Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 12 min czytania

Szlak niepewności

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zamykam oczy.

Najpierw ogarnia mnie czerń. Trwam przez chwile w głuchej ciemności, która stopniowo znika. Z każdą sekundą staje się coraz jaśniejsza. Zanika, blaknie jej powierzchnia staje się przeźroczysta…

Oślepia mnie ogromny promień słońca, które uwięzione jest po drugiej stronie bariery. Tylko na chwile zamykam powieki…teraz światło mnie nie razi. Czuję jak w moją skórę wchłaniają się maleńkie drobinki ciepła, które po chwili przestają wirować wokół mnie. Dopiero teraz wypełni uświadamiam sobie, że nadal stoję w cieniu za ogromną niewidzialną barierą. Chcę ją pokonać, dostać się na drugą stronę. Ogarnia mnie wściekłość. Uderzam z całej siły w przeźroczystą materię. Moja pięść natrafia na opór, lecz wyczuwam delikatne drgnięcie. Cofam się słysząc coraz głośniejsze skrzypienie. W miejscu gdzie wylądowała moja dłoń tworzą się malutkie szczeliny, ledwie zauważalne, przez które prześlizgują się niewielkie smugi światła. Jedna z nich natrafia mi na ramie. Parzy mnie, przepala skórę, ale dalej stoję a na ciele z każdą chwilą pojawia się coraz więcej maleńkich promieni. Ból staję się nie do zniesienia mimo to nadal się nie ruszam . Patrzę jak gorąco, które uporało się z barierą wypala w mojej skórze rany. Żar nie dosięga mojej twarzy czuję na niej zaledwie ciepło, choć resztę mojego ciała parzy setki drobnych smug słońca. Zaczynam krzyczeć, nagle głuchą ciszę przeszywa wyłącznie mój wrzask… milknę. Skwar znika pozostawiając na ciele miliony czerwonych blizn. Opadam na beton, znów otacza mnie wyłącznie mrok. Niemrawym wzrokiem wodzę za strugami bordowej krwi, które wylewają się ze mnie tworząc wiele krętych linii. Próbuję się podnieść, nie daję rady. Ledwo dostrzegam jak krew zlewa się w ogromną kałużę. Klękam, odczuwam jak wypływa ze mnie życie, pod kolanami czuję wilgoć wiem, że krwi jest coraz więcej. Opuszczam bez władanie głowę, oczy zachodzą mgłą. Źrenice zasłania czerwona gruba błona. Powietrze gęstnieję wdziera się do mojego wnętrza wyrywając mi duszę. Patrzę obojętnie jak opada w krwistą kałużę i podnoszę się, tym razem bez żadnego problemu. Nie czuje bólu, nic nie czuję. Czerń panująca dookoła przeradza się w rozmaite odcienie czerwieni. Sunę nogami po coraz gorętszym podłożu pozostawiając za sobą ślady krwi, które zostają niemal natychmiast wypalone przez rozżarzony beton. Tym razem czuję zaledwie przyjemne ciepło, choć wiem, że dookoła panuję duszące gorąco. Idę dalej, nie zatrzymuję się. Nagle dostrzegam wysoką smukłą dziewczynę. Uśmiecha się radośnie krocząc środkiem piekielnej ścieżki. Zaczyna się śmiać, głośno, piskliwie. Zatrzymuję się, wpatrując się w nią oszołomiona. Wydaje mi się, że mnie nie dostrzega, choć patrzy wprost na mnie lśniącymi błękitnymi tęczówkami jedynymi naznaczonymi innym kolorem niż czerwień. Zbliża się w moją stronę, idzie wprost na mnie. Nadal słyszę jej śmiech zaczyna niemal się nim dusić. Zamykam usta, gdy jej ciało zderza się z moim. Przeszywa mnie dziwne uczucie, śmiech głuchnie. Nasze ciała się łączą, widzę to. Wnikam w nią…mrok pojawia się ponownie. Znikłam. Wiem, że nie istnieję, ale odczuwam delikatny ból…Nie ma mnie, ale jednak w pewien sposób nadal jestem. Walczę, toczę bitwę o to by nadal być. Otwieram usta. Nabieram powietrza, żyję. Nie jestem do końca sobą, ukradłam jej duszę… Pod nogami leży jej ciało, na twarzy maluję się lekki, ledwo niewidoczny uśmiech niebieskie tęczówki straciły swoja intensywną barwę. Teraz mam jej duszę, jest moja. Podnoszę głowę, dostrzegam jak odcienie czerwieni ustępują miejsca normalnym barwą. Betonowa alejka znamienia się w brukowy chodnik. Na niebie zza błękitnych chmur wyłania się słońce. Jestem zachwycona czując zaledwie delikatne ciepło. Dotąd ogromne uschnięte drzewa powracają do życia. Alejka niespodziewanie wypełnia się tysiącami uśmiechniętych twarzy i na mojej pojawia się niewielki. To dziwne, ale czuję się doskonale pomiędzy tymi wieloma ludźmi. Mój śmiech unosi się wraz z tysiącem innych. Robi się coraz głośniej, coraz ciaśniej…zaczyna brakować mi tchu. Zaraz zacznę się dusić, dławić własnym śmiechem. Tłum napiera na mnie z coraz to większa siłą, popycha w sam środek. Nie chcę, mam dosyć…nie chce już tej duszy! Próbuję się zatrzymać łapiąc się coraz to innych ludzi, lecz moje ręce nie są wystarczająco silnię, nie daje rady. Znów się boję, tłum mnie zmiażdży. Próbuję ostatni raz, zaciskam dłoń na czyimś nadgarstku. Udaje mi się, już nie jestem popychana. Chłopak, którego trzymam stoi tyłem. Wzmacniam swój uścisk, gdy spostrzegam jak ludzi wokół mnie zaczynają się sypać. Tłum zamienia się w popiół. Ogromny plac w sekundę staję się pusty a porywisty wicher unosi tysiące drobin. Ludzki pył wiruje, wypełnia całą ogromną powietrzną przestrzeń. Nic nie widzę, sylwetka chłopaka rozmazuje się, znika, nie ma go. Biegnę próbuję nie myśleć, pędzę przed siebie, ale wiatr staje się coraz silniejszy. Nie mogę już nawet iść. Zmaga się z jego potęgą. Czuję jak spycha mnie w sam środek placu zupełnie tak samo jak przedtem oszalały tłum. Stopy suną do tyłu mimowolnie. Odchylam głowę, mimo iż zdaję sobie sprawę, że to może mnie zgubić, ciekawość wygrywa. W samym centrum placu tworzy się trąba powietrzna…ludzkiego pyłu. Tracę równowagę, potężny powiew wiatru bez najmniejszego wysiłku odrywa mnie od podłoża. Targa mnie w stronę wiru. Pędzę z ogromna prędkością, w uszach słyszę ogłuszający świst przedzieranego powietrza, nie oddycham. Zaraz wpadnę w sam środek wiru… zatrzymuję się gwałtownie i niespodziewanie sztywnieję. Rozglądam się dookoła oszołomiona. Nagłe wszystko się zatrzymało. Jestem uniesiona kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Pruje poruszyć ramieniem, udaje mi się. W bardzo wolnym tępię daje radę obrócić się, chce dokładniej przyjrzeć się niesamowitej trąbie powietrznej. Małe drobinki ułożone są w spiralny wir. Lekki powiew wiatru…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%