psychologia · 10 min czytania
Szminki, szmatki, bajki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
{b}Szminki, szmatki, bajki{/b}
{i}Dla wszystkich lolitek, femme fatale i reszty dziwek.{/i}
W prawej dłoni wódka, w lewej śniada rączka dziewczynki. A wraz z nią stara, szmaciana lalka, głową zamiatająca uliczny kurz. Niezwykła para najpierw cicho przemierza pustą ulicę, potem wyludniony plac. Południowe słońce kłuje siatkówkę milionem ostrych promieni, sprawia, że wznoszący się na środku pomnik zdaje się być tylko fatamorganą.
Dziewczynka ma na sobie niezwykłą ilość ubrań, pstrokatych falbanek, lśniących halek, obszarpanych koronek, wszystko jednak dopasowane i ułożone ze smakiem. Na głowie dwa kucyki, wielkie, czarne oczy, szelmowski uśmiech.
Gdy dochodzą do granitowego pomnika, mała pyta wyczekującym wzrokiem, mężczyzna przytakuje głową, zgadza się i uśmiecha, obserwując oddalającą się w podskokach dziewczynkę. Mruczy coś pod nosem, usadawia się na ulubionym schodku, tuż obok rządku pustych po wódce butelek, jego wczorajszych, przedwczorajszych towarzyszy.
Mała poszła przeszukiwać okoliczne kosze i śmietniki w nadziei odnalezienia nowych kolekcji, wyrzuconych szmatek z gracją ożywianych potem przez jej fantazję. Recyclingowa projektantka, śmiał się z niej nieraz, narzekając, że ze swym wiecznym zarostem, tłustymi włosami, brudnymi łachmanami nie pasuje do takiej damy. Pociąga solidny łyk z butelki, delikatnie gładzi swą torbę z ukrytymi wewnątrz kukiełkami, przyszedł do pracy, upomina się w duchu, wyciąga kapelusz, kładzie go na ziemi.
Część 22 / 3
Ale przechodniów brak, jak rzadko żadnego turysty, żadnej zbłąkanej pary na romantycznym spacerze, rozgląda się po parującym gorącem placu, ani żywej duszy, upał zamknął wszystkich w chłodnych mieszkaniach. Zaczyna wyjmować lalki, przeglądać, z troskliwością czyści, odplątuje sznurki, by potem z powrotem je chować. Nagle na horyzoncie pojawia się czarna, wysoka sylwetka, jak zjawa sunie przez plac. Ksiądz staje przed lalkarzem, ten popija z butelki, patrzą sobie prosto w oczy, mrużąc je, marszcząc czoła.
- Wiesz, jakie pogłoski chodzą wśród ludzi? – pierwszy odzywa się stary klecha.
- A ksiądz nie powinien wsłuchiwać się raczej w Boga niż w plotki? – Drugi z mężczyzn delikatnie wyjmuje kolejną marionetkę.
- Że noc z małą kosztuje pięć stów.
- Pięć stów to sporo kasy. – Milknie w efektownej pauzie. – Wie ksiądz, ile wódki mógłbym za to kupić…
- Pamiętam cię, jak jeszcze grałeś w teatrze z jej matką – z melancholią i troską w głosie wspomina tamtejszy proboszcz. Lalkarz jednak już nic nie odpowiada, nie potrzebuje kazań, spuszcza wzrok, skupia się na czyszczeniu kukiełki, szczęść Boże, ksiądz cicho, tak samo jak się pojawił, odchodzi, sunąc przez parujący plac.
Część 33 / 3
Mężczyzna przez chwilę zdenerwowany klnie, uspokaja się, czeka i wypatruje dziewczynki, ta w końcu półprzezroczystym mirażem faluje w oddali, w ręku niesie szalik, gdy dochodzi do pomnika, dumnie owija go sobie wokół szyi, że też jej nie jest w tym gorąco, on długo się śmieje, a ona naburmuszona robi urażoną minę.
Jaką chce dziś bajkę, pyta lalkarz, o księżniczce i różowym słoniu, odpowiada udobruchana dziewczynka, przecież to najgłupsza z jego opowieści, przekomarza, oburza się mężczyzna, nieprawda, niech już nie gada tyle i wyjmuje marionetki. On delikatnie podnosi torbę, przez chwilę w niej grzebie, pojawiają się drewniani aktorzy, a ona wygodnie siada na schodkach pomnika, czeka. Kukiełki na początku poruszają się mechanicznie, ospale, jakby budziły się ze snu, by w końcu dotrzeć się, ożyć i przemówić do małej dziewczynki, jednoosobowej widowni.
W dalekiej krainie smok więził piękną, kruczowłosą księżniczkę. Wielu oczarowanych jej urodą próbowało zabić potwora, zapewnić sobie rękę oswobodzonej niewiasty, nikomu jednak heroiczny ten czyn jeszcze się nie powiódł. Aż pewnego dnia murzyn-albinos, wyklęty książę Zulusów, postanawia wreszcie opuścić kraj przodków, udowodnić wszystkim męstwo i wyruszyć na pomoc księżniczce. Podróżuje długo, przez piaski pustynne, zaśnieżone szczyty i zielone równiny, za kompana mając niezwykłego wierzchowca – również wyklętego w rodzinnych stronach – różowego słonia. Po miesiącach wyczerpującej wędrówki odnajdują smoka, wieżę, a w niej kruczowłosą piękność…
Stuk-stuk obcasów unosi się w powietrzu, odbija się od ciężkiego, nagrzanego południem powietrza, każe drewnianemu teatrzykowi przestać, zatrzymać na chwilę. Odgłos zbliża się powoli, jednostajnym rytmem, echem wypełnia plac. Echem i odurzającym zapachem perfum eleganckiej damy, która, spostrzegłszy niezwykłą scenę, zatrzymuje się przy pomniku, z gracją trzyma torebkę, jest piękna.
Ma pani bardzo ładne usta, mówi zauroczona dziewczynka, jak to możliwe, by były tak czerwone, wstaje, chce dotknąć, zupełnie jak truskawki, a dama tylko się śmieje i z wysoka spogląda na mężczyznę siedzącego na schodach pomnika. On odkłada delikatnie, z namaszczeniem kukiełki. Nie odwraca wzroku, wyczekując