Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 24 min czytania

SZMARAGDOWA KSIĘŻNICZKA- Rozdział 11: Marcos

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

11. MARCOS

No dobra. Pora przeanalizować sytuacje. Dwóch obleśnych facetów wlecze mnie po lesie od mniej więcej pięciu godzin, więc zaczyna się ściemniać.

Oboje nie znają żadnego innego języka oprócz hiszpańskiego, więc z nimi nie ponegocjuję, ponieważ jedyne słowo, jakie znam w tym języku to querida (efekt czytania książek Meg Cabot), które zdecydowanie nie pasuje do zaistniałej sytuacji. Nie mam ze sobą totalnie niczego, gdyż zostawiłam swój plecak w miejscu gdzie, Jutta skręciła kostkę(a miałam tam cholera gaz obezwładniający). Jestem, więc zdana na tych dwóch ohydnych panów w sile wieku, którzy gdyby chcieli z pewnością mogliby się zaciągnąć do załogi kapitana Haka. Zagrałabym wtedy Wendy. Gdzie mój Piotruś Pan!?

Okey. Może moje wyobrażenia, co do tego, że oni są piratami są lekko wyolbrzymione. W końcu idziemy w głąb lasu a nie w stronę oceanu. Ale oni naprawdę ich przypominają. Nie wyglądają oczywiście jak słodko-wredny kapitan Jack Sparrow. Bardziej jak Barbossa. A może nawet Davy Jones. Tylko nie mają latającego holendra i glisty nie wychodzą im spod skóry.

Było już ciemno, kiedy doszliśmy do jakiegoś domku. A właściwie drewnianej rozwalającej się chałupy. Widok naprawdę nie był ciekawy a ja na dodatek byłam na skraju załamania nerwowego. Spróbujcie kiedyś przez pięć godzin wyobrażać sobie najgorsze możliwości tego, co może się z wami stać. Nie polecam.

Trzęsłam się, więc jak osika, kiedy z chałupy wyszedł następny pirat, który miał włosy związane w kitkę i chyba wiekowo tez był koło czterdziestki. Tylko, że wyglądał jeszcze gorzej niż tamci. Miał strasznie dziwny nos. Wszyscy trzej zaczęli wymieniać zdania w języku hiszpańskim. Znowu to samo. Tu się mogą ważyć losy mojego życia a ja nie rozumiem ani słóweczka. Jeśli tylko to przeżyję pójdę na intensywny kurs hiszpańskiego. Nagle krzywonosy zwrócił się do mnie:

- Wie heiBe du?

On zna niemiecki. No cóż to trochę lepiej, ale i tak nie za dobrze, ponieważ moja znajomość tego języka ogranicza się do czystych podstaw. Ale potrafię odpowiedzieć na najprostsze pytanie.

- Ich bin Aurora.

Bo nie mogłam im powiedzieć jak tak naprawdę się nazywam. Nie wiadomo jak moje życie potoczy się dalej, więc lepiej nie mówić, im prawdy.

Ale też nie do końca skłamałam, ponieważ Aurora to moje drugie imię. Nienawidzę za to wujka jeszcze bardziej niż za tą całą Esmeraldę. Ale i moje drugie imię nie jest przypadkiem. Jest to hołd wujka w stronę jego ukochanego filmu, jakim są „Czułe słówka". On uważa, że jedna z głównych bohaterek, Aurora to bardzo silna i świetna kobieta, dlatego mnie tak nazwał. Jasne. Pragnę jednak zauważyć, że skrót od Esmeralda przypomina głosowo imię Emma a tak właśnie nazywała się druga bohaterka „Czułych Słówek". Jestem, więc jednym wielkim ukłonem w stronę tego filmu. Mam tylko nadzieję, że w życiu znajdę kogoś bardziej przypominającego Garetta niż tego oszusta i dziecioroba Flapa.

Krzywonosy już nic więcej nie powiedział. Nie wiadomo czy to dobrze czy źle. Razem z facetem z wąsikiem weszli do tej rozwalającej się rudery a długowłosy zaczął mnie ciągnąć do małej szopki położonej parę metrów dalej. Serce to mi chyba stanęło. PO, CO ON MNIE TAM PROWADZI?!

Na szczęście wepchnął mnie tylko do środka i zaryglował drzwi tak żebym nie mogła wyjść. Szopka miała wymiary jakieś dwa metry na trzy. Leżało w niej pełno narzędzi ogrodniczych takich jak grabie i łopaty. Ogrodnicy?

Było tez parę kocy. Usadowiłam się, więc w jedynym wolnym rogu, oparłam o ścianę i przykryłam kocem. Nie wiedziałam, która jest godzina, bo nie przestawiłam sobie zegarka i cały czas pokazywał, która jest teraz w Polsce.

Dobrze, że chociaż Simone uciekła. Na pewno powiedziała wszystkim, co się stało i już mnie szukają. Santa Cruz to w gruncie rzeczy nie taka duża wyspa. Ma średnicę tylko czterdziestu kilometrów. Cholera. To jednak trochę jest. W najlepszym przypadku znajdą mnie za miesiąc. Do tej pory będę już gryźć kwiatki od spodu.

Mimo skrajnej rozpaczy i paniki zasnęłam. Przez pięć godzin szybkiego marszu przez krzaki i inne pułapki lasu straciłam całą energie. A ja myślałam, że kiedy umiera się ze strachu to nie można spać.

Kiedy się obudziłam zobaczyłam jakąś postać stojącą nade mną. Wrzasnęłam tak głośno, że przypuszczalnie usłyszeli mnie wszyscy ci, którzy znajdowali się w promieniu pięciu kilometrów. Nadal było strasznie ciemno. Po szybkim spojrzeniu na zegarek stwierdziłam, ze spałam tylko sześć godzin. Czyli był mniej więcej środek nocy. Postać powiedziała cicho:

- Ciiii, nie bój się.

I to było po angielsku. Nie mógł, więc to być żaden z tych trzech obleśnych piratów, ale po głosie rozpoznałam, że to facet.

I wcale mnie to nie cieszyło. Po chwili przykucnął przy mnie i ujrzałam no cóż Adama Brody. Dobra wiem, że to nie był on. Ale był bardzo podobny i młody. Można by mu dać najwyżej dwadzieścia trzy lata. Jednak nie ulegało wątpliwości, że jest jednym z tych obrzydliwych porywaczy. Ubrany był, co prawda normalnie, ale nie widziałam żadnych śladów włamania a po za tym trzymał w ręku talerz, więc po prostu przyniósł mi coś do jedzenia. Poczułam się oszukana. Co taki przystojniak robi wśród tych oblechów?

Cały czas uważnie mi się przyglądał a ja mimo jego wcześniejszego zapewnienia żebym się nie bała umierałam oczywiście ze strachu.

- Jestem Marcos- odezwał się w końcu.

Siedziałam cicho jak mysz pod miotłą. Znalazł się wreszcie kogoś, z kim mogę się dogadać, ale nie miałam zamiaru się do niego odzywać. W końcu to okropny porywacz, prawda? Nawet, jeśli wygląda jak Adam Brody.

- Tak myślałem- powiedział, kiedy zobaczył, że nie mam zamiaru zaszczycić go nawet spojrzeniem- Ale nie odejdę stąd zanim ze mną nie pogadasz.

I usiadł obok. Odsunęłam się jak daleko mogłam. Czyli nie za daleko, bo jakaś szafa odcięła mi dalszą drogę ucieczki. Marcos znajdował się jakiś metr ode mnie. Owinęłam się mocniej kocem, bo zrobiło mi się bardzo zimno.

- W porządku- odezwał się znowu i przy okazji podał mi drugi koc- widzę, że chyba nie chcesz ze mną rozmawiać.

- Nie mam zwyczaju odzywać się do zakłamanych, ohydnych i nie mających za grosz kultury porywaczy- warknęłam, choć tak naprawdę obawiałam się jak zareaguje na taki tekst.

Zamiast zdzielić mnie grabiami leżącymi tuż obok, Marcos roześmiał się.

- Miło wiedzieć, co sądzi o tobie osoba, z którą rozmawiasz- wciąż chichotał- ale myślę, że nie jestem taki odrażający.

Pewnie, że nie. W niebieskiej koszuli z krótkim rękawkiem, która ukazywała jego mocno zbudowane ręce wyglądał jak adonis.

- No to się grubo mylisz- mruknęłam

- Naprawdę przypominam moich kolegów po fachu?- bardzo dobrze bawił się moim kosztem.

Co było z jego strony niesamowicie bezczelne. W końcu siedzę głodna w ciemnej szopie. Wujek pewnie się martwi, a w jego wieku nadmierny stres jest niewskazany. Co prawda prędzej ja dostanę zawał niż on, bo przecież on jest okazem zdrowia, ale nie należałoby ryzykować. Przeszło mi przez myśl, że przez tego szczerzącego się debila może będę musiała odwiedzać wujka w szpitalu. Nic, więc dziwnego, że się wkurzyłam

- Fajnie, że dopisuje ci humor, ale ja w przeciwieństwie do ciebie nie jestem tu z własnej woli.

I mina mu zrzedła. Jak na komendę przestał się śmiać i przez chwile myślałam, że się rozzłościł i wyładuje swój gniew na mnie jednak, kiedy spojrzałam na jego twarz przekonałam się, że jest nie wściekły a zakłopotany.

- Ja przepraszam- powiedział cicho- Zachowuję się jak idiota, podczas gdy tobie faktycznie nie jest do śmiechu.

Przynajmniej inteligentny. Złość mi minęła, ale w zamian za to na nowo ogarnęło mnie przerażenie.

- Może coś zjesz- zaproponował i przysunął do mnie talerz, na którym zobaczyłam dobrze mi znane Allulla.

Prychnęłam. Nie jestem aż taką skończoną idiotką. Gdybym zjadała, choć kawałek tego chleba to pewnie padłabym jak długa po końskiej dawca arszeniku albo cyjanku umieszczonej w środku. Albo czegoś innego, co natychmiast wpakowałoby mnie do trumny.

Jakby czytając w moich myślach Marcos powiedział: - Nie jest otrute.

Po czym odkroił sobie kawałek i zjadł.

Trzydzieści sekund później nadal siedział tak prosto jakby mu ktoś wsadził pod koszulę kij od miotły. Może w dzieciństwie używał pajączka? Albo miał zbyt troskliwą matkę. W porównaniu z jego plecami moje były niczym garb Quasimoda. Cudownie.

W każdym razie nie był trupem. Te obserwacje skłoniły mnie do skosztowania chleba. Byłam tak strasznie głodna, że fakt, że Marcos żyję w zupełności mi wystarczył. Oczywiście powinnam odczekać dwadzieścia cztery godziny, bo niektóre trucizny działają wolniej a zaniedbanych piratów pewnie nie stać na taki luksus jak arszenik czy cyjanek. Pomyślałam jednak, że umieranie w takim towarzystwie, jakim był Marcos nie mogłoby być takie złe.

Jednym słowem rzuciłam się na jedzenie. Byłam tak głodna, że nawet nie zaproponowałam memu wybawcy jeszcze jednego kawałka. Ale co tam. On na pewno w każdej chwili może iść do tej ruiny obok i wziąć sobie więcej.

Kiedy wylizałam już okruszynki Marcos spytał:

- Smakowało?

I nie było to wcale złośliwe. Powiedział to z taką troską jakby naprawdę obchodziło go to, że byłam nieziemsko głodna. Po za tym delikatnie się uśmiechał. Poczułam się, więc jak skończona idiotka, ponieważ Marcos wydaje się być moim jednym sprzymierzeńcem a ja boczyłam się na niego jak na śmiertelnego wroga. Mógł mnie w końcu totalnie olać i nie przyjść. A on jeszcze mnie karmi.

- Dziękuje- wyszeptałam a Marcos sięgnął po butelkę, która leżała obok niego a której wcześniej nie widziałam.

Upił łyk i mi ją podał. Byłam tak spragniona, że na butelkę tez się rzuciłam. Jednak tym razem się opanowałam i kiedy było jeszcze dość dużo napoju, który był chyba malinowym sokiem(nie miałabym nic przeciwko chicha) oddałam ją Marcosowi. A on powiedział:

- Zachowaj resztę na potem.

Czym mnie totalnie rozbił, no, bo tak się o mnie troszczył a przecież nie musiał. Znowu podziękowałam.

I oboje zamilkliśmy. Właściwie to nie było już, o czym rozmawiać. Wszystkie tematy wiązały się z porwaniem a wspominanie o tym wydawało mi się wyjątkowo nie przyjemne. Marcosowi chyba też. Tak mi się coś zdawało, że czuje się wyjątkowo niedobrze ze świadomością, że jego parszywi koledzy mnie uprowadzili. Albo był świetnym aktorem.

W końcu milczenie stało się strasznie uciążliwe. Przynajmniej dla mnie. Spytałam, więc:

- Wiesz, dlaczego mnie porwali?

Marcos lekko się skrzywił:

- Nie wiem, jeszcze ich nie pytałem- spojrzał na moją twarz, która musiała wyglądać bardzo nieciekawie, bo dodał- Ale nic ci nie zrobią. To nie w ich stylu. A gdyby nawet chcieli to ja im nie pozwolę.

Ich jest trzech a on jeden. W porządku. Na pewno mnie obroni. Śmiać mi się zachciało jednak Marcos uśmiechnął się tak ciepło, że gdyby mi powiedział, że przyniesie gwiazdkę z nieba to bym uwierzyła. Tak, więc cały strach uleciał. Marcos mnie przecież uratuje. Uśmiechnęłam się wdzięcznością. A przynajmniej próbowałam, bo pewnie wyszedł jakiś grymas.

I znowu cisza. Po chwili Marcos się odezwał:

- Powinnaś się wyspać- zerknął na dwa koce, którymi się opatuliłam- ale w tych warunkach to chyba niemożliwe.

- Nie- zaprotestowałam- Naprawdę mi wygodnie.

- Nie kłam

Czy on też na leży do stowarzyszenia wykrywaczy kłamstw?

- Nie kłamię- burknęłam

Wtedy Marcos wstał i zza jakiejś szafy wciągnął trzeci koc.

- Zrób sobie z tego poduszkę- powiedział podając mi go- Teraz już lepiej pójdę. Wrócę jutro.

- Ok. Pa.- powiedziałam bardzo spokojnie.

Ale to był taki pozór. W środku aż się darłam żeby został. To by nie był jednak rozsądne, bo, mimo że dawał mi poczucie bezpieczeństwa to jednak kumplował się z tamtymi parszywymi porywaczami. Dlatego nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
SZMARAGDOWA KSIĘŻNICZKA- Rozdział 11: Marcos — czytnik · opowiadania