Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 15 min czytania

SZMARAGDOWA KSIĘŻNICZKA- Rozdział 5: Pogoda dla bo

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jakby to powiedziała moja babcia nie było mi to jednak przeznaczone. Dlaczego? Ponieważ cztery minuty później Marielisa wpadła do pokoju w wyraźnie nie sennym nastroju. Zresztą ja też się nieco ożywiłam, kiedy zobaczyłam, że trzyma w ręku butelki, w których napój był tego samego koloru, co chicha. Spojrzałam na nią a ona z szerokim uśmiechem stwierdziła: - Pomyślałam, że jednak będziesz się chciała tego napić. TAK! Tak! Marielisa jest naprawdę w porządku. Znamy się tylko jeden dzień a ona już wie, czego dokładnie mi potrzeba. No dobra mi też nie podoba się to, że z takim entuzjazmem reaguję na alkohol, ale w końcu jestem młoda! Co mi szkodzi! Marielisa nalała mi chicha do szklanki, co było niepotrzebne, bo równie dobrze mogłam pić z butelki, ale co to za różnica. Spojrzałam na napój. Miał blado słomkowy kolor. O dziwo mnie to nie zniechęciło i się napiłam. Od razu poczułam przypływ zdrowej energii. Jeśli chodzi o smak to był trochę kwaśny przypominający nawet posmak wina jabłkowego, co jest dziwne zważywszy na to, że Marielisa poinformowałam mnie wcześniej, że chicha to musujący napój z kukurydzy. Zaczęłam pić dalej. W pewnym momencie usłyszałam: - Uważaj. - Na co?- spytałam skołowana odrywając usta od szklanki - Zdaje mi się- zaczęła Marielisa- że ta chicha jest po dłuższym okresie fermentacji. - A co to oznacza? - Że jest mocniejsza. Też mi się tak wydawało, że wyczuwam trochę więcej niż 2%. Ta informacja nie przeszkodziła mi jednak w dalszym spożywaniu przepysznego trunku. Kiedy opróżniłam pierwszą szklankę podałam ją Marielisie a ta bez słowa wzięła butelkę i zaczęła nalewać następną porcje. I wtedy spojrzałam na jej dłoń. Na jednym palcu był pierścionek. PIERŚCIONEK! A na dodatek wyglądał na prawdziwy, a nie taki, który sprzedają ci nad morzem za pięć złotych twierdząc, że zawiera prawdziwy bursztyn. Nie, ten wyglądał jak wzięty prosto od jubilera. - Marielisa, czy ty jesteś zaręczona?- spytałam wyraźnie oszołomiona. I to nie alkoholem. - Aaaaa- spojrzała na prześliczny pierścionek i uniosła dłoń do góry- Zauważyłaś. Pokiwałam głową. - Tak, mam narzeczonego. NARZECZONEGO! To oznacza, że Marielisa niedługo bierze ślub. Hmmmmm ciekawe, kto powie o tym Adrianowi. Ja na pewno nie. Niepotrzebnie biedak żywi nadzieje. Marielisa wyraźnie znalazła już swoją drugą połówkę. Której to pokazała mi zdjęcie. - To jest Patricio- oświadczyła z dumą- Prawda, że przystojny? Zerknęłam na fotkę, na którym zobaczyłam uśmiechniętego blondyna o niebieskich oczach, jednak z trochę niekształtnym nosie. Był ładny. Ale Adrianowi nie dorastał do pięt. Niestety. - Tak, jesteś prawdziwą szczęściarą- mruknęłam biorąc od niej szklankę z chicha- To, kiedy ślub? - Jeszcze nie ustaliliśmy terminu- odparła nalewając sobie trochę napoju bogów- Nie spieszy nam się. Bardzo zdrowe podejście do życia. Nic na siłę. - A skoro mówimy o związkach to, co jest między tobą a Adrianem? Zakrztusiłam się, ale szybko się opanowałam. To chyba ja powinnam zadać to pytanie. - Nic, on nie jest w moim typie- stwierdziłam dodając kolejne kłamstwo do swojego rejestru. - No, co ty- czyżby ona też wiedziała, kiedy kłamię?- Przecież on wygląda jak James Lafferty. Nie lubię tego porównania, ale to prawda. Adrian to pieprzona kopia Jamesa Laffert’ego. - Wolę blondynów- zapewniłam ją niestety bez przekonania. - Akurat! On ci się podoba. - Nie prawda!- to już było irytujące- Jesteśmy tylko przyjaciółmi. - To co robiliście w tym ciemnym korytarzyku? - Bawiliśmy się w ciuciubabkę- powiedziałam i w tym momencie zdałam sobie sprawę z tego jak to głupio brzmi - I myślisz, że ci uwierzę- Marielisa nie kryła rozbawienia- Kiedy do was przyszłam byłaś czerwona jak buraczek. No to koniec. Tak to jest jak nie można opanować nawet rumieńców. Pozostaje tylko pytanie, co sobie pomyślał wujek. Ale przecież uwierzył! Zaczął się śmiać! A może to był szyderczy śmiech? - To ze zmęczenia- odpowiedziałam modląc się w duchu żeby uwierzyła. Nic z tego. Marielisa zmarszczyła tylko brwi i spojrzała na mnie takim wzrokiem, że nie trzeba mieć inteligencji Einsteina żeby zrozumieć, że i tak już jej nie nabiorę. - On mnie traktuje jak siostrę- wyrzuciłam z siebie- za to zakochany jest w tobie. Marielisa wybuchneła serdecznym śmiechem. - A co on może widzieć we mnie?- spytała ze zdziwieniem- zna mnie przecież od dziesięciu godzin. Cudem pohamowałam się od odpowiedzi „Spójrz tylko na siebie” A zamiast tego zaczęłam szybciej pić chicha. I wypiłam jej zdecydowanie za dużo, bo kiedy w końcu położyłyśmy się spać nie czułam się najlepiej. Rano dostałam mega-kac. Kiedy Marielisa mnie budziła myślałam, że umieram. Ona za to była kwitnąca. Niech mi ktoś powie jak to jest możliwe skoro wypiłyśmy praktycznie taką samą ilość alkoholu? Hę? Chyba faktycznie mam słabą głowę. Przynajmniej nie wymiotowałam. Za to w dziesięciostopniowej skali bólu głowy mój osiągnął przynajmniej stopień ósmy. Po za tym nic mi się nie chciało i bolał mnie brzuch a raczej pewnie wątroba. Czyli typowy kac. I to wszystko po paru szklaneczkach chicha. Następnym razem będę musiała przystopować. Kiedy wzięłam prysznic poczułam się trochę, ale tylko trochę lepiej. Nie wiem jak się doczłapałam na lotnisko. Na szczęście bagaże zawiózł wynajęty samochód. Przy okazji po drodze odkryłam, że utrudnienia w oddychaniu, jakie ma się na wysokości, na której leży Quito (dokładnie 2845 m. n.p.m.) zdecydowanie pogarszają kaca, więc kiedy wreszcie wsiadłam do Airbusa A-320 nie byłam w stanie trzeźwo myśleć. To może tłumaczyć fakt, dlaczego usiadłam obok Adriana, zamiast Marielisy. Kiedy spostrzegłam swój błąd było już za późno, bo wujek usadowił się obok naszej przewodniczki i pozostało mi tylko no cóż zostać tam gdzie byłam. Na szczęście zmęczenie dało o sobie znać i zasnęłam w przeciągu minuty. Tak, zdaje sobie sprawę jak wiele tracę przesypiając piękne widoczki, ale tak czy siak nie siedziałam przy oknie a nie miałam zamiaru przechylać się niebezpiecznie w stronę Adriana, tylko po to by pooglądać Pacyfik z góry. Jednak prawdziwa tragedia musiała nadejść, kiedy spałam, ponieważ obudziłam się z głową na barku mego towarzysza. Gdy to spostrzegłam odskoczyłam od niego, wstając chyba z prędkością światła,(nie wiedziałam, że tak szybko można odpiąć pas!) a że kac jeszcze mi nie minął od razu porządnie zakręciło mi się w głowie. Po co ja piłam tyle chicha?! W każdym razie ledwo utrzymałam się na nogach. Niewątpliwie jednak wzbudziłam zainteresowanie innych pasażerów. Wujek, który siedział dwa siedzenia za mną, spojrzał na mnie ze zdziwieniem. - Ema.... Co się dzieje? Marielisa też patrzyła wyczekująco. W stronę Adriana wolałam nie spoglądać. - A nic, nic- zaczęłam- zobaczyłam pająka - Ale ty się ich nie boisz- zauważyła Marielisa- sama poradziłaś sobie z tym okropnym, którego znalazłam dziś rano w łazience. Dzięki Marieliso. - Ten wyglądał wyjątkowo obrzydliwie- wykrztusiłam patrząc na podłogę- ale już chyba sobie poszedł. I usiadłam. Odsuwając się od Adriana jak najdalej. On się chyba jednak dobrze bawił: - Nie wiedziałem, że jestem taki niewygodny- oznajmił wyraźnie skrywając uśmieszek. Czułam jak mi policzki płoną. - Miałam koszmar- mruknęłam po raz kolejny ostro mijając się z prawdą, bo tak naprawdę nic mi się nie śniło- w którym występował duży pająk. - Tak myślałem, ale jeszcze połowa drogi przed nami, więc może sobie jeszcze pośpisz- zaproponował klepiąc swoje ramię- jestem do usług. - Dziękuje, już się wyspałam- wychrypiałam czując jak uszy zaczynają mnie palić a żołądek…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
SZMARAGDOWA KSIĘŻNICZKA- Rozdział 5: Pogoda dla bo — czytnik · opowiadania