Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 26 min czytania

Szlaki Przeznaczenia cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział I Nazywam się Korn

Nie był zły, ani trochę. Wszystko zaczęło się od feralnego zadania wyrżnięcia grupki koboldów w pewnej wiosce. Zakłócały one żniwa, więc tamtejszy sołtys szukał kogoś, kto załatwiłby ten problem. No i znalazł. Fakt faktem, ze było ich piętnastu ,ale dać się pokonać tym potworom było najzwyczajniej w świecie poniżeniem. Z wioski musiał uciekać. Parobkowie ostrzyli sobie już na niego widły. Nie było to pierwsze nie wykonane zadanie przez Korna, ale nie to było najgorsze. Przed misją kupił sobie kolczugę, którą po pierwszym wypadzie na te wredne koboldy stracił. Do Calvat- największego miasta w Kortanii, miał jeszcze jakąś godzinę drogi. Oczywiście byłby już w mieście, gdyby nie to że farmer, który go wiózł na swoim wozie zakomunikował, że nie życzy sobie jego dalszego towarzystwa. Rozgoryczenie było tak wielkie, iż nie przejmował się nawet piękną, leśną przyrodą otaczającą go dookoła. A było czym się zachwycać. Promienie słoneczne wesoło tańczyły na mokrych jeszcze liściach drzew. Pszczoły prześcigały się w zapylaniu coraz to większej ilości kwiatów. Zawilce i Żarnowce na tle młodej sosny- był to piękniejszy widok od jakiegokolwiek czaru upiększającego. W oddali nawet było widać młodą sarenkę, brykającą sobie na polanie. Gdy zobaczyła wściekłe oczy Korna od razu uciekła w głąb puszczy. W powietrzu unosił się zapach świeżych grzybów. Nawet człowiek- mistrz w niszczeniu wszystkiego co napotkał na swojej drodze nie mógł i nie umiał zniszczyć tego krajobrazu. Dochodził do miasta. Był już przy bramie. Musiał poczekać na kolejne otworzenie wrót. Mury miejskie w Calvat były takie jak wszędzie. Czyste tylko przy wejściu. Dalej to już standard. Kocie odchody(zdarzały się też ludzkie), żebracy proszący o kawałek chleba. Często zdarzało się widywać ich trupy. Zwykle to żołnierze zamęczali biedaków, ale był to temat tabu. Tutaj ciała wynoszone do pobliskiego przytułku, gdzie ludzie umierali zwykle na szkorbut, ospę, szkarlatynę lub gruźlice. Kolejnym podobieństwem była tablica ogłoszeń przed wejściem. Wywieszanych na niej zakazów i nakazów chyba nikt nie czytał, ale jedna pozycja na liście rzucała się w oczy. „Zakaz walk w tawernach, pojedynki tylko i wyłącznie na ubitej ziemi po za miastem!” U góry widniało nazwisko fundatora flanek na murach. Sir Gregory Braxton. Dla Braxtona to nie był żaden wydatek. Władał sześcioma wsiami, a jego mięso jadło pół Koratnii. Po długim oczekiwaniu w końcu brama miejska się otworzyła. Korn pierwsze kroki skierował na targ. Miał nadzieje że jakiś kupiec będzie rozdawał pieczone kurczaki w ramach reklamy. Szedł po ładnej wybrukowanej ścieżce. Nawet piękne betonowe domki z czerwonymi dachówkami nie potrafiły zamaskować odoru końskiego łajna, który brutalnie wdzierał się w nozdrza. Na skrzyżowaniu stała bardzo ładna fontanna. Jej woda delikatnie ochładzała przechodniów Poszedł prosto i skierował się na targ. Niestety po za dziesiątkami przekupek, które prześcigały się w darciu nie było mowy w tych jazgotach o darmowym jadle. Korn zawrócił do fontanny i skręcił w lewo. Usiadł na niej. Podbiegł do niego błazen. -Hej waść panie- zawołał- Może chcesz popatrzeć jak żongluje piłeczkami? -Masz coś do jedzenia, od dwóch dni nic nie jadłem i jestem spłukany -Nnnnie, nie mam, ale potrafię znakomicie żonglować -Spadaj! -Hę? -Spadaj, albo skwaszę ci mordę! Błazen parsknął gniewnie, poszedł dalej i po chwili zniknął w tłumie . Korn zamoczył usta w wodzie. Miał ochotę się do niej rzucić. Zdawał sobie jednak sprawę co w tam mogło być więc dał sobie spokój. Mimo tego od fontanny wiało przyjemne orzeźwienie. Mógł tak siedzieć cały czas, ale postanowił udać się w dalszą drogę. Po krótkiej chwili marszu między biedniejszymi domami, które odznaczały się smrodem i brzydotą zauważył mieszczańską hołotę zebraną w koło. W jego środku znajdował się ubrany w obcisły, fioletowy kubrak, wąsaty i mały człowieczek. Na pewno niziołek. Koło niego stał dwu metrowy barczysty kolos. Jego włosy były strasznie przerzedzone. Nie miał rzęs i zębów. Wiadome było że taka sylwetka nie była możliwa bez stosowania różnych świńskich wspomagaczy i magicznych mikstur. -Hej ludziska!- wrzeszczał niziołek- chcecie zarobić? Chodźcie i jednym ciosem połóżcie na łopatki Warga. Najsilniejszego człowieka w tym zawszonym kraju. Ten który to zrobi dostanie cenną nagrodę. No co jest? Nikt nie chce się zmierzyć z moim chłoptasiem? Korn już wiedział co zrobić. -Hej dobry człowieku jaka to cenna nagroda? -O, mamy więc ochotnika! Powitajcie go brawami! Tłum zaczął wyć i gwizdać. -Czy dowiem się jaka to nagroda? -Czterokrotność sumy jaką mi dasz -Mam pięć koron -Jeśli położysz Warga jednym ciosem otrzymasz dwadzieścia koron. Korn bez słowa ustawił się naprzeciwko kolosa. Ten skrzyżował ręce na piersiach i zaczął się śmiać. Zapach jaki wydobywał się z jego ust nie należał do najprzyjemniejszych. -Hej zanim przywalę ci w mordę chce ci coś powiedzieć -Co? -Śmierdzisz zgniłą cebulą W tym momencie Korn pomyślał o tych wszystkich nieszczęściach. O koboldach, o kolczudze, tych wieśniakach z widłami, farmerze i o przekupkach na targu. Ścisnął pięść, ugiął kolana i skumulował energię na swojej ręce. Walnął Warga z całej siły prawym sierpowym. Kolos upadł. Tłum zawył przeraźliwie. Wcześniej usłyszano tylko trzask łamanej szczęki. Na ziemię upadły pięć żółtych zębów. Podszedł do niziołka i skinieniem ręki nakazał wypłatę nagrody. Widać było że po tym uderzeniu poczuł się o wiele lepiej. Skręcił w inną uliczkę i usiadł na drewnianej dębowej ławce. Domy w Calvat były naprawdę ładne. Oprócz ceglanych ścian i czerwonych dachówek na uwagę rzucały się małe okienka, które miały kolorowe falbanki. Z tyłu posesji wystawał mały balkonik na którym suszył się szlachecki strój wyjściowy. I do tego te pięknie strzyżone krzewy. Tylko obrzeża miasta pięknie pachniały. Tutaj akurat był to zapach pieczonego jagnięcia. Korn uciekł stamtąd jak najszybciej. Mijał plakat na którym widniało zaproszenie na Bolling. Nigdy nie lubił tej dyscypliny. Naprzeciwko siebie stawały dwie drużyny po pięciu zawodników. Ubierano ich w karbowaną skórę i dawano drewniane pałki do ręki. Wychodzili na arenę i okładali się po łbach ile wlezie. W końcu jedna z drużyn zgłaszała kapitulacje. Zdaniem Korna taka rąbanina była bezcelowa. O wiele bardziej podobały się mu wyścigi konne. Teraz zmęczony całym dniem poszukiwacz przygód miał tylko jeden cel- upić się i zapomnieć o wszystkim. Minął ratusz miejski, który przypominał twierdzę. Otoczony murem. Na basztach łucznicy, a po murach chodzili pikinierzy. Przed bramą stacjonował odział halabardników. Duża ilość żołdaków zebranych wkoło budynku wskazywała na to iż w środku toczyła się rada miejska. Te całe sejmiki szlacheckie nie były dobrą rzeczą dla tutejszej ludności. Zawsze po obradach następuje biesiada, po której cały magistrat trzeźwieje dwa lub trzy dni. Wtedy miasto jest sparaliżowane. Gdy już miał wchodzić do jednej z oberż zobaczył na jednym straganie ogłoszenie. „Chcesz zarobić? Zgłoś się do mnie” Stragan był dosyć solidny i ładny, ale mimo wszystko powinien przydać mu się remont. Na górze powiewał czerwony baldachim. Pod nim stały różnego rodzaju wyroby ceramiczne. W dużej ilości garnki lecz nie zabrakło tam koryt dla czy świń dzbanów. -Hej jest tu ktoś?- zawołał Korn Zza drzwi zaplecza wyłonił się średniego wzrostu zielonooki grubasek. Po twarzy było widać że jest to człowiek starszy, ale jego zmarszczki nie wskazywały na to. -Czego? -Ja w sprawie ogłoszenia -O w końcu ktoś się zgłosił. Chodź synu! Wchodź do środka. Zapraszam! Na zapleczu było dosyć przytulnie. W głębi przybudówki siedziało dwóch żaków, którzy zapewne pobierali nauki u tego sprzedawcy. Koło nich stałą duża skrzynia. Zapewne znajdowała się tam glina. -Jestem Paolo -Korn, miło mi pana poznać. Pan chyba nie stąd. To imię... -Nie, nie chłopcze stąd. Tylko mój ojciec był takim durniem, że tak mnie nazwał. Widzę że chcesz zarobić. Paolo postawił na kubku dwa kubki i dzban z winem. - W czym rzecz? - O tuż w moim ogródku grasują diplony - To co ty masz w tym ogródku, że łażą ci po nim te ohydne larwy? - Nie twój interes! - Diplony lubią wiele rzeczy, lecz nigdy nie zapuszczają się do miasta - Posłuchaj potrzebne mi pewne mikstury, które mają magowie, tak z pięć mi ich potrzeba. Są to mikstury Halnoffa - Hahaha! Już wiem! W twoim ogródku rosną Turkonie czyż nie? Diplony je uwielbiają. Rosną po nich jak na drożdżach - Jjjak to? Będą większe niż teraz? Jeden to już mnie przerósł - Tak i to o wiele. - Wykradniesz te mikstury? W małej przybudówce robiło się gorąco. Korn liczył na kubełek zimnej wody, lecz widocznie się przeliczył. Milczenie trwało dosyć długo. - To przestępstwo - 500 koron zapłacę - Oj Paolo. Chcesz dać mi 500 koron za wykradnięcie mikstury Halnoffa, która kosztuje 300 koron? Pięć mikstur to 1500 koron. - Nie dam ci nic więcej - To przykro mi, nie przyjmuję zadania - Hej bo zawołam milicje i powiem że ściągnąłeś do miasta te cholerne insekty! - I pokażesz im swoją piękną hodowlę. Hmm, ciekawe, że ci twoi żakowie jadą na tych kołach garncarskich cały dzień i nie proszą o przerwę, dziwne co nie? - Wyjdź stąd kałożerna świnio! Korn zdumiony epitetem jaki przed chwilą usłyszał odwrócił się napięcie i wyszedł. Wiedział, że kupcy i szlachcice manierami nie przerastają zwykłych mieszczan, ale żeby aż tak? Słońce już dawno opuściło zenit i leniwie opuszczało się ku wschodowi. Oczywiste było że za 20 koron najwyżej można przespać się z końmi więc Korn wszedł do gospody o poprosił o najmocniejszy trunek jakim można się upić w jak najkrótszym czasie. Oberżysta podał ogromny dzban i drewniany kubełek. W oberży było sporo osób. W kącie grało trzech młodych grajków, którzy dopiero uczą się prawdziwej sztuki. Niektóre melodie wręcz żywcem były kopiowe od słynnego Kwartetu. O tych czterech bardów walczy każdy dworzan, który chce mieć poważanie w okolicy. Raz nawet dwóch się pobiło o to u kogo wystąpi ów słynny zespół. Z piwnic gdzie mieściła się łaźnia dochodził przyjemny zapach mydła, który pięknie mieszał się z soczystą wonią piwa. Kąpiel była jednak ostatnią rzeczą o jakiej marzył. Najważniejszy cel to schlanie się jak bela. Tylko jak to zrobić skoro 20 koron wydało się na pomyje? Drugi kubek poszedł, ale przy trzecim wyraz twarzy Korna wyraźnie mówił: „Dosyć, chcę się powiesić”. Był zły na wszystko. O to że niepotrzebnie wstępował do gildii najemników, że mógłby dzisiaj być radcą królewskim o czym marzył jego ojciec. Chciałby go teraz spotkać i przeprosić za to, że uciekł z domu i już nie wrócił. To było nie możliwe. Tata Korna pracował na bajecznej wyspie Malva. Prowadził spis ludności. Kiedy udał się w góry aby dokończyć pracę zjawiły się harpie i rozszarpały go. Jak potem mówił książę wyspy, umierał on w wielkich męczarniach. Matka nie mogła znieść być w domu sama i najęła się u pewnego lorda jako służka. Okazało się że był to zwykły sukinsyn, który handlował ludźmi. Gdzie była teraz tego nie wiedział nikt. Jedynie jego siostra ułożyła sobie życie z jednym nadwornych poetów. Cóż z tego skoro nie chciała znać swojego brata? Chciał umrzeć. Zrobić to. Rzucić się pod konie bojowe wielmożnych rycerzy i zostać stratowanym i zapomnianym. Począł płakać. Nikt nie słyszał że to robi tylko dlatego że jakiś krasnolud opowiadał żałosne kawały o dziewkach. Wtem do gospody weszła trójka ludzi. Korn odwrócił się i na jego twarzy w zastraszająco szybkim tępię malowało się przerażenie. Pierwszy- miał brodę i wściekle czarne oczy, co wskazywało na to iż był mutantem. Ubrany na czarno, wysoki mężczyzna powoli podchodził do niego. Dwójka z tyłu miała założone kaptury. Na pewno byli jego parobkami. -Witaj Kornie!- złowieszczo odezwał się przodownik grupy- czemu się nie odzywasz? Wiedziałeś przecież że cię znajdziemy. Wkurzyłeś naszego wujaszka i to bardzo. Wiesz, ze za twój zakuty łeb można dostać 3 patole? -Proszę Lank zostaw mnie w spokoju - Wiesz nic do ciebie nie mam, lecz nie pozwolę żeby moi kumple chodzili głodni. Przedstawię ci ich. Po mojej lewej to Isnier, prawej- człowiek zwany Młotem. Isnier, co wskazywał ubiór był złodziejem. Nosił bardzo lekki przewiewny strój w którym roiło się aż od ukrytych dziur na zatrute sztylety czy czarodziejskie runy. Korn ocenił że nie jeden człowiek stracił przez niego życie. Młot był barczysty. Niemal kopia tamtego, którego wtedy powalił. Z wyjątkiem że ten tutaj nie śmierdział. Na plecach zwisał mu wielki kafar, a po bokach topory. Był łysy, a jego wielkie uszy wyraźnie do tej łysiny pasowały. -To jak Korn?…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Szlaki Przeznaczenia cz.1 — czytnik · opowiadania