Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 19 min czytania

Szlak śmierci

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Weszłam na szlak. Było wpół do ósmej, słońce jeszcze nie wyszło zza gór, powietrze było ostre i zimne. Zapięłam polarową bluzę pod szyję i ruszyłam w kierunku pierwszych wzniesień. Ścieżka, a właściwie droga prowadząca początkowo przez Dolinę Kościeliską, przez pierwsze kilkaset metrów ciągnęła po terenie zupełnie płaskim.

Zastanawiałam się czy sprostam wyznaczonej trasie. To, że wyczyn ten udał mi się dziesięć lat temu nie znaczyło, ze teraz będzie tak samo. Najpierw wejście zboczami Adamicy, po kamieniach, wystających korzeniach drzew i śliskiej glinie. Dobrze, że przez dłuższy czas nie padało. Potem po kolei wszystkie Wierchy i zejście do Kuźnic.

W zamyśleniu poprawiłam plecak i czapkę z daszkiem. Pierwsze wzniesienia pokonywałam energicznie. Krajobraz był jeszcze spowity delikatna mgłą, więc nie dostrzegłam szczytów. Wkrótce weszłam między drzewa.

Niestety w pewnym momencie mój pęcherz zaczął się domagać odwiedzenia, jakiegoś ustronnego miejsca. Pomyślałam, ze potem czekają mnie już tylko trawiaste zbocza Wierchów, gdzie będą tylko i wyłącznie miejsca nieustronne. W końcu zeszłam ze szlaku w głąb lasu. Jeden nieodpowiedni krok wystarczyłby, żeby uszkodzić i unieruchomić moją nogę.

Dotarłam do niewielkich krzaczków. Przykucnęłam z twarzą skierowana ku szlakowi. Moje bezmyślne wpatrywanie się w jedno z drzew przerwał niesamowity widok. Na poziomie moich oczu ujrzałam buty. To znaczy stopy w butach. To znaczy nogi ze stopami w męskich butach. Na początku pomyślałam, że ktoś tam stoi. Dopiero po chwili zreflektowałam się, że nogi znajdują się pół metra ponad ziemią.

Wyprostowałam się i ogarnęłam wzrokiem wszystko, co wiązało się z nogami. Przerażona i oszołomiona oparłam się o najbliższe drzewo i zamknęłam oczy. To prawda, że spałam krótko. Do późna spacerowałam po Krupówkach. Mój wzrok jednak jeszcze nigdy mnie nie zawiódł Powoli otworzyłam oczy. To nie było przywidzenie. Nogi należały do wisielca, a dokładniej do mężczyzny około trzydziestopięcioletniego obranego w dresowe spodnie, podkoszulkę i ortalionową kurtkę. To musiał być turysta, który miał zamiar pokonać tę sama trasę, co ja… Jego twarz była nienaturalnie wykrzywiona. Było na niej wymalowane przerażenie, oczy były szeroko otwarte, a z ust wydobywał się niemy krzyk. Wokół szyi zaciśnięty był gruby sznur. Ten widok był naprawdę straszny.

Pomyślałam, że ktoś, kto to zrobił może nadal tu być. Nie wiedziałam, kiedy ani skąd wzięła się myśl o morderstwie. To było zupełnie odruchowe. Poza tym instynktownie wyczułam, że coś tu jest nie tak. Zaczerpnęłam głęboko powietrza i odeszłam kilkanaście metrów. Oparłam się o drzewo i osunęłam na ziemię. Zamknęłam na chwile oczy, czekając aż wszystkie moje zmysły powrócą do równowagi. Dopiero teraz poczułam gęsia skórkę na całym ciele i przyspieszone bicie serca. Oblała mnie fala gorąca.

Policja przyjęła moje doniesienie dość sceptycznie, jednak obiecali kogoś wysłać. Młody policjant, który pojawił się półgodzinie, nie wierzył dopóki nie zobaczył. Dopiero potem rozpoczął energiczne działania. Na górze pojawił się jego kolega, a on zabrał mnie do radiowozu pozostawionego na kamienistej drodze u stóp zbocza. Opowiedziałam dokładnie co widziałam, czułam i robiłam.

- Skąd pomysł, że to morderstwo - zapytał wyciągając z samochodowego schowka paczkę papierosów i zapalniczkę. - Dziękuje, nie palę. Przynajmniej nie w górach - uśmiechnęłam się. - To było przeczucie. Tam na górze coś jest nie w porządku. - Ma pani rację. Wisielec miał ręce związane na plecach. Poza tym to wyglądało jakby ktoś go przywiązał do drzewa, a nie na nim powiesił - powiedziała zaciągając się dymem i wpatrując w przednia szybę samochodu.

Zmysły mnie zawiodły, ale instynkt nie. Jak mogłam nie zauważyć tak oczywistych rzeczy? Jak on ma na imię? Nie wisielec oczywiście, tylko policjant, który porzucił właśnie wpatrywanie się w ścieżkę przed samochodem i zaczął się przyglądać mnie. Miał czarne włosy postawione na żelu i przyjemną twarz. Ponad to był wysoki i dobrze zbudowany. - Czy będę jeszcze do czegoś potrzebna? - zapytałam w końcu. - Nie, na razie nie. Tylko… Proszę dzisiaj zrezygnować z górskich wycieczek. Odwiozę panią do domu.

Nim zdążyłam zaprotestować samochód już zdążał w kierunku Kir, a potem Zakopanego. Na miejscu hipotetycznej zbrodni pojawiła się już cała grupa fachowców, więc… Mam aspirant Grzegorz Jakiśtam! No więc on nie był im już chyba potrzebny. - Czy to standardowa procedura? - zapytałam rozbawiona. - No… Nie słyszała pani o programie ochrony świadków?

Miał poczucie humoru. Nie mogłam pozbyć się myśli, że wpadłam mu w oko. Kiedy wysiadałam z samochodu rzucił mi na pożegnanie zastanawiające słowa. - Jako świadek koronny musi być pani pod nadzorem policji. Wieczorem funkcjonariusz sprawdzi, czy wszystko w porządku - a potem odjechał. Muszę przyznać, że ma oryginalny sposób na podryw. Po zjedzeniu zupki chińskiej i wypiciu kawy, przeglądnęłam przewodnik. Wybrałam trasę przez Dolinę Strążyńską, Przełęcz w Grzybowcu i Dolinę Małej Łąki. Na późny obiad powinnam być z powrotem.

Kiedy wieczorem po wzięciu prysznica przygotowywałam się do wyjścia, ktoś zapukał do drzwi mojego pokoju. Raczej nie mogłam to być właścicielka, ani moi sąsiedzi. Jeszcze nie wrócili z gór. Otworzyłam drzwi. - Dobry wieczór. Czy świadek koronny czuje się dobrze.

To, że byłam zaskoczona, to mało powiedziane. Moje zdziwienie gdyby mogło to by się zmaterializowało i stanęło obok mnie. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś zobaczę … Grześka. Bez służbowego ubrania, a za to w dżinsach i podkoszulce wyglądał jeszcze lepiej. Kiedy otrząsnęłam się już z wszelkich irytujących mnie uczuć dałam się zaprosić do baru. Przeszliśmy przez Krupówki rozmawiając o jakichś błahych sprawach. Potem skręciliśmy w boczna uliczkę i po kilkudziesięciu metrach weszliśmy do małej drewnianej knajpki.

Grzesiek /po drodze przeszliśmy na ty/ zamówił specjalność zakładu - kebaba, a do tego zimne piwo. Wiedział, co chcę usłyszeć. Poranne wydarzenia nie dawały mi spokoju. - Leszek T., lat trzydzieści trzy, zdrowy, żywy jeszcze dzisiaj o świcie. Uduszony, a potem powieszony na drzewie.

Przy drugim piwie dowiedziałam się, że nieboszczyk przyjechał tutaj sam, tak jak zresztą przez ostatnich siedem lat. Zawsze wynajmował ten sam pokój i zawsze w tym samym czasie. Skontaktowanie się z rodziną okazało się nieco kłopotliwe, gdyż był szczyt sezonu urlopowego i wszyscy się gdzieś rozjechali. Ani na ciele, ani w okolicy nie znaleziono żadnych śladów. To, co się tam stało zostało dokładnie zaplanowane. Poza tym analiza ubrania, a także podłoża wykazała, ze mężczyzna dobrowolnie pojawił się w miejscu gdzie stał zamordowany. Udało się tez zlokalizować dokładnie miejsce zbrodni - jakieś dziesięć metrów do drzewa, na którym został powieszony.

Grzesiek odprowadził mnie pod drzwi mojego pokoju i zapowiedział, że w ramach ochrony zabierze mnie jutro na obiad. Oglądając telewizor zastanawiałam się nad tym wszystkim, co mnie spotkało. Ten wyjazd zaczyna obfitować w niespodziewane wydarzenie. Jestem zamieszana w sprawę morderstwa, a przystojny policjant zdradza mi tajemnice służbowe. Co jeszcze mnie czeka?

W nocy miałam okropny koszmar. Śniło mi się, ze nocą idę jakimś nieznanym mi szlakiem. Z jednej strony była przepaść, a z drugiej wisience, pełno wisielców… Obudziałm się zlana potem, z niesamowicie szybko bijącym sercem. Rano wyszłam w góry. Na razie nie chciałam wracać na Czerwone Wierchy. Nie miałam zamiaru prowokować losu.

Pogoda byłą piękna. Pokonywałam kolejne wzniesienia i robiłam dziesiątki zdjęć. Po powrocie, stojąc przed lustrem z zadowoleniem stwierdziłam, że jestem już dość mocno opalona. Wzięłam prysznic i pokryłam skórę grubą warstwą migdałowego balsamu. Późne popołudnie spędziłam z Grześkiem. Przekonywanie go, ze jednak powinien mi zdradzić kilka tajemnic służbowych przyniosło pozytywne efekty. Jedząc przepyszne, wielosmakowe lody z jednej z wielu cukierni na Krupówkach, wysłuchiwałam relacji z wydarzeń dnia dzisiejszego.

Na szlaku prowadzącym przez Czerwone Wierchy zamordowano drugiego człowieka. Trzydziestotrzyletni Jacek G. zmarł od uderzenia kamieniem w głowę. Ciało zostało zrzucone z urwiska. Denat miał, tak jak poprzedni, związane z tyłu ręce. Dokonano egzekucji. Na myśl o tym przeszedł mnie dreszcz.

Zajście, a przynajmniej jego część widziała młoda turystka. Została ogłuszona uderzeniem w głowę. Przebywa teraz w szpitalu na obserwacji, jest w ciężkim szoku. Lekarze zabraniają jakichkolwiek wizyt policji. Usiłowali z nią rozmawiać, ale ona twierdzi, że nic nie pamięta. Ten mężczyzna również przyjeżdżał co roku sam i zawsze w tym samym czasie. Nie było o nim wiadomo zbyt wiele. Rozwiódł się z żoną cztery lata temu i to widocznie w niezbyt miłej atmosferze, bo ona teraz nie ukrywała zadowolenia z jego śmierci. Dało się to wyczuć nawet przez telefon.

Ta rodzina Leszka T., wczorajszego nieboszczyka, z którą policji udało się skontaktować nie wniosła do sprawy nic nowego. Nikt nic nie wiedział! - Myślisz, że to seryjny morderca? - zapytałam. - Wybiera swoje ofiary według konkretnego klucza i zabija je w podobny sposób. Poza tym wszystko ogranicza się do szlaku z Kir do… no powiedzmy, że do Kuźnic. - Ja

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Szlak śmierci — czytnik · opowiadania