Psychologia · 11 min czytania
Sznyty
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Była 10.00.Łucja dawno już powinna być w szkole. Tymczasem dopiero przebudzała się. Dawno już obiecała sobie że w końcu znów pójdzie na lekcje i spotka się ze starymi znajomymi. Chciała wrócić do normalnego życia, ale nigdy nie miała na to dość sił. Myślała że jak zwykle to tylko znów dobrze jej znane przygnębienie po kolejnej rocznicy śmierci matki. Teraz jednak, kiedy nie mogła już liczyć na ojca, który zaczął znów pić przestało jej na wielu rzeczach zależeć. Chcąc uniknąć spotkania z ciotką, która jak zwykle przychodziła sprawdzić jak się czuje jej siostrzenica, wyszła z domu. Miała zamiar ponownie iść na jej ulubione miejsce. Teraz jednak zatrzymała ją myśl o chłopaku, którego tam wczoraj spotkała. Dobrze jednak wiedziała że nie ma gdzie pójść, wiec zaryzykowała spotkanie z nim. Kiedy szła wzdłuż torów przez głowę przechodziły jej te same myśli. Matka, matka, matka... A potem znów siadała na kamieniu i wyciągała z torby aniołki i żyletkę. Kolejny aniołek był podobny do poprzedniego. Żaden się nie uśmiechał. Ten który dopiero powstawał w rękach dziewczyny nie różnił się niczym. Tymczasem kiedy czas dla niej zaczął płynąć wolniej, a on sama przestała myśleć o matce przed nią pojawił się on. Dobrze poznała chłopaka z wczorajszego spotkania. -Wybacz, że się przysiądę, ale to również moje miejsce – zaczął chłopak siadając obok Łucji. Łucja zawiesiła wzrok w przestrzeni nie wiedząc co powiedzieć. Nie chciała tylko znów uciekać. -Marcin . Dla znajomych Borys. A ty jak się nazywasz? -Łucja.- odpowiedziała dziewczyna spoglądając na chłopaka. Choć wciąż wyglądał tak samo jak wtedy teraz już się go nie bała. -Widzę, że skrywamy tu mały talent artystyczny-powiedział Marcin spoglądając na aniołki dziewczyny porozkładane na torbie. Łucja szybko zaczęła chować figurki. Chłopak jednak nie pytając się o zgodę wziął jedną do ręki. Anioły...-ula la.. religijna beybe czy co? Oddaj! -krzyknęła Łucja zabierając mu figurkę z rąk. Ok.. Wrzuć na luz. Spoko zapamiętam-figurki rzecz święta. –odciął się Marcin z ironią.-Tylko dlaczego się nie uśmiechają? Może nie mają powodu. Fakt. Nie ma zbyt wiele do tego powodów. Dziewczyna powtórzyła za nim w myśli ”nie ma powodów”. Nigdy się nie zastanawiała dlaczego się nie uśmiechają. -Wiesz co.. mniejsza ze mną, ale co robi taka dziewczyna jak ty o tej porze? Grzeczne dziewczynki chodzą do szkoły. -ciągnął rozmowę ciekawski i pewny siebie Marcin. -Wiesz co? Odwal się! Nie twoja sprawa. Nikt się ciebie nie pytał jak leżałeś tu nad ranem, więc nie pytaj się mnie co ja tu robię. -Ok. Nie było pytania. Wydaję mi się, że na razie ani ja ani ty nie mamy gdzie iść, więc nie wchodźmy sobie w drogę. Łucja milczała. -Wracając do aniołków.. albo nie.. nie wracajmy do tego. Opowiedz mi o sobie. Łucja spojrzała na chłopaka. Nie miała najmniejszego zamiaru z nim o sobie rozmawiać. -Nie to nie. Rzuć się żyletką. -Po co ci? Będziesz strugał aniołki?!. -Nie koniecznie aniołki. Widzisz, są rzeczy o których nie masz pojęcia. -Skąd wiesz, co? Będziesz filozofował czy bierzesz żyletkę? Tyko mnie uświadom po co, bo przecież nie mam pojęcia.-odpowiedziała Łucja z ironią w glosie, która towarzyszyła im przez większość rozmowy. -Słuchaj bejbe, cięłaś się kiedyś? -Czytałam o tym ty świrze! Najłatwiej porobić sobie szlaczki na rękach, co? Wiesz, tak robią ci co sobie nie radzą z problemami.-zszokowała się dziewczyna. -Widzisz sznyty to mój sposób na życie. A propos. Jak już tak czytałaś o ludziach, którzy nie radzą sobie z problemami, pisali coś może o zamkniętych w sobie dziewczynach, które strugają aniołki zamiast siedzieć w szkole? -zaśmiał się Marcin. Łucja zdenerwowała się. Nikt nigdy nie powiedział jej tego wprost. Nawet ona sama. Po głowie biegały jej myśli :on ma rację, jesteś nienormalna. Wyjęła z torebki żyletkę, zawiniętą w papierek. Położyła ją obok chłopaka i powiedziała: -Idź się potnij, świrze. Poczym wstała i szybko odeszła. Chłopak nie odezwał się.
Dawno minęła już północ. Tymczasem Łucja siedziała w zbitym wzrokiem w ekran komputera. Wciąż nie mogła zapomnieć o rozmowie z chłopakiem. Sznyty.. dobrze zapamiętała to słowo. Teraz wpatrywała się w monitor na którym została wyświetlona definicja: sznyty-gwarowe określenie na bliznę, która powstała w wyniku samookaleczenia się; czasem sznyty zadaje sobie również osoba chcąca pokonać w ten sposób ból psychiczny; niejednokrotnie jest to próba zwrócenia na siebie uwagi...Te zdania z definicji nie dawały jej spokoju .Zaczęła myśleć o Marcinie, dokładnie tak samo jak mu powiedziała -świr. Z drugiej jednak pomyślała o sobie. On w stosunku do niej też miał rację...Zapytacie pewnie co w tym czasie robił Marcin... Ulica Letnia jak co noc wyglądała tak samo. Mrok ogarniał jeden z wielu zaułków miasteczka. Na samym końcu ulicy, tuż za samym zaułkiem na starej drewnianej ławce siedział Marcin. Podobnie jak Łucja myślał o dzisiejszej sytuacji. Tymczasem podszedł do niego chłopak w kapturze. -Siema Borys. -Yo - odpowiedział. -Dziś znów nie nocujesz w domu? -Nie. -Jak chcesz wpadnij na Mleczną, jest tam dziś niezły melanż. -kontynuował kolega. Zamyślony Marcin nie odzywał się. -Ej, Borys! Wpadniesz czy nie? -Co? Aaa .. nie wiem.. zobaczę. -Jak chcesz ja spadam. Strzałeczka. Chłopak w kapturze odszedł, a Marcin wciąż myślał o rozmowie z .. Zaraz .. Jak jej było ?-zastanowił się chłopak.. – Łucja .......
Był wczesny ranek. Słońce dopiero wychylało się