzeba się było wspinać po pokrytym węzłami, uwiązanym do konara sznurze. Po wciągnięciu sznura twierdza stawała się nie do zdobycia. To były piękne zielone lata spędzane w malowanej wschodami i zachodami słońca dolinie, która najpiękniej wyglądała wiosną, kiedy ją rozświetlało tysiące złoto kwitnących mleczy. W zakolu cichutko szemrzącego strumyka znajdowało się takie jedno prześliczne miejsce, w którym aksamitnym kobiercem rosły milusie nieśmiałe fiołki, nad którymi dzieci nachylały się ostrożnie z nabożną czułością. Delikatne kwiatki pachniały tak słodko, upajająco, że wydawały się dzieciom prawie święte. Chłopiec przychodził tutaj czasem samotnie i pochylając się nad niebieską poezją, wielbił niebiańskie kwiatki emanujące ku niemu cudowną boską miłością. Niestety, unoszące wieczorami nad łąką komary nie żywiły do niego równie przyjaznych uczuć i pewnego razu tak go pocięły, że nie mógł później ustać na spuchniętych nogach i mama nacierała mu je w domu spirytusem. Nie za bardzo lubił też dzieci stary marzec, właściciel doliny, który gonił za nimi z kijem, krzycząc, że mu depczą trawę i wtedy dzieci przenosiły się na znajdującą się w pobliżu księdzową łąkę.

Majówki i różaniec

Należącą do kościoła łąkę porastały sięgające dzieciom do ramion trawy rozjaśniane iskrami polnych kwiatów, nad którymi ulotnie śmigały motyle. Dzieci, jak to dzieci, nazywały łąkę po swojemu, księdzową, i swawoląc po niej jak rozigrane elfy, wyciągały ręce, usiłując łapać motyle migoczące jak kolorowe kokardy wpięte we włosy wiatru. Najładniej łąka wyglądała pod wieczór, rozpłomieniona czerwono zachodzącym słońcem. Pośrodku doliny lśniło w dole liliowe jeziorko, a górą na obrzeżach łąki złociły się dojrzewające łany zboża, obramowane przy zielonych miedzach modrymi bławatkami i czerwonymi makami. Wieczorem, kiedy nad łąkę nadciągała noc z rozwianymi połami gwiaździstego płaszcza, rosnące nad strumieniem kaczeńce przyklękały obok stokrotek do wieczornego pacierza i szeptały cichutko do chłopca, żeby już wracał do domu, bo niedługo będzie ciemno. - Nie klękajcie za blisko wody, bo sobie zamoczycie kolana – szeptał zatroskany chłopiec, wsłuchany w wyciszającą melodię monotonnie szemrzącego strumienia. Od domu chłopca wiodła na łąkę piaskowa droga, której piasek tak był pod wieczór nagrzany słońcem, że aż parzył w tuptające po nim bose stopy. Jeszcze dalej za łąką znajdował się nazywany kierkowem żydowski cmentarz, ale o nim, to chłopiec na razie tylko słyszał jak o jakimś dalekim zamorskim kraju. Wyprawa na kierków była częstym tematem rozmów podekscytowanych dzieci, ale ciągle im jeszcze brakowało odwagi, żeby się wypuszczać na aż takie dalekie wyprawy. Bywało, że kiedy chłopiec wracał wieczorem po takim ślicznym dniu do domu, to już z daleka słyszał śpiewającą religijne pieśni mamę. Lubiła je śpiewać przy domowych pracach i chociaż ich specjalnie nie słuchał, to tak jakoś same wpadały mu w ucho i później je śpiewał w kościele, nie wiedząc gdzie się ich nauczył. W taki to sposób, być może nawet nieświadomie, mama przekazała dziecku piękną spuściznę, rzutującą w późniejszych latach na całe jego dorosłe życie. Przedwieczorną porą strażacy grali na fanfarach z kościelnej wieży, Ave Maria, a zgromadzeni na majowym nabożeństwie ludzie ubierali melodię w płynące prosto z serca słowa. Wiosną sąsiadka zabierała córeczki do kościoła na majówki i chodzący wraz z nimi chłopiec z zazdrością patrzył na trzymane przez nie lilijki. Nie pozwalały mu ich dotykać, tłumacząc, że tylko dziewczynki są czyste, więc pewnego razu umył sobie porządnie ręce i zabrał jednej z dziewczynek lilijkę, ale sąsiadka go dogoniła i mu ją odebrała. Minęła wiosna, a później lato i wraz z dziewczynkami zaczął chodzić jesienią do kościoła na różaniec. Na bocznym ołtarzu wieszano w październiku na niebieskiej planszy duży, długi na kilka metrów różaniec z wielkimi jak złote jabłka mosiężnymi paciorkami i chłopca bardzo ciekawiło, co się w nich znajduje w środku. Pewnego razu wydrapał się na ołtarz i zaczął potrząsać różańcem, i coś w paciorku zadźwięczało, ale wtedy nadszedł i zsadził go na ziemię. Opowiedział chłopcu o niewiernym Tomaszu, który musiał dotknąć, żeby uwierzyć, a chłopiec tak się tą historią przejął, że przyśniło mu się nocą, że do pokoju wszedł Pan Jezus z apostołami i Pan Jezus powiedział, żeby dotknął Jego rany na ręce. Kiedy chłopiec ostrożnie dotknął, to poczuł pod palcem ciało i szybko cofnął rękę, i powiedział, że już nie chce więcej dotykać, bo już wierzy. Rozmawiał jeszcze później z apostołami, ale po przebudzeniu nie pamiętał z tej rozmowy ani słowa. Może go przestrzegano, żeby się zastanowił, co powie do młodszej o rok siostrzyczki przy studni?

Studnia

Studnia była tak głęboka, że kiedy się nad nią zaklaskało, to dopiero po jakimś czasie dawało się słyszeć powracające echo. Kamień wrzucony do środka odzywał się dopiero po dość długiej chwili spotęgowanym przez echo pluskiem, daleko na samym dnie studni lśniło ledwo widoczne malutkie lusterko wody. Studnia była naprawdę głęboka, ciągnęło się z niej wodę obracając korbą kołowrotu, ale za to jak bardzo smakowała z tej studni chłodna orzeźwiająca woda. Posiadała jedyny w swoim rodzaju, czysty, nieskażony smak życia i nigdy jej w studni podczas suszy nie brakowało. Kiedy podczas letnich upałów wysychały w sąsiedztwie studnie, to do tej bijącej z głębi ziemi krynicy ustawiały się kolejki ludzi z wiadrami. Przychodzili i pytali grzecznie siedzącego na schodach chłopca, czy mogą sobie nabrać wody, na co chłopiec z uprzejmą powagą kiwał przyzwalająco głową i patrzył, jak ludzie kręcą korbą, odwijając z drewnianego walca długi na dwadzieścia metrów łańcuch, wpuszczając na nim wiaderko do studni. Po nabraniu wody zaczynali kręcić w przeciwną stronę, nawijając łańcuch na walec, i po jakimś czasie na krawędzi wystającej metr nad ziemię cembrowiny ukazywało się wypełnione źródlaną wodą wiaderko. Studnię zasłaniała zbita z dwóch połówek pokrywa na zawiasach i pewnego razu jego młodsza siostra usiadła na otwartej pokrywie i spuściwszy nogi do studni, zapytała chłopca, czy skoczyć do środka. - Skocz - odpowiedział, wyczuwając, że jeżeli ją zacznie prosić, żeby zeszła ze studni, to może skoczyć z przekory. - Skoczyć? – zapytała po chwili znowu. - Skocz. - Skoczyć?! - Skocz. Oboje byli uparci i żadne nie chciało ustąpić, ona go szantażowała własnym życiem, a on jej na ten szantaż nie chciał pozwolić. Zapadła pełna napięcia cisza, podczas której życie kuszonej przez diabła siostry wisiało na włosku, ale na szczęście instynkt samozachowawczy w niej zwyciężył i zeszła ze studni. Gdyby skoczyła, to nie tylko sama straciłaby życie, ale jeszcze do tego spowodowałaby u całej rodziny, a zwłaszcza u brata tragiczną traumę, z którą musiałby się później czołgać przez życie, aż do śmierci. A może dziewczynkę uratowała Matka Boska, która posłała jego siostrze na ratunek Anioła? Tak, możliwe, że tak właśnie było, bo w domu wisiał na ścianie obrazek, na którym Anioł Stróż czuwał nad idącymi po moście dziećmi, żeby nie wpadły do wody. Chłopiec opowiedział o wszystkim mamie i zastanawiał się dlaczego dostał od niej lanie. To była jedna z pierwszych przykrości, jakie go spotkały za przyczyną siostry, miał przez nią w późniejszym życiu jeszcze o wiele więcej wycierpieć.

Bierzmowanie

Nadszedł w końcu w życiu chłopca taki dzień, że mama z nim poszła, żeby go zapisać do szkoły. Weszli do gabinetu dyrektora, w którym jakiś pierwszoklasista zdawał poprawkę z elementarza, z trudnością sylabizując literki i przysłuchujący się z boku chłopiec przeczytał za niego całą stronę. - Chcesz iść od razu do drugiej klasy? – zapytał dyrektor. Chłopiec zastanawiał się przez chwilę, a później powiedział, że nie chce i to był jeden z jego ważniejszych życiowych wyborów, nie wiadomo, czy dobry, bo przypuszczalnie lepiej by mu było ze starszymi kolegami. Przeludniona klasa składała się z samych chłopców, siedzieli po trzech, czterech w ławkach i rysowali ołówkiem kwadraciki w kratkowanym zeszycie. Siedzący obok niego kolega rysował nieregularne kulfony i chłopiec dziwił się dlaczego nie rysuje prosto po granicy kratek. Ten kolega prawie codziennie się spóźniał i za każdym razem mówił, że się spóźnił, bo mamusia myła podłogę. - To kto tak ciągle brudzi tę podłogę? - zapytała go w końcu nauczycielka, przy którymś tam kolejnym spóźnieniu, a on się wtedy rozpłakał, bo to nieprawda, że chłopaki nie płaczą. Mijał czas, nadeszła Pierwsza Komunia, uszyto chłopcu białe ubranko, a później po nabożeństwie i przyjęciu Eucharystii poczęstowano ich kremówkami i herbatą na przyjęciu zorganizowanym w plebańskich ogrodach pod biało kwitnącymi jabłoniami. Dwa tygodnie później mama posłała chłopca do bierzmowania w sąsiedniej parafii. Poszedł ze starszą siostrą przez rozciągające się za miastem łąki, a potem pośród zielono rozkołysanych łanów zboża, a później weszli do kościoła, gdzie był najmłodszy i najmniejszy spośród przystępujących do bierzmowania chłopców. Trochę się obawiał, że jest na bierzmowanie za młody, ale mama go posłała, bo wyczuwała, że należy go jak najszybciej powierzyć opiece Świętego Ducha. Podczas bierzmowania uczący go w szkole religii ksiądz coś powiedział do biskupa, który podszedł do chłopca i zapytał, kto to jest Anioł? - To jest taki człowiek, co nie ma ciała - wymyślił na poczekaniu, zdając sobie sprawę, że coś koniecznie trzeba powiedzieć. - Duch - podpowiedział mu biskup. - Tak, tak, duch – przytaknął skwapliwie i został pasowany na bożego rycerza. Przy bierzmowaniu wybrał sobie imię, Szymon, czyli ten, co pomaga dźwigać Chrystusowi Krzyż, chociaż jeszcze wtedy o tym nie wiedział, nie kojarzył ze sobą roli Szymona. Nie wiedział też, że wielokrotnie Chrystusa w swoim dalszym ziemskim życiu zawiedzie i nie wiedział, że On mu te odstępstwa wybaczy. Szczerze mówiąc, niewiele jeszcze wtedy wiedział o swojej przyszłej życiowej drodze, bo był jeszcze wtedy malutki, miał dopiero osiem latek. W marę, jak dorastał, dojrzewał do wieczności, dowiadywał się powoli coraz więcej i coraz więcej pojmował. Kiedy się dowiedział, że po odprawieniu dziewięciu pierwszych piątków odejdzie z tego świata w Łasce Uświęcającej, zaczął chodzić do Komunii i kiedy już dziewięć odprawił, to sąsiadka powiedziała, że są nieważne, bo się nie modlił o szczęśliwą śmierć. - To nie mogła mi pani powiedzieć od razu? – zapytał, ale sąsiadka udała, że nie słyszy. Zaczął więc odprawiać od nowa i chociaż już po raz drugi wszystkich dziewięciu nie odprawił, to ma nadzieję, że te pierwsze są ważne, bo to Pan Bóg decyduje o zbawieniu, a nie sąsiadka.

Pięćdziesiąty szósty

Nastał rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty szósty i cały świat po raz kolejny zobaczył prawdziwe odrażające oblicze komunizmu. Do walki z czerwonym okupantem zerwała się stolica Wielkopolski, Poznań, tysiące Polaków wyszło na ulice podczas poznańskiego czerwca. Ludzie domagali się chleba i wolności, ale kolaborujący z Rosjanami polscy czerwoni zdrajcy zamiast samochodów z chlebem, wysłali przeciwko ludziom czołgi. Zindoktrynowane przez komunistów Polskie Wojsko zaczęło strzelać do bezbronnych manifestantów. Padły strzały i padli zabici, i chociaż rewolucjonistom udało się zniszczyć kilkadziesiąt z kilkuset atakujących ich czołgów, to komuniści zdołali się jeszcze wtedy utrzymać przy władzy. Prawo i sprawiedliwość miały w Polsce zatriumfować dopiero za trzydzieści trzy lata, bo jak napisał polski poeta, Adam Mickiewicz... Nasz naród jest jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi, plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi. Do głębi, gdzie płonie ogień polskiego patriotyzmu, wiary i ideałów, do głębi, gdzie słychać rycerskie opowieści znad kresowych stanic i gdzie Matka Polka uczy swoje dzieci pacierza, stojąc na straży domowego ogniska. Mijał czas i po polskim czerwcu zerwali się w październiku do walki z rosyjską okupacją węgierscy bratankowie. Rzucili się z napełnionymi benzyną butelkami na rosyjskie czołgi i na ulicach Budapesztu zapłonęły ognie. I chociaż Rosjanie zdziesiątkowali wtedy węgierski naród, i po zdławieniu powstania skazali na karę śmierci tysiące Węgrów, to ofiara męczenników nie poszła na marne, bo jak napisał angielski poeta, Lord Byron.... Walka o wolność, gdy się raz zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna, sto razy wrogów zachwiana potęgą, skończy zwycięstwem. Tak, zwycięstwem, bo nigdy żadna siła nie jest w stanie odebrać narodowi wolności, za wyjątkiem sytuacji, kiedy naród sam się podda, wybierając życie rabów, niewolników. Był wtedy małym dziewięcioletnim chłopcem, ale zapamiętał ustawiające się na ulicach polskich miast kolejki, w których Polacy oddawali krew dla rannych węgierskich powstańców. Organizowano zbiórki leków i materiałów pierwszej potrzeby, a ramię w ramię z węgierskimi bratankami walczyły na barykadach Budapesztu dwie polskie studentki, Lidia i Hanna. Powiało wolnością owego roku po okupowanej przez rosyjskich najeźdźców części Europy i chociaż nie udało się jeszcze wtedy zrzucić czerwonego jarzma, to wystraszeni komuniści popuścili łańcucha i ludzie uzyskali trochę więcej wolności. - Nadszedł czas, żeby zrobić rewizję procesu – powiedział adwokat do mamy, mając na myśli jej siedzącego w więzieniu męża. Miesiąc później na wznowionej rozprawie sądowej uznano, że "pomylono" paragrafy i ojca chłopca wypuszczono na wolność. W owym czasie wypuszczono z polskich więzień tysiące więźniów politycznych.

Powrót taty

Wracając w krakowskim stroju z procesji Bożego Ciała, chłopiec najpierw dostrzegł wychylającą się z okna domu roześmianą mamę, a później po wejściu do pokoju zobaczył siedzących za stołem ludzi. Jedli, pili wódkę i żartowali, a mama pokazała na wysokiego ostrzyżonego do gołej głowy mężczyznę i powiedziała, że to jego tata. Nie spodobał mu się ten wysoki hałaśliwy pan, który wdarł się nagle w jego dziecięce życie i zburzył istniejący porządek rzeczy. Odrastający zarost ojca drapał go podczas przytulania po twarzy, więc mu się wyrwał i uciekł do ogrodu, i wrócił dopiero po dość długiej chwili. Usiadł w kącie i obserwował siedzących przy stole gości, którzy co chwila nalewali sobie wódki i wznosili toasty, a tata powtarzał, że tylko dzisiaj wypije dziesięć kieliszków, a potem, to już nie będzie pił do końca życia. Dziwił się dlaczego tata tak się zarzeka, bo nie wiedział, że ojciec jest ciężko chory, uzależniony od alkoholu, i pierwszy kieliszek uruchamia u niego lawinę następnych, która doprowadza tatę do białej gorączki, która pozostawia po sobie pożary i zgliszcza. Nadchodziły dla chłopca trudne, pełne cierpienia lata, podczas których miał usłyszeć od chorego na alkoholizm ojca wiele wulgarnych wyzwisk, doświadczyć od niego wielu upokorzeń, bicia po twarzy i bolesnej udręki. Nadchodził dla chłopca ciężki czas, podczas którego miał z tęsknotą wspominać wcześniejsze beztroskie lata, podczas których siedzący w więzieniu ojciec nie mógł go bić i wyzywać, co pozwoliło chłopcu trochę podrosnąć, okrzepnąć i być może nawet ocalić życie. Uciekając przed szalejącym ojcem w krainę wirtualnej rzeczywistości, chłopiec zaczął czytać po kilkadziesiąt książek rocznie, a oprócz tego zakochał się w dziewczynce. Była jego rówieśnicą, ale chodziła do innej klasy, więc żeby z nią chodzić, poszedł do dyrektora i przeniósł się do jej klasy, ale bardzo uważał, żeby nikt się niczego nie domyślił. Po roku mu przeszło, więc wrócił do swojej poprzedniej klasy i tylko czasem, kiedy później wspominał dziecięce lata, to dziewczynka jawiła mu się jako pierwszy promyk słońca rozjaśniający o poranku różowiejące na wschodzie niebo... Śnisz mi się cicho, cicho nucisz, po klasie lekko biegnąca, wierzę, że kiedyś powrócisz niebieskim wiatrem pachnąca. Uśmiechniesz się do mnie ślicznie, wyciągnę do ciebie dłonie, będziemy wiecznie szczęśliwi po życia niebiańskiej stronie.

Starszy kolega

Niewiele brakowało, żeby chłopiec zginął tragicznie za sprawą zarzuconych później planów budowy basenu. Na placu obok kina wykopano pod basen kąpielowy nieckę i ogrodzono ją deskami, a kiedy w gliniance utworzyło się jezioro, to dzieciaki zbiły z desek ogrodzenia tratwę i pływały na niej po stawie, odpychając się od dna wykopu żerdką. Tratwa nie miała zbyt dużej nośności, więc pływali na niej pojedynczo, a kiedy przychodziła kolej na chłopca, to koledzy pomagali mu wejść na tratwę, bo nosił w gipsie na temblaku złamaną rękę. Rej w gromadce wodził starszy o kilka lat kolega, późniejszy pułkownik wojska w dorosłym życiu. - Zejdź - powiedział do pływającego na tratwie chłopca. - Niech teraz sobie popływa Olek. - Uważa mnie za gorszego – pomyślał zasmucony chłopiec i jakby omamiony przez jakieś uroczne licho, zszedł prosto do wody na samym środku glinianki. Zaszumiała w uszach mętna zimna woda, zamknęły się nad nim zbełtane odmęty, ale zanim zdążył zrozumieć, że ginie, to starszy kolega skoczył do wody i wyciągnąwszy go na powierzchnię, pomógł mu się wyspindrać na tratwę i dopłynąć na niej do brzegu. Całe to zdarzenie potoczyło się błyskawicznie, jakby za sprawą przeciwdziałających złemu, czuwających nad chłopcem dobrych mocy. Zbieg okoliczności? Może. Ale nawet, jeżeli to był zbieg okoliczności, to nie był to zbieg przypadkowy, bo nic się nie dzieje bez Bożej Woli, bez boskiego dopuszczenia, przyzwolenia. Starszy kolega zaproponował, żeby o całym tym zdarzeniu nic nikomu nie mówić, więc się schronili całą paczką w zakątku zarośniętego dzikim winem ogrodu Petersówki, gdzie rozpalili ognisko, przy którym chłopiec wysuszył przemoczone ubranie i nasiąknięty wodą gips na złamanej ręce. Przysuwał ostrożnie rękę do ogniska, czując pod gipsem rozchodzące się przyjemnie po ręce ciepło i patrząc z zaciekawieniem na unoszące się z gipsu opary. W miarę suszenia ręka coraz mniej bolała, co go napełniało radością, bo obawiał się, że znowu go zacznie jak wtedy, kiedy ją złamał, uciekając przez okno przed szalejącym ojcem. Herrgott, Herrgott, Heeerrrgottt... Niosło się po domu przy byle jakiej okazji i bez okazji pomstowanie nieszczęśliwego, ciężko chorego człowieka, uzależnionego poczwórnie od alkoholizmu, sadyzmu, podejrzliwości i złości. I było to jedno z łagodniejszych powiedzonek, jakimi ten nieszczęśliwy, godny pożałowania człowiek terroryzował schodzących mu z drogi zalęknionych domowników.

Trzy w jednym

Chłopiec dobrze zapamiętał, jak to było kiedy złamał rękę. Takich rzeczy się nie zapomina. Nawet po wielu latach, kiedy się już przebaczy winowajcom i zneutralizuje traumy. Starsza o dziesięć lat siostra zaniosła go na rękach do szpitala. Krzyczał przy nastawianiu bez znieczulenia złamania, bo bardzo bolało, a później popłakiwał nocą na szpitalnym korytarzu, żeby nie budzić na sali śpiących. Tulił się na ławce do chłodnej ściany, żeby mniej bolało i postanowił, że po powrocie do domu przeprosi tatusia i pocałuje go w nadstawioną rękę. Ojciec już się w domu zaaklimatyzował po powrocie z więzienia, przestał się hamować i po pijanemu stawał się nieobliczalny. W sterroryzowanym przez niego domu panowała tak potworna zgroza, że od jego wrzasku drżały w oknach przerażone szyby, a z zatrzaskiwanych drzwi odlatywały rozdygotane tynki. Zastraszone dzieci żyły pośród tego wszystkiego jak przyginane wichurą do ziemi drzewa, nabyte w dzieciństwie tramy musiały później dźwigać w dorosłym życiu jak cierniowe korony. Rano po wstaniu ojciec siadał do śniadania i siedział bez ruchu, a kiedy mama się pytała dlaczego nie je, to wykrzykiwał, gdzie łyżka?! Dlaczego kawa gorąca?! Gdzie cukier?! W zależności od tego, czego brakowało, zawsze mu coś nie pasowało. Po śniadaniu wychodził do knajpy i po kilku godzinach wracał pijany, już po drodze sposobiąc się do kłótni z żoną. - Ty kurwo! - pomrukiwał do siebie. - Gdzie matka?! - wypytywał dzieci, szukając po domu chowającej się przed nim mamy. Po bezowocnych poszukiwaniach zjadał przygotowany dla niego na stole obiad i walił się w buciorach na łóżko, skąd przez jakiś czas dochodziły pokrzykiwania, że mu nie dano obiadu. - Daj mi obiad, ty kurwoooo!!! - dolatywały wrzaski ze śmierdzącego wódą pokoju. Po jakimś czasie zasypiał i wtedy można było trochę spokojniej odetchnąć. Pewnego razu zaczepił pod knajpą Cygankę, która podniosła kamień i rozwaliła mu głowę. Koledzy przyprowadzili go zakrwawionego do domu i wystraszony chłopiec patrzył, jak mama mu zakłada opatrunek. Krzyczał, wyzywał i przeklinał, kiedy mu bandażowano głowę, alkohol działał na niego jak czerwona płachta na byka. Przez jakiś czas ojciec popijał z silniejszym agresywnym sąsiadem i kiedy po pijaństwie przychodzili razem z knajpy do domu, to sąsiad dusił ojca na łóżku. Siedział na ojcu okrakiem i podduszał go przez kilka, kilkanaście minut, ale przypatrujący się chłopiec nie rozumiał, że dzieje się coś złego, bo obłudny sąsiad się do niego uśmiechał. Czasem charczący ojciec dawał rady wykrzyczeć, ratunku! I wtedy chłopiec wołał na pomoc najstarszą siostrę, która pewnego razu zdjęła z nogi buta ze szpiczastym wysokim obcasem i uderzyła nim sąsiada w głowę. Następnego dnia po owym zajściu chłopiec znowu został pobity przez ojca, który rekompensował sobie na bezbronnym dziecku życiowe porażki. Miał na punkcie chłopca jakąś urojeniową chorobliwą obsesję. Przystawał na jego widok, na chodniku i przeklinał przechodzące drugą stroną ulicy dziecko, wyzywając go od znajduchów i bąków. - Ty znajduchu – leciały przez ulicę wyzwiska jak kamienie, a ludzie udawali, że nie słyszą, sycąc się po kryjomu niezdrową uciechą. Człowiek pijany, to człowiek niepoczytalny i jeżeli rodzina pobłaża pijaństwu, to wyrządza krzywdę zarówno sobie, jak i alkoholikowi, bo litość stwarza komfort picia, żywiąc i przedłużając alkoholową chorobę. Pomimo doznawanych od ojca cierpień, chłopiec spieszył mu z pomocą, kiedy sąsiedzi przychodzili do domu i mówili, że leży pijany w rowie. Odwracając ze wstrętem głowę, żeby nie czuć śmierdzącego alkoholem oddechu, chłopiec pomagał się ojcu podnosić i przerzucając jedną rękę ojca przez plecy, prowadził go do domu, zataczając się pod za dużym na dziecięce siły ciężarem. Ot, takie sobie jedno z wielu nieszczęśliwe dziecko. Bohater i maskotka, a zarazem kozioł ofiarny, niesamowita mieszanka, trzy w jednym.

Samotność

Mama zdając sobie sprawę, że ojciec może chłopca zamęczyć, wysłała go do sanatorium na trzy miesiące w góry. Wraz z innymi dziećmi zamieszkał w zakopiańskim uzdrowisku, w stylowej, zaprojektowanej przez samego Witkiewicza willi "Oksza". Po raz pierwszy w życiu zobaczył otulone bielą strzeliste tatrzańskie szczyty. Podczas grupowych spacerów wpatrywał się w poprzegradzany kaskadami, skaczący po kamieniach spieniony szumiący potok i oglądał przez lunetę metalowy krzyż na szczycie górującego nad miastem Giewontu. Najbardziej nie lubił dwugodzinnego spania po obiedzie, bo wychowawczyni go szybko rozszyfrowała, że nie chce zasypiać i zawiązywała mu oczy ręcznikiem, ale za to później po drzemce już było fajnie. Lepili z ciągnącej się jak plastelina gliny różne cudeńka, które później prowadzący zajęcia rzeźbiarz podpisywał nazwiskiem twórcy i wypalał w specjalnym piecu. Wykonane prace malowano po wypaleniu farbami i ustawiano jako ozdoby na półkach. Pewnego razu chłopiec ulepił trójmasztowy korsarski żaglowiec, ozdobiony drabinkami i chmurą rozwiniętych żagli, i zaniósł go do rzeźbiarza w towarzystwie zachwyconych rzeźbą dzieci. Po wypaleniu, chłopiec pomalował okręt farbami, żagle na biało, i postawiono go jako ozdobę na głównej półce. Chłopiec nie widział jeszcze wtedy, że tak naprawdę, to ulepił symbol swojego losu, bo na takim korsarskim okręcie będzie płynął po oceanie życia do znajdującego się na drugim brzegu portu. Drugi brzeg, drugi brzeg, drugi brzeg... Oprócz takich jasnych chwil zdarzały się również i smutne, jak to w życiu, i tak na przykład dwukrotnie w ciągu trzech miesięcy zachorował na anginę i w sumie przez miesiąc leżał w izolatce. Dwa razy po dwa tygodnie, to dla małego chłopca prawie caaała wieczność. Izolatka znajdowała się w bocznym skrzydle na końcu zapomnianego korytarza i leżał w niej samotnie, pogrążony w ciszy, wpatrując się całymi godzinami w cieknący kran umywalki. Wyobrażał sobie, że to wybiegający z koszar na dźwięk pobudki żołnierze. Kap, kap, kap, kapały miarowo krople jak maszerujący po Via Appia rzymscy legioniści. Gdzieś tam na końcu rzymskiej drogi znajdował się prześliczny Neapol i rajska wyspa Capri, ale leżący w izolatce chłopiec tylko się wpatrywał w skapujące z nieszczelnego kranu krople. Po każdej naliczonej setce odginał jeden palec, a kiedy odgiął u jednej ręki wszystkie pięć palców, to wiedział, że spadło pięćset kropli i po Via Appia przemaszerowała cała kohorta. Jedna kropla, druga kropla, pięćset kropel spada, tak mu smutno, tak mu smutno, aż żal opowiadać. W późniejszych latach życia, kiedy już był dojrzalszy, miał się zacząć w takich trudnych chwilach modlić. Żeby trochę zapanować nad monotonią, podzielił dzień na pięć etapów, bo odwiedzano go w ciągu doby pięciokrotnie. Trzy razy przynoszono mu posiłki, rankiem dozorca przychodził napalić w piecu, a wieczorem pielęgniarka robiła mu zastrzyk z krystalicznej penicyliny, po której mu na kilka godzin drętwiała noga. Raz go odwiedziła przypominająca mamę nauczycielka, bo w sanatorium odbywały się lekcje. Posiedziała, porozmawiała i przyniosła mu gazetę, w której pisało, że polska lekkoatletka zdobyła w skoku w dal złoty medal na olimpiadzie w australijskim Melbourne. Kiedy nauczycielka poszła, to miał nadzieję, że jeszcze go odwiedzi, ale już więcej nie przyszła, pomimo, że wielokrotnie podchodził do drzwi i wypatrywał za nią przez dziurkę od klucza. Odleżał w końcu swoje i wrócił uszczęśliwiony do dzieci, a niedługo potem przyjechał do niego w odwiedziny tata. Przywiózł mu torebkę andrutów, więc zajadał po drodze, kiedy szli do szpitala, gdzie chłopcu zdjęli gips ze złamanej ręki, bo pojechał do sanatorium z ręką w gipsie. Ojciec starał się, żeby było dobrze, ale chwilowe dorywcze starania to za mało i dlatego andruty miały posmak goryczy jak wyproszone u sąsiadki łazanki, bo nie można andrutami osłodzić wieloletniej udręki. Po trzech miesiącach chłopiec wrócił do domu, gdzie znowu spadły na niego razy i wyzwiska i zapłakał na widok szarej smutnej rzeczywistości. Nie chciał nikomu powiedzieć dlaczego płacze, więc przeważnie popłakiwał nocą, modląc się wcześniej przy wieczornym pacierzu, żeby mu się znowu nie śniły koszmary. Mijały lata i chłopiec zaczął jeździć na kolonie, przywożąc z nich kolorowe pamiątkowe dyplomy, a w kolonijnych kronikach pozostały napisane przez niego wiersze, jasne promyki na zachmurzonym niebie dzieciństwa.

Wózek

Wiosną dostał na urodziny od starszej siostry napisane językiem serca opowieści Edmunda de Amicisa i czytał je w ogrodzie, ukryty pośród zieloności przed prześladującym go ojcem, a po błękitnym niebie żeglowały z wiatrem białe obłoki. W jeden z takich pięknych wiosennych dni ojciec przywiózł na pożyczonym dwukołowym wózku otręby i kazał chłopcu później oddać wózek do Szymańskiego. Chłopiec znał Szymańskiego, ale nie wiedział, że Szymańskich było w mieście kilku i kiedy zajechał pod znany sobie adres, to Szymański wystawił na niego zdziwione oczy, więc postanowił wrócić z wózkiem do domu. W międzyczasie Szymański przysłał po wózek syna i zdenerwowany ojciec wychodził niecierpliwie na drogę, wyglądając za chłopcem. Spotkali się na ulicy, jakieś dwieście trzysta metrów od domu. - Gdzie byłeś? - zapytał tata, wymierzając chłopcu znienacka siarczysty policzek. Dziecko wpadło do przydrożnego rowu i leżało w brudnej zatęchłej wodzie, a nad nim rozbłyskiwały na niebie gwiazdy... Jedna gwiazda, druga gwiazda, trzecia gwiazda świeci, zamknąć drani do więzienia, niech nie biją dzieci. Jedna łezka, druga łezka z zapłakanych powiek, chłopcu ogień w oczach błyska, śmierć mu dzwoni w głowie. - Wychodź z tego rowu! - Przepraszam cię, tatusiu. - Ja cię, raku, zatłukę! Po wydostaniu się na drogę na chłopca spadły kolejne uderzenia i upadając na ziemię, rozciął sobie o dyszel wargę. - Bierz wózek – powiedział tata spokojniej, bo chłopiec zdążył go pocałować go w rękę. Kolejne uderzenia dosięgły chłopca, kiedy się schylił po dyszel. - Wybiłem sobie zęba - pożalił się zakrwawionymi ustami. - Ja cię, raku, zatłukę! Wstawaj! Wrzasnął tata, kiedy chłopiec upadł na ziemię. Wstał, złapał za dyszel i zaczął uciekać z wózkiem do domu. - Stój! Nie będę za tobą gonił! – zatrzymało go kolejne warknięcie. Seria ciosów po głowie była tym razem tak silna, że chłopcu zaczęły raz za razem błyskać w kącikach oczu ognie, a w głowie narastały niepokojące dźwięki. Rzucił się z wózkiem do przodu, czując, że za chwilę straci przytomność. Nad sobą coraz bliżej świszczący oddech goniącego za nim ojca. Zwężone złością oczy ojca zmrużone były w wąskie drgające szparki, wyciągnięte w stronę ofiary ręce zakrzywiały się konwulsyjnie jak szpony drapieżnego ptaka. - Uciekaj! – krzyknęła do chłopca wybiegająca z domu starsza siostra. - Stój! - krzyknął tata. - Rzuć wózek i uciekaj! - ponownie zawołała siostra i chłopiec wyzwolił się z paraliżującego go lęku, i czując, jak paznokcie ojca rozorują mu policzek, rzucił wózek i pobiegłszy do przodu, schował się za starszą siostrę. Coś do siebie mówiła, ale po cichu, bo tak samo bała się ojca. Zabrała braciszka do domu, gdzie się szybko schował do łóżka i leżał schowany pod pierzyną, co jakiś wystawiając bojaźliwie głowę i obracając na drugą stronę mokrą od płaczu poduszkę. Owej nocy kilkakrotnie się budził z przeraźliwym krzykiem i uciekał przerażony do mamy. Po wyjściu ojca z więzienia nastały dla chłopca ciężkie czasy. Szczerze mówiąc, to chyba dobrze się stało, że tata przez siedem lat siedział w więzieniu, bo to pozwoliło chłopcu nieco podrosnąć i przypuszczalnie dzięki temu uniknąć zakatowania, ocaleć. Zastraszone dziecko schodziło ludziom bojaźliwie z drogi, a w szkole stało się obiektem złośliwych kpin i żartów, bo rówieśnicy wyczuwali, że chłopiec się z jakichś powodów nie broni. Jego instynkt samozachowawczy został przez ojca na jakiś czas sparaliżowany. Posiadając wrodzone poczucie wartości, godność, chłopiec się nikomu nie skarżył i tylko czasem popłakiwał, schowany w urokliwym zakątku ogrodu, gdzie wiosną upajająco pachniały rozkwita aksamitne fiołki. Nabyte w dzieciństwie traumy naznaczyły chłopca dźwiganym później przez resztę życia krzyżem, a uczulenie na przemoc przekształciło się u niego w dorosłym życiu w nietolerancję krzyku i przemocy. Miał się również pod koniec życia dowiedzieć, że ma w głowie niewielkie krwiaki. Nieświadomie powielił również zakodowane w podświadomości zachowania ojca i kiedy był pijany, to bił ludzi znienacka bez powodu po twarzy. Przez wiele lat musiał walczyć z wszczepioną mu przez ojca agresją, nad którą zapanował dopiero po całkowitym odstawieniu alkoholu za pomocą modlitwy i wytrwałej pracy terapeutycznej nad sobą.

Leszczynowy gaj

Koledzy go ciągle prowokowali w klasie do pojedynków, walki toczyły się po lekcjach na szkolnym podwórku albo w pobliżu szkoły na trawie nad rzeką. Ciągle chodził zestresowany, bo co to za przyjemność dostawać po swojej i obijać komuś mordę, ale nie wiedział jak się przed tymi pojedynkami uchronić, bo się obawiał, że jak nie zechce walczyć, to będą nazywali tchórzem. A więc toczył te gówniane pojedynki tydzień po tygodniu, robiąc z siebie dla podpuszczającej go gawiedzi darmowe widowisko. To był dla niego ciężki rok, ciężka czwarta. Spętany splotem niekorzystnych okoliczności, nie potrafił się uwolnić z narzuconej mu przez kolegów roli kozła ofiarnego i wielokrotnie żałował, że się przeniósł z powrotem do swojej starej klasy. Najbardziej go prześladował siedzący za nim uczeń, który dobrał sobie dwóch kuzynów z sąsiedniej klasy i prześladowali go we trójkę przy każdej nadarzającej się okazji. Pewnego razu prześladowca skradał się za chłopcem na dużej przerwie z napełnioną wodą szklanką i co jakiś czas wlewał mu znienacka trochę za kołnierz. Rozzuchwalony biernym zachowaniem chłopca, podkradł się do niego pod koniec przerwy i wlawszy mu za koszulę pół szklanki, uciekł roześmiany na drugi koniec sali, a chłopiec stał bezradnie w przemoczonej koszuli. Nie wiedział, jak zareagować, bo akurat dzień wcześniej ojciec go uczył posłuszeństwa, najpierw mu wymierzając policzek, a potem każąc się całować w rękę. Cieknąca po ciele woda skapywała na podłogę i zdało się nagle chłopcu, że czas spowolnił i zaczął działać jak w transie. Spokojnie bez pośpiechu napełnił szklankę nad zlewem wodą i nagłym niespodziewanym ruchem strzelił nią w stronę prześladowcy z taką siłą, że przeleciała z błyskawiczną szybkością przez całą salę i roztrzaskała się na głowie dręczyciela. Nauczycielka, która akurat weszła do klasy zabrała chłopca do pokoju nauczycielskiego, gdzie w ciszy i spokoju powoli przyszedł do siebie. Bał się, że koledzy na niego jak zwykle naskoczą, ale o dziwo, po wejściu do klasy zobaczył, że dzieci trzymają jego stronę. Wystarczył jeden celny rzut szklanką, żeby cała klasa zwróciła się przeciwko prześladowcy, który tak się wystraszył, że od tego czasu zostawił swoją ofiarę w spokoju. Kiedy nadeszły święta Bożego Narodzenia chłopiec zorganizował z kolegami z ulicy kolędniczą grupę i zaczęli chodzić po domach, i dawać przedstawienia. Na twarzach mieli maski odgrywanych postaci i maluchy w domach chowały się za mamine spódnice, kiedy wysmarowany sadzami i podzwaniający łańcuchami rogaty diabeł w czarnym trykocie zabierał Heroda widłami do piekła. Najmniej płacili w blokach, a kiedy na jednej z klatek nie wpuszczono ich do kilku mieszkań, to diabeł nasikał pod drzwiami na pierwszym piętrze i jakiś chłop wyskoczył do nich w gaciach z mieszkania. - Co tu się dzieje?! - ryknął, spoglądając na parującą mu wycieraczce kałużę. Wszyscy kolędnicy dali wtedy takiego drapaka, że pozbierali się dopiero za rogiem na ulicy, gdzie śmierć w białych kalesonach i prześcieradle przygrzmociła Żydowi po garbie, bo podczas ucieczki pogubił drobniaki z przytwierdzonej do paska skarbonki. Minęła zima i wiosną chłopiec zauważył, że kilku kolegów znika po lekcjach nad rzeką w leszczynowym gaju. Pewnego razu poszedł za nimi i zsunąwszy się po stromej skarpie na nadrzeczne łąki, zobaczył, że bawiący się w gonionego chłopcy skaczą po drzewach i huśtają się na giętkich gałęziach leszczyny. - Spróbuj któregoś złapać - zaproponowali. Zaczął się więc mozolnie wspinać do kolegi po drzewie, ale kiedy już do niego dochodził, to goniony puścił górną nad głową i zjechał na dolnej płynnie do ziemi jak na bungee. Po kilku nieudanych próbach chłopiec się szybko załapał o co biega i niedługo potem, jako najlżejszego, najtrudniej go było złapać. I w taki to sposób zyskał trójkę chodzących z nim do klasy, ale starszych od niego przyjaciół i stworzyli razem we czwórkę zamkniętą hermetyczną grupę, i dawni dręczyciele chłopca zaczęli się od niego trzymać z daleka. W czerwcu zaczął chodzić z nowymi kolegami na wagary nad rzeką, nad którą opalali na płaskim blaszanym dachu ujęcia wody i piekli nad ogniskiem złowione raki. Najwięcej smacznego, białego apetycznego mięsa znajdowało się w odwłoku i w szczypcach. Za jedną z takich krajoznawczych wycieczek został pewnego razu wraz z kolegami w kozie, bo kiedy wracali znad rzeki, to spotkali idącą ze szkoły uczącą chemii nauczycielkę i Olek niepotrzebnie się jej zapytał, czy lubi raki. No i posiedzieli następnego dnia po lekcjach, zamknięci w gabinecie chemicznym. Mieli się uczyć o pierwiastkach z wiszącej na ścianie tablicy Mendelejewa, ale Rysiek wyciągnął ze ściany gwoździa, uklepał z niego wytrych wyciągniętym z moździerza mosiężnym tłuczkiem i po otworzeniu w drzwiach prymitywnego rachitycznego zamka, po chwili już huśtali się na gałęziach w leszczynowym gaju. Leszczynowy gaj, leszczynowy gaj, leszczynowy gaj...

Chłopiec dostaje imię

Podczas wakacji, schowani za drzewami koledzy wywoływali go z domu gwizdaniem. - O, znowu gwiżdżą - atakowała mama. - Przestań z nimi kolegować i ostrzyc te wstrętne długie włosiska - powtarzała do znudzenia, ale chłopiec miał na ten temat swoje własne zdanie. Dołączał do trójki kolegów i wyruszali całą czwórką na pełną przygód wędrówkę po mieście. Pewnego razu koledzy usłyszeli, jak mama woła do niego, Kubuniu, i od tego czasu za sprawą Ryśka został przemianowany na Kubę. Starszy o dwa lata Rysiek nosił na głowie usztywnionego wodą z cukrem kołtuna, który nie dawał spokoju sąsiadce Kuby i pewnego razu zaatakowała do niego Ryśka, być może naiwnie licząc, że Kuba mu tego nie powtórzy. - Wiesz co, Kuba? - zawyrokowała. - Tego twojego kolegę z tą czapą włosów na głowie i z tymi jego podkręconymi baczkami, to powinni ostrzyć do gołej głowy. Nic nie odpowiedział, ale oczywiście przy najbliższej okazji wszystko powtórzył Ryśkowi, który spotkawszy sąsiadkę na ulicy, zaczął się przed nią krygować, podkręcać sobie baczki i sąsiadka miała do Kuby pretensje, że naskarżył do kolegi. - A czego się pani spodziewała? - wyjaśnił. - Przecież, Rysiek, to mój kolega, przyjaciel. Na takie postawienie sprawy sąsiadka machnęła z ciężkim westchnieniem ręką i zrezygnowawszy z dalszej rozmowy, poszła do domu. Minęła w życiu Kuby jeszcze jedna jesień, a po niej zima i wiosną zaczął jeździć z mamą na małomiasteczkowe jarmarki, pomagał jej skupywać kury, gęsi, króle i kaczki. Najbardziej się opłacało kupować gęsi, bo dawały dodatkowy zarobek na puchu i pierzu, i dlatego kupcy podchwytywali sobie towar na wszelkie możliwe sposoby. Generalnie panowała zasada pierwokupu i dlatego Kuba wychodził sobie spacerkiem po drodze przed konkurencję, przysiadał się na zdążający na jarmark wóz z gęsiami i zagajał z jadącymi na wozie rozmowę. - A skąd to, panowie, jedziecie? - zapytywał siedzących na koźle furmanów, a kiedy już wiedział, skąd jadą, to dodawał, że z tamtych stron pochodziła jego babcia. - A jak się nazywała? – pytały zainteresowane kumoszki, na co odpowiadał, że nie pamięta, bo to była babcia ze strony mamy, a mama za panny nazywała się inaczej. - A w którym przysiółku mieszkała? - dopytywały się kumoszki i wtedy im szczegółowo tłumaczył, że tam nie było przysiółka, bo babcia mieszkała pod lasem, ale nie całkiem pod lasem, tylko trochę z boku i szło się do niej na przełaj przez pola albo można też było dojść z drugiej strony od lasu. Po takim szczegółowym wyjaśnieniu na wozie przez dość długą chwilę panowało zamyślone milczenie, a później rozmowa nabierała właściwych kolorów i gęsi jechały do jego mamy. Wkurzona konkurencja napuściła na niego milicję, ale Kuba podczas spisywania mamy szepnął milicjantowi do ucha, że kupcy go częstowali wódką. - Ale proszę, niech mnie pan nie zamyka - nawijał. - Bo nic nie wypiłem i chociaż mnie piekło, to wytrzymałem i potrzymałem przez chwilę w ustach, a później, kiedy już odszedłem, to wyplułem. Posterunkowy spojrzał groźnie na dziobatego kupca i wlepił mu mandat za brak ważnej książeczki zdrowia. Po tym mandacie dziobaty próbował zażyć Kubę z innej beczki i zaprosiwszy go na poczęstunek do gospody, zafundował mu fasolkę po bretońsku. - Słuchaj, Kuba - nawijał przy stoliku. - Umówimy się w ten sposób, że jeden wóz z gęsiami będziesz przyprowadzał do mamy, a później drugi do mnie, na zmianę, a jak ci za każdy będę płacił po piątce. - A nie mógłby mi pan jeszcze do tej fasolki postawić oranżady? - Ale umowa stoi? - No, pewnie - potwierdził i po wypiciu oranżady, poszedł na drogę po gęsi. Kiedy po chwili jechał z gęsiami do mamy, to kupiec puścił do niego porozumiewawczo oko, ale kiedy dwa następne wozy również pojechały do mamy, to pogroził mu pięścią, a nawet chciał mu po jarmarku przygrzmocić, bo zapytał dziobatego, czyby mu nie postawił oranżady. Z czasem Kuba udoskonalił swoje eskapady i wypuszczając się kilometr na drogę, przysiadał na wracających z jarmarku wozach, a ponieważ dziobaty dalej nie odpuszczał i podbiegał do pilotowanych przez niego wozów, to postanowił dać mu wycisk. - Wie pan co, panie gospodarzu? - powiedział na wozie do jadącego z gęsiami chłopa. – Za chwilę do wozu podleci taki dziobaty kupiec, co mnie ciągle prześladuje, nasyła na mnie milicję, więc mam do pana gorącą prośbę, żeby mu pan tak porządnie strzelił nad uchem z bata, żeby sobie popamiętał przez ruski miesiąc. Jadące na wozie kobiety podkręciły chłopa do reszty i kiedy dziobaty dolatywał do wozu, to furman tak strzelił z bata, że aż się konie spłoszyły. W taki to sposób, nie pozwoliwszy się przekupić, Kuba wypracował sobie na tyle mocną pozycję, że handlujący do spółki z jego z mamą, starszy od niego o kilkanaście lat kuzyn, zaczął mu płacić dwadzieścia złotych za jarmark. Mając stałe dochody zaczął składać na rower, handlując dodatkowo za namową mamy wiklinowymi koszykami i jeszcze tego samego roku kupił sobie na jesień nowiutki młodzieżowy rower, na którym zaczął robić po okolicy wycieczki.

Olek

Olka nazywali Magistrem, bo ciągle się wymądrzał, powtarzając podsłuchane wiadomości i pewnego razu postanowili dać mu nauczkę. - Popatrz, jakie piękne gwiazdy – powiedział pewnego wieczoru Leszek do Kuby, wiedząc, że idący z nimi Olek nadstawia ucha. – Szkoda, że za dziesięć milionów lat ta cała nasza piękna gwiaździsta galaktyka runie, rozleci się w kawałki. - No pewnie, że szkoda - przytakiwał Kuba, pomiarkowawszy o co Leszkowi chodzi. - Właściwie, to nawet nie ma sensu chodzić do szkoły, skoro i tak to wszystko runie na zmarnowanie. Wzdychali obaj żałośnie, udając, że nie zwracają uwagi na Olka, który na drugi dzień obwieścił w klasie na lekcji, że nie ma się po co uczyć, bo za dziesięć milionów lat cała nasza galaktyka runie, rozpadnie się w kawałki. - A wiesz ty, Olek, ile to jest dziesięć milionów lat? – zapytała nauczycielka i cała klasa wybuchła śmiechem. Szczerze mówiąc, to cała ta galaktyczna apokalipsa wyszła Olkowi na dobre, bo przestał bezmyślnie powtarzać zasłyszane wiadomości. Oczywiście, od tego czasu nie dawało się przy nim rady rozmawiać o gwiazdach, bo kiedy tylko zaczynali przy Olku wieczorami smutno wzdychać i spoglądać w rozgwieżdżone niebo, to najeżony Olek natychmiast dostawał białej gorączki. Taki już był porywczy z natury i to się na nim zemściło nad zalewem. Za miastem wznosiła się na rzece Uszwicy tama, spiętrzona przez zaporę woda tworzyła szeroki długi zalew, z którego pobierano wodę na piwo do pobliskiego browaru. Pomimo zakazu kąpieli, a co za tymi idzie sikania do wody na górnym jazie, mieszkańcy miasta wykorzystywali zalew jako kąpielisko i w letnie wakacyjne miesiące nad wodę przychodziła połowa miasteczka. Przesiadująca całymi dniami nad wodą młodzież zorganizowała się samorzutnie w zhierarchizowaną grupę z oficerami, podoficerami i żołnierzami, którzy musieli chodzić na grandę po warzywa i owoce do znajdujących się w pobliżu sadów i ogródków. W zamian za to, pod wodzą nadzorującego wszytko bosmana, to dzikie kąpielisko wcale znowu nie było takie dzikie, a nawet odbywały się na nim spontaniczne imprezy rozrywkowe, jak na przykład zaserwowany publiczności pewnej niedzieli pokaz mody i striptiz Olka. Zaczęło się od tego, że wysłani na rekonesans zwiadowcy wypatrzyli wpuszczoną na sznurze do studni, chłodzącą się w wodzie bańkę świeżego mleka. Posłany po nią Olek przysadził się po drodze do mleka podczas powrotu z ukradzioną bańką i stanął przed generalicją z białymi wąsami pod nosem, czego mu oczywiście nie mogli puścić płazem. Ściągnęli pyskującemu szeregowemu kąpielówki, wrzucili go do wody i czekali na pokajanie i skruchę. Z początku Olek zapewniał, że może tak pływać do jutra, ale po jakimś czasie zaczął szczękać zębami i prosić zsiniałymi z zimna wargami, żeby mu oddano kąpielówki i wtedy mu postawiono ultimatum, że musi się wcześniej przespacerować nago po szczycie tamy. Wysoka na jakieś osiem metrów betonowa zapora miała u góry kilkanaście centymetrów szerokości i co odważniejsi robili sobie po niej spacery, a nawet zjeżdżali z tamy na gałęziach do znajdującego się u podnóża jeziorka. Cóż miał zrobić spokorniały i zmarznięty Olek, skoro sprzysięgło się przeciwko niemu na raz tyle fatalnych okoliczności? Kazał sobie narwać liściastych gałęzi i wystrojony jak polinezyjska baletnica, rozpoczął spacer po tamie zasłaniając goliznę z przodu i z tyłu dwoma zielonymi wiechciami. Najlepsze widoki miały opalające się poniżej tamy dziewczęta, które zasłaniając sobie z popiskiwaniem oczy, podglądały Olka przez rozstawione palce. Po zakończeniu występów bosman zaproponował Olkowi funkcję ordynansa, ale nie przyjął propozycji i koniec końców wytargował dla siebie stopień kaprala. A później znowu czas postąpił krokiem i kiedy nadeszły przedostatnie wakacje, to czwórka szkolnych przyjaciół spędziła je prawie w całości nad zalewem. Mieli tam takie jedno upatrzone miejsce, gdzie się do nich nie wtrącano i właśnie na tych przedostatnich szkolnych wakacjach poznał Helenę.

Babia Góra

Na imię miała Helena, była kuzynką Leszka i przyjechawszy do cioci na wakacje, spędzała z nimi czas nad zalewem. Po jakimś czasie trzej koledzy doszli do wniosku, że Kuba powinien z nią chodzić, zaś jeżeli chodzi o niego, to nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Trochę go drażniło, że koledzy chcą za niego decydować i tak to trwało w zawieszeniu, a przed nimi trwało prawie całe życie i cała wieczność. Kiedy wieczorami wracali całą paczką z włóczęgi, to koledzy specjalnie zostawali w tyle, żeby stworzyć swatanej parze sprzyjające warunki do miłości. Miało to ten skutek, że Kuba z Heleną dochodzili do stojącego na skraju łąki domu Leszka i spokojnie czekali na resztę. Dopiero po dość długiej chwili dobiegały do nich głośne śpiewy nadchodzących przyjaciół, którzy w taki przesadnie kurtuazyjny sposób ostrzegali o swoim nadejściu. - Hałasują, żeby nas ostrzec, że idą – komentował Kuba półgłosem. Po chwili rozśpiewani koledzy faktycznie nadchodzili i udając, że na nich w ogóle nie patrzą, przypatrywali się badawczo swatanej parze i zaczynali rozmawiać o pogodzie. Nad wodą wyznaczali im obojgu osobne miejsce, gdzie leżeli obok siebie w milczeniu na kocu, Helena marzyła z zamkniętymi oczami, a Kuba czytał książkę. Pewnego razu natrafił w powieści na poetycki fragment o miłości i najpierw pokazał go Helenie palcem, a później obserwował, jak dziewczynie zadrgały uczuciem usta i to właściwie tyle, jeżeli chodzi o niego i o Helenę. Pod koniec wakacji wyjechała, a po jakimś czasie przysłała mu w liście swoje zdjęcie, ale jej nie odpisał. Nie bez znaczenia był tutaj fakt, że jego korespondencję otworzyła młodsza siostra i naskarżyła na niego rodzicom. Po kilku latach spotkał Helenę na plantach i przystanęli, i zaczęli ze sobą rozmawiać, ale rozmowa nie za bardzo się kleiła. Stali, zapełniając niezręczną ciszę zdawkowymi słowami i dopiero na odchodne Helena powiedziała mu wiersz Małgorzaty Hilla o pozujących na twardzieli ludziach, którzy dopiero późną nocą przy szczelnie zasłoniętych oknach umierają samotnie z braku miłości. Po wysłuchaniu wiersza nie powiedział już więcej ani słowa, uśmiechnął się tylko jakby trochę przepraszająco i odszedł. Kiedy po latach wracał myślą do owych prawie jeszcze dziecięcych wspomnień, to Helena jawiła mu się jak rozbłyskująca na widnokręgu zorza, coraz mocniej zwiastująca smużącymi po chmurach promieniami budzący się do życia nowy dzień... Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia , Tobie morze, Tobie śpiewa żywioł wszelki, bądź pochwalon Boże wielki. Wielu w sen śmierci popadło, co się wczoraj spać pokładło, my się jeszcze obudzili, byśmy Cię Boże chwalili. Chwalili, chwalili, chwalili... Minął kończący szkołę podstawową kolejny rok nauki, wracali z Ryśkiem po rozdaniu świadectw, a ponieważ kilkadziesiąt metrów przed nimi szedł kierownik szkoły, to postanowili się z nim pożegnać. - Kłapciuch - poleciało do kierownika z jednej strony ulicy. - Kłapciuch - poleciało do niego po chwili z drugiej, bo się rozdzielili z Ryśkiem i dla lepszego efektu każdy żegnał kierownika z innego miejsca. No cóż, zielone lata i zielono w głowie, dopiero z wiekiem następuje u większości ludzi dojrzalsze przewartościowanie pojęć, ukierunkowujące za pomocą cierpienia, sumienia i pokory na nieczynienie bliźnim krzywdy. Nie wiadomo, jak to się stało, bo się nie umawiał z przyjaciółmi, ale następnego dnia spotkali się całą czwórką nad zalewem. Postali, popatrzyli po opustoszałym kąpielisku i zadumani smętnie nad bezpowrotnie minionym dzieciństwem, rozeszli się do domów, postanowiwszy się tutaj jeszcze raz spotkać pod koniec wakacji. Pozostał jeszcze przez chwilę po odejściu kolegów, patrząc na przelewające się przez zaporę fale. Spoglądał zadumany na spadającą z tamy wodę, a później strząsnął z siebie smutek przemijania i poszedł do domu.... Jedna fala, druga fala, trzecia fala spływa, coraz więcej dni za chłopcem, a przed nim ubywa. Jedna fala, druga fala, niebem słońce świeci, ku wieczności dojrzewają coraz starsze dzieci. W sierpniu pojechał w góry na kolonię, podczas której zorganizowano kolonistom dwudniową wycieczkę na Babią Górę. Pierwszego dnia doszli do schroniska na Babiej i spoglądali zafascynowani na mającą ponad tysiąc siedemset metrów najwyższą górę Beskidów, która chowała się przed nimi w splotach białych obłoków jak w haftowanej wiatrem ślubnej sukni. Przenocowali w schronisku na Markowych Szczawinach pięćset metrów poniżej szczytu, a następnego dnia po śniadaniu zaplanowano wyjście na Babią, a później zejście turystycznym szlakiem do stacji kolejowej i powrót pociągiem na kolonię. Po spędzonym przy ognisku wieczorze zasnęli nocą na drewnianych pryczach pod kocami podszytymi hultajskim wiatrem, który dopiero nad ranem przestał pogwizdywać i zostawił zmęczone dzieci w spokoju. O pogodnym poranku spojrzeli na opromienioną wschodzącym słońcem górę i wówczas wychowawca obwieścił, że ktoś musi zostać przypilnować trzydziestu kilku plecaków. Pośród zapadłej wśród kolonistów pełnej napięcia ciszy wyznaczył do pilnowania dwóch najmniejszych, czyli jego i Roberta, na co zareagowali pełnym poczucia krzywdy buntem i zostawiwszy plecaki na pastwę losu, uciekli obaj do lasu. - Nie wysyłaj za nami chłopców, bo jak ci się dzieci pogubią, to napytasz sobie jeszcze większej biedy! Krzyknął Kuba do wychowawcy, kiedy próbowano ich złapać po powrocie wycieczki ze szczytu. Zostawiono ich w końcu w spokoju, a w porze obiadowej wystawiono im do lasu dwa obiady i Robert dał się skusić, i dołączył do wycieczki, ale Kuba nie tknął obiadu i nie ustąpił. Schowany za drzewami, skradał się za schodzącą z góry wycieczką, a później w pociągu trzymał się od wychowawcy z daleka i nie odezwał do niego do końca kolonii. Postanowił sobie wówczas, że w przyszłości zdobędzie Babią Górę, a czy mu się to uda, to czas pokaże. Na zakończenie wakacji czwórka przyjaciół kupiła za namową Ryśka cztery butelki wina i urządziła w zbożu libację. Po wypiciu wina chichotali jak głupki, nie zdając sobie sprawy, że się zainfekowali pijanymi zarazkami ukrytymi w podsuniętej im przez diabła alkoholowej truciźnie.

- Śni ci się szklana góra, niepokój rośnie, po co piłeś alkohol o życia wiośnie? - Nie wiedziałem, błądziłem, dale wołały, przymierzałem marzenia, nie pasowały.

Rozdział drugi

Po skończeniu podstawówki poszedł do technikum energetycznego i zamieszkał w internacie w odległym o pięćdziesiąt kilometrów Krakowie. Spali na piętrowych łóżkach w szesnastu w znajdującej się na trzecim piętrze sali i zarówno latem jak i zimą otwierali nocą górne okna, żeby mieć więcej świeżego powietrza. Ze znajdującej się w pobliżu wieży wawelskiego zamku dobiegały dźwięki kurantów, a o szóstej piętnaście rano robił im pobudkę ostry dźwięk elektrycznego dzwonka. O od tej chwili mieli godzinę i piętnaście minut na wyskoczenie z piżam, umycie się w łazience, zjedzenie śniadania i dojście do odległego o półtora kilometra okazałego gmachu technikum, w którym o wpół do ósmej zaczynały się lekcje . Nieprzywykły do nauki, bo w podstawówce wystarczały mu usłyszane lekcje, bardzo szybko dostał dwóję z chemii, a po kilku dniach następną i tak się tym przejął, że się rozpłakał na lekcji, bo się przestraszył, że go wyrzucą z internatu. A potem się zabrał do nauki i po dwóch tygodniach poprawił dwóje na bardzo dobry, ale później znowu sobie odpuścił i po kilku miesiącach stał się w klasie jednym z największych rozrabiaków. Jednocześnie zaczął się w przyspieszonym tempie rozwijać i w ciągu roku przybrał na wadze kilkanaście kilogramów i podrósł o dwanaście centymetrów. Wyglądał w przykrótkich nogawkach i rękawach szkolnego mundurka jak strach na wróble i mama uszyła mu u krawca nowy mundurek.

Zielone lata

Internat stał przy zacienionych kasztanami dietlowskich plantach i wiosną dobiegały stamtąd do chłopców świergotliwe koncerty ptaków. W maju i czerwcu pod zwisającymi pomiędzy liśćmi białymi kandelabrami kwiatów siedzieli na ławkach emeryci i grali w szachy, a po alejkach spacerowały pośród zieloności młode mamy ze swoimi gaworzącymi pociechami w wózkach. Najwyższe trzecie piętro internatu nadbudowano nad dwoma sąsiadującymi kamienicami i po zamknięciu o ósmej wieczorem kraty, można było się dostać do łazienki z przylegającej kamienicy. Ta niebezpieczna i nielegalna droga wiodła z sąsiedniej klatki schodowej po blaszanym okapie i niektórzy spóźnialscy z niej korzystali, chwytając się podczas wędrówki po okapie za wystające ze ściany cegły. W internacie, podobnie w podstawówce, znowu zaczął się pojedynkować z kolegami, ale tym razem, to on prowokował do bitki i dopiero pod koniec zimy udało mu się nad tym zapanować, wyciszyć nakręcaną przez adrenalinę agresję. Gdzieś ta porywczość jednak nadal w nim nadal drzemała, bo kiedy pewnego razu przyszedł na ich salę z gitarą kolega z innej klasy i zaczął się popisywać, szarogęsić, to się do niego postawił, chociaż przeciwnik był lepiej zbudowany i wyższy o głowę. - Wynocha z naszej sali – pokazał mu ręką na drzwi, a później się przestraszył i uciekł do swojej twierdzy, do góry na swoje piętrowe łóżko. – Nie wychodź tutaj do mnie na górę, bo cię kopnę – ostrzegł napastnika, kiedy ten zaczął się wdrapywać do niego na łóżko. Chwilę później napastnik otrzymał tak silne kopnięcie bosą stopą w twarz, że zleciał na podłogę i zrezygnował z ataku. Stanął przy stole na dole i liżąc rozciętą wargę, oznajmił, że poczeka na dole i wtedy się ze sobą policzą. Przez jakiś czas obaj trwali we wzajemnym szachu, a potem zeskoczył z łóżka i zaatakował napastnika serią błyskawicznych oburęcznych sierpowych, po których przeciwnika rzuciło na ścianę. Przez następne pół godziny pojedynek wyglądał mniej więcej w ten sposób, że krążyli przyczajeni naokoło siebie i w pewnym momencie Kuba doskakiwał i puszczał serię oburęcznych sierpowych, które rzucały przeciwnika na szafkę lub na ścianę. Walkę przerwał dzwonek obwieszczający ciszę nocną, na który przypuszczalnie obaj czekali, żeby zakończyć starcie. Nie wiadomo czemu tak ciągle wałczył, czy w ten sposób odreagowywał wyniesione z rodzinnego domu traumy, przypuszczalnie złożyło się na to wiele przyczyn, że jego niespokojna natura wrzała jak lawa i co jakiś dochodziło do erupcji. Po epoce pojedynków nastała w jego życiu era kawałów, wygłupów, które tylko małolaty potrafią wymyślić przy pomocy swojej fermentującej jak młode wino natury. W rogu świetlicy stała zamykana na kluczyk szafa ze stojącym na górnej półce telewizorem, który kierownik pozwalał załączać dopiero po odbywającej się na świetlicy nauce własnej. Jakimś sposobem Waldek dopasował do szafy kluczyk i podczas przerwy Kuba się wcisnął w szafie na dolną półkę i powiedział do Waldka, żeby go w środku zamknął. - Ale będziesz musiał siedzieć w środku przez półtorej godziny do zakończenia nauki - ostrzegł kolega, na co zadowolony z kawału Kuba ochoczo przytaknął, że nie ma sprawy. Z początku mu się siedziało przyjemnie, ale później mu się znudziło i kiedy słyszał głos wychowawcy z drugiego końca sali, to wydawał szybkie i krótkie głośne piski, które w końcu przyciągnęły wychowawcę do szafy. Zaczął szarpać drzwiami przy akompaniamencie rozbawionego szmeru uczniów i od tego czasu Kuba już siedział spokojnie. O siódmej wieczorem rozległ się dzwonek obwieszczający koniec nauki i siedzący w szafie Kuba nasłuchiwał markotnie, jak koledzy zbiegają do stołówki na kolację. Warujący obok szafy wychowawca siedział na krześle i tak sobie obaj siedzieli, i czekali na dalszy rozwój sytuacji, dopóki Kuba w pewnym momencie nie usłyszał, jak koledzy pytają wychowawcy, czy można załączyć telewizor. - Idźcie do kierownika po klucz od szafy - polecił wychowawca. I tutaj trzeba przyznać, że ciszący się z kłopotów kolegi, tańcujący w pobliżu szafy Waldek stanął na wysokości zadania. Wybiegł ze świetlicy i z pomocą kolegów zrobił na korytarzu taki raban, że wychowawca wyskoczył zobaczyć, co się dzieje. Zorientował się po chwili, że go wpuszczają w maliny i zawrócił szybko na świetlicę i wyskakujący z szafy Kuba ledwie miał tyle czasu, żeby złapać za gałkę telewizora. - Właśnie załączam telewizor... Zaczął uprzejmie wyjaśniać, ale rozsierdzony wychowawca nie pozwolił mu dokończyć. - Ty! Ty! - wrzeszczał, tarmosząc go za uszy. - Co? Co? - dopytywał, złapawszy wychowawcę za nadgarstki. Szczerze mówiąc, to cały ten incydent zakończył się na tej inteligentnej wymianie zdań i Kuba mógł wreszcie pobiec do łazienki umyć ręce i zbiec z trzeciego piętra na parter do stołówki, żeby zdążyć na kolację. Na wiosnę wykombinowali z Waldkiem, że wyglądające wydłubane z nabojów do korkowca ładunki wybuchają, kiedy się je rzuci na twardą powierzchnię. Zaczęli więc wydłubywać ziarenka z korkowej otoczki i nosili je w wyścielonych watą pudełeczkach po zapałkach. Bombardowali nimi w wiosenne wieczory spacerujące pod oknami internatu pary. Doszli do takiej celności, że ziarenka wybuchały krok przed atakowanym obiektem i zauważyli, że odskakujący do tyłu mężczyźni, prawie zawsze odruchowo pchali kobiety w stronę huku i rozbłyskującego ognia. Pewnego razu rozsypali ziarenka w kinie i przerwano seans, bo ludziom zaczęło błyskać pod nogami. Oczywiście, kiedy na sali zaświecono światło, to oni obaj siedzieli spokojnie na fotelach z niewinnymi minami, żeby ich czasem nie posądzono i nie zrewidowano. Zimą nastała w internacie moda na konstruowane w mydelniczkach radyjka, do konstruowania których wykorzystywano słuchawki telefoniczne. Radyjka odbierały tylko lokalną krakowską stację, w sobotnie wieczory słuchano w łóżkach podwieczorku przy mikrofonie, i pewnego razu powkładali kolegom do radyjek naftalinę. - Co ta mydelniczki tak śmierdzą?! Dziwili się koledzy koledzy, kiedy im Kuba z Waldkiem powtykali do radyjek naftalinę. Nie chcieli im wierzyć, że to radiostacja nadaje śmierdzącą muzykę i otwarciu mydelniczek powyciągali z nich białe śmierdzące kulki, i odwecie schowali Kubie buta, i dwa dni chodził do szkoły w jednym bucie i jednym sandale. Waldkowi zaszyli w poduszce podręcznik do polskiego i spał sobie na nim smacznie przez dwa tygodnie, i dopiero po dwóch wtedy zauważył, przy spulchnianiu poduszki, że taka jakaś dziwnie twarda. Najpierw zaczął ją rozciągać myśląc, że to skudlone pierze, a dopiero później wymacał książkę i wyciągnął ją ze środka po rozpruciu wsypu.

Czacha

Nad okrągłą tłustą facjatą kierownika internatu świeciła ogromna łysina, w której można się było przeglądać jak w krzywym zwierciadle i chyba dlatego przylgnęło do niego przezwisko Czacha. Nie było go za co lubić, bo nie tylko wyżywał na najmłodszych wychowankach, ale jeszcze do tego zamykał o ósmej wieczorem na trzecim piętrze kratę i jeżeli ktoś nie zdążył wrócić z miasta, to później miał przechlapane, przeważnie jechał do domu, jak to Czacha mówił, po matkę! Pewnej soboty wybrał się Kuba z Waldkiem na ósmą wieczorem do kina na hitowy kryminał o doktorze Mabuse i kiedy wracali o dziesiątej do internatu, to zauważyli z ulgą, że krata otwarta i uradowany Waldek mruknął, że mają szczęście. Nie wiedzieli, że kierownik zostawił otwartą kratę na wabika, bo kilka minut wcześniej robił po salach obchód i zauważył na ich sali dwa puste łóżka. Sprawdził w łazience, że na półkach stoi czternaście par butów stoją i dwie pary pantofli i czatował w łazience na właścicieli pantofli, bo wstrętny sadysta lubował się w takich efektownych wejściach smoka. - A gdzie to panowie byli? – zagaił, kiedy się zjawili w łazience. Rozemocjonowani filmem zadarli wojowniczo głowy i powiedzieli zgodnie z nieprawdą. - Ja byłem u siostry - wyjaśnił Waldek. - A ja u cioci - dopowiedział Kuba. - Ty po siostrę, ty po ciotkę! – zakończył kierownik rozmowę. Cóż było robić, na drugi dzień po lekcjach pojechał Kuba tramwajem na Salwator po ciotkę, a Waldek wybrał się do akademika po starszą siostrę. - No, co ja temu kierownikowi powiem – narzekała ciocia Kuby, kiedy jej naświetlił sprawę. - Ja tak nie umiem kłamać, ja tak nie umiem kłamać - powtarzała w kółko, więc zrobił zbolałą minę i powiedział, że wobec tego pojedzie po mamę i zabierał się do odejścia. - Poczekaj, zjedz chociaż trochę zupy, a potem pojedziemy i może jakoś mi się uda nakłamać. Ciocia postawiła przed nim na stole talerz zupy, a później pojechali tramwajem do internatu. - No, co ja mu powiem – narzekała ciocia dalej po drodze, na co Kuba w odpowiedzi dyplomatycznie milczał. Milczał również przy kierowniku, z którym ciocia poradziła sobie całkiem nieźle. - Niepotrzebnie pani przyszła – nawijał do cioci obłudny hipokryta. - Ale sama pani rozumie, że musi być porządek, boby mi inaczej weszli na głowę. I w taki to sposób zakończył się incydent dla Kuby. Natomiast, jeżeli chodzi o Waldka, to zastał siostry w domu i nocował na plantach. Dopiero następnego dnia przyszedł z siostrą i Kuba dyskretnie obserwował, jak kolega stoi sobie skromnie z boku na korytarzu ze spuszczoną głową, a obłudny kierownik tłumaczy jego siostrze, że niepotrzebnie przyszła. Starsze roczniki łysa pała zostawiała w spokoju, bo się bała odwetu, natomiast młodsi wychowankowie mieli u Czachy przechlapane. Raz za granie szmacianką na sali wysłał po matki szesnastu mieszkających na niej wychowanków. Chodziło o to, że pod salą na drugim piętrze były prywatne mieszkania i w pewnym momencie podczas rozgrywania meczu zobaczyli stojącego w drzwiach sali mieszkającego pod nimi chłopa, który się zapytał, co tu się dzieje, bo mu sufit leci na głowę. No i pojechali wszyscy po matki, bo za pomocą takich drakońskich metod łysa pała wymuszała od rodziców dzieci nienależne daniny. Zwozili łysemu zabite, wypatroszone, gotowe do żarcia kurczaki, jajka, masło, konfitury, sery i kiełbasę, bo łysego nie interesowało, że rodzice musieli do niego jechać kilkadziesiąt kilometrów i odejmować sobie od ust, żeby on się mógł nażreć. Pilnując chłopców popołudniami na na świetlicy podczas nauki własnej kierownik popisywał się przed nimi krasomówstwem i kiedy wpadał w oratorski, to pytlował jak katarynka przez godzinę. Starsi roczniki już dawno były po kolacji, a młodsi musieli na głodzie wysłuchiwać bajtlowania Czachy, który podbudowywał oracjami swoje rozbuchane ego. Najbardziej go wkurzało, kiedy ktoś podchodził do jego monologów z dystansem i dlatego zagiął parol na pochodzącego z Zakopanego górala, który na popisy kierownika reagował pełnym politowania uśmieszkiem. Wielokrotnie chciał wyrzucić górala po matkę, ale nie potrafił znaleźć pretekstu i pewnego razu zaczepił chłopca, czy jego ojciec strzyże owce. - Owce, to nie, ale barany na łyso, to jak najbardziej - odpalił chłopiec i na sali rozległy się śmiechy. - Po matkę! – wrzasnął sczerwieniały kierownik. I tak góral, któremu się dotąd udawało wybraniać, pojechał po raz pierwszy i ostatni po matkę. Na drugi dzień przyjechał do kierownika z pracującym w prokuraturze ojcem, który na zakończenie rozmowy nazwał kierownika baranem i od tego czasu spaślak zostawił chłopca w spokoju. Natomiast jeżeli chodzi o Kubę, to co miesiąc jeździł po matkę, bo niepotrzebnie przywoziła spaślakowi swojską kiełbasę, bo tak to już jest, że jeżeli podasz łajdakowi rękę, to już ci nie popuści i będzie ci ją próbował wyrwać. Po każdej wizycie jego mamy, która tą kiełbasą nieświadomie działała na szkodę syna, z nazywanego kajutą pokoju kierownika dochodziło smakowite mlaskanie, a od przechodzącego korytarzem Czachy śmierdziało na kilometr kiełbasą. Żeby się przed samym sobą usprawiedliwić, oszukać niemożliwe do oszukania sumienie, opowiadał później chłopcom na nauce własnej o swojej ciężkiej sytuacji materialnej, chociaż było tajemnicą poliszynela, że posiadał prywatny tartak.

Wychowawczyni

Żeby jechać na weekend do domu należało uzyskać od Czachy pozwolenie i jeżeli ktoś miał dwóję, co było uwidocznione w dzienniczku ucznia, to mu kierownik nie pozwalał na wyjazd i uczniowie obmyślali różne formy odwetu. Raz znaleźli w satyrycznej gazecie obrazek, na którym łysy ekonom poganiał batem pracujących w polu chłopów, a pod rysunkiem znajdował się wierszyk... Zaszło słonko na zachodzie, zaszło, ledwie dyszy, puśćże, puśćże nas do domu ekonomie łysy. Tak to trafnie pasowało do Czachy, że wychowankowie kupili w kiosku kilkanaście gazet, wycięli obrazki razem z wierszykiem i nocą wrzucali je do skrzynki na donosy, którą kierownik powiesił dla kapusiów na drzwiach swojej kajuty. Rozwścieczony Czacha czatował nocą za drzwiami, podglądając przez dziurkę od klucza, i wyskakiwał znienacka z kajuty, kiedy ktoś przechodził korytarzem obok skrzynki. Zapchano mu więc dziurkę plasteliną i w końcu doprowadzono do tego, że ściągnął skrzynkę. Niedługo potem na ścianach klatki schodowej pojawiły się wyskrobane gwoździem nieprzyzwoite napisy, które kierownik kazał zatynkować, co niewiele pomogło, bo nocą ktoś ponownie wyskrobał w świeżym tynku jego przezwisko. - Po raz ostatni wynajmuję murarza – grzmiał kierownik na nauce własnej. - Jeżeli jeszcze raz wydrapiecie, to zapłacicie za remont z własnych pieniędzy. Postawił dwóch chłopców do pilnowania świeżo wytynkowanej ściany, którzy schodząc o ósmej wieczorem z warty, wydrapali w ścianie zatynkowane wcześniej przezwisko. Inaczej sprawa wyglądała z wychowawczynią, która chodziła wieczorami po salach i sprawdzała, czy chłopcy ściągają do spania spodenki. Łapała za gumki spodni od piżamy i zaglądała do środka, więc ją napuścili na dobrze rozwiniętego kolegę z zarostem, że nie ściąga spodenek i prześladowane przez nią chłopisko czerwieniało ze złości, kiedy polująca na niego wychowawczyni zaglądała mu znienacka do spodni. Molestowany kolega czerwieniał wtedy jak piwonia, a koledzy mieli ubaw po pachy. Po jakimś czasie postanowiono wziąć kolegę w obronę, wyciągnięto z klamki gwoździk i kiedy wychowawczyni chciała po inspekcji opuścić salę, to klamka została jej w ręce. Siedziała przez godzinę na sali, bo oczywiście nikt nie potrafił otworzyć drzwi i sytuację rozwiązał dopiero obwieszczający nocną ciszę dzwonek. - Dlaczego na czternastce jeszcze się świeci światło? - dał się słyszeć z korytarza po dzwonku głos Czachy? - Bo pani wychowawczyni siedzi na sali – odpowiedzieli uradowani chłopcy. Po naprawieniu klamki wychowawczyni wystrzeliła na korytarz jak z procy, a na drugi dzień wieczorem przeprowadzała inspekcję z progu, trzymając się jedną ręką zewnętrznej futryny drzwi i tutaj Kuba przeholował, zapraszając ją gościnnie do środka. - Proszę, proszę, niech pani sobie wejdzie i usiądzie - pokazywał na krzesło. Och, jakżeż mu ona wtedy zmyła głowę! Tak mu wjechała na ambicję, wymieniając wstecz do dziesiątego pokolenia jego szlacheckich przodków, że zaskoczony i zawstydzony zmilczał i spuścił nisko głowę.

Zielony prochowiec

Na początku maja odwiedziła go mama, poszli razem do miasta i kupiła mu zielony elegancki prochowiec z dużymi guzikami w kształcie futbolowych piłek, ostatni krzyk mody. Pochodzili jeszcze później, pozwiedzali, a wieczorem odprowadził mamę do tramwaju. - Wysiądziesz przy dworcu kolejowym na trzecim przystanku - powiedział przy pożegnaniu i pomachał jej na odchodne ręką. Patrzył trochę zasmucony za odjeżdżającym tramwajem, uroki pożegnań, i nagle dotarło do niego, że wybrał właściwą trasę, ale tramwaj jedzie w odwrotnym kierunku. - Co ja zrobiłem, zamiast na dworzec, mama pojedzie w drugą stronę - pomyślał i rzucił się za tramwajem z szybkością wiatru. Ludzie na chodniku odskakiwali na boki, bo pędził jak tornado, mając przed oczami nabierający coraz większej szybkości uciekający tramwaj. Pocieszał się myślą, że go dogoni na przystanku, ale zabrakło mu czasu. Słysząc z przystanku dzwonki sygnalizujące odjazd, zrozumiał, że nie wystarczy być wiatrem i rzucił się do przodu z szybkością błyskawicy. Odbił się potężnym susem od ziemi i złapawszy za poręcz tramwaju, wskoczył na podest. Dopiero na kolejnym przystanku odzyskał oddech i wytłumaczył mamie, że pomylił kierunki, a później zmienili tramwaj i pojechali we właściwym kierunku na dworzec. - Nie zawiodłem, udało mi się naprawić pomyłkę - westchnął z ulgą wracając do internatu po odprowadzeniu mamy na dworzec. Niedługo potem w internacie zapanowała grypa i połowa wychowanków położyła się do łóżek. Wieczorem źle postawił nogę podczas ścielenia piętrowego łóżka i spadając z kilku metrów na podłogę, rozharatał stopę o sprężynę wystającą z metalowej siatki. Głęboka, długa na dziesięć centymetrów rana zaczynała się na dużym palcu prawej stopy i kończyła w jej połowie, ale z początku nie czuł bólu. Wyskoczył z powrotem na górne łóżko i siedział na pościeli, trzymając rozharataną stopę rękach, a skapująca krew rozlewała się na podłodze coraz większą kałużą. Wezwano kierownika i po zrobieniu mu prowizorycznego opatrunku, pojechał tramwajem ze starszym kolegą na pogotowie, gdzie mu pod miejscowym znieczuleniem pozszywano nogę, zakładając na ranę piętnaście krzyżowych szwów. Po powrocie ze szpitala zamienił się z kolegą łóżkami i przeniósł się z górnego na dolne, trzymając bolącą spuchniętą nogę uniesioną do góry na wyciągu. Po tygodniu odwiedziła go zawiadomiona listownie przez kierownika mama, a po dwóch tygodniach ponownie pojechał do szpitala, gdzie mu wyciągnięto szwy, ale po ich wyciągnięciu noga zaczęła ropieć i nie chciała się zagoić. I tak to trwało, aż do Wielkanocy, kiedy to usiadł w domu na podwórku i wystawił bolącą stopę do słońca. - No, boli... Uniósł ku niebu głowę i zdało mu się, że słyszy, dźwięk niewidzialnych klawiszy. - Za cnoty wynagradzam, ale grzechom trwoga, taki Bóg dla Kuby, jak Kuba dla Boga. - Ale może już odpokutowałem, Boże, a jak nie, to mi resztę podaruj, bo przecież dzisiaj Wielkanocny poranek. Uniósł głowę do góry ku błękitnemu niebu, a później spojrzał na ranę i dostrzegł w niej przeoczony przez lekarza przy wyciąganiu szew. Przeciął go w odkażonymi nożyczkami i po wciągnięciu z rany sznurka noga zagoiła się już później w ciągu kilku dni.

Daszek

Po wakacjach zauważyli, robiąc generalne porządki na sali, że za wysoką, szeroką trójdrzwiową szafą na ubrania znajdują się zamknięte na skobel drzwi, zza których od czasu do czasu dochodziły odgłosy, co pozwalało się domyślać, że do pomieszczenia musi być drugie wejście. Szukali go bezskutecznie snując różne domysły, odsunęli nawet szafę, ale drzwi nie dawały się otworzyć, więc tylko obwąchiwali dziurkę od klucza, czując dochodzące do niech smakowite zapachy. Nie mogli dojść końca z tymi drzwiami, dopóki Mateusz nie zwrócił uwagi na znajdujące się pod oknami sali zadaszenie, nad którym znajdowało się pasujące do pomieszczenia okno. Pewnego dnia pod wieczór Mateusz wyszedł boso na blaszany daszek i trzymając się nieotynkowanych cegieł ściany, dotarł do tajemniczego okna i zaglądnąwszy do środka, obwieścił uradowany, że to pełna smakowitości spiżarka. Wszedł do środka przez niedomknięte okno i wrócił na salę z zawieszonym na szyi pętem wiejskiej kiełbasy, którą sprawiedliwie podzielili na szesnaście kawałków. - To pewnie moja kiełbasa - zamruczał Kuba pod nosem, a zajadający koledzy zachowali taktowne milczenie. Spiżarka okazała się magazynkiem kierownika, w którym chomikował wymuszone na rodzicach daniny i od tego czasu zaczęli mu po trochu podbierać zapasy, i tak to trwało, dopóki nie przyszedł na salę i nie kazał odsunąć szafy. Założył, jak to miał w zwyczaju, ręce do tyłu i najpierw zaczął się przyglądać drzwiom z zadartą do góry głową, a później wyrżnął w nie pięścią i wtedy zaczęli mu na wyścigi opowiadać o mieszkającym na strychu bezdomnym, którego widzieli, jak karmił na plantach kiełbasą gołębie. Zaczął się o niego dokładniej dopytywać, ale tak mu mętnie tłumaczyli, że w końcu kazał przysunąć z powrotem szafę i poszedł do siebie. I tak się zakończyły wyprawy aprowizacyjne po daszku, bo od tego czasu okno spiżarki zostało zamknięte i zasłonięte kocem. Nadeszła zima i pewnej soboty Kuba z Waldkiem kupili butelkę wina i po zaśnięciu kolegów rozpoczęli na sali libację. Usiedli w piżamach na parkiecie i najpierw popijali sobie po cichutku, a później po wypiciu wina zaczęli się zastanawiać, co zrobić z pustą butelką. I wtedy Waldek wspomniał, że na końcu daszku znajduje się ogród, a Kuba lekkomyślnie podchwycił sugestię i powiedział, że pójdzie po daszku i wyrzuci butelkę do ogrodu. Trzymając w jednej ręce butelkę i chwytając się drugą wystających cegieł doszedł na bosaka do końca daszku i zaczął się drażnić z kolegą. - Tutaj wyrzucić tę butelkę? - Tak, tak, tutaj! - szeptał wystraszony Waldek. - Na pewno tutaj? - Na pewno, na pewno, wracaj! - Myślisz, że doleci do ogrodu? - Doleci, doleci, wracaj! Pomimo otumanienia alkoholem, Kuba zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa i w końcu wyrzucił butelkę, i ostrożnie wrócił na salę. Zanim poszli spać, Waldek jeszcze przez chwilę biegał po sali i świecił śpiącym kolegom zapałkami w oczy. W niedzielny poranek obaj zaspali i po przebudzeniu nie otwierali oczu, tylko nasłuchiwali, jak koledzy komentują z przejęciem nocne wydarzenia. Zerknął nieznacznie na śpiącego po drugiej stronie sali Waldka i chwilę potem obaj wstali jednocześnie, udając że o niczym nie wiedzą i koledzy wtedy solidarnie zamilkli, zachowując całą sprawę w dyskretnej tajemnicy przed niepowołanymi uszami. To był wtedy ostatni spacer Kuby po owym blaszanym daszku, przestali po nim chodzić również koledzy. Zanikły niebezpieczne lekkomyślne eskapady, podczas których ryzykowali życie, nie zdając sobie sprawy, jak wiele zmartwień przysparzają swoim Aniołom Stróżom.

Juwenalia

Nauka własna trwała w niedzielę przed południem do dwunastej i chłopcy urywali się kwadrans wcześniej, żeby zdążyć na dwunastą do kościoła. Przeważnie chodzili do pobliskiego kościoła misjonarzy albo do znajdującego się kawałek dalej pięknego barokowego kościoła ojców Bernardynów u stóp wawelskiego wzgórza. Pewnej pogodnej majowej niedzieli wracający z kościoła Kuba zobaczył na klatce schodowej przyczajonego Czachę. - A skąd to szanowny pan wraca? - zagaił stary obłudnik. - A z kościoła – odpowiedział, bo sobie pomyślał, że się nie będzie wstydził swojej wiary. - Po matkę - warknął Czacha. - A dlaczego tylko ja mam jechać, skoro w kościele była połowa kolegów? - odpowiedział porywczo, nie zastanowiwszy się, co mówi. Och, ten błysk zadowolenia w oczach Czachy, kiedy usłyszał, że ich było więcej. Objął chłopca przyjacielsko ramieniem, zaprowadził do swojej kajuty i dawszy mu kartkę, polecił napisać nazwiska kolegów, którzy byli w kościele. - No, kapusia, to ty ze mnie nie zrobisz – pomyślał. Napisał u góry kartki swoje nazwisko i czekał na dalszy rozwój sytuacji. Po dość długiej chwili obserwujący go spod oka Czacha podszedł do stołu i zaczął się wydzierać, żeby natychmiast napisał inne nazwiska, bo jak nie, to pojedzie do domu po matkę. - A to gnida! - zagotowało się w chłopcu. Zacisnął zawzięcie usta i dopisał pod swoim nazwiskiem Łysa Pała, kolega Łysej Pały i jego drugi kolega Władek. - Łysa Pała? – mruknął kierownik i jego czerwieniejąca łysina zaczęła przypominać różową pupę noworodka. - I jeszcze był z nami Kalapita, bo on zawsze chodzi na dwunastą do kościoła. - Aha, Kalapita... A który to jest ten Kalapita? - A taki jeden, co się pyta – wyjaśnił uprzejmie i został złapany za kołnierz. - Zostałeś wyrzucony z internatu! – wrzeszczał kierownik. Ciągle trzymając chłopca za kołnierz, zaprowadził go na salę i zaczął mu wszystko wyrzucać z szafki na podłogę. - Powolutku - wycedził Kuba przez zęby. – Nie po to moja mama prasowała koszule, żeby nimi pomiatano po podłodze. Wyczuwał, że Czacha przeholował i kierownik też to chyba wyczuł, bo spuścił z tonu i poszedł do siebie. - Po matkę! - warknął na odchodne, a Kuba po jego odejściu poszedł do miasta. Dogonił go na plantach wysłany za nim kolega i powiedział, że Czacha kazał mu wrócić. - Nie wrócę, bo chciał ze mnie zrobić kapusia - zadecydował, popatrzywszy na kolegę z namysłem. - Powiedz, że mnie nie spotkałeś, a jutro przynieś mi do szkoły śniadanie i książki. Nie miał zamiaru jechać po matkę, ale postanowił spędzić noc w mieście, bo w wawelskim grodzie trwały studenckie juwenalia. Wędrował pośród rozbawionych tłumów po rozświetlonych latarniami ulicach i na całe życie zapamiętał radosną atmosferę żakowskiego święta. Takie to wszystko było baśniowe jakby się całe miasto cofnęło o kilka wieków historii i oczarowany chłopiec wypatrywał na niebie latającego kufra. Przechodząca Szeherezada rzuciła w stronę chłopca powłóczyste spojrzenie znad zakrytej po oczy zielonym woalem twarzy. Gonił za nią rozmarzonym spojrzeniem, patrząc, jak idzie rozbawioną ulicą, żeby w końcu zniknąć w pilnowanej przez dwóch halabardników Bramie Floriańskiej. Zakuci w srebrne zbroje, trzymali w rękach worek na ziemniaki, do którego przechodzący wrzucali ze śmiechem drobniaki, bo nad bramą wisiało ostrzeżenie... Jeśli chcesz, by cię nie zabito, przechodź bramą i płać myto. Wrzucił do worka dwadzieścia groszy i przeszedłszy przez bramę, obserwował sprzedającego lody Eskimosa. - Ja chcę loda - zapiszczało przebrane za dziewczynę chłopisko do przebranej za mężczyznę ślicznej filigranowej dziewczyny. - Nie dostaniesz, bo cię będzie bolało gardło. - Nie będzie, nie będzie. Spoglądał z znikającą parą z jakąś dziwną nieokreśloną tęsknotą, a później poszedł w stronę Barbakanu zatłoczoną przebierańcami ulicą Floriańską i przystanął przy Jamie Michalika, żeby przepuścić wychodzącego z niej rybaka w towarzystwie złotowłosej Syrenki. - Masz może jakieś trzy życzenia? – zaszczebiotała, do chłopca, kiedy zobaczyła, że się jej przygląda zachwyconym wzrokiem. - A mogłabyś sprawić, żebym się zamienił w dorosłego królewicza? - Tego nie potrafię, masz może jakieś inne? - Mam, ale on by mi nawtykał - pokazał na rybaka. - Na pewno - przytaknął rybak szerokim nagim torsem okrytym przewieszoną przez ramię siecią, a później zwrócił się do syrenki. – A można wiedzieć, moja złota rybko, kiedy wreszcie spełnisz moje? - Nigdy! - No, to chociaż jedno. - Ani jedno, bo wszystkie trzy masz takie same. Skinął Kuba złotej rybce na pożegnanie głową i poszedł na Rynek Główny, gdzie obok pomnika Adama Mickiewicza biegał w podskokach wymachując rękami ubrany w kartony człowiek z napisem na piersiach... Tatko w mamrze, mamcia tamże, a ja sobie hejże. Przed północą poszedł na Plac Matejki, gdzie przed Akademią Sztuk Pięknych zjawiła się na scenie nowo wybrana królowa juwenaliów, która miała królować żakom w podwawelskim grodzie przez kolejny rok do następnego święta. Plac tak był zatłoczony ludźmi, że kiedy włodarz miasta całował królową, to pilnujących porządku milicjantów wciągano na estradę za ręce, bo ich studenci specjalnie przygniatali do sceny. Około drugiej po północy poszedł się przedrzemać w poczekalni na dworcu kolejowym i kiedy przechodził przez planty, to zaczęło go śledzić jakieś podejrzane indywiduum w zapiętym pod szyję prochowcu. - No stary, w podchody, to my się bawić nie będziemy - pomyślał i podszedł do patrolującego planty milicjanta. Zapytał władzę grzecznie o godzinę, jednocześnie, jakby od niechcenia, pokazując ręką na planty i skradająca się za nim szumowina gdzieś znikła. Później już bez przeszkód dotarł na dworzec i kupiwszy peronówkę, przedrzemał do rana w poczekalni na twardej drewnianej ławce. Dworcowe megafony co chwila zapowiadały dodatkowo podstawiane pociągi, którymi rozjeżdżali się w różne strony kraju przybyli gościnnie na juwenalia studenci. Rano umył się w dworcowej toalecie i poszedł do szkoły, a po południu wrócił do internatu. - Mama powiedziała, że nie przyjedzie, bo chora - powiedział do spotkanego na korytarzu kierownika, który udał, że nie słyszy. I tak się zakończyła nieudana próba kierownika zrobienia z niego kapusia. Nie tylko obronił honor, ale jeszcze do tego w nagrodę za wierność zasadom spędził urokliwą noc na żakowskim święcie i mógł to później po latach opisać.

Humanista

Awersja do przedmiotów ścisłych sprawiała, że ciągle był z nimi na bakier, jedyne lekcje, jakie lubił, to język polski, historia i geografia, i chociaż się ich nie uczył, to zawsze miał z nich dobre oceny, bo żeby umieć, wystarczało mu to, co usłyszał na lekcjach. Swoje swoje poetyckie zamiłowania realizował pisząc na matematyce wierszyki, z których zaśmiewała się cała klasa, lubił też czytać książki o dawnych cywilizacjach, a to co wyczytał, opowiadał później na lekcjach i w ten sposób wypracował sobie opinię najlepszego polonisty w klasie. - Powiedz, Kuba, co trzeba napisać - pytali go przed klasówką wystraszeni koledzy, na co bezradnie wzruszał ramionami. No, bo o czym miał im miał opowiadać, że po Mlecznej Drodze uciekają przed Strzelcem na Wielkim Wozie Bliźnięta? Dopiero, jak zaczynał pisać, to przychodziły mu najwłaściwsze myśli, wcześniej nie wiedział, co mu się napisze. Miał intuicyjną pamięć i pisząc bez zastanowienia nie popełniał na klasówce błędów ortograficznych, nawet przecinki stawiając we właściwych miejscach, i profesorka czytała później jego wypracowania klasie jako wyjątkowo piękne. Natomiast dyktanda były jego zmorą, bo kiedy, nie znając zasad ortografii, zaczynał się zastanawiać nad pisownią, to na dwoje babka wróżyła i albo napisał źle, albo dobrze. Średnio robił podczas dyktanda dziewięć błędów i dostawał dwóję, którą nadrabiał zgłaszając się do odpowiedzi z ławki. Doszedł w tym do takiej perfekcji, że przed ponad rok nie był w ogóle pytany przy tablicy. Pewnego razu polonistka przy omawianiu wiersza Słowackiego zadała klasie pytanie i czekała na odpowiedź, a ponieważ nikt się nie zgłaszał, to zaczęła mu się przypatrywać, więc się zgłosił do odpowiedzi, chociaż kompletnie nie wiedział o co chodzi, bo akurat wcześniej nie słuchał, rozmyślając o niebieskich migdałkach. Spoglądali sobie przez chwilę z profesorką w oczy, a później bezwiednie dał właściwą odpowiedź, jakby ją wyczytał w jej myślach. Szczerze mówiąc, to nawet z początku nie wiedział, co powiedział i dopiero po jakimś czasie dotarł do niego sens udzielonej odpowiedzi. Intuicja, przeczucie, telepatia? Być może w jakimś tam stopniu coś z tych rzeczy, bo jakiś czas później Waldek przyniósł do internatu gazetę z testem sprawdzającym zdolności telepatyczne i Kuba zaczął odgadywać nadawane przez kolegę myślami figury geometryczne. Zgodność odczytu wynosiła osiemdziesiąt procent, co nie mogło być przypadkiem, biorąc pod uwagę wielokrotnie mniejszą zgodność wynikającą z rachunku prawdopodobieństwa. Słysząc, że Kuba prawie za każdym razem trafnie odgaduje, kolega siedem razy z rzędu myślał o tej samej figurze i Kuba siedem razy z rzędu prawidłowo ją odczytał, bo figura pojawiała mu się na mgnienie oka przed oczami. Docierał do niego zapach myśli znajdujących się w pobliżu ludzi i chociaż wiedział o co chodzi, to nie uświadamiał sobie oczywistych faktów, jakby ich specjalnie nie chciał do siebie dopuścić. Nie na darmo się mówi, że najciemniej pod latarnią... Coś mu się śni, coś się marzy, cicho szeleści echem ech, spadają kartki z kalendarzy i liście z kolorowych drzew. Coś mu się śni, coś się marzy i może kiedyś się przydarzy.

Alhedyd

Jeżeli faktycznie posiadał zdolności telepatyczne, to nie zrobił z nich właściwego użytku na lekcjach chemii, bo nie przewidział, jaki będzie finał jego wygłupów. Od niepamiętnych czasów nazywano wysokiego siwego profesora Alhedydem, bo zamiast aldehydy, mówił alhedydy. Nie wiadomo dlaczego uczniowie ciągle mu dokuczali. Są ludzie, do których pewne relacje lgną jak muchy do lepu i tak to jakoś z tym dokuczaniem przechodziło niefortunnie z rocznika na rocznik, i profesorowi dokuczały kolejne pokolenia uczniów, i Kuba to podchwycił, i popłynął z nadbiegającą falą. Nie zdawał sobie sprawy, jak wiele cierpienia sprawia staremu profesorowi. Musiało jeszcze w upłynąć w jego życiu wiele czasu, musiał jeszcze zaznać wiele cierpienia, zanim odnalazł w sobie na powrót zagubioną empatię, konradowską zdolność współodczuwania smutków i radości... Nazywam się milion, bo za miliony kocham i cierpię katusze. Dbający o sterylną higienę profesor wykładał w gabinecie chemicznym zza znajdującej się na podium katedry, a niezależnie od tego tego dwa pierwsze stoliki musiały być wolne, żeby do niego nie dolatywały wysyłane przez uczniów zarazki. Uczniowie więc przy odpowiedzi specjalnie pryskali śliną i profesor kazał im się coraz dalej odsuwać, i w ten sposób cofali się do pierwszego stolika, przy którym leżał na krześle otwarty podręcznik, z którego odczytywali lekcję i wszyscy byli zadowoleni. Gabinet chemiczny stwarzał wielorakie możliwości dla uczniowskiej inwencji. Uchylano profesorowi nieznacznie gazowy kurek na katedrze, a potem siedzący przy tylnych stolikach uczniowie dmuchali w swoje kurki, wypychając zalegający w rurach gaz na profesora. I wtedy któryś z uczniów wstawał i sygnalizował, że śmierdzi gazem i następowało kilkunastominutowe wietrzenie sali. A kiedy ten fortel został przez profesora wykryty, to zaczęto mu za pomocą monet organizować koncerty w działających jak pudła rezonansowe pulpitach. Przytrzymywano palcem pod pulpitem postawioną na sztorc monetę i pstrykając w nią drugą ręką, wprawiano ją w ruch obrotowy wokół własnej osi i kiedy moneta zaczynała wirować, to wyciągano spod pulpitu ręce i siedząc grzecznie i spokojnie czekano, aż moneta zacznie opadać. - Tru, tu, tu, tu tu! Rozlegało się w gabinecie narastające staccato i profesor z ręką przy uchu posuwał się w stronę dudniących dźwięków, a kiedy już się znalazł w pobliżu, to koncerty przestawały się powtarzać i zadowolony profesor uśmiechał się triumfująco. Oczywiście, jego radość nie trwała długo, bo po chwili dawał się słyszeć koncert z drugiego końca sali i profesor zaczynał się przesuwać w odwrotnym kierunku. Bywało, że robił podczas podczas zajęć kilka kursów i w końcu zaczął zaglądać pod pulpity i zabierać znajdujące się pod nimi duże aluminiowe piątki, i wtedy uczniowie na przerwach zaczęli bębnić w drzwi gabinetu obluzowaną w posadzce korytarza płytką. Zaistniały ku temu sprzyjające okoliczności, bo profesor kazał na przerwach otwierać okna i wychodzić wszystkim z gabinetu na korytarz, więc ktoś wypatrzył w posadzce korytarza obluzowaną płytkę i kierowali ją kopnięciem w drzwi gabinetu, a później patrzyli ucieszeni na wyskakującego profesora. Po naprawieniu posadzki zaczęli profesorowi hukać. Odbywało to się w ten sposób, że po dzwonku obwieszczającym koniec przerwy kilku uczniów chowało się do ustępu i po rozpoczęciu lekcji uchylali drzwi gabinetu i hukali do środka, a potem się wycofywali i po chwili grzecznie wchodzili, i przepraszali za spóźnienie. Zanim wszyscy schowani w ustępie skończyli hukać, to czasem minęło z dziesięć minut i profesor zaczął się czaić za drzwiami, dopóki do klasy nie wrócili wszyscy spóźnialscy. - To nie my hukamy, panie profesorze, tylko ci z sąsiedniej klasy - bronili się posądzani uczniowie. - Oni mówią, panie profesorze, że pana nie lubią. - To czemu nie hukają, jak wszyscy jesteście w klasie? – ripostował profesor. - Na następnych zajęciach będziemy pisali klasówkę. Niewiele umieli, więc namówili kolegę ze starszego rocznika, żeby huknął przed klasówką do gabinetu, jak już wszyscy będą w środku. Och, co to była za radocha, jak kolega wsadził do klasy złożone w ryjek usta i w ostatniej chwili zobaczył stojącego przy drzwiach profesora, i powiedziawszy grzecznie, dzień dobry, przeprosił, że mu się pomyliły klasy. - No, widzi pan, panie profesorze, że oni?! - zaczęła krzyczeć cała klasa. - No, widzi pan, że to nie my, tylko oni pana nie lubią?! - No, tak, macie rację - przytaknął profesor i zmazał na tablicy przygotowane na klasówkę najtrudniejsze zadanie. Minęło pół roku i postanowiono skończyć z hukaniem, bo profesor miał już na oku kilku chłopców. Od jakiegoś czasu nazywał Kubę enzymem, więc chłopiec postanowił sprawdzić, o co chodzi i wyczytał, że enzym, to taki specyficzny ferment, katalizator, który jest niezbędny do zapoczątkowania i przebiegu reakcji, ale sam nie bierze w niej udziału. - Gdyby nie fermentujące drożdże, panie profesorze, to zamiast pulchnego ciasta mielibyśmy twardy zakalec - zripostował pewnego razu Kuba i w tym momencie zrobił tak błyskotliwy wykład o enzymach, że cała klasa zaniemówiła z wrażenia, łącznie z profesorem. Niedługo potem ktoś wymyślił kolejną zabawę, nagle w środku zajęć rozlegało się charczenie doprowadzające profesora do furii. Grzmiał o chamstwie, że kominy będą dymić chamstwem, jak ze szkoły po maturze wyjdą tacy technicy, a kiedy skończył tyradę, to znowu rozlegało się charczenie, które Kuba doprowadził do takiej perfekcji, że charczał z niewinną miną, patrząc stojącemu przy nim profesorowi prosto w oczy. - No, co? Może teraz znowu ja, panie profesorze? - pytał po zakończeniu charczenia, udając skrzywdzoną niewinność. - Nie, teraz nie ty, widziałem – odpowiadał profesor i Kuba siadał, żeby po chwili znowu zacharczeć. Dokuczali profesorowi w ten sposób z sadystyczną bezlitosną uporczywością prawie do samych wakacji. Miesiąc przed wakacjami profesor bezbłędnie rozszyfrował wszystkich winowajców w sobie tylko wiadomy sposób, może ktoś zdradził, i zaczął się na lekcji pogrom. Zaczął wywoływać tych co mu charczeli do odpowiedzi i w ciągu dziesięciu minut wystawił siedem ocen niedostatecznych. Na następnej lekcji znowu przepytał całą siódemkę i postawiwszy każdemu po drugiej dwói, zakomunikował, że cała siódemka dostanie z chemii poprawki. Blady strach padł na siedmiu wspaniałych, ale pocieszali się nawzajem, że przecież profesor nie może dać siedmiu poprawek, bo to by źle świadczyło o jego umiejętnościach. I faktycznie, tydzień przed końcem roku szkolnego dał zagrożonym poprawką szansę. Napisał na kartce mowę przebłagalną, którą winowajca musiał głośno odczytać na środku klasy i dopiero po takim pokajaniu następowało odpytywanie delikwenta i anulowanie niedostatecznej oceny. Podczas owych pokutnej drogi do Canossy przepraszało się pana profesora za swoje lekkomyślne młodzieńcze wygłupy, a pan profesor siedział sobie przy katedrze jak na tronie i słuchał z miną cesarza udzielającego maluczkim łaskawej audiencji. Jak się miało okazać, udzielał posłuchania, ale nie wszystkim, bo kiedy Kuba chciał poprawić dwóję, to mu nie pozwolił przepraszać. - Ty byłeś prowodyrem i ty dostaniesz poprawkę - wyjaśnił. Z początku próbował profesora prosić, ale kiedy się zorientował, że jego prośby nie odnoszą skutku, to postanowił wyjść z honorem z tej całej rozgrywki i przestał się płaszczyć. - Panie profesorze - uderzył w fałszywą pokorę. - Ja wiem, że będę miał poprawkę, ale pomimo tego chciałbym przeprosić, bo bardzo się wstydzę swojego postępowania i chciałbym to jakoś chociaż trochę zadośćuczynić, naprawić. - No, to mów - zgodził się profesor, zadzierając głowę do góry i podpierając się przy katedrze ręką, i Kuba rozpoczął orację. - Mój kochany panie profesorze, tak dziś ciepło, ładnie na dworze, a ja jestem w wielkiej rozpaczy, bo nie wiem, czy mi pan wybaczy. Ulituj się nade mną panie i okaż mi zmiłowanie, bo jak raz jechałem na haju w tramwaju, to mnie konduktor złapał za ucho i było ze mną krucho za odłączenie pantografu, i najadłem się strachu... I tak dalej, i tak dalej, nawijał profesorowi, co mu ślina na język przynosiła, a cała klasa pękała ze śmiechu. - Nie słucham, nie słucham - powtarzał profesor, zatykając rękami uszy. Tak to swoim brawurowym niepotrzebnym wygłupem przypieczętował Kuba swoją poprawkę. Pojechał do domu i opowiedział o wszystkim mamie, a ona znowu z jego powodu po raz kolejny ciężko westchnęła i pojechała z nim do szkoły, gdzie dowiedziała się adresu profesora i poszli do niego oboje do domu, ale nie chciał z nimi rozmawiać. Chłopiec nie wiedział jeszcze wtedy, że profesor postanowił go nie przepuścić do trzeciej klasy.

Święty pierścień

Po przeczytaniu fragmentu o Ahedydzie można odnieś wrażenie, że Kuba miał w głowie tylko żarty, to nie będzie prawdą, bo w tym okresie również się rozwijał duchowo i dojrzewał. I tak na przykład dwudziestominutowa droga ze szkoły do internatu trwała u niego po lekcjach półtorej godziny, bo wstępował do napotykanych kościołów zachwycając się ich cudownym pięknem, rzeźbami, malowidłami, stylami, architekturą i wnętrzem. O upływającym czasie przypominały mu dopiero dźwięki zegarów i wtedy pospieszał do internatu, żeby zdążyć na obiad zanim zamkną stołówkę. Naprzeciw szkoły wznosił się klasztor Ojców Kapucynów, i w okresie bożonarodzeniowym w przyklasztornym kościele pojawiała piękna ruchoma szopka. Na tle trójwymiarowej makiety miasta defilowały przed leżącym w żłobku Jezuskiem kłaniające Mu się postacie polskich królów, bohaterów, uczonych i poetów. Korowód zamykał Kościuszko na koniu i kiedy oddawał pokłon Jezuskowi, to w kościołach miniaturowego Krakowa rozjaśniały się witraże i rozlegało się bicie dzwonów. Uczniowie technikum mieli kościele religię, na którą z klasy, do której uczęszczał chodziło wraz z nim kilkunastu chłopców. Katechezę prowadził proboszcz Bazyliki Mariackiej, który traktował uczniów z życzliwym szacunkiem. Każde jego wyważone, przemyślane słowo zapadało uczniom w pamięć jak padające w żyzną glebę ziarno i stanowiło po latach cenną wskazówkę, drogowskaz na dalsze życie. Pewnego razu na początku katechezy do kaplicy wszedł wysoki uśmiechnięty duchowny w czerwonej kalotce, piusce na głowie i przez chwilę spoglądał na uczniów w życzliwym milczeniu. Katecheta podszedł do niego szybkim krokiem i z szacunkiem ucałował na jego palcu pierścień, a później uścisnęli się obaj szybkim serdecznym ruchem. - Za kilka dni wakacje – powiedział przybysz i szepcząc po cichu słowa błogosławieństwa, uniósł rękę i pobłogosławił uczniów znakiem krzyża. - To krakowski metropolita, arcybiskup, Karol Wojtyła, a w tym pierścieniu na palcu ma relikwie – szepnął siedzący obok Kuby kolega. Podszedł do arcybiskupa i ucałował pierścień na jego palcu, a po nim podszedł i ucałował pierścień Kuba, i pozostali chłopcy. Nie wiedzieli, że całują pierścień na palcu przyszłego świętego papieża, Jana Pawła Drugiego, który poprzerzucał mosty na przełomem tysiącleci, żeby ludzkość mogła po nich przejść bezpiecznie w dwudziesty pierwszy wiek trzeciego tysiąclecia. W bożej klepsydrze przesypywały się nieubłaganie ostateczne ziarenka końca czasów. Nie zdawali sobie jeszcze wtedy sprawy, że pozwolono im zagrać błogosławiony epizod w reżyserowanym przez samego Boga filmie o zbawieniu świata.

Pierwszy bunt

Nadeszły wakacje, po których czekała go poprawka z chemii, ale nie potrafił przemóc lenistwa i zabrać się do nauki, i pewnego razu, kiedy wracał późnym wieczorem do domu, to na dworze czekał na niego przed furtką ojciec. - Gdzie byłeś? - zapytał i nie czekając na odpowiedź, wymierzył mu siarczysty policzek, po którym posypały się następne. Wytrzymał w milczeniu wszystkie uderzenia, a później powiedział spokojnie. - Co, przypomniały ci się dawne czasy? Odskoczył, kiedy ojciec chciał go znowu uderzyć i dodał. - Od tej chwili nie będzie już więcej bicia, zrozumiałeś? - Jak ty mówisz do ojca?! - Zachowuj się jak ojciec, to cię będę traktował jak ojca. Po tych słowach odwrócił się i odszedł z rozharataną przez ojca paznokciami szyją, bo zanim odchodził, to ojciec zdążył go dosięgnąć rozcapierzonymi szponami jednej ręki. Usiadł kawałek dalej obok kina na ławce i siedział zamyślony i ciągle jeszcze podminowany, ocierając krew spływającą z poranionej szyi. - Co tu robisz?! – zatrzymał się przy nim wysoki mężczyzna. - Uwierzysz, jak ci powiem, że czekam na tramwaj? - Dokumenty! - Nie mam! - No, to idziemy na milicję. - No, to chodźmy. Mężczyzna ujął go mocno pod rękę i poszli obaj spacerkiem do miasta w stronę odległej o jakiś kilometr komendy. - Jestem milicjantem po cywilnemu, bo wracam do domu po służbie i podszedłem do ciebie, bo niedawno okradli tu w pobliżu sklep spożywczy - odezwał się w końcu mężczyzna po drodze w miarę rozsądnie. - Trzeba się tak było przedstawić od razu, możesz pokazać jakiś dokument, że jesteś milicjantem? I w tym momencie zdenerwowany mężczyzna wykręcił mu do tyłu rękę i zaczął go uderzać pięścią po głowie. - Zbój! Bandyta! - zaczął krzyczeć na całą ulicę i nad nimi otworzyło się w kamienicy okno, i wychylająca się z niego kobieta zaczęła wołać, że zaraz rozwali bandycie głowę doniczką. - Łeb ci rozwalę, ty draniu! - groziła trzymaną w ręku paprotką. - Tylko się boję, że trafię w tego niewinnego chłopca! I w tym momencie wystraszony milicjant spasował, i pociągnął go szybko za sobą do przodu. Na plantach sprężył się w sobie i spróbował się tajniakowi bezskutecznie wyrwać, a chwilę potem zaszli obaj na milicję. - Co ci się stało w szyję? – zapytali na komendzie, kiedy im pokazał szkolną legitymację. - Zapytajcie ojca. Posłali patrol do domu i po jego powrocie puścili go wolno. Całe to zdarzenie opowiedział trójce przyjaciół i zaczęli na tajniaka organizować we czwórkę nagonki. Odbywało się to w ten sposób, że Kuba siadał na ławce, na plantach, a pozostała trójka na następnej kilkanaście metrów dalej i kiedy przechodzący tajniak ich minął, to wołali do Kuby. - Chodź no tutaj! – krzyczeli za plecami tajniaka, który odwracał się wtedy gwałtownie, a oni udawali, że go w ogóle nie widzą. Po kilku takich zaczepkach tajniak usiadł pewnego razu na ławce obok Kuby i poprosił o chwilę rozmowy. Przeprosił za wcześniejsze zachowanie, dodając, że różnie w życiu bywa i że jeszcze może być kiedyś potrzebny, a potem wyciągnął na zgodę rękę i Kuba mu po chwili podał mu swoją. Spoglądał później z kolegami za odchodzącym alejką tajniakiem, który w dziennym świetle sprawiał żałosne wrażenie. Na jego wymiętej skacowanej twarzy straszyły pod napuchniętymi oczami obwisłe worki, a podczas rozmowy czuć było od niego alkohol.

Wakacyjne przygody

W wakacje wujek zatrudnił go w swoim sadzie do obierania śliwek. Razem z kilkoma chłopcami zrywali pachnące słońcem białe renklody, które później wujek załadował w skrzynkach na ciężarówkę i zabrawszy ze sobą syna i Kubę, pojechał sprzedać śliwki na Śląsk, bo tam można było uzyskać lepszą cenę. Zajechali na bazar w Katowicach i prawie natychmiast ustawiła się do ciężarówki kolejka kupujących, bo po targowisku rozniosła się wieść o dużo taniej sprzedawanych śliwkach. Zbiegające się kobiety kupowały na zimowe przetwory od razu po kilkanaście kilo i zdenerwowane psuciem ceny straganiarki napuściły na wujka milicję, ale pokazał zaświadczenie, że sprzedaje śliwki z własnego sadu i patrol zostawił go w spokoju. Po sprzedaniu kilku ton, na samochodzie zostało jeszcze wieczorem z czterysta kilo i wujek chciał je zabrać do domu, ale Kuba zaproponował, żeby go zostawić ze śliwkami do jutra, a po sprzedaniu wróci pociągiem. Zadowolony z takiego obrotu sprawy wujek zostawił go ze śliwkami na targowisku i kiedy nocą się ułożył pomiędzy skrzynkami do spania, to koczujące na straganach przekupki rozwinęły na drzemiącego chłopca okrążające natarcie. - No, tak - zaczął się wtedy do nich skarżyć żałosnym głosem. - Wujek pojechał do domu, żeby się wyspać w ciepłym łóżku, a ja się muszę tutaj męczyć, bo moja mamusia jest mu winna pieniądze. - A pani, to mi całkiem przypomina mamusię – zwrócił się do najbardziej agresywnej przekupki. Zaskoczone przekupki najpierw umilkły, a później zaczęły nadawać na wujka. - Co to za wujek… - To proszę pani starszy brat mojej mamusi... - Ale żeby tak wykorzystywać chłopca, przecież tak nie można postępować z dziećmi! - U nas, proszę pani, tak można, bo nasi tatusie walczyli przeciwko Rosjanom o niepodległość i teraz siedzą za to w więzieniach, a nasze biedne mamusie nie mają chleb. - I nasze chłopy walczyły o polskość - odezwała się jakaś kobieta. - Kiedy się po rozbiorach odradzała Polska, to na Śląsku były przeciwko Niemcom trzy powstania. Po chwili został obdarowany butelką gorącej kawy zbożowej i tak troskliwie opatulony ciepłymi śląskimi chustami, że smacznie przespał resztę nocy w przytulnym gniazdku do rana. O poranku wyciągnął wagę i rozpoczął handel, a zdumione przekupki przyglądały mi się przez chwilę z niedowierzaniem, a potem zwołały naradę i kupiły od niego hurtem wszystkie śliwki, żeby im nie psuł ceny. Oczywiście przy hurtowej sprzedaży spuścił krakowskim targiem z ceny, dzieląc się z kupującymi połową zysku, ale i tak zarobił pokaźną sumę i jeszcze tego samego dnia wieczorem rozliczył się z wujkiem. Dwa tygodnie później znowu pojechali ze śliwkami na to samo targowisko, ale rynek już był nasycony i wujek sprzedał śliwki w hurtowni. Hurtowa cena w śląskim skupie była wyższa, jak w ich rodzinnym mieście i zadowolony wujek odpalił siostrzeńcowi premię. W powrotnej drodze siedzieli ze starszym kuzynem pod plandeką na pace i nałożywszy sobie na głowy puste skrzynki, wrzeszczeli na skrzyżowaniach, na kierujących ruchem milicjantów. Najgłośniejszy koncert dali w rodzinnym mieście, gdzie wzniecili takie zamieszanie, że do wujka przyjechał za ciężarówką patrol milicji i wujek ich poczęstował w domu nalewką z wiśni na spirytusie. Nadszedł sierpień i za namową Olka zatrudnił się w prywatnej cegielni, gdzie kolega pracował już od miesiąca, odwożąc od maszyny uformowane z surowej gliny cegły. Próbował i on odwozić surówkę od maszyny, ale nie dał rady, bo mu mdlały ręce i właściciel cegielni skierował go do murkowania, stawiania ażurowych murków z surowych cegieł, żeby się przesuszyły zanim pójdą do wypalania w piecu. Nie na darmo się mówi, że trening czyni mistrza, z czasem nabrał w murkowaniu takiej wprawy, że jego zarobki stały się porównywalne z pensją Olka. Układał dziennie pięć tysięcy cegieł, co wymagało znacznej energii i dlatego rano wypijał na czczo przed śniadaniem dwa surowe jajka, a do pracy zabierał litr mleka i cztery bułki z masłem. Dzięki tej pracy wyrobił sobie zgrabną muskularną sylwetkę i po miesiącu tak okrzepł, że kiedy go zaczepiło na plantach dwóch chłopców, to podjął z nimi zwycięską walkę. Najpierw zrejterował ten słabszy, tchórzliwszy, a później już sobie łatwiej poradził z tym drugim, silniejszym. Owego dnia przygniótł go w pracy źle postawiony murek i pomyślał, że to za karę, że się wdał w niepotrzebną bójkę. Przywalony mokrą glinianą surówką, zaczął wołać o pomoc, ale usłyszano go dopiero po kwadransie, jak przestała hałasować produkująca cegły maszyna. Przybiegł mu wtedy z pomocą Olek, który najpierw obwieścił wszystkim uradowanym głosem, że Kubę przygniótł murek, a dopiero potem pomógł mu się wydostać z gliny. Właściciel cegielni polecił mu wrzucić zniszczoną surówkę do maszyny, do ponownego przerobu, a za zniszczone cegły, kazał mu wyczyścić swój nowy, elegancki czeski motocykl.

Dwie poprawki

Poprawka z chemii wisiała nad nim przez całe wakacje jak miecz Damoklesa, ale nie potrafił się przemóc i zabrać się do nauki. Z końcem sierpnia pojechał do szkoły zdawać poprawkę i stojąc przed egzaminem na szkolnym korytarzu, otworzył na chybił trafił podręcznik do chemii i spojrzał na znajdujący się w książce wzór strukturalny kauczuku. - Może akurat na to trafię - pomyślał, bo jak wiadomo, tonący chwyta się nawet brzytwy. Mając dobrą pamięć wzrokową, wpatrzył się w litery i stanowiące wiązania kreski wzoru, a później wszedł do klasy i kazano mu wylosować trzy pytania. Dwuosobowa komisja egzaminacyjna składała się z Alhedyda i profesorki uczącej go w pierwszej klasie chemii. Trochę liczył na jej przychylność, bo dostał od niej z chemii na koniec pierwszej klasy bardzo dobry. Uśmiechnął się do niej z ciepłą nieśmiałością, na co mu w odpowiedzi lekko skinęła głową, a później spojrzał na karteczkę z pierwszym pytaniem i przeczytał, że ma narysować... wzór strukturalny kauczuku! Podszedł do tablicy i przymknąwszy oczy, odtworzył widziany przed chwilą rysunek, a później go przeniósł na tablicę i stanął potulnie z boku ze spuszczoną głową. - No, kolego - powiedziała profesorka do Alhedyda. - Taki wzór narysować z pamięci, musiał się uczyć przez całe wakacje. - Skinął potakująco głową i stojąc skromnie z boku tablicy z kawałkiem kredy w ręce, nawiązał do pierwszej klasy, żeby jeszcze bardziej zwiększyć swoje szanse. - Jak dostałem od pani w pierwszej klasie dwie dwóję, to się rozpłakałem i od tego czasu się uczę. - Pamiętam, pamiętam, a pamiętasz, jak się wlewa wodę do kwasu? - zapytała podchwytliwie. Nie wolno wlewać wody do kwasu, tylko wlewa się kwas do wody, bo inaczej dojdzie do wrzenia i rozprysku - skorygował i dopowiedział wymyśloną na poczekaniu rymowanką. - Pamiętaj, techniku młody, wlewaj zawsze kwas do wody, a nigdy wodę do kwasu, bo narobisz ambarasu. Zachwycona profesorka powiedziała, że sobie to zapisze, a milczący dotąd Aldehyd zadał mu wtedy tak trudne trzecie pytanie, że zmilczał, bo w ogóle nie zrozumiał o co w nim chodzi. Kazano mu wyjść na korytarz, gdzie czekał na werdykt, oparty o parapet okna. Po chwili wyszła profesorka i powiedziała, żeby poszedł do swojej klasy, więc wrócił do kolegów i usiadł na swoim dawnym miejscu. I tak to wszystko trwało przez jakiś czas w zawieszeniu, i dopiero po dwóch tygodniach wychowawczyni zapytała go na lekcji matematyki, czy zdał poprawkę. - Odpowiedziałem na dwa z trzech pytań i profesorka powiedziała, żebym poszedł do swojej klasy - wyjaśnił. Czuł, że sprawa dalej wisi na włosku i jak się później okazało, słusznie przeczuwał, bo Aldehyd nie chciał mu uznać poprawki, ale w końcu przeważył głos trzymającej jego stronę profesorki. Zaczął chodzić do trzeciej klasy, ale z powodu poprawki stracił prawo do internatu i zaczął dojeżdżać do szkoły z domu, pięćdziesiąt kilometrów pociągiem. Miało to między innymi i ten ujemny skutek, że już się nie mógł przysłuchiwać w internacie uczącym się głośno na sali kolegom i przyswajać sobie w ten sposób przerabiany materiał. I tak się zaczęły jego problemy z matematyką, a konkretnie z logarytmami, bo matematyczka nie dawała mu spokoju, kiedy się zorientowała, że mu się nie chce uczyć. Nie potrafił przemóc lenistwa spotęgowanego awersją do nielubianej matematyki, chociaż gdyby się przyłożył, toby się nauczył bez problemu sama nauka, bo sama nauka, jako taka, nie sprawiała mu większych trudności. I tak na przykład, kiedy profesorka wyjaśniała na tablicy twierdzenie o trzech prostopadłych i wyczuł, że mu tego tematu nie popuści, to w ciągu godziny wykuł temat na blachę i kiedy na lekcji został wywołany do odpowiedzi, to naszkicował rysunek na tablicy i przeprowadził dowód z taką szybkością, że mająca szybką wymowę profesorka myślała, że ją przedrzeźnia. Nie mogło jej się pomieścić w głowie, że ktoś potrafił zreferować temat szybciej, niż ona. Przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu, a później powiedziała, żeby wrócił na miejsce i to właśnie wtedy dostał od niej jedyny dobry stopień z odpowiedzi. To znaczy z ustnej odpowiedzi, bo jeżeli chodzi o klasówki, to wielokrotnie otrzymywał dobre stopnie, zwłaszcza z geometrii przestrzennej i ulubionych zadań tekstowych, w których trzeba było znaleźć niewiadomą. Jak widać, potrafił się nauczyć, ale w owym czasie ważniejsze dla niego były figle, wygłupy. - Co tobie pisze na tarczy? – zapytała go pewnego razu matematyczka podczas klasówki. Też sobie wybrała moment. Chodziło o to, że dyrektor stawał rano w szkole na schodach i sprawdzał, czy uczniowie mają na rękawach przyszyte tarcze, więc Kuba, chcąc mu zagrać na nosie, poprzestawiał na tarczy litery, tworząc z miasta Kraków, anagram... krówka. Powycinał litery żyletką wraz z kawałkami sukna i poprzyklejał je później z powrotem, ale już w innej kolejności. Nie na darmo się mówi, że najciemniej pod latarnią, bo sprawdzający tarczę dyrektor, przez kilka miesięcy nie zauważył, co na niej pisze. Dopiero teraz matematyczka zauważyła na tarczy krasulę i tak na nią, co chwila spoglądała jakby się chciała napić mleka. Oczywiście po tej dekonspiracji wymienił tarczę na właściwą. Nadeszła wiosna i po lekcjach zaczęli jeździć do parku Jordana, gdzie wypożyczali w recepcji piłkę i grali w nogę na pobliskich błoniach. Pod koniec roku szkolnego siedzieli po skończonej grze na trawie i przysłuchiwał się znudzony, jak koledzy się zastanawiają, jakie stopnie otrzymali na koniec roku. - Chodźcie, to wam pokażę - powiedział w pewnym momencie. Wiedział, że profesorowie posyłają czasem uczniów do pokoju nauczycielskiego po dzienniki, więc przypuszczał, że nikt nie zwróci na niego uwagi, kiedy będzie zabierał dziennik z regału. Poszli całą paczką do szkoły, gdzie koledzy schowali się do toalety, a on zapukał do pokoju nauczycielskiego i ukłoniwszy się grzecznie, zabrał z przegródki dziennik swojej klasy i wyszedłszy na korytarz, zmierzał do czekających w ustępie kolegów. Zrozumiał, że sytuacja może przybrać niekorzystny obrót, kiedy dostrzegł idącego z przeciwka, rozmawiającego z wizytatorem dyrektora. Minął ich szczęśliwie, powiedziawszy dyrektorowi, dzień dobry, i kiedy już się zanosiło, że burza go ominie, usłyszał skierowane do siebie pytanie. - Gdzie niesiesz ten dziennik? - Do klasy - próbował ratować sytuację. - A kto tam ma lekcję? - A nikt. - Będziesz miał przez ten dziennik duże nieprzyjemności - powiedział dyrektor, zabierając dziennik i czerwieniejąc po kołnierzyk białej wykrochmalonej koszuli. Te same słowa powtórzył po tygodniu, kiedy się spotkali na schodach. Dowiedział się później, że dyrektor wnioskował dla niego o dwóję z zachowania, co by się równało wyrzuceniu ze szkoły, ale wybroniła go wychowawczyni, która na zakończenie trzeciej klasy dała mu na opamiętanie poprawkę z matematyki.

Upadek

Gniotła go ta poprawka z matematyki przez całe wakacje, ale podobnie, jak przy wcześniejszej poprawce z chemii, nie potrafił przemóc lenistwa i zabrać się do nauki. Nie należy lekceważyć lenistwa, bo nie na darmo jest wymieniane, jako siódmy grzech główny. Na kończenie wakacji urządzili popijawę, po której poszli we czwórkę do miasta i na plantach doszło do starcia pomiędzy nim a pijanym mężczyzną. Nie pozwolił się pijanemu do siebie zbliżyć, uderzając go turystycznym workiem z czterema butelkami po winie. Wyglądało to mniej więcej w ten sposób, że dążący do zwarcia pijak robił krok do przodu, a on do tyłu i grzmocił atakującego workiem w głowę. Doszli w ten sposób do narożnych łańcuszków i tutaj zmienił taktykę, przeskakując tam i z powrotem przez łańcuszki i grzmocąc workiem gramolącego się za nim pijaka. I tak to trwało do momentu, dopóki przy którymś przeskoku nie skręcił nogi, bo wtedy role się odwróciły na jego niekorzyść. Nie mogąc przeskakiwać przez łańcuszki, opuścił pole bitwy czując na plecach oddech pijaka, ale nie doszło do zwarcia, bo Rysiek z kolegami zastąpili napastnikowi drogę, który na widok czwórki kolegów zdecydował się opuścić pole bitwy. Niedługo potem rozeszli się do domów, do których trafili po najrozmaitszych perypetiach. Rysiek pomylił w bloku piętra i miał niemiłą przeprawę z sąsiadem, bo jego klucz do mieszkania nie pasował do zamka sąsiada, a Leszek do północy tłumaczył rodzicom, jak go mają wychowywać, żeby wyrósł na porządnego człowieka. Jeżeli chodzi o Kubę, to jakoś powolutku dokuśtykał do domu. Zbudził się następnego dnia koło południa i zobaczył stojącego nad nim ojca. - Wcześnie zaczynasz mój synu - zaczął ojciec patetycznym głosem. Wstał, ale nie potrafił ustać na spuchniętej skręconej nodze, więc położył się z powrotem i wtedy podeszła mama, i przypomniała, że dzisiaj ma jechać zdawać poprawkę, i wtedy wtulił głowę w poduszkę, odwrócił się do ściany i zasnął. Po tygodniu zawiózł do szkoły załatwione przez mamę zaświadczenie od lekarza, że nie mógł przyjechać, bo miał skręconą nogę, ale mający go na oku dyrektor zagiął na niego parol i nie pozwolił mu na zdawanie poprawki w dodatkowym terminie. - Powiedziałem ci, już wcześniej dwa razy, że będziesz miał przez ten dziennik duże nieprzyjemności - zakończył. - Przez dziennik i przez Ryśka - odmruknął. - Przez jakiego Ryśka? - zainteresował się dyrektor. - Przez kolegę, który dzień przed poprawką zorganizował pijaństwo. - Nie wiedział, że masz następnego zdawać poprawkę? - Wiedział. - Masz nauczkę, żeby unikać fałszywych przyjaciół. Spojrzał na surowo zaciśnięte usta dyrektora i wyszedł z gabinetu, zrozumiawszy, że trzeba powtarzać trzecią klasę. Nie potrafił się odnaleźć wśród nowych kolegów, nie potrafił się zaaklimatyzować w nowej klasie, nie potrafił się pogodzić z przegraną. Pełen wewnętrznego buntu nie pozwalał się pytać na lekcjach, mówiąc, że jest nieprzygotowany i żeby mu wpisać dwóję. Zaczął chodzić na wagary i na półrocze miał opuszczone trzysta godzin, i dwóje z siedmiu przedmiotów, nawet z ulubionej historii, którą w ubiegłym roku umiał na bardzo dobrze. Uczący go teraz historii Czacha dawał mu dwóję za dwóją, bo głupiec liczył, że mama będzie mu dalej przywozić kiełbasę. Dojeżdżał do szkoły pociągiem na popołudniu, ale zamiast na lekcje, szedł do świetlicy dla młodzieży dojeżdżającej przy ulicy Worcella w pobliżu kolejowego dworca, gdzie spotykał się z podobnymi do siebie wagarowiczami. Grali w ping ponga lub w szachy i spędzali czas na studiowaniu w gazecie repertuaru kin, do których chodzili na popołudniowe seanse. Do domu wracał późnym wieczornym pociągiem po dwudziestej pierwszej. Zjadał zostawiony dla niego przez mamę w piekarniku obiad i zasypiając koło północy, spał na drugi dzień do południa, a potem znowu jechał na wagary. I tak mu mijały kolejne dni, tygodnie i miesiące na bezowocnej, bezcelowej słodko gorzkiej włóczędze obrzeżami życia. Miał żal do dyrektora, że zagiął na niego parol i jak małe dziecko, które na złość mamie postanowiło sobie odmrozić uszy, postanowił w nim wzbudzić wyrzuty sumienia, każąc go za surowość swoim coraz bardziej pogłębiającym się upadkiem. - Popatrzcie, coście ze mną zrobili - zdawał się mówić swoim postępowaniem, nie zdając sobie prawy, że to przede wszystkim jego wina, a pozostałych to mniej więcej tyle obchodzi, co zeszłoroczny śnieg. Czuł, że nie musiano tak z nim postąpić, że wyrządzono mu krzywdę i z owego czasu powtarzania trzeciej klasy technikum zachował tylko kilka dobrych wspomnień.

Dobre wspomnienia

Pierwsze dobre wspomnienie, to jesienna wycieczka klasy na nazywaną Diablakiem Babią Górę. Powędrowali górskimi szlakami przez kolorowo płonące lasy i dotarli pod wieczór do schroniska na Babiej, gdzie spotkali wycieczkę licealistek, z którymi siedzieli na świetlicy, słuchając związanych z Babią Górą opowieści. Legenda mówi o Diablaku, że to zbójnicka frajerka, dziewczyna, która skamieniała nie mogąc się doczekać na swojego harnasia. Zasnęli koło północy na podszytym wiatrem poddaszu schroniska, zapatrzeni w okna, przez które widać było na niebie rozświetlone księżycem obłoki... Faluje światło pośród chmur i słychać śpiew z oddali, zawodzi z wiatrem zbójców chór, że się frajerka żali, że tylko świst i wiatru gwizd, i tylko tyle świata, zbójnicki los, poświstu głos, jesienny koniec lata. Koniec lata... Kiedy rano wstali, zobaczyli, że ziemię spowijają mgielne zasłony, o wyjściu na szczyt nie było mowy i wycieczka wyruszyła w powrotną drogę. I tak to Kuba po raz drugi musiał się pogodzić, że nie było mu dane stanąć na szczycie Babiej. Od tego czasu zaczął traktować Diablaka jako personifikację szklanej góry, w zdobyciu której przeszkadzają mu jakieś niedobre czary i postanowił sobie, że w przyszłości postara się stanąć zwycięsko na szczycie Babiej. Kolejne dobre wspomnienie, to pokonany strach przed ciemnością, uratowany przed spaleniem dom rodzinny i znajomość z Jaskółką. Jeżeli chodzi o pokonany strach przed ciemnością, to wiązał się on z żydowskim cmentarzem, który mijał po drodze późną nocą, kiedy wracał ze szkoły. Idąc od pociągu miał do wyboru dwie drogi, krótszą ciemną ulicą obok żydowskiego cmentarza i dłuższą oświetlonymi ulicami miasta. Za każdym razem toczył ze sobą wewnętrzną walkę i bywało, że wybierał dłuższą drogę przez miasto, bo droga obok nazywanego kierkowem cmentarza kojarzyła mu się z zasłyszanymi w dzieciństwie opowieściami o duchach. I tak to trwało do pewnej wietrznej nocy, kiedy to idąc obok wznoszącego na obrzeżach miasta kierkowa, usłyszał bicie zegara. - Bim, bam - dobiegło do niego pochmurną nocą z kościelnej wieży. - Dwunasta, godzina duchów – skojarzył. - Zawrócę i pójdę przez miasto. Stał na środku drogi, siłując się ze strachem, a później postanowił się z nim zmierzyć, żeby się przekonać czy ten strach naprawdę jest taki strachem jak straszy, czy też po prostu ma tylko tak szeroko otwarte wielkie oczy, że widzi, to co czego nie widzi, bo tego nie ma. - A dokądże ja tak ciągle będę przed tobą uciekał - pomyślał, pełen narastającego w nim buntu i podszedłszy do cmentarnego muru, oparł na nim ręce. Spoglądał przez chwilę w nieodgadnioną ciemność, a potem przeskoczył przez mur na cmentarz i stanął pomiędzy majaczącymi w mroku konturami stojących i poprzewracanych macew. Stał, przytulając wyrywający mu się z objęć strach i coraz śmielej spoglądał po grobach, i w końcu strach osłabnął, bo strach się żywi przerażeniem i beznadzieją chwili. Po kilku minutach był już na tyle spokojny, że opuszczając kierków posiedział jeszcze chwilę na ogradzającym cmentarz murze. To właśnie owej nocy poskromił strach przed ciemnością i od tego czasu zaczął wracać do domu krótszą drogą. Jeżeli chodzi o uratowany przed spaleniem dom rodzinny, to ocalił go właśnie owej nocy. Gdyby się wówczas wycofał, gdyby wracał do domu okrężną drogą przez miasto, to przypuszczalnie nie zdążyłby zapobiec pożarowi. Po wejściu na podwórko poczuł swąd spalenizny i szukając źródła dymu, dotarł do przybudowanej do domu stajni. Zapach spalenizny był tutaj dużo silniejszy, ale chociaż się rozglądał uważnie na boki, to nigdzie nie dostrzegł ognia pomyślał, że ktoś gdzieś pali ognisko. - Ognisko? O tej porze?! – zreflektował się po chwili. I w tym momencie usłyszał za sobą syk i odchodząc, odwrócił jeszcze do tyłu głowę i spojrzał w niewielkie okienko stajni. Zmartwiał z przerażenia, kiedy zobaczył, że widoczny przez okienko sufit świeci czerwonym blaskiem. Z wypalonej w drewnianej powale, wielkiej jak koło od wozu dziury, spadały kawałki rozżarzonego drewna i gasły z sykiem na mokrej słomianej ściółce. Stara spróchniała powała stajni tliła się już tak od kilku godzin i w każdej chwili mogła wybuchnąć ogniem. Wbiegł do domu i pobudził domowników, a potem, cały czas działając jak w transie, uciągnął wiadro wody z głębokiej na dwadzieścia metrów studni. Przy ciągnięciu wody, obracająca się w jego ręku korba kołowrotu kręciła się jak szalona i nie pozwolił jej sobie wyrwać młodszej siostrze, która chciała mu ją odebrać z zazdrości, że to nie ona ratuje dom przed spaleniem. Przypuszczalnie już wtedy myślała o tym, żeby mu odebrać z ojcowizny wszystko, co tylko potrafi. Wyspindrał się z wiadrem wody na strych stajni po wrotach stodoły i zaczął ostrożnie oblewać naokoło rozżarzoną dziurę strumykiem wody, oddzielając ją od składowanej na strychu słomy. - Chluśnij wodą - doradzała z dołu siostra, ale on wiedział swoje. Oblewał powoli dziurę, zataczając wodą zbliżające się do ognia coraz mniejsze kręgi i w końcu dał się słyszeć syk gaszonych ogników. Zapobiegł pożarowi w ostatniej chwili, bo gdyby ogień doszedł do składowanej nad stajnią słomy i do zawalonego sianem strychu drewnianego domu, to nastąpiłby tak gwałtowny wybuch pożogi, że domownicy obudzili by się dopiero w momencie śmierci... Od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas, Panie. Jak się później okazało, sprawcą nieumyślnego podpalenia był podpity ojciec, który wszedł wieczorem do stajni z zapaloną świeczką i trzymał ją w uniesionej nad głową ręce, a płomień, jak wiadomo, ciągnie z ciepłym powietrzem do góry.

Jaskółka

Wspomnienie o jaskółce wiąże się z dojazdami do szkoły, a konkretniej z powrotami do domu późnym wieczorem o zmierzchu. Jak to było wśród dojeżdżającej pociągiem młodzieży w zwyczaju, chodził po wagonach, zaglądając do przedziałów w poszukiwaniu znajomych i tak pewnego razu zwrócił uwagę na śliczną buzię siedzącej w przedziale dziewczyny. Kiedy się na nią znowu po kilku dniach natknął, to wszedł do przedziału i usiadł naprzeciwko niej w milczeniu, i tak sobie od tego czasu oboje obok siebie przez kilka miesięcy jeździli, i udawali, że się nie widzą. Dziewczyna wysiadała trochę wcześniej w pobliskiej Bochni, a on zasmucony rozstaniem jechał jeszcze kawałek dalej do Brzeska, pocieszając się myślą, że jutro znowu pojadą razem. Nawiązała się pomiędzy nimi taka jakaś dziwna, niewidzialna i subtelna nić sympatii, tak śliczna, że naprawdę nie potrzebowali niczego więcej do szczęścia. Chodzącą do technikum kolejowego czarnowłosą dziewczynę o delikatnej uroczej buzi nazywał w myślach jaskółką... Pod skrzydłami zmierzchu, gdy noc z nieba zlata, jeździła z nim razem dziewczyna skrzydlata, otwierała książkę, w przedziale czytała, wysiadała wcześniej, wcześniej wysiadała. Wysiadała wcześniej, niedaleko domu, o swojej miłości nie mówił nikomu. O swojej miłości nikomu nie mówił, żeby nie ukradli, żeby jej nie zgubił. Raz wszedł do przedziału jakiś jej znajomy chłopak i usiłował ja pogłaskać, ale tak ostro na niego wtedy spojrzała, że wyniósł się zmieszany z przedziału bez słowa. Trzynastego kwietnia skończył wiosną osiemnaście lat i zdecydowawszy się rzucić szkołę, poszedł do dyrektora po zwrot dokumentów. - Rodzice wiedzą? - zapytał dyrektor. - Nie muszą - odpowiedział lodowato. - Za mnie do szkoły chodzić nie będą. Stał w gabinecie dyrektora i patrzył zimno na jego pochylony nad biurkiem profil. Stojący na biurku, wysoki na kilkadziesiąt centymetrów posąg Tadeusza Kościuszki pokazywał szablą kierunek ku majaczącym na horyzoncie kolejnym szczytom szklanych gór... Śni mu się szklana góra, niepokój rośnie, rezygnuje ze szkoły o życia wiośnie. Rezygnuje ze szkoły, dale wołają, pluszcze chwila o chwilę i przepływają. Szemrzą fale w strumieniu, w roześmianej zabawie, że przeżycia, to baśnie, które śnimy na jawie. Po chwili milczenia dyrektor zawołał sekretarkę i polecił jej wydać dokumenty. Zabrał papiery i poszedł do kina, a po skończonym filmie do kolejnego na następny i w ten sposób doczekał do wieczora. Późnym wieczorem wracał pociągiem do domu i po raz ostatni siedział naprzeciwko jaskółki. Chciał się do niej odezwać, ale nie potrafił, bo się obawiał, że wszystko zepsuje i w końcu dziewczyna wstała, i skierowała się do wyjścia. - Przecież, jak wysiądzie, to już jej więcej nie zobaczysz!!! Zawołało jego zasmucone serce i tak rozpaczliwie zaczęło uderzać o zamkniętą klatkę pięściami, że wstał jak nieprzytomny i poszedł za jaskółką do wyjścia. Wysiedli z pociągu i szli obok siebie po peronie, i w końcu dziewczyna spojrzała pytająco, i wtedy zaczął jej wyjaśniać, że rzucił szkołę i że już więcej nie będzie dojeżdżał. - Daj mi swój adres - poprosił. - Napiszę do Ciebie, nawet jak nie wiadomo gdzie i jak daleko wyjadę. Spoglądała na niego zmieszana nie wiedząc, jak zareagować. - Przecież my się już dobrze znamy - dodał cicho z nieśmiałym uśmiechem. Skinęła głową, wyciągnęła z plecaka zeszyt i na wydartej z niego kartce napisała swój adres. Wziął kartkę i schował do kieszeni, a później jeszcze długo stali na peronie i niewiele mówiąc, spoglądali na siebie w milczącym zachwyceniu. Po torach przejeżdżały w obie strony pociągi, a kiedy nadjechał ostatni, po którym już żadnego dla niego nie było do rana, to wskoczył do ostatniego wagonu i odjechał, stojąc w drzwiach na stopniach i podnosząc do góry, uniesioną w pożegnalnym geście rękę. Ani do niej później nie napisał, ani już się z nią więcej nie spotkał. Raz mu tylko mignęła po latach na ulicy, kiedy przejeżdżał autobusem przez jej miasto. W osiemnastej wiośnie życia po raz kolejny pomylił kierunki, coraz bardziej się oddalając od wiecznie zielonych pastwisk, czekających na niego w zalanej wiecznie wschodzącym słońcem dolinie, w cieniu drzew nad wodą płynącej ku wieczności rzeki.

- Wzloty, upadki znoszę na przemiany, czym ja przeklęty, czy może wybrany? - Iskrę boskości wcieliłem w człowieka, idziesz do domu, Dom na ciebie czeka.

Rozdział trzeci

Po zrezygnowaniu ze szkoły zatrudnił się w krakowskim Elektro montażu, który miał file porozrzucane po całym mieście. Dano mu dużą skórzaną torbę podobną do tych noszonych przez listonoszy i zrobiono gońcem w dyrekcji. Czuł się upokorzony tą pracą i po tygodniu ją rzucił, a szkoda, bo była lekka i nieźle płatna w pobliżu pańskiego stołu. Powinien był w niej wytrwać i zapisać się do technikum dla pracujących, ale omotany lenistwem, po raz kolejny popłynął z prądem. Niedługo potem przyjął się w rodzinnym mieście do pracy w cegielni. Z początku dano go do lżejszej pracy, naciskał na pulpicie kolorowe guziki, ale po dwóch tygodniach przeniesiono go do katorżniczej pracy przy kopaniu gliny. Przemoczony padającymi bez przerwy deszczami, wytrzymał przy glinie kolejne dwa tygodnie i po wzięciu głodowej miesięcznej wypłaty, cisnął łopatą i więcej już go w cegielni nie widzieli.

Azoty

W sierpniu mama wychodziła mu pracę w odległym o trzydzieści kilometrów kombinacie chemicznym, gdzie go zatrudniono jako elektromontera. Dojeżdżał do pracy pociągiem i ciągle chodził niewyspany, bo musiał wstawać o piątej rano. Fiołkowaty brygadzista nie pozwalał mu załączyć szlifierki, żeby sobie mógł naostrzyć przecinak, musiał się go pytać o pozwolenie. Przez jakiś czas się pytał, a później się zbuntował i doszło pomiędzy nimi do nierozstrzygniętej bitki, po której brygadzista spasował i zostawił go w spokoju. Najgorzej było zimą na zaśnieżonych oblodzonych estakadach, bo do metalowych konstrukcji przymarzały podczas pracy ręce, więc żeby jakoś przetrzymać największe mrozy, poparzył sobie żelazkiem palce u lewej ręki. Dostał od zakładowego lekarza siedem dni zwolnienia, a później jeszcze siedem, bo posypywał rany cukrem, żeby się za szybko nie zagoiły. To była ciężka długa zima, więc po miesiącu pracy poszedł do innego lekarza i zaczął symulować grypę. - Proszę się rozebrać! – warknął lekarz, więc zapytał, czy cały. - Do połowy, dlaczego się tak chamowato odzywacie? - Ja? - Wy! - Wy, to znaczy my, to znaczy wy! Wycelował w lekarza palcem i został przez niego spopychany, i wypchnięty do pełnej ludzi poczekalni. Ubierał się powoli, trzymając w rękach wyrzucone za nim ubranie i udawał, że nie widzi uśmieszków siedzących na ławkach ludzi, a potem poszedł na skargę do kierownika przychodni, który kazał mu poczekać na wyjaśnienie sprawy. Kiedy usiadł z powrotem w poczekalni, to podszedł do niego ten lekarz, który go wcześniej wyrzucił z gabinetu i pochyliwszy się nad nim z założonymi do tyłu rękami, zapytał zaczepnie. - No co? No, co? No, co?! - A z czym, panie doktorze. - Chodź pan do gabinetu. - Jeżeli pana obraziłem, to ja pana bardzo przepraszam – lekarz wyciągnął do niego w gabinecie rękę. - To ja pana przepraszam, panie doktorze. - Dobrze, dobrze, ile tego zwolnienia, pięć dni? Pięć? Do niedzieli? - Ja naprawdę jestem chory... - Dobrze, dobrze… Wychodząc ze zwolnieniem z gabinetu spotkał się z nadchodzącym kierownikiem przychodni, któremu wyjaśnił, że już wszystko w porządku. Zaprzyjaźnił się później z tym porywczym lekarzem, okazał się porządnym człowiekiem, i czasem mu przywoził z Węgier w formie drobnych upominków jego ulubioną pastę, Arany, z mielonej ostrej papryki. Minęła zima, a po niej wiosna i lato, pod koniec którego zapisał się we wrześniu do zaocznego technikum w odległym o sto kilometrów od domu Rzeszowie i zaczął jeździć do szkoły w weekendy.

Dotyk śmierci

Nie wierzył, nie potrafił zrozumieć, że prąd może człowieka złapać i nie puścić. - Jak to mnie może złapać? - nie dowierzał. - Przecież, jak poczuję, że mnie kopie, to cofnę rękę. Nie rozumiał, że prąd powoduje mimowolny skurcz mięśni i wysyłane z mózgu polecenia otwarcia ręki nie mają mocy. Nie potrafił tego pojąć i pewnego deszczowego poranka, kiedy wiatr przewalał nisko nad ziemią ciężkie ołowiane chmury, życie udzieliło mu drakońskiej lekcji poglądowej, żeby się wyzbył niedowiarstwa, żeby się nauczył pokory. Ten pochmurny deszczowy dzień zaczął się dla niego pechowo, bo zapomniał zabrać z domu miesięcznego biletu i w pociągu miał starcie z konduktorem, a do tego cały był jakiś taki przeziębiony, zakatarzony, zmęczony. Ciekło mu z nosa, kaszlał, a unoszące się w powietrzu trujące wyziewy chloru i amoniaku tworzyły nad ziemią drażniącą płuca, toksyczną żrącą zawiesinę. Zaraz z samego rana poszli naprawiać oświetlenie placów, wychodzili po drabinach na słupy, ściągali nieświecące jarzeniówki w hermetycznej oprawie i po naprawieniu montowali je z powrotem na słupach. Dwie lampy naprawił bez większych problemów, ale z trzecią zaczęły się kłopoty. Jak się zaświeciła jedna rura, to druga gasła, a jak się zajarzyły obie, to przestawała świecić trzecia i tak w koło Macieju, jak na dyskotece, nie można było dojść końca. Zabrał więc lampę do hali i oparłszy o ścianę, podłączył ją prowizorycznie dwoma przewodami do gniazdka i zaczął dokładnie sprawdzać. Każda z rur jarzeniowych posiadała nazywane starterem urządzenie rozruchowe, a ponieważ wiedział, że startery często się psuły, to postanowił je sprawdzić i kiedy ujął w palce metalową obudowę startera, to już nie potrafił od niej oderwać ręki. - Złapało mnie! - pomyślał przerażony, usiłując bezskutecznie oderwać zaciśniętą na starterze rękę. Porażenie było bardzo silne, bo stał w przemoczonych butach na mokrej betonowej posadzce, przez co to miał zmniejszoną oporność i prąd przepływał przez niego wartkim strumieniem jak woda z odkręconego kranu. Z tą różnicą, że z kranu płynie woda, a z niego wyciekało z prądem życie. Zdawało mu się, że wiruje w powietrzu jak oderwane od samolotu śmigło, które z okropnym warkotem spada na ziemię, żeby się o nią roztrzaskać. Znowu ponowił daremną próbę oderwania zaciśniętych na starterze palców. - Nie da rady! Nie da!!! Mieli rację! Mieeeeeliiiiiii… Przez głowę przebiegały mu ostatnie świadome myśli i resztką przytomności zwrócił się cały ku Bogu. - To już, Boże, mój koniec, umieram! Umieram i robię żal doskonały, prosząc, żebyś mi darował winy i przyjął mnie po śmierci przyjął do swojego królestwa. Jak się robi żal doskonały?! Jak się robi żal doskonały?! Jak???!!! To jest, Boże, mój żal doskonały! Booooożeeeeeee… Ocknął się w kałuży wody na betonowej posadzce, obok leżała oparta wcześniej o ścianę lampa. Pociągnął ją za sobą podczas upadku i podpięte do niej przewody były na szczęście na tyle krótkie, że wypadły z gniazdka, ocalenie przyszło w ostatniej chwili. Siedział oszołomiony na betonie i patrzył zawstydzony na biegnących w jego stronę, pracujących nieopodal więźniów. Wstał, jak gdyby nigdy nic i zaczął dalej w milczeniu naprawiać lampę, a więźniowie wrócili do pracy. Nie zastanawiał się wtedy głębiej nad tą całą sytuacją, nie widział stojącego skromnie z boku Anioła Stróża, który czuwając nad swoim niesfornym podopiecznym, dosłownie w ostatniej chwili wytrącił przewody z gniazdka machnięciem swoich anielskich cudownych skrzydeł. Tydzień później słuchał z kolegą i dwoma dziewczynami koncertu Czerwonych Gitar w przyzakładowym domu kultury tarnowskich Azotów. To było naprawdę mocne uderzenie. Lawinowy dźwięk rozedrganych lawiną akordów strun, runął ze sceny jak szalejące tornado i rozwaliwszy dach na budynku, sprawił że ludziom wyrosły skrzydła i poszybowali z wiatrem melodii do siódmego nieba. Dolecieli do niebieskiej bramy, zakołatali w zamknięte wrota i czekali na nadejście świętego Piotra, ale wcześniej skończył się koncert i trzeba było wrócić na ziemię. Umilkły przepełnione uniesieniem dźwięki, dach powrócił na swoje miejsce i na powrót zaczęły normalnie tykać zegary. I tylko jeszcze przez chwilę drżało w powietrzu echo nostalgicznych piosenek Klenczona o dziewczynie z kwiatami we włosach i dźwięczała jego obietnica, że kiedyś ją zawoła na pewno. Nie sposób opisać, co się działo po koncercie, Sodoma i Gomora na szczycie wieży Babel, to za mało powiedziane. Muzyków otoczył tłum rozwrzeszczanych rozhisteryzowanych fanek, którym piosenkarze rozdawali wypisywane kolorowymi flamastrami autografy. Stanął z kolegą z boku, bo rozgorączkowane dziewczyny pobiegły po autografy i z pobłażliwymi uśmiechami podziwiali tę drugą spontanicznie zaimprowizowaną część koncertu.

Dziewczyna z liliami

Julię poznał jesienią w parku, kiedy pod stopami szeleściły rozgarniane nogami liście. Szykujące się do odlotu ptaki obsiadły odświętnie przybrane drzewa, które wyglądały jak pełne ruchu i gwaru dworcowe poczekalnie. Całe ptasie rodziny siedziały spakowane na walizkach i co chwila zrywały się niespokojnie do lotu, i opadały z powrotem na gniazda, jakby sprawdzały, czy dobrze pozamykane okna i czy wszędzie pogaszone światło. Para siwiuteńkich jak gołąbki staruszków siedziała w alejce na ławce, kobieta lekko, jakby od niechcenia musnęła policzek mężczyzny, a później spoglądali oboje gdzieś daleko, gdzie na drugim brzegu wiecznie zielone lasy. Pełen nostalgicznej zadumy był ten pogodny urokliwy początek jesieni, kiedy poznał Julię włócząc się po parku łagodnie rozświetlonym, wrzesiennie przygrzewającym słońcem. I nagle jego serce zaczęło śpiewnie uderzać, bo zobaczył nadchodzącą z przeciwka dziewczynę o ciepłych, pełnych głębi brązowych oczach. Dźwigała w napełnionym wodą wiadrze naręcze białych lilii i kiedy go mijała, to poderwała znienacka głowę i rzuciła mu krótkie nadąsane spojrzenie, jakby się obawiała, że na nią za chwilę nakrzyczy. I zakochał się w dziewczynie od pierwszego wejrzenia, i owionął, zauroczył go emanujący od niej jakiś dziwny, ledwie dostrzegalny smutek. - Jakby ją ktoś skrzywdził - pomyślał. Następnego dnia odszukał kwiaciarnię, w której miała praktykę i od tego czasu czekał na nią codziennie pod kwiaciarnią wieczorami, ukryty w półmroku ocieniających ulicę kasztanów. Kończyła pracę o siódmej, kiedy szarość powlekała światło mrokiem i wychodząc z kwiaciarni, rzucała mu krótkie nadąsane spojrzenie i znikła za zakrętem ulicy, a on po chwili wracał do domu. I w ten sposób minęło kilka wieczorów, aż w końcu opuścił kryjówkę i z duszą na ramieniu poszedł za dziewczyną, a później wziął ją nieśmiało za rękę, i poszli razem w stronę jej domu w peryferyjnej dzielnicy, i od tego czasu już tak chodzili prawie codziennie. Wędrowali poboczem szosy, ukryci w zapadającym mroku, pędzące samochody owiewały ich znienacka podmuchami powietrza i jej długie pachnące rumiankiem włosy muskały go wtedy lekko po twarzy niesioną z wiatrem pieszczotą. Przystawał wtedy w uniesieniu i zagradzając jej drogę, zamykał ją na chwilę delikatną pieszczotą w ramionach. Promieniująca z niego energia owiewała Julię gorącym tchnieniem rozpalonego wiatru. Zalewani nieziemskim światłem księżyca, stawali w pobliżu jej domu przy furtce do ogrodu i liczył cwałujące po księżycu konie. Jeden kary, drugi bury... - Przecież to chmury - prostowała. - Jakie tam chmury - zaprzeczał i wtedy ustępowała. - Rumaki Lizypa - szeptała. Skąd wiedziała? A konie cwałowały po księżycu w niepowstrzymanym pędzie i powiewały na wietrze po ciemnogranatowym niebie ich rozświetlone księżycowym światłem grzywy. - Jesteś szczęśliwy? – pytała, kiedy tak stali we dwoje. - Tyś szczęście moje - zapewniał i odchodząc bez słowa, podnosił do góry rękę w pożegnalnym geście. A jej chata za miastem na wzgórzu stała, nie żegnał się z dziewczyną, wróci, wiedziała. Właściwie, to dziewczyna miała na imię całkiem inaczej, nie Julia, ale w dzieciństwie widział u cioci obraz, na którym dziewczyna trzymała przed sobą w ręku butkiet białych lilii i ciocia powiedziała, że to Julia, i od tego czasu, to imię kojarzyło mu się z liliami. I dlatego nazwał tak dziewczynę od razu, kiedy ją tylko zobaczył w parku, a Julia nic nie miała przeciwko temu i przyjęła to imię za własne. Julia, czarodziejka... Pewnego razu zrobił jej podczas wichury zdjęcia i po wywołaniu filmu i zrobieniu u fotografa odbitek jej włosy wystawały poza fotografię. Że co? Że to niemożliwe? A dlaczego niemożliwe, skoro życie jest śnioną na jawie baśnią? Jesienią wybrał się z dwoma kolegami na odpust do parafii Julii, bo powiedziała, że przyprowadzi koleżanki. I faktycznie przyprowadziła, ale przemaszerowały wszystkie trzy obok siedzących na trawie chłopców jak na defiladzie, z głowami jak na komendę odwróconymi w drugą stronę. - Dziecinne - zauważył jeden z kolegów. - Niewinne - doprecyzował Kuba. Poczekali na powrót dziewczyn i poszli z nimi na spacer, a takie to wszystko było czyste i jasne jak pierwszy śnieg, gdy spadnie białym puchem z daleka od miasta, którejś zimy i zachwycone maluchy próbują z niego ulepić śnieżki. W listopadzie zaczął pracować na delegacji w odległym mieście i zaczęli się widywać z Julią tylko w soboty, kiedy przyjeżdżał na niedzielę do domu. Pracował na delegacji po dwanaście godzin dziennie zarabiając za nadliczbowe godziny podwójnie i po miesiącu kupił sobie modną, pikowaną ortalionową kurtkę i moherowy niebieski szalik w białe pasy. Przemarzł przy kopaniu rowów kablowych i zrobił mu się na policzku czyrak, który zaczął niepotrzebnie na siłę wygniatać i dostał zakażenia. Poszedł napuchnięty do lekarza, który przepisał mu trzy zastrzyki penicyliny i dał tydzień zwolnienia, ale wstydził się w takim stanie pokazać Julii i zjawił się pod kwiaciarnią dopiero w sobotę po dwóch tygodniach, ale Julii nie było. - Tak by to się skończyło? - pomyślał zasmucony i poszedł do domu. Nie spotkał Julii również następnej soboty, więc wszedł do kwiaciarni i usłyszał, że Julia jest chora. - Jesienna pora - powiedziała stojąca za ladą koleżanka, spoglądając na niego zaciekawionym wzrokiem. I tak mu minął kolejny tydzień bez Julii, a później następny, bo jak wyzdrowiała, to pojechała w odwiedziny do kuzynki i dostał od niej kolorową pocztówkę z dalekiego miasta.

Wędrówka z Julią

Na początku grudnia znowu stanął pod kwiaciarnią, a kiedy Julia wyszła, to poszli razem znajomą drogą za miasto. - Taka długa nieobecność - powiedział cicho. - Niedługa - zaprzeczyła z przekornym uśmiechem i powiedziała, że dzisiaj nie będzie stała przy furtce, bo zimno. Nic nie podpowiedział, bo wiedział, że tak tylko mówiła, taka już była. Mijał czas i jego zawistna prześladująca go młodsza siostra podsunęła mu na wabika koleżankę, żeby go odciągnąć od Julii. Niepotrzebnie wcześniej bagatelizował, kiedy Julia mu mówiła, że jego siostra ją śledzi. Niestety, nie widział jeszcze, że siostra nie potrafi zaakceptować jego szczęścia. W dniu Święta Zmarłych umówił się z Julią na cmentarzu, ale przyszedł za późno i Julii już nie było. Mali chłopcy biegali po cmentarzu z zapalonymi kagankami zrobionymi z wydrążonych głąbów kapusty. Chodził zasmucony po wąziutkich przesmykach pomiędzy ukwieconymi grobami, zasłuchany w spowijającą cmentarz ciszę od czasu do czasu przerywaną nikłym dźwiękiem pękającej szklanej lampki. Kadzidła zniczy tworzyły nad cmentarzem rdzawo świecącą chmurę o specyficznym zapachu spalanego wosku, a unosząca się nad cmentarzem łuna jaśniała jak rozwiewana wiatrem aureola Wszystkich Świętych. - Gdzie jesteś, Julio? - wołał bezgłośnie, ale wiedział, że Julii już tutaj nie ma, bo poszła do domu i już jej tutaj dzisiaj więcej nie będzie. Chodził po coraz bardziej pustoszejącym, pogrążonym w świętej ciszy cmentarzu i w nostalgicznej zadumie patrzył na rozświetlone groby, które jaśniały w ciemnościach jak życzliwe uśmiechy z nie tak znowu odległego, być może lepszego świata. Minęła zima, podczas której chodzili z Julią po roziskrzonym, skrzypiącym śniegu, a potem po zimie nadeszło na świecie przedwiośnie i na zamarzniętych rzekach strzeliły z hukiem pękające lody. A później w kwietniu rozkwieciły się kwiatami łąki, a potem w maju rozmaiły się majowo majówkami kapliczki, a w pobliżu leżącego w dolinie jeziorka rozszumiały się rosnące na miedzy potężne rosochate wierzby. W okocimskim parku rosło naprzeciw pałacu na zboczu góry królewskie drzewo o rozłożystych, płożących się po ziemi konarach, pośród których mieli ukrytą w listowiu kryjówkę. Spoglądające z nieba słońce szyło dla nich szczęście złotymi nićmi promieni i siedzieli otuleni uszytą dla nich opończą zakochania, a na trawie obok nich baraszkowały jak małe dzieci, rozbrykane okruszki światła... Jedno cudo, drugie cudo, trzecie cudo świeci, dwoje szczęściem otulonych, roześmianych dzieci. Pchnęła go na konar i upadli na trawę oboje. - Szczęście ty moje - tak do niej mówił czasem. Obok nich lasem przemykały smukłe jak gazele sarenki, a gdzieś tam kawałek dalej, nie tak znowu daleko, kwitły nad szemrzącym w dolinie strumieniem złote kaczeńce. Czegóż chcieć więcej, żeby dotykać nieba? Lepiej nie trzeba. Pod koniec maja poszli do kina na film o długiej nieobecności kontuzjowanego na wojnie, cierpiącego na zanik pamięci męża. Żona go rozpoznała w kręcącym się w pobliżu domu bezdomnym i przygarnęła tułacza do siebie, i opiekowała się nim w domu jak dzieckiem. Włóczęga, kloszard, czy jak go tam ktoś może nazwać, nosił ze sobą worek pełen pustych po zapałkach, planował zbudowanie z nich domu. Pod koniec filmu mężczyzna staje na brzegu rzeki i wysypuje pudełka z worka do wody i mówi do stojącej przy nim żony, że już nie potrzebuje domu, bo już ma gdzie mieszkać. Bo, jak powiedział w jednym ze swoich sonetów Shakespeare, prawdziwa miłość, to związek duchów prawych i nie gaśnie na wietrze jak płonąca słomianym ogniem zapałka. No właśnie, zapałka... Pewnego razu wędrowali o zmroku poboczem szosy i nagle z ciemności wyłoniło się trzech rywali, i jeden mu zaświecił w twarz zapałką, a Julia skoczyła na niego wtedy jak lwica i napastnicy zrezygnowali z zaczepki, bo gdzie się dwoje kocha tam dla trzeciego nie ma miejsca.

Rozstanie z Julią

Nie wiadomo, jak to się stało, że się rozstał z Julią, nie chciał od niej odchodzić, a odszedł. Może spełnił bezwiednie oczekiwania zawistnej młodszej siostry, która nie mogła znieść jego szczęścia? Może. Wysyłane ku ludziom toksyczne fluidy docierają do nich i zatruwają im życie. Nie lekceważmy tego, zabezpieczajmy się przed negatywną energią ochronnymi ekranami, bo w przeciwnym wypadku skutki dla nas mogą być okropne. Do rozstania doszło pewnego czerwcowego popołudnia, podczas jednego z najdłuższych dni roku, kiedy na ziemi najwięcej światła, zbliżała się najkrótsza noc w roku, świętojańska noc dziwów. Wybrał się z Julią do kina na hitowy film o powrocie tytanów, w którym dobra złotowłosa bogini pomagała walczyć jasnowłosemu herosowi ze złą czarnowłosą czarownicą. Odprowadzał Julię po filmie do domu, powietrze rześko pachniało ozonem po niedawnej burzy, przed chwilą wyszło słońce i wykąpane ptaki świergotały radośnie pośród liści, z których spadały ostatnie zapóźnione krople. Cały ten prześliczny świat był taki cudowny, że aż się chciało krzyczeć ze szczęścia. Wpuściwszy zawadiacko spodnie do wysokich czarno lśniących gumowców, beztrosko rozchlapywał kałuże. Zachodzące słońce wyczarowywało na niebie przedwieczorne zorze, smużące chmury drgały harfami purpurowego światła i cały był po brzegi wypełniony wprost niemożliwą do opisania radością. - Podobna jesteś do tej bogini na filmie - powiedział w pewnym momencie do Julii. - Ale ona przecież miała jasne włosy? - Mam na myśli tę czarną z gniazdem węży na głowie - podszepnął mu złośliwy chochlik. I wtedy Julia przyspieszyła kroku, ale tym razem za nią nie poszedł, coraz bardziej zostając w tyle. Nie przejmował się jej odejściem, bo już tak wiele razy robiła, przypuszczał, że jak zwykle za jakiś czas do niej podejdzie i znowu wszystko będzie jak dawniej. Nie zdawał sobie sprawy, że to początek rozstania. Czasem drobne na pozór zdarzenia uruchamiają niekontrolowaną niszczycielską lawinę. Z sadomasochistycznym zacięciem, nie podszedł do Julii ani kolejnego dnia, ani następnych, a kiedy ją przypadkowo spotkał po tygodniu na ulicy, to udał, że jej nie widzi. Zadawanie sobie bólu poprzez ranienie ukochanej osoby? Duchowa autoagresja, żeby rozbroić stare zapieczone traumy? Może. Takie to wszystko trudne, Boże. Kilka dni później swoją wakacyjną miłość Irenę, a kiedy po miesiącu wyjechała, to pełen poczucia winy nie miał już śmiałości podejść do Julii, uważając, że zbrukał ich miłość. Trzy miesiące później we wrześniu, wracając o szarówce do domu, zauważył po drugiej stronie ulicy Julię. Stała pod kinem ze swoją kuzynką i z jego kolegą, Leszkiem, obok rozświetlonej neonami gabloty z filmowymi afiszami Obserwował ich nieznacznie kątem okna i serce mu zabiło z radości, kiedy kuzynka Julii coś powiedziała do Leszka i kolega do niego zawołał, żeby do nich podszedł. Przeszedł uradowany na drugą stronę ulicy i po chwili rozmowy poszli odprowadzić dziewczyny do domu. Taki był tym wszystkim rozanielony, że dopiero przy furtce koło domu Julii zauważył, że podczas spaceru na dworze zrobiło się ciemno. Bliskość ukochanej dziewczyny i zalany księżycowym światłem ogród obudziły w nim tkliwe wspomnienia i zamierzał za chwilę umówić się z dziewczyną na następne spotkanie. Spoglądał na nią dyskretnie i za każdym kolejnym razem wydawała mu się coraz ładniejsza, tak piękna, że więcej już nie można, bo więcej już nie ma, bo nie trzeba. - Już się na mnie nie gniewa - pomyślał, ciągle odwlekając chwilę rozstania, bo nie potrafił się przemóc do zrobienia w jej stronę kolejnego kroku. Coś go blokowało i nie wiedział, czy to dobre, czy to raczej złe moce. Julia w końcu posmutniała i przestała się prawie całkiem odzywać, spoglądała gdzieś daleko przed siebie. Księżyc złocił chmury na niebie, kiedy odchodził z kolegą. Siła złego? Może. Noc mroczyła na dworze. Ścierało się w nim tysiące sprzecznych uczuć, nie potrafił sobie z nimi poradzić i po raz kolejny nie wykorzystał darowanego mu czasu łaski, otwartej furtki, przez którą mógł się przedostać do ślicznego ogrodu. Wracał zasmucony z kolegą i nasłuchiwał, jak zatrzaskują się za nim bramy utraconego raju. Nie spojrzał za siebie, więc nie widział, jak z okna zamku na szklanej górze spadła biała lilia, a wystarczyło się tylko odwrócić, odwrócić, odwrócić... Spadła z okna zamku, spadła lilia biała, nie widział, nie słyszał: - Kocha Cię! - szeptała. - Niechaj ci Jej miłość towarzyszy wszędzie, zwiędnę, gdy twe serce kto inny zdobędzie. Nie widział również swojego Anioła Stróża, który czuwając nad swoim niesfornym podopiecznym, szeptał z melancholijnym smutkiem... W cieniu szklanej góry bez miłości żyjesz, jakie piwo warzysz, takie sobie pijesz. Mijały dni i coraz bardziej oddalał się od Julii, a wraz z narastającą rozłąką, umierała odepchnięta prze niego pierwsza miłość, która nigdy nie umiera do końca, bo nie można uśmiercić miłości. I tylko czasem spotykali się przelotnie na ulicy lub usłyszeli coś przypadkowo jedno o drugim, historia stawała się powoli legendą. Gdzieś tak po roku od rozstania wszedł do kawiarni i zobaczył siedzącą z chłopakiem Julię. Miała na sobie pastelową seledynową bluzeczkę w drobniutkie liliowe kwiatki i wyglądała tak czule, delikatnie jak wrażliwa mimoza, więc szybko wyszedł, żeby jej nie czasem niechcący nie zranić. Poszedł do parku i usiadłszy w ich dawnej kryjówce na konarze drzewa, siedział zapatrzony w rozgwieżdżone niebo, troskliwie chowając wspomnienie o dziewczynie z białymi liliami w najskrytszej komnacie serca. A później wstał i powędrował ku majaczącym w chmurach na horyzoncie kolejnym szczytom czekających na zdobycie szklanych gór. W późniejszym życiu spotkał wiele uroczych kobiet, ale już nigdy nie spotkał pierwszej miłości i jeżeli dziewczynka była brzaskiem, a jaskółka jutrzenką, to Julia zorzą o poranku rozjaśniającą zieloną, zalaną wschodzącym słońcem dolinę. Radość o poranku... Nad zakopiańskim potokiem stoi willa poety Jana Kasprowicza, Harenda, a obok niej w otoczeniu strzelających ku niebu świerków wznosi się mauzoleum Kasprowiczów. Najpierw spoczął w nim poeta, a później jego żona Marusia. Zgodnie z jej pragnieniem, na nagrobnym głazie wyryto urywek wiersza męża z jego poetyckiej księgi ubogich... Gdzieś w dali, za tą skonów powłoką ciemną, jakąś światłością świecim wzajemną, wśród tych co dnia nie zaspali. Nic dodać i nic ująć, bo Poezja wzlatuje wyżej, jak proza, bo Pegaz Jej użycza skrzydeł. Myślę, że nie zgrzeszę, jeżeli dopiszę do tej poetyckiej wizji... Jest gdzieś kraj szczęśliwy, za śmiercią ukryty, a droga doń wiedzie przez cierpienia szczyty, przez przepaście pełne zwątpienia i złości, po drodze nadziei, wiary i miłości.

Historia jednej znajomości

Poznali się na początku wakacji, na imię miała Irena, ale powiedziała, że w domu do niej mówią Iruśka, więc zaczął do niej tak mówić, a ona nie miała nic przeciwko temu. Pewnego upalnego popołudnia, kiedy nagrzana ziemia promieniowała słońcem, wybrali się z Leszkiem do parku i kiedy dostrzegł z daleka idące przed nimi dwie dziewczyny, to przewidując dalszy scenariusz, ustawił się po stronie tej ładniejszej i tak właśnie poznał Iruśkę. - Podrywamy? - zapytał Leszek, na co w skinął głową i wtedy Leszek tak zaczął manewrować, żeby zająć jego miejsce od strony tej ładniejszej. - O, co to, to nie - zaprotestował. - Skoro los nas tak ustawił, to albo tak pójdziemy, albo w ogóle. - No, dobrze - zgodził się niechętnie Leszek. Podeszli do dziewczyn i zaczęli zagadywać, ale pierwsze lody zostały przełamane dopiero po zatrzymaniu furmanki i nakłonieniu konia, żeby się dziewczynom ukłonił. Chodzące do technikum ogrodniczego dziewczyny przyjechały na miesięczną wakacyjną praktykę i koledzy podjęli spontaniczną decyzję, że w najbliższą sobotę zorganizują u Kuby prywatkę. Miał ku temu odpowiednie warunki, bo posiadał własny pokój z osobnym wejściem. Na prywatkę załapały się jeszcze dwie inne pary i kiedy w środku nocy zabrakło alkoholu, to pobiegł do znajdującego się na drugim końcu miasta pawilonu, żeby kupić na dancingu butelkę wódki. Nigdy mu się już później z taką radością nie biegło, biegł lekkim uskrzydlonym krokiem przez rozświetlone księżycem łąki, wzlatując w górę z rozpostartymi jak skrzydła ramionami, kiedy płynnym lotem pokonywał płoty i rowy. Kiedy wrócił rozgrzany biegiem, promieniujący ciepłem, to towarzystwo nie chciało wierzyć, że pokonał tak długą drogę w tak krótkim czasie. Nad ranem czworo uczestników poszło do domu i zostali obaj z dziewczynami, i słuchając jego oryginalnych angielskich longplayów. Siedzieli przytuleni na kanapie przy ściszonej muzyce i nastały tak śliczne chwile, że na zawsze zapamiętał te nadranne godziny krótkiej lipcowej nocy, bo czym się napełnimy na tym świecie, tacy już pozostajemy na wieczność. Gdzieś mu się później ten angielski longplay zawieruszył, ale ilekroć w późniejszych latach słyszał nagrane na nim piosenki, to powracały tamte urzekające chwile i przenosił się pełen nostalgicznej tęsknoty w tamtą dawno temu prześnioną rzeczywistość... Majaczą z daleka ukochane twarze, czas płynie jak rzeka, wciąż na jawie śnimy. Utonęła przeszłość, gdzieś w czwartym wymiarze, kiedy czas się skończy, wtedy się zbudzimy. Odprowadzając dziewczyny o niedzielnym poranku, mijali po drodze rozkwitłe różami przydomowe ogródki i Leszek wszedł do jednego, i zerwawszy z klombu czerwoną różę, wręczył ją swojej dziewczynie, przyklęknąwszy na chodniku na jedno kolano. Oczywiście, nie chciał być od niego gorszy, więc przy następnym ogródku zrobił podobnie i wręczył białą różę Iruśce, i pachniały dwie róże wilgotne od porannej rosy. Wdychali upajający słodki zapach, radując się przemijającą chwilą, bo nie można wykuć szczęścia całego życia, można wykuć tylko szczęście chwili... Carpe diem, chwytaj dzień, ciesz się każdą szczęśliwą chwilą. Umówili się z dziewczynami po wieczornym nabożeństwie i tutaj Kuba zobaczył jeszcze piękniejszą Iruśkę. Zauroczyła go swoimi modrymi oczami i uduchowioną twarzyczką obramowaną zachodzącym słońcem, i od tej chwili zaczęło mu na niej jeszcze bardziej zależeć. Czekał na nią pod internatem, w którym mieszkała z koleżankami, wychodziła do niego popołudniami, i wędrowali zielonymi obrzeżami miasta, odpoczywając na mijanych ławkach. Pewnego razu położył jej rękę na kolanie i dostał po łapie, i za to ją jeszcze bardziej polubił. Na zboczu góry stała w parku na zbudowanym ze skalnych okruchów cokole naturalnej wielkości figura Matki Boskiej. Wiodące do Niej z różnych kierunków ścieżki wiły się meandrami pośród zielonej gęstwiny i dotrzeć do Ślicznej Mamy mogli bez problemu tylko ci, którzy wiedzieli dokąd zmierzają. Po minięciu któregoś tam kolejnego zakrętu jawiła się niespodziewanie ocieniona wiekowymi drzewami i na przybysza spływało w tym świętym gaju pogodne uspokojenie. Stojącą w lesie Figurę pokazała mu swego czasu Julia i odtąd Ją czasem odwiedzał, i przyprowadził do Niej Iruśkę. Piękna jesteś Boża Mamusiu tam na zboczu góry, piękna, niepokalana, śliczna i niewinna. Stoisz pośród zieleni rozświetlonej zachodzącym słońcem i przygniatając stopą głowę węża, ścierasz, unicestwiasz swoją czystością przygniecione do ziemi zło.

Pojedynek

Ten lipcowy dzień pełen był dziwnych zastanawiających zbiegów okoliczności. Może nie tylko śmierć, ale i mąż, i żona są przeznaczone od Boga, i nie możemy tego zmienić? Może. Niełatwe to wszystko Boże. Po drodze na spotkanie z Iruśką niepotrzebnie wstąpił do klubu, gdzie z powodu jego porywczej natury doszło do sprzeczki z kolegą, który go wyzwał na pojedynek. Zdawał sobie sprawę, że został wciągnięty w pułapkę przez silniejszego przeciwnika, ale nie wiedział jak się honorowo wycofać, więc otoczeni wianuszkiem kibiców, poszli się bić na pobliskie łąki. Cały czas miał nadzieję, że do pojedynku jednak nie dojdzie, co było z jego strony błędem, bo skoro się zdecydował na walkę, to należało myśleć o jej wygraniu, a nie liczyć na przysłowiową resztę z piątki. W międzyczasie, kiedy szli na udeptaną ziemię, to dworze zrobiło się ciemno i przeciwnik to wykorzystał, obmyślając sobie po drodze podstępną strategię. Ustawił się w mroku za uliczną latarnią i oślepiony światłem Kuba nawet nie zauważył, kiedy został zaatakowany serią oburęcznych ciosów, po których upadł na ziemię i na chwilę stracił przytomność. Ocknął się, kiedy przeciwnik obwieszczał zwycięstwo i zrozumiawszy podstęp, całkowicie pozbył się strachu i zaatakował tak mocną serią prostych, że przeciwnik zatoczył się zatoczył na słup, a później zaczął uciekać. Dwa razy przystawał, próbując nawiązać walkę z goniącym za nim Kubą, ale nie potrafił zdzierżyć i w końcu usiadł na trawie i zaczął krzyczeć, że się więcej nie bije i dopiero wtedy Kuba przystał na zakończenie walki. No cóż, taki to już ten nasz ziemski padół, że kłamstwo podkrada suknie prawdzie i paraduje w nich po świecie, dopóki się nie zapląta w uszyte na większą miarę szaty i dlatego przeciwnik chwalił się później na lewo i prawo, że wygrał. Opowiadał tylko o pierwszej części walki, a jak wiadomo półprawdy są kłamstwem, bo żeby było prawdziwie, należy mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, bez deformującego rzeczywistość światłocienia. Nie poszedł owego dnia na spotkanie z Iruśką, a po tygodniu już nie chciała z nim rozmawiać. Wiedział, kiedy kończy praktykę i poszedł się z nią pożegnać na dworzec kolejowy, gdzie siedziała wieczorową porą na peronie, trzymając w ręku pożyczoną od niego wcześniej książkę. - Przeczytałaś? - Niecałą. - To sobie zatrzymaj. Podziękowała i schowała powieść do plecaka, a później stali, rozmawiali i czekali na jej pociąg do Lublina, do którego wsiadła i odjechała w siną dal. Wiedział, że po wakacjach zaczyna ostatnią klasę technikum i we wrześniu zaproponował jej w liście spotkanie. Odpisała, że chętnie, więc pojechał się z nią spotkać, ale nie przyszła i później już do niej więcej nie napisał, jeśli nie liczyć sporadycznych pocztówek z pozdrowieniami, jakie jej z początku posyłał, żeby zaakcentować, że pamięta. Gdzieś tak mniej więcej po jakichś dwóch latach, stojąc pewnego razu w obcym mieście na kolejowym peronie, spostrzegł wsiadającą do pociągu piękną młodą kobietę. - Cześć Iruśka - powiedział do niej bezwiednie, pod wpływem jakiegoś bliżej nieuświadomionego impulsu. - Cześć Kuba - usłyszał i spojrzał zaskoczony na znikającą w drzwiach wagonu dziewczynę, która z życzliwym uśmiechem odwróciła w jego stronę głowę. - Skąd znasz moje czwarte imię?! - zawołał zdziwiony, ale nie usłyszał odpowiedzi i pociąg odjechał w przeciwnym aniżeli jego kierunku. Stał zaskoczony na peronie, spoglądając z tęsknotą za odjeżdżającym pociągiem. Wcześniej Iruśka podarowała mu zdjęcie, na odwrocie którego napisała, żeby wspomnienie o niej było dla niego zawsze miłe i to życzenie spełniło się później w jego życiu. Z czasem jej zdjęcie gdzieś mu się zawieruszyło, zapodziało, wyblakło, ale pozostała związana z nim historia, bo nic w przyrodzie nie ginie. Zapisujące się w pamięci wspomnienia zostają utrwalone na twardych dyskach metafizycznej biblioteki i po naciśnięciu, enter, odtwarzają się w rzeczywistym świecie kwantami odgrywanej na scenie świata historii.

O Jodełko...

Pod koniec lata wybrał się z dwoma kolegami w góry na prywatkę, a nad ranem poszedł odprowadzić do domu nowo poznaną góralkę. Wędrowali po krawędzi dnia i nocy, a na horyzoncie wznosiły się zaróżowione jutrzenką szczyty. Stojąca w dolinie chata ciągle jeszcze tonęła w ciemności, ledwo widoczna na tle ciemniejącego wokoło konturu lasu. Kiedy do niej doszli i oparli się o zbite z żerdzi ogrodzenie, to podbiegł do nich biały rozszczekany owczarek, który na szczęście zamknął jadaczkę, kiedy góralka zawołała do niego cicho po imieniu. Z lekkim skomleniem zaczął się łasić do dziewczyny, co chwila nadstawiając jej do głaskania swoją poczciwą kudłatą głowę i popatrując na niego jakby lekko zazdrosnym spojrzeniem. - No, kolego - spojrzał na owczarka z pełna powagi, oficjalną miną. - Proponuję, żebyś sobie wracał do budy, bo inaczej może dojść pomiędzy nami do niepotrzebnej zwady. - Rozszarpałby cię na kawałki - roześmiała się dziewczyna. - Trzeba go było widzieć, jak przeganiał wilki. - No, to jak chce, to może zostać, ale niech się nie wtrąca. Przyciągnął dziewczynę, a zazdrosne psisko zaczęło wtedy znowu szczekać i na ganek wyszedł ojciec góralki. Stał na schodach nagi do pasa, z turbanem rozczochranych włosów na głowie, wyglądał w białych, długich bufiastych kalesonach jak poszukujący swojego skarbu Alibaba. Nie wiadomo, czy ich widział w półmroku, ale na wszelki wypadek Kuba uznał, że widzi i zagaił życzliwym inteligentnym tonem. - Dzień dobry, odprowadziłem pańską córkę. - Jaka tam ona pańska. - Nie pańska? - Moja i potrafi sama trafić do domu. - No wiem, ale wilki. - Aha. Tym razem góral się odezwał inteligentnie, a Kuba powiedział wtedy grzecznie, dobranoc i wrócił do czekających na niego kolegów. Wracali złapaną na okazję wywrotką, trzymając się obu rękami burty i kucając na blaszanej pace z nogami zanurzonymi po kostki w rozsypanym cemencie. Przebrali się pospiesznie w domu i pojechali do pracy, w której jakoś przemęczyli do trzeciej i wieczorem zasnęli wreszcie z westchnieniem ulgi w swoich własnych wygodnych łóżkach. Kilka dni później znowu zostali zaproszeni przez te same dziewczyny na zabawę do schroniska, gdzie roześmiana góralka zakomunikowała mu zaraz na samym początku, że owczarek miał się z nią ochotę wybrać na zabawę, na co odmruknął, że przecież owczarki nie umieją tańczyć. Obiecał sobie w duchu, że tym razem będzie się trzymał z daleka od zagrody, ale do odprowadzania nie doszło, bo alkohol napisał inny scenariusz. Zaczęło się dobrze, tak iskrzył dowcipem, że ciągle dosiadali się do ich dwóch zsuniętych razem stolików nowi goście, a młodzi górale zapraszali go do bufetu na drinki i nagle, po którymś drinku wszystko mu się rozmazało, rozmyło. Nie wiedział, co się stało, jakby płynął na rozkołysanej fali, niewyraźnie głosy dochodziły do niego z oddali, a po sali poruszały się zamglone nierealne widziadła. - Wódka mnie dopadła - pomyślał przestraszony. Odbił się od bufetu i wybiegłszy przed schronisko, zaczął się na oślep wdrapywać po porośniętym lasem zboczu, dopóki drogi mu nie zagrodziły szeroko rozpostarte ramiona pachnącej ożywczym balsamem jodły. Wcisnął się do środka poprzez kłujące gęste gałęzie i przytulił się do ociekającego żywicą szorstkiego pnia drzewa, rozpaczliwie szukając ratunku w jego życiodajnej pranicznej sile. Rozkołysała się poszumem wichru jodła, kiedy szeptał do niej po niemiecku słowami ślicznej bożonarodzeniowej piosenki. - O Tannenbaum, o Tannenbaum, wie treu sind deine Bletter... Tulił się rozpaczliwie jak do matki, do rozszumiałej, potężnej wysmukłej jodły i po chwili prosił ją znowu o to samo po polsku. - O Jodełko, o Jodełko, jakaż ty jesteś śliczna, naucz mnie nadziei i wytrwałości, uratuj mnie kochana wiecznie Zielona Pani. - Jesteś dzieckiem wszechświata - zaszumiało. - I niemniej, niż gwiazdy i drzewa masz na nim prawo do swojego miejsca. - Nie wiem, co mi się stało. - Przetrzymasz. - Ale nie wiem, co mi się stało. - Nie pije się z wrogami wódki. W dole przez schroniskiem widział rozglądających się za nim kolegów, ale jeszcze nie był gotowy do opuszczenia kryjówki, po chwili zrobiło mu się niedobrze, zwymiotował i zasnął. Obudził się cały roztrzęsiony, przemarznięty i ubrudzony igliwiem, usiłował sczyścić rękawem wymioty, ale jeszcze je wtedy więcej rozmazał i wrócił na zabawę upokorzony, sponiewierany przez wódkę. Uwielbiający go przed chwilą ludzie udawali teraz, że go nie widzą, a góralka zerwała się od stolika i uciekła. - Niezawinione cierpienie - mruknął, ale nie zrozumieli, więc dodał, że chodzi o księgę Hioba. - To nie moja wina, że się urodziłem uczulony na alkohol - dojaśnił. - Pan Bóg to wie i widzi, i mam nadzieję, że mi pomoże, że mnie uratuje, jeżeli wytrwam na właściwej drodze. Podszedł do niego jeden z kolegów, wziął go pod rękę i wyszli ze sali, praniczną siłę słała jodła z dali. - Zawołaj mi taksówkę! – krzyczał do kolegi. – Zawołaj mi taksówkę, bo zaraz jadę do domu! Zawołaj mi taksówkę, bo jadę do domu, rozumiesz?! Powtarzał w kółko wciąż te same słowa refrenu litanii rozpaczy. Zorganizowali jakiegoś górala na motocyklu, który go zwiózł do znajdującego się u podnóża góry przystanku. Jechał za góralem bez kasku, przytulony do jego pleców i nagle zrozumiał, co się stało. - Dziwne, że tak się źle poczułem po twojej wódce - powiedział po zejściu z motocykla. - Co mi dosypałeś do kieliszka? - Jak chcesz, to ci mogę jeszcze dosypać - zaproponował ze złośliwym uśmiechem. - Chcesz, żeby ci jeszcze dosypać? - Daj spokój - spasował znużonym głosem. - Ledwie żyję, dzięki za podwiezienie i wracaj do swojej góralki. - A żebyś wiedział, że mojej - usłyszał wraz z warkotem zapalanego motocykla. - Za półtorej godziny będziesz miał autobus. Usiadł na ziemi i czekał skulony z przytuloną do kolan głową. Autobus przystanął, ale kierowca na jego widok zaklął, dodał gazu i odjechał, owiewając go na pożegnanie śmierdzącym dymem. Uśmiechnął się zrezygnowany i poszedł osiem kilometrów na piechotę pełną serpentyn drogą do głównej szosy. Szedł i trzeźwiał, i żałował jasnowłosej roześmianej góralki o długich lśniących włosach, a kiedy napotkał po drodze potok, to napił się źródlanej wody i wyczyścił ubrudzone ubranie. Poczuł się trochę lepiej i pomyślał optymistycznie, że nieważne ile razy człowiek upadnie, ważne, ile razy się podniesie. Po dojściu do szosy złapał okazję, a później dotarł do domu i zasnął, przytuliwszy głowę do poduszki o niedzielnym poranku. Wieczorem pożyczył motocykl i pojechał pod zagrodę góralki, ale zawrócił, kiedy zobaczył przy płocie oparty o żerdki motocykl górala. Dojechał do pobliskiej gospody i zamówił porcję parówek, herbatę i z potrójną ilością cukru. Po zjedzeniu parówek i wypiciu gorzkiej herbaty schował do kieszeni zawinięte w serwetkę sześć kostek cukru i dokupił jeszcze na wynos dwie porcje parówek. Zostawił motocykl na parkingu przy gospodzie i w zapadających ciemnościach poszedł lasem ku pogrążającej się w mroku zagrodzie góralki. - Nie byłem pewny, czy owczarki lubią parówki - mruknął, kiedy owczarek zamerdał przyjaźnie ogonem po pierwszej parówce. Żeby przypieczętować nawiązaną znajomość, poczęstował psisko drugą parówką, a potem na wszelki wypadek trzecią i dopiero wtedy odkręcił wlew paliwa w motocyklu górala, i wrzucił do baku po kolei wszystkie sześć kostek cukru. Bez żalu i wyrzutów sumienia, z przyjemnością słuchał cichego plusku wpadających do baku kostek... - No, teraz to ja ci dosypię i dopiero wtedy będziemy kwita - uśmiechnął się po wrzuceniu cukru. Hej, pluszczą fale pluszczą, echami wołają, hej, ale się nie pienią, bo w baku pluskają. Pozostała mu jeszcze czwarta parówka i szczerze mówiąc, to miał ją zamiar skonsumować, ale dobrze umiejący wąchać owczarek zaskomlił i tak szeroko rozwarł paszczę, jakby miał zamiar zaszczekać, więc zaczął dzielić kiełbasę na drobne kawałeczki i rzucał za siebie, dopóki nie dotarł lasu. W następną sobotę usłyszał w słuchawce znajomy głos góralki, która zaczęła go namawiać na odwiedziny. - Jeżeli nie chcesz przyjechać, to ja do ciebie przyjadę – zaproponowała, ale odpowiedział, że nie chce. - Byłem w ubiegłą niedzielę wieczorem pod twoim domem - wyjaśnił. - Ale zawróciłem, bo widziałem oparty o żerdki motocykl górala. - Wiesz, ile go ta Jawa kosztowała? - usłyszał po chwili. - A wiesz, ile mnie jego kieliszek wódki? - Teraz, to już naprawdę niczego nie rozumiem. - I niech już tak tak zostanie - zakończył i odłożył słuchawkę. Pamięć doznanej porażki i niestałość kobiecego uczucia nie pozwoliły tej miłości rozkwitnąć.

Gdy odlatują bociany

Niedługo po owej zabawie pojechał w sierpniu na obóz nad jeziorem do ośrodka wypoczynkowego, w którym rządząca krajem komuna robiła młodym ludziom pranie mózgów. - Chcesz jechać za darmo na dwutygodniowy obóz? - zapytał go wcześniej znajomy. - Dostaniesz w pracy dodatkowy płatny urlop. Pojechał, bo korzystał z takich okazji, ale dzięki wrodzonemu zdrowemu krytycyzmowi nie pozwalał sobie robić wody z mózgu, zachowując wobec serwowanej mu socjotechniki odpowiedni dystans. Wprawdzie na obozie oprócz posiłków serwowano ideologicznie pogadanki, ale spływały one po nim, jak woda po pływającym po rzece ptaku, którego uodpornione na przemakanie pióra pozostają suche pomimo pływania w brudnej wodzie. Szybko się zorientował na obozie, że podobnych do niego jest więcej, pozawierał z nimi znajomości i po prelekcjach demaskowali w prowadzonych pomiędzy sobą rozmowach wychwycone zafałszowania. Można powiedzieć o jego dorastającym w komunizmie pokoleniu, że musieli przechodzić przez życie na wstrzymanym oddechu obok kupy gnoju czerwonego kolaboranckiego łajna. No, więc przechodzili, odwracając głowę w stronę łąk zielonych, pośród których jak błękitne niezapominajki jaśniały zalotne uśmiechy dziewcząt. Codziennie o poranku budziła ich z rozwieszonych na drzewach głośników nastrojowa nostalgiczna melodia Krzysztofa Klenczona, gdy odlatują bociany. W sąsiednim domku mieszkała urocza blondyneczka i postanowili, że razem popłyną kajakiem podczas mającej się odbyć wycieczki po rożnowskim jeziorze, ale w ostatniej chwili ktoś mu ukradł wiosło, więc niewiele myśląc, odkradł wiosło z sąsiedniego kajaka i został za karę wyeliminowany z wycieczki przez komendanta obozu. Stał na brzegu i patrzył markotnie za odpływającą z kim innym dziewczyną, a później przewałęsał się samotnie po obozie do wieczora. Na zakończenie turnusu zorganizowano zakrapiany alkoholem wieczorek pożegnalny, po którym z zakamarków pogrążonego w ciemnościach obozu zaczęły dobiegać roznamiętnione szepty i śmchy, chichy. Chodził po obozie roztęskniony za szczęściem i w końcu usiadł na schodkach swojego domku, bo w środku urzędował kolega z dziewczyną i w końcu zapukał, i wszedłszy do środka, zabrał koc i poszedł nad jezioro. Otuliwszy się kocem jak opończą, ułożył się nad wodą na posłaniu zrobionym z zerwanych gałęzi i wsłuchany w wyciszająco pluskające fale, pomyślał sobie, że może to i dobrze, że nie popłynął z blondyneczką, bo nie ma tego złego, coby nie mogło wyjść na dobre. - To jeszcze nie ten czas i nie ta pora... Szept cichy, delikatny, dobiegający z pluskiem jeziora. - To Ty, Poetycka Bajko? - Może. - Kąpiesz się w jeziorze? - Nie, bo za zimno, mam dla ciebie propozycję. - A jaką? - Świecą gwiazdy w nieba niezmierzonej dali, chcesz się z nimi zbratać, poślizgać na fali? - No pewnie, że chciałbym, ale to przecież niemożliwe? - A niby czemu niemożliwe? Szykuj się do jazdy, uczepisz się gwiazdy. Chyba się zdrzemnął, bo nagle uczepiony promienia gwiazdy, zaczął się ślizgać po falach jak na nartach wodnych, a naokoło niego jak na obrazie Van Gogha wirowało rozedrgane gwiazdami niebo... Kołyszą się fale, a na falach chmury, wiatr gwiazdom niebieskie sukienki podwiewa, kołysze się księżyc złoto szarobury, ścieli się po wodzie drogowskaz do nieba. Otworzył o poranku oczy olśnione kolorami wschodzącego słońca i spojrzawszy w nieziemsko piękne tańczące po wodzie ognie, wstał i przeciągnąwszy się rozkosznie, poszedł do obozu, spakował plecak i wrócił do domu.

Małpia wyspa

To były udane wakacje, bo zaraz po obozie poszedł w pracy na urlop wypoczynkowy i pojechał z kolegą powrotem nad jezioro. Spał sobie jeszcze w najlepsze, kiedy pierwszego dnia urlopu wtoczył się do pokoju obładowany klamotami Leszek. - No pewnie, ty się tu wylegujesz, a ja to wszystko muszę sam dźwigać – narzekał zasapany kolega, wciskając się przez drzwi do pokoju z namiotem, materacami, śpiworami i gazową kuchenką. Nie wiadomo, jak to wszystko przydźwigał z wypożyczalni. Ubrał się szybko i dwie godziny później byli już obaj nad jeziorem na polu namiotowym, niedaleko ośrodka, gdzie niedawno był na obozie. Rozbili namiot pomiędzy trenującym judo Wojtkiem i grającym na gitarze Jurkiem, i wieczorami po całodziennej kąpieli, i wylegiwaniu się na słońcu rozpalali całą czwórką ognisko. Wyciągali z namiotów nadmuchiwane materace i leżeli przy ogniu, spoglądając w zamyśleniu na czerwono żarzące się głownie. Czerwone iskry wytrawiały na żarzących się polanach tajemnicze esy floresy, księżyc złocił falujące lustro wody, a z płynącego po jeziorze statku dobiegały roześmiane głosy rozbawionych wczasowiczów... Odblask ogniska na tafli jeziora, coś się zamarzy dziewczynie, rzekę spiętrzyła rożnowska zapora, powstało morze w dolinie. Pewnego razu, kiedy siedzieli przy ognisku, a Jurek nastrojowo cichutko brzdąkał na gitarze, do ogniska podeszły dwie wracające z dancingu dziewczyny. Najpierw posiedziały z nimi na materacach, a później jedna poszła z Jurkiem do namiotu, a druga została z nim na materacu i zaczęła się pomiędzy nimi rodzić uwodzicielsko kusząca chwila. Sytuacja zaczęła się trochę komplikować, kiedy Leszek zawołał z namiotu, żeby mu oddać materac, bo nie ma się na czym położyć. - Powiedz mu, żeby się położył na twoim - podpowiedziała dziewczyna, bo nie za bardzo wiedział, co odpowiedzieć. - Połóż się na moim - zaproponował Leszkowi. - Ale w twoim za mało powietrza. - To sobie dodmuchaj - nie ustępował i po chwili z namiotu dało się słyszeć dmuchanie. Leżeli z dziewczyną przy ognisku oddzielającym od ciągnącego znad wody chłodu, a na falach migotały gwiazdy. I przypomniała mu się niedawna samotna noc nad jeziorem, kiedy się ślizgał z nimi na falach i nawiązał do mickiewiczowskiej ballady o Świtezi... Leżę na brzegu o wieczornej porze i zwracam ku wodzie lice, gwiazdy nade mną i gwiazdy w jeziorze, i dwa rozlśnione księżyce. - Fiuuu, fiuuuuu… Dobiegło z namiotu dmuchanie Leszka. - Dmucha - uśmiechnęła się dziewczyna. - Ciebie też by warto dodmuchać - podchwycił, a dziewczyna skinęła potakująco głową. W pierwszej chwili nie skojarzył, co miała na myśli, zrozumiał dopiero, kiedy odeszła. Zerwał się i pobiegł w stronę stojącej na brzegu dziewczyny, ale w połowie drogi zawrócił, bo zawołał do niej z namiotu jakiś mężczyzna. Usiadł z powrotem przy ognisku, bo zrozumiał, że tamta chwila już bezpowrotnie . Następnego dnia spotkał tę kobietę w sklepie, stała w kolejce po mleko, trzymając za rękę kilkuletniego synka. W pierwszej chwili chciał się do niej odezwać, ale spojrzała na niego z takim przestrachem, że się momentalnie zreflektował i ulotnił ze sklepu... Tak bliska przeszłość, tak daleka, odbita w fal spękanym lustrze, chwil niepowrotnych płynie rzeka, fala o falę cicho pluszcze. Fala modlitwą cicho dźwięczy, wiatr wspomnień wieje po dolinie, fala przy fali z falą klęczy, a rzeka płynie, płynie, płynie... Nadeszła sobota i wieczorem znowu rozpalili ognisko, a w niedzielę grali przed południem na plaży w siatkówkę i właśnie wtedy przyjechał w odwiedziny Olek i został z nimi do końca biwaku. Umościli mu spanie pomiędzy swoimi dwoma materacami, ale nad ranem zaczął narzekać, że za chwilę z zimna uświerknie i że jak umrze, to żeby zamówić karawan i pochować na cmentarzu w rodzinnym mieście, bo może wtedy ktoś się nad nim ulituje i chociaż się trochę pomodli. Dali mu więc swoje swetry i kurtki, i tak opatulony przestał narzekać, i zasnął jak niemowlę, ale zaraz potem zaczął pochrapywać, więc mu zatkali usta rękami i powiedzieli, że to zmora go dusi. - No, zmora... Jakby to była zmora, to ja bym wiedział, jak sobie z nią poradzić. - A co byś jej zrobił? - A przeleciałbym ją ze dwa razy. Pomimo chłodnych nocy pogoda w słoneczne dni dopisywała i w poniedziałek popłynęli dwoma kajakami na małpią wyspę. - A gdzie małpy? - dopytywał się Olek. - Jedna wysiada z kajaka. - Eee, tego, z wami, to nawet nie można porządnie pogadać. - A o czym chciałbyś Oluś pogadać, o galaktykach, czy o dupie Marynie? - W ogóle nie będę z wami gadał, bo z głupimi się nie nagada, a z głodnymi się nie naje. Nie myślcie, że jestem taki głupi na jakiego wyglądam. Wspięli się na wierzchołek góry i tam podczas obrad na szczycie zapadła decyzja, że ze względu na chłodne noce skracają pobyt i jutro wracają do domu. Wieczorem kupili cztery butelki wina i zaprosili Jurka z Wojtkiem na pożegnalne ognisko, a później poszli deptakiem na spacer, słuchając głośnej muzyki z posiadanego przez Leszka tranzystorowego radia, co zwróciło uwagę milicyjnego patrolu. - A wiecie, panowie, że u nas w namiocie zagnieździła się zmora? - obwieścił Olek konspiracyjnym szeptem, kiedy milicjanci przyszli z nimi do namiotu po dowód kupna radia. - Szukają zmory - powiedział Leszek, kiedy jeden z milicjantów uniósł do góry materac, co wywołało u Kuby taki napad śmiechu, że aż usiadł na trawie. - Może się panowie, poczęstujecie andrutami? - Wojtek podszedł do milicjantów z papierową torebką, ale udawali, że nie widzą i niedługo potem zabrali się jak niepyszni i poszli. Następnego dnia zwinęli biwak dopiero koło południa, bo wcześniej Leszek leżał zzieleniały na trawie. - Strułem się twoimi kradzionymi pomidorami - wypominał Jurkowi. - Albo może andrutami? - Jurek próbował zrzucić odpowiedzialność na Wojtka. - Nie andrutami, tylko pomidorami. - A skąd wiesz, że nie andrutami? - Bo pomidory kradzione, a kradzione nie tuczy - obstawał Leszek przy swoim, a niebem ciągnęły na południe odlatujące do ciepłych krajów bociany. Odlot bocianów, odlot bocianów, odlot bocianów... Jesienią ich paczka zaczęła się rozpadać, bo Leszek wyjechał na wybrzeże, gdzie podjął pracę jako elektryk w stoczni przy budowie statków. Zapuścił brodę i wąsy, kupił sobie od marynarzy zagraniczne ciuchy i co jakiś czas powracał do rodzinnego miasta, przywożąc ze sobą znad morza powiew szerokiego świata i kupowane od marynarzy pornograficzne świerszczyki.

Zaczadzony

Jesienią rodzice wynajęli część domu firmie budującej wysokoprężny gazociąg i w jednym z pokoi zamieszkało małżeństwo z synkiem, a w drugim Zdzisiek. Młody chłopak po wojsku pracujący jako kasjer. Dość szybko nawiązali kontakt i baciarzyli razem przez dwa lata, a potem ich drogi się rozeszły, bo Zdzisiek zaczął się coraz bardziej łajdaczyć. Przyprowadzał do swojego pokoju prostytutki, a potem leżał w łóżku skacowany i wypompowany przez całą niedzielę. I między innymi dlatego zaczął Zdziśka unikać, ale zanim zaczął go omijać, to uratował mu życie, jednocześnie po raz drugi ratując dom przed pożarem. Doszło to tego pewnej zimowej nocy, kiedy wracając z dancingu poczuł na podwórku zapach spalenizny i zaniepokojony, zaczął szukać źródła dymu i końcu dotarł do mieszkania Zdziśka, i zaczął obwąchiwać dziurkę od klucza. Ciągnący z mieszkania dym sprawił, że rozbił w oknie szybę i nabrawszy głęboki haust powietrza, wskoczył do środka. Odnalazł po omacku kontakt i zaświecił światło, ale pokój był tak zadymiony, że nic nie było widać, więc otworzył drzwi wejściowe i wybiegł na ganek. Znowu zaczerpnął świeżego powietrza i wróciwszy do mieszkania, złapał Zdziśka pod pachy i wywlókł na ganek. Wrócił do pokoju, ugasił płonącą kołdrę, a potem docucił Zdziska i niedługo potem sytuacja została opanowana i Zdzisiek mógł się z powrotem położyć w ugaszonym łóżku. Jak się później okazało, zasnął po pijanemu w pościeli z zapalonym papierosem w ręku i to było przyczyną pożaru, który omal nie doprowadził do jego śmierci. No cóż skrzyżowanie wódki z kurewstwem, to jedno z najsilniejszych uzależnień, piorunująca mieszanka i dlatego kolega taczał się coraz niżej, i niedługo po pożarze zamieszkujące sąsiedni pokój małżeństwo poprosiło Kubę o interwencję. - No, niech pan przyjdzie i zobaczy, co wyprawia - nadawała do Kuby oburzona lokatorka. - Jak ja mam z dzieckiem przez jego pokój przechodzić? Poszedł bez słowa i zobaczył śpiącego na klęczkach przy łóżku pijanego Zdziska, który zasnął przy rozbieraniu i spał z wypiętym na pokój gołym tyłkiem. - No, widzi pan, co on wyprawia?! - zawołała lokatorka. - No, widzę - skwitował i ubrawszy śpiącemu spodenki, wturlał go na łóżko i przykrył kołdrą. Niedługo potem Zdziśka zwinęła milicja, bo się nabawił od prostytutek choroby wenerycznej i zawieziono go na przymusowe leczenie, a wszyscy mający z nim kontakt domownicy musieli się poddać kontrolnemu badaniu, czy się od niego nie zarazili. Po powrocie ze szpitala wymówiono mu mieszkanie i wyjechał na drugi koniec kraju, gdzie słuch o nim zaginął, jeśli nie liczyć przypadkowego spotkania z Kubą w mieście, podczas którego bezskutecznie próbował odnowić znajomość. Popijali wszyscy naokoło, a przy budowie gazociągu na potęgę i z wynajmującym pokój małżeństwem również nie było najlepiej. Pomiędzy małżonkami dochodziło pod wpływem alkoholu do karczemnych awantur, podczas których w powietrzu latały ukraińskie przekleństwa. Wychodził wtedy na przechadzkę, żeby nie słyszeć dochodzących przez ścianę przekleństw, bo mu przypominały zapamiętane z dzieciństwa wrzaskliwe awantury pijanego ojca. Raz tylko nie wytrzymał i wszedł do lokatorów, kiedy usłyszał krzyki bitej kobiety i wołanie o pomoc małego kilkuletniego chłopczyka. Popatrzył na stojącego z uniesionym krzesłem lokatora, a później wziął na ręce schowane za kanapą zapłakane dziecko, które go kurczowo objęło rączkami za szyję. Zabrał chłopczyka do swojego pokoju, a kiedy później przyszła po niego matka, to chłopczyk go poprosił, żeby po niego zawsze przychodził, jak się rodzice będą się bili. Nie za bardzo mógł mu to obiecać, więc zawarł z lokatorami honorową umowę, że jeżeli uzna, że przekraczają granice, to będzie im podczas awantury zwracał uwagę. To ich trochę hamowało, bo zaczynali się głośno awanturować, to tak długo, uporczywie, coraz mocniej uderzał w ścianę, dopóki nie zaprzestali kłótni. Na wiosnę chłopczyk zachorował i chodzący do pracy rodzice wynajęli mu opiekunkę, która dążyła z Kubą do zbliżenia i pewnego razu ją przytulił i byłby się może zdecydował na więcej, gdyby nie poczuł od niej odoru spoconego niemytego ciała. Wstrzymawszy oddech, zaczął powoli wyhamowywać sytuację i po chwili już siedzieli z daleka od siebie, a niedługo potem wrócił do siebie. Od tego czasu zaczął jej unikać, chociaż opiekowała się jeszcze dzieckiem przez dwa tygodnie.

Buty lokatora...

Po wybudowaniu gazociągu wyprowadziło się małżeństwo z dzieckiem i w obu pokojach zamieszkali pracownicy firmy melioracyjnej. Rotacja pośród nich była duża, jak to przy tego typu sezonowych pracach przy kopaniu melioracyjnych rowów, jedni się zwalniali, drudzy się przyjmowali do pracy, tylko jeden z nich ciągle mieszkał od samego początku. Dawniej był brygadzistą, znał się na planach i wytyczał trasy, ale przez pijaństwo spadał coraz niżej i po roku pracował, jako kopacz. Przestał jeździć na niedzielę do domu, do żony i dzieci, i w końcu doszło do tego, że całymi dniami leżał półprzytomny w łóżku, a w pokoju śmierdziało denaturatem. W ciągu niecałego roku stał się cieniem dawnego pełnego życia człowieka. - Idź mu zanieś gorącego rosołu - powiedziała mama pewnej niedzieli do Kuby, więc mu zaniósł talerz gorącego rosołu z makaronem i kromkę chleba. - Od kilku dni ciągle piję - wyszeptał lokator zdławionym głosem. Wyciągnął z wiszących na łóżku na krześle spodni kilka drobniaków i poprosił o wyczyszczenie ubłoconych butów. - Zapłacę - wyjęczał. - Dzisiaj niedziela i chciałbym iść do kościoła, ale nie mam siły wyczyścić. Popatrzył na leżącego z przerażeniem, a później wyczyścił buty i podał leżącemu rękę, pomagając wstać z łóżka. - Nie zajdę, no, nie zajdę - powtarzał bezradnie, zataczając się i upadając z powrotem na łóżko. Wieczorem zaniósł lokatorowi kolację, a w poniedziałek dał znać do firmy i lokatora odwiedził kierownik, który wezwał pogotowie. Zabrano umierającego na noszach do karetki i od tego czasu wszelki słuch o nim zaginął, i tylko jeszcze przez jakiś czas na ganku stały jego wyczyszczone buty. Buty lokatora, buty lokatora, buty lokatora... Na początku jesieni w mieszkaniu zamieszkali pracujący przy kopaniu rowów młodzi ludzie, którzy całymi wieczorami grali w karty, pili alkohol i sprowadzali sobie do towarzystwa młode panienki, dziwki, cichodajki. Czasami ich odwiedzał i pewnego razu został dłużej, bo spodobała mu się jedna z dziewczyn, która odstawała na plus od pozostałych i zastanawiał się, co ona tutaj robi. Libacja przeciągnęła się do północy, pił niewiele, mając konkretne zamiary względem spoglądającej na niego ciepło dziewczyny i kiedy pijane towarzystwo zasnęło, to zgasił światło i wtedy do pokoju jak burza wpadła jego mama. Pobudziła ogłupiałych lokatorów, rozbiła stojącą na stole wódkę i wyrzuciła z mieszkania wszystkie trzy pijane kobiety. Takie były zaskoczone, że dopiero na dworze ubierały wyrzucone za nimi płaszcze. Na drugi dzień zauważył, że mama ma podsiniałe oko i dowiedział się od lokatorów, że jedna z kobiet zaczaiła się na podwórku i uderzyła mamę kamieniem. Przykro mu się zrobiło, jakby to on ją tym kamieniem uderzył i chociaż z początku był zły na mamę, to z czasem doszedł do wniosku, że dobrze zrobiła wyrzucając dziewczyny, bo jako kochająca syna matka, a zarazem właścicielka domu miała do tego pełne prawo.

- Ciągle szukasz i błądzisz, dale wołają, ulatują marzenia, lata mijają, wieją wichry, tornada, błyskają burze, ciągle szukasz królewny na szklanej górze? - Ciągle szukam i błądzę, wołają dale, jeśli znajdę królewnę, to ją ocalę, srebrna mgła się rozemgli w obłoki zwiewne i ocalę przed smokiem cudną królewnę.

Rozdział czwarty

Od trzech lat dojeżdżał pociągiem do pracy, do odległych o trzydzieści kilometrów tarnowskich Azotów i żeby zdążyć na siódmą musiał wstawać o piątej rano. Ciągle chodził niewyspany, bo razem z kolegami z pracy i z dziewczynami z sąsiedztwa tworzyli zgraną paczkę, organizowali prywatki, spotykali się wieczorami po domach i wymyślali podczas takich rautów najprzeróżniejsze harce, żarty i swawole. W małym miasteczku karpackiej strony, gdzie był malutki, gdzie rósł dla świata, gdzie był przez pierwszą miłość pieszczony, tam kościół z wieżą nocą oplata złota poświata. Tam szkolne lata w błękitach nieba radość owiewa i smutek zmiata, wiatr pieści drzewa, o szczęściu śpiewa i jak pył świetlny skrzy się i brata złota poświata, zielone lata, zielone lata, zielone lata...

Zabawy przy księżycu

Pewnego razu po prywatce wybrali się późnym wieczorem do miasta i jedna z dziewczyn, żeby odzyskać fanta, miała podejść do pierwszego napotkanego mężczyzny, powiedzieć mu, że się jej podoba i pocałować go w oba policzki. Leszek, żeby odzyskać szelki od spodni, miał to samo uczynić z pierwszą napotkaną kobietą. Idąc późnym wieczorem do centrum, otoczyli kołem stojącego na przystanku mężczyznę. - Startuj Tereska! - zmotywowali koleżankę do działania. Z początku mężczyzna próbował się wydostać z okrążenia, ale kiedy Tereska zarzuciła mu ręce na szyję i ucałowała w oba policzki, to zapewnił ochoczo, że jest gotów do dalszej współpracy, ale koleżanka go przyhamowała, że jest nieogolony. Jeżeli chodzi o Leszka i szelki, to dopiero na plantach natknęli się na pochrapującą na ławce, potężnie zbudowaną kobietę z półświatka i pomimo protestów Leszka, uznano, że to jest jak najbardziej kobieta i trzeba ją pocałować w oba policzki. - Proszę wstawać - zagaił Leszek urzędowo, tarmosząc śpiącą jedną ręką za kurtkę, a drugą podtrzymując opadające spodnie. - Panie władzo - zaczęła mamrotać, ale Leszek nie pozwolił jej dokończyć. - Jaka tam, panie władzo, proszę wstawać do całowania! Błyskawicznie cmoknął wstającą z ławki w oba policzki i wołając, żeby mu oddali szelki, zrejterował poza zasięg jej ramion, bo pamiętał, jak swego czasu wyprała w knajpie chcącego ją wylegitymować milicjanta. - O ty bucu, amorów ci się zachciało? - poleciała za Leszkiem wiązanka. - Jużeś sobie spodnie przygotował do ściągnięcia?! Dalsza część laudacji nie nadaje się do opisu, bo gdyby za każde brzydkie słowo wstawić trzy kropki, to zdania stałyby się nieczytelne, bo składałyby się prawie z samych wielokropków. Jesienią i zimą, podczas długich, pachnących wiatrem i mrozem wieczorów, przychodziły im do głowy najbardziej zwariowane pomysły. Wkoło rynku tkwiły na kamienicach umieszczone w uchwytach chorągiewki i pewnego razu wspiął się po gzymsie i wyciągnąwszy chorągiewkę, zaczął nią wymachiwać, nawołując do rewolucji. - Do broni, towarzysze, do broni - wymachiwał chorągiewką jak sztandarem. - Do broni, towarzysze, bo Bronia się nie broni i czeka pod płotem na czerwoną hołotę. - A o co będziemy robili tę rewolucję? - dopytywały się roześmiane dziewczyny. - Nie my będziemy robili, tylko wy będziecie robili, a ja sobie stanę z boku i będę się przypatrywał, bo mnie profesor w szkole średniej nazwał enzymem, a to jest taki ferment, który zapoczątkowuje reakcję, ale sam nie bierze w niej udziału. - No, jakby tu był dzielnicowy, to on by ci dał - zauważył Wojtek i w tym momencie Kuba dostrzegł kukającego z pobliskiej bramy stróża porządku. - Tak, tak, z naszym dzielnicowym nie ma żartów - łagodził, udając że nie widzi przyczajonego w bramie, grubego jak beka milicjanta. Włożył chorągiewkę na powrót do uchwytu i poszli całą ferajną na pogaduszki pod pomnik do strzegącego miasta przed pożarem świętego Floriana. Stał pośrodku plant na kolumnie, u zbiegu obsadzonych żywopłotem alejek, i kiedy usiedli pod pomnikiem na schodkach, to zauważyli skradającego się za nimi dzielnicowego. Widoczny był jak czarna chmura na tle wschodzącego księżyca i zahipnotyzowany jego magnetycznym światłem Olek, wdrapał się na pomnik i zaczął nadawać do podkradającego się milicjanta. - Halo, panie dzielnicowy! Halo! Jestem tutaj! Tutaj jestem, panie dzielnicowy! Tutaj! - nadawał z pomnika Olek, objąwszy czule patrona strażaków za szyję. Ten najstarszy w mieście pomnik z osiemnastego wieku mógł się poszczycić nowszą historią, bo kilka lat wcześniej ktoś go pozbawił głowy. Pisali nawet o tym w Gazecie Krakowskiej i dzielnicowy się wystraszył, że znowu będą pisali. - Zejdź pan, panie Olku - namawiał. - Zejdź, a ja panu nic nie zrobię i zapomnę, że pan wyszedł, kiedy pan zejdzie. - Tam, na koniec alejki! Pod kościół! - nadawał Olek jak Napoleon, pokazując dzielnicowemu kierunek wyciągniętą ręką. - Jak zobaczę, że pan stoi pod kościołem, to dopiero wtedy zejdę. - Zejdź pan teraz, a ja panu nic nie zrobię. - Nie zejdę, bo już dwa razy dostałem od pana pałką! Pertraktacje trwały dosyć długo ku uciesze całego towarzystwa i w końcu Olek zszedł z pomnika, ale dopiero wtedy, jak dzielnicowy się wycofał na koniec alejki. Tak to bywało jesienią, a zimą, kiedy zjeżdżali na sankach po okocimskiej drodze koło kapliczki świętego Antoniego, to udawali wilki. Samochodów tamtędy w owych czasach jeździło po owej peryferyjnej drodze nocą niewiele, więc urządzali sobie sannę na stromo opadającej trasie i pewnego razu najechali na idącego pod górę do Okocimia pijaka. Uciekli, pochowali się w lesie na poboczu góry i zaczęli wyć przeciągle jak wilki, i wtedy gramolący się z ziemi pijak przestał przeklinać i najpierw zaczął nasłuchiwać, a później zawrócił z powrotem do miasta. No, tak to bywało, kiedy mieli po dwadzieścia lat, a księżyc złocił lunatycznym światłem uśpione miasto. Od roku palił papierosy i owej zimy postanowił je rzucić, i w Sylwestra zapalił przed północą ostatniego, i wytrzymał bez nikotynowej trucizny przez dwa tygodnie. Nawet go specjalnie nie ciągnęło, ale zapalił przez głupotę przy wódce i nałóg natychmiast wykorzystał zrobioną w postanowieniu wyrwę, jakby woda wyrwała w tamie kamień, i nałóg odrósł momentalnie jak głowy hydry. Popielnik kaflowego pieca w jego pokoju zarzucony był stertami wysypujących się niedopałków i kiedy mu brakowało nocą papierosów, to wyciągał dłuższe pety i zaciągał się nimi, dopóki go nie zaczynało parzyć w łokieć. W owym czasie pracował w kombinacie na trzy zmiany, jako kontroler aparatury pomiarowej i większość czasu na popołudniowej spędzali z kolegą w ciepłej dyżurce, grając w okręty i czytając książki. Natomiast na nocnej zmianie, wychodząc ze słusznego założenia, że noc jest do spania, spali przy kaloryferach na ławkach, podkładając sobie pod głowy kufajki. Kombinat udawał, że płaci, a ludzie udawali, że pracują, takie wtedy panowały w Polsce czasy dyrektywnego komunizmu, w którym ekonomia i gospodarka stały na głowie. Miesięczna pensja stanowiła równowartość piętnastu dolarów, czyli tyle, ile niewykwalifikowany robotnik zarabiał w Ameryce w ciągu kilku godzin. Nic więc dziwnego, że ludzie wyjeżdżali za wielką wodę, skąd po roku pracy wracali z uciułanymi dolarami, za które budowali sobie wille. Zgrywali amerykańskich milionerów, śmiejąc się w nos polskim inżynierom i profesorom, którym często brakowało na chleb dla dzieci. Na początku i na końcu zmiany robili z kolegą godzinny obchód, sprawdzając aparaturę pomiarową i właściwie, to była przez osiem godzin cała ich praca. Jeden, dwa razy w roku zdarzała się nocą jakaś poważniejsza awaria i wtedy ubierali gazowe maski, i chodzili po kombinacie jak zjawy. Dziwnie się tak chodziło w ciemnościach po prawie pustym, wyludnionym i mrocznym kombinacie. Sięgające nieba kolumny destylacyjne dyszały złowieszczym sykiem, ziejąc trującymi oparami, z górującej na kombinatem paszczy komina półspalania ziała w chmury rozwiana chorągiew płonącego ognia. Wijące się po wysokich metalowych konstrukcjach wężownice buchały toksyczną parą, plując jadowitymi wyziewami jak kobry. Majaczące w ciemnościach futurystyczne splątane instalacje stwarzały tak niesamowity nastrój grozy, że śniły mu się po nocach jeszcze po wielu latach.

Dorota

Dorotę poznał jesienią, chodziła do piątej klasy technikum ekonomicznego i zawarł z nią znajomość pod internatem, w którym mieszkała razem ze swoimi koleżankami. To były krótkie i ciche spotkania, jak to jesienną porą, pełną letargicznego wyciszenia i nostalgicznej zadumy. Nie wciągał jej do paczki, bo była na to zbyt nieśmiała, delikatna, zamknięta i zapatrzona w siebie, do wewnątrz. Na jej buzi ciągle gościł nieśmiały przepraszający uśmiech i prawie nigdy podczas rozmowy nie wypowiadała swojego zdania. Jak na jego gust była za spokojna, ale jednocześnie budziła w nim instynkt opiekuńczy i nigdy nie wypowiedział przy niej brzydkiego słowa. Za miastem koło stadionu zaczynała się biegnąca wąwozem przez Garbatkę stromo się wznosząca pod górę ścieżka, po której wędrowali, brodząc w sięgających do kolan liściach. Naokoło płonęły jesiennym ogniem lasy, a nad nimi płynęły po modrym niebie białe obłoki. Z ledwie słyszalnym szelestem spadały z płonących drzew na ziemię dopalające się resztką ognia liście, a przez gałęzie prześwitywało blado, anemicznie świecące słońce. Pewnego razu, kiedy się wspinali w samo południe na Garbatkę, ze znajdującego się na grani okocimskiego kościoła dobiegło bicie dzwonów. Dorota przystanęła i zaczęła szeptać Anioł Pański, i w wtedy nagle na ścieżce ukazał się siwiuteńki jak gołąbek, schodzący z góry, zdążający do miasta okocimski proboszcz. Taktownie udawał, że ich nie widzi, ale przystanął mile zaskoczony, kiedy go pozdrowili po łacinie, laudetur Jezus Chrystus, i odpowiedział im w tym samym języku, sekula sekulorum amen. A na ziemię ciągle z drzew spadały kolorowe liście, żółte, seledynowe, czerwone i brązowe, żółte, seledynowe, czerwone i brązowe, żółte, seledynowe, czerwone i brązowe, żółte, seledynowe... Siwiuteńki staruszek spoglądał na nich przez chwilę życzliwie, a później uniósł rękę w spontanicznym geście bożego błogosławieństwa i coś szeptał z przymkniętymi oczami niedosłyszalnie, rozmawiając o nich z Panem Bogiem. - Nie zmarnujcie swojego szczęścia, kochani - odezwał się po chwili. - Nie zmarnujemy - zapewnił, a Dorota skinęła potakująco głową. Nie zmarnowali, ale niedługo potem każde z nich poszło dalej przez życie swoją własną drogą. Siedzieli wtedy w parku na ławce, kiedy ich drogi się rozeszły, przytulił Dorotkę do siebie, a ona mu omdlała w ramionach i siedziała nieobecna, obezwładniona wyrzutem dopaminy, jakby nie było dziewczyny. Zatonęła w jakiejś odległej zamglonej dali. Nie płynęli na tej samej fali, więc znieruchomiał na chwilę, a później się delikatnie odsunął i poczekał, aż Dorota przyjdzie do siebie. - Byłaś w niebie? - zapytał po chwili. - Można wiedzieć, co ci się stało? Uśmiechnęła się nieśmiało, bo i cóż miała powiedzieć, takie rzeczy powinien wiedzieć. Siedzieli jeszcze przez chwilę, a potem ją odprowadził do internatu i już się z nią więcej nie spotkał. Ciągle szukał swojej wymarzonej szklanej góry, a na niej zaczarowanego ogrodu, zaklętego zamku i i czekającej w nim na niego wyśnionej królewny. - A Dorota, Kuba? A Dorota? - szept cichy, delikatny, nieśmiały, ledwie słyszalny jak szmer dobiegających z przeszłości wspomnień. - Dorota, Poetycka Bajko, przypominała przypominała mi polną stokrotkę. - A spróbuj to powiedzieć jeszcze ładniej. - Wędrowałem, błądziłem, dale wołały, przymierzałem marzenia, nie pasowały. Jaśniała szklana góra, dziś świeci blado, była fatamorganą, Szeherezado. Rozbiły ją pioruny, rozmyły burze, nie znalazłem królewny na szklanej górze. Szukałem za górami, gdy blisko stały, gdyby głośniej wołały, gdyby wołały... - Myślę, Kuba, że toby nic nie dało, pędziłeś na przełaj przez życie z wiatrem w zawody, wymuszałeś za pomocą używek nienależne ci gratyfikacje. - Myślisz? - A myślę! Małżonkowie są łączeni przez Boga, żeby się rodziły takie, a nie inne dzieci, nie poprawiajmy Boga, bo nas grzechy pychy doprowadzą do upadku. - Myślisz? - Podobne leczy się podobnym, pomimo, że podobne się od podobnego odpycha. I dlatego łączy się ze sobą dwoje naznaczonych nałogami ludzi, którzy za pomocą opakowanych w cierpienie ambiwalentnych uczuć, dźwigają z Bożą pomocą na swoje Golgoty swoje krzyże. - Z Bożą pomocą? - No, z Bożą, sami by nie dali rady - Ale Dorotki, Poezjo, nie podeptałem, ominąłem ją ostrożnie jak polną stokrotkę. - To dobrze, bo ile razy coś podepczesz, tyle razy będziesz później lizał rany. - Czy to znaczy, Poetycka Bajko, że mam rację, że wolę śnić na jawie? - Prawie... Opowiadaj dalej o swoim zakręconym życiu. - Dobrze. Mijały lata, podczas których serfował po oceanie życia, pełen karkołomnych wzlotów i upadków. Napotkał po drodze wiele ślicznych kwiatów, ale wspomnienie delikatnej nieśmiałej Doroty na zawsze pozostało w jego sercu jak obraz stokrotki otulającej swoimi śnieżnobiałymi płatkami bijące środku złote serce. Nie deptać stokrotek, nie deptać stokrotek, nie deptać stokrotek...

Łucja

Łucję poznał jesienią za sprawą kolegi, którego zaprosił wraz z dziewczyną na prywatkę, a oni przyprowadzili dla niego do pary koleżankę. I tak ją właśnie poznał, ładną małomówną dziewczynę z klasą, o regularnych wyrazistych rysach twarzy i czystych przejrzystych oczach. Dwa tygodnie później znowu urządził prywatkę, na którą oprócz Łucji i stałych bywalców z paczki zaprosił kolegę z pracy, który po prywatce zapytał, czy mógłby odprowadzić Łucję do domu. Popatrzył na kolegę zaskoczony, a później wyjaśnił, że chodzi z Łucją i poszedł ją odprowadzić do domu. Po powrocie zaczęli się zbierać z kolegą do pociągu, żeby jechać na siódmą rano do pracy. Jakoś przetrzymali w robocie do trzeciej, kolega gdzieś się zadekował na dwie godziny, a on się zdrzemnął na podniebnej estakadzie, przytulony do monotonnie bulgoczących ciepłych rur nagrzewnicy. Na sylwestra wybrał się z Łucją do pamiętnego schroniska, gdzie go swego czasu powaliła zatruta złorzeczeniem wódka i tym razem przez całą zabawę wypił tylko lampkę szampana, przy wznoszeniu o północy noworocznego toastu. Pośród strzelających korków od butelek, owiana gąszczem rzucanych po sali kolorowych serpentyn, podeszła do niego o północy z noworocznymi życzeniami znajoma góralka i po złożeniu mu życzeń, złośliwie pominęła stojącą obok Łucję. Uśmiechnął się zadowolony, kiedy Łucja złożyła jej życzenia, a speszona góralka nie wiedziała, jak z tego z honorem wybrnąć. Podszedł wtedy do Łucji i przytulił ją ciepło, a później, kiedy wyszli się przewietrzyć całą ferajną przed schronisko, to odbił od grupy i poszedł odwiedzić rosnącą nad schroniskiem pamiętną jodłę. Objął balsamiczne drzewo, które mu pomogło zwalczyć truciznę i kiedy trwał zadumany nad zawirowaniami ludzkich losów, to zobaczył, jak chłopak góralki podchodzi do Łucji i obejmuje ją ramieniem, a później odlatuje, odepchnięty rękami. Jak mu później Leszek zrelacjonował, oczy się jej zaświeciły jak u podrażnionej pantery. Życie jest ciężkie i jeżeli się szczęśliwie dobierze dwoje ludzi, to łatwiej im dźwigać swoje krzyże i dorastające w ich cieniu dzieci. Być może z Łucją byłoby mu lepiej, ale czy on, nieznoszący monotonii błędny rycerz, był wtedy do takiej wspólnej wędrówki zdolny? Po owym Sylwestrze przestał się z Łucją spotykać i dopiero po kilku miesiącach spotkał ją na dancingu, i poprosił do tańca. Poszli tańczyć na parkiet i podczas tańca spojrzała na niego przejrzyście, i zapytała obojętnie jakby się pytała przypadkowego przechodnia o godzinę. - Mogę wiedzieć czemu ze sobą nie chodzimy? - Nie wiem - odpowiedział zgodnie z prawdą i wyczuł, że dziewczyna już nie chce z nim więcej tańczyć. Odprowadził ją do stolika po umilknięciu orkiestry i już jej potem więcej nie poprosił do tańca. Obserwując ludzkie życie, można zauważyć, że czasem powstają w nim jak w kalejdoskopie przedziwne prześliczne konfiguracje. Zbyt doskonałe, żeby mogły powstawać przypadkowo, Ktoś nad tym wszystkim czuwa i uważnie patrzy, co człowiek wybiera.

Borsuk

W styczniu przeniesiono go na nowo otwarty oddział półspalania, gdzie mieli niewiele do roboty, jak to na nowym oddziale spod igły, więc kazano im konserwować nową aparaturę, coś jak polerowanie wypolerowanego lustra. I właśnie wtedy przekonał się jaką torturą może być niepotrzebna bezcelowa praca. Czasami, sporadycznie, zdarzały się nagłe awarie i wtedy było trochę zajęcia, ale pomijając takie nieliczne momenty, nie mieli za wiele do roboty, więc umilali sobie nudę żartami. Wysoko na estakadzie znajdowało się niewielkie pomieszczenie z wymagającą stałej temperatury aparaturą pomiarową i dlatego ten kantorek stanowił zimą wymarzone miejsce na drzemkę. Drzemali w nim pojedynczo na wyścielonej kufajkami ławce, a reszta kolegów urzędowała w tym czasie na dole dając śpiącemu znać waleniem w rury, jeżeli był potrzebny w sterowni. Spanie w kantorku było ulubionym zajęciem jednego z kolegów, trenującego zapasy młodego osiłka, który tak sobie upodobał to miejsce, że jak zaczynał kimać rano, to kończył przed trzecią po południu. Tłumaczył kolegom, że niedługo będzie się żenił i narzeczona nie daje mu się wyspać. Z początku walili w rury, a kiedy zbiegał na dół, to któryś przyczajonych kolegów szybko zajmował w kantorku na kufajkach jego miejsce, ale kiedy się zorientował w podstępie, to przestała na te alarmujące sygnały reagować. Zaczęli więc wchodzić do kantorka, że niby czegoś szukają, kręcili się przez chwilę po cichu, a później przy wyjściu tak prali o żelazną futrynę żelaznymi drzwiami, że śpiący na ławce Borsuk zrywał się jak nieprzytomny na równe nogi. Oczywiście, oni już wtedy byli na zewnątrz i pękając ze śmiechu, podglądali przez okienko wodzącego wokoło błędnym wzrokiem Borsuka. Po pewnym czasie tak go wytresowali, że kiedy tylko któryś z nich wchodził do kantorka, to Borsuk natychmiast siadał na ławce i wodził za intruzem podejrzliwym spojrzeniem. Oczywiście, dowcipniś siadał wtedy spokojnie na krześle i udawał, że drzemie, a kiedy po chwili rozlegało się pochrapywanie uspokojonego Borsuka, to wstawał po cichu i tak trzaskał przy wyjściu drzwiami jakby w blaszaną budę waliły pioruny. Budzili tak borsuka dwa, trzy razy dziennie i w końcu doprowadzili go do takiego stanu, że na widok wchodzącego siadał na ławce i tak długo po niej bębnił trzymaną w ręku śrubą, dopóki prześladowca nie opuścił kantorka. Wiosną, borsuk przebudził się do życia i najpierw się ożenił, a później zwolnił z kombinatu.

Parasole

W pobliżu jego domu znajdowała się restauracja, a obok niej pod parasolami ogródek piwny, w którym latem serwowano w kuflach obficie się pieniące piwo sprzedawane z ogromnej przerobionej na bufet beczki. Pod parasolami spotykali się ludzie różnego pokroju, jak to przy alkoholu, z głośników sączyła się muzyka, a pomiędzy stolikami węszyli ormowcy, którzy nie tylko podsłuchiwali, ale jeszcze do tego patrzyli, gdzie by tu co wypić na krzywy ryj za darmo. Ci menele potrafili być naprawdę nachalni, posuwając się nawet do pogróżek i rozboju. Znał tutaj prawie wszystkich stałych bywalców, bo często przesiadywał pod parasolami do późnej nocy. W dni powszednie przeważnie normalnie popijali piwo, ale za to w niedziele i święta zrywali z Igorem rosnące na klombach róże i wpinali je sobie do butonierek w klapy marynarki. Z uwagi na piękno kwiatów, ścinanie róż związane było z dosyć uroczystym rytuałem. A więc najpierw prosili w bufecie o pożyczenie noża i puszczenie piosenki o idącym po czerwony kwiat żołnierzu, a dopiero potem ścinali róże, kiedy z głośników dobiegały słowa... Po ten kwiat, po ten kwiat czerwony, skoro przyszedł na to czas. Pewnej niedzieli siedzieli przy piwie we czwórkę, a więc wpięli sobie w butonierki cztery róże, co sprawiło, że bufetowa wezwała milicję. Przyjechali i zapakowawszy Irka do suki, pojechali sprawdzić do niego, do domu, bo przekonywał, że to róże z jego ogródka, co od razu solidarnie potwierdzili koledzy. Ponieważ mieszkający w bloku kolega nie miał ogródka, a dwie chowane w piwnicy zagłodzone świnki mu zdechły, więc pokierował żandarmów na ogródki działkowe, gdzie mu przygrzali pałką i wywieźli go kilka kilometrów, i zostawili w lesie. W sobotę i niedziele pod parasolami dochodziły późnym wieczorem do głosu najgorsze męty. Ciągle mokra od ciągłego obsikiwania ściana za knajpą i rozmiękła obok nie ziemia obrzydliwie śmierdziały uryną, a w ciemnościach rozlegały się sprośne przyśpiewki i przekleństwa. Pomiędzy pijanymi dochodziło do ataków kuflami i butelkami po wypitej wódce, którą kupowano spod lady od kelnerek w restauracji po paskarskich cenach. Okradały pijanych podwójnie, raz na wyśrubowanej cenie wódki, a drugi raz na dopisywaniu do rachunków. Pewnej nocy obudziła go w domu kelnerka, żeby mu powiedzieć, że pod parasolami leży pobity jego znajomy. - Niech mu pan pomoże - powiedziała. - Bo to pański kolega. - Boicie się wezwać karetkę, boście mu wcześniej sprzedały wódkę - odmruknął. Milczała speszona, więc ubrał się w milczeniu i poszli pod parasole, gdzie jęczący kolega leżał na ziemi z zakrwawioną głową, bo lumpy najpierw go pobiły, a później obrabowały z pieniędzy. Domyślił się, że teraz siedzą w knajpie i piją za zrabowane pieniądze, więc wszedł na salę i podszedł do stolika, przy którym siedzieli we trójkę, rej wśród nich wodził zarośnięty kuternoga, o którym wiedział, że trzyma sitwę z szatniarzem. Popatrzył po menelach, od razu się zorientował, że świadków pobicia nie znajdzie, bo cała trójka współpracowała jako konfidenci z milicją. Popatrywali na niego bezczelnie, prowokując zachowaniem, spuścili z tonu dopiero wtedy, kiedy tak wyrżnął pięścią w stolik, że aż się na nim przewróciła szklanka. Wezwawszy pogotowie i milicję, doprowadził do spisania protokołu, żeby pozostał ślad przestępstwa, chociaż wiedział, że na milicję nie może liczyć i dlatego z kolegami obserwowali później kulawego, żeby mu nawtykać, ale miał się na baczności. Cała ta czynna nocą meliniarska knajpa była niechlubną wizytówką miasta i znikła z krajobrazu dopiero po transformacji ustrojowej pod koniec dwudziestego wieku, kiedy demokracja odebrała komunistom zawłaszczoną władzę.

Ewa

Jeżeli przyrównać kobiety do kwiatów, to w ogrodzie jego duszy trzy kwiaty kwitły najdłużej i zostawiły najtrwalsze ślady. Dziewczyna z liliami oraz czerwona i biała róża. O dziewczynie z liliami już było, o czerwonej róży jest teraz, a o białej będzie później, ale niewiele. Ewa pracowała w sklepie i była od niego o kilka lat młodsza, dopiero zaczynała rozkwitać jak czerwona róża, której z wiekiem przybywa coraz więcej kolców. Różnili się podejściem do życia, do wierności i ciągle dochodziło między nimi do kłótni, po których jak to po burzy, znowu zza chmur wyglądało słońce. Na związaną z nocą świętojańską zabawę pojechali całą paczką nad jezioro, gdzie Ewa ciągle gdzieś podczas tańców znikała i w końcu wkurzony postanowił wrócić samotnie do domu. - Czy ona nie widzi, że mnie rani? - rozmyślał. - Gdyby mnie naprawdę kochała toby się w ten sposób nie zachowywała. Przybiegła za nim na przystanek autobusowy i najpierw długo rozmawiali, a później się pogodzili i wrócili z powrotem na zabawę. Niebo różowiało na wschodzie,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Szklana góra — czytnik · opowiadania