Komedia · 9 min czytania
Szparagi w sosie beszamelowym
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Mąż uwielbia szparagi! Jak tylko pojawią się na rynku, przechodzi na dietę szparagową i zajada się nimi codziennie. Smażone, duszone, pieczone, gotowane, ale najbardziej lubi je polane dużą ilością sosu beszamelowego, w którego przygotowaniu jestem mistrzynią. Nawet jego mamusia, od której dostałam przepis, nie potrafi go przyrządzać tak pysznie, jak ja.
Nasza codzienność to mijanie się, przebywanie w osobnych pokojach, choć dla osób postronnych jesteśmy przecież razem, w tym samym domu. Każde zajmuje się swoimi pasjami, może nie wszystkie są krystalicznie czyste i uczciwe względem drugiej strony, ale posiadanie sumienia, to kwestia indywidualna. Kłamstwo nie udowodnione, nie jest nim. Podobnie jest ze zdradą.
Już od jakiegoś czasu domyślałam się, że mąż spotyka się z inną kobietą. Może nawet nie jedną, a ma kilka przygodnych i przypadkowych znajomości seksualnych. Często bywa w delegacji, ja również nierzadko wracam z pracy po godzinach. Jest dużo przeróżnych okazji do złamania przysięgi małżeńskiej.
W środę, dzień moich urodzin, nie jako data, ale jako dzień tygodnia, wyszłam wcześniej z pracy. Miałam w planie wizytę u kardiologa. Po badaniu echa serca, które wykazało nieznaczne odchylenie od normy w budowie zastawek, lekarz zalecił mi założenie holtera. Urządzenie to miałam nosić przez całą dobę i starać się wykonywać jak najwięcej ćwiczeń, by sprawdzić, czy nie ma żadnych zaburzeń w pracy serca. Zajechałam pod blok o nietypowo wczesnej, jak na mnie porze, otworzyłam drzwi wpisując numeryczne hasło na domofonie i zdecydowałam się wejść schodami na dziesiąte piętro, na którym mieszkamy. Z początku szłam żwawo, ale z każdym kolejnym piętrem spowalniałam. Aż w końcu zaczęłam dyszeć jak dmuchawa, choć wcale nie byłam gruba. Daleko mi było do wyglądu maciory, którą maż regularnie zwykł mnie nazywać. Nawet w obecności dzieci.
Idąc schodami usłyszałam jakieś głosy krzyczące w panice, huk zatrzaskiwanych drzwi, a potem zbliżające się czyjeś kroki. Kroki te schodziły w dół. Dostrzegłam kobietę, która mijając mnie zapinała suwak od spodni. Wszystkie guziki jej bluzki były jeszcze rozpięte. Spojrzała na mnie nieuważnie, przelotnie, jak to się robi, myśląc o czymś innym. Obejrzałam się za nią. Była bardzo atrakcyjna! Wysoka, szczupła, ruda, umalowana wyzywająco. Stojąc na klatce, przechyliłam się przez barierkę i widziałam jak wyjęła lusterko, by poprawić potarganą fryzurę. A potem zapaliła papierosa i zeszła na sam dół.
Gdy weszłam do mieszkania, moje podejrzenia wzmogły się. Zauważyłam męża biorącego prysznic. Nigdy nie kąpał się w ciągu dnia, taką miał od lat niepisaną zasadę. Robił to tylko wieczorem, przed snem. Wzburzona, z walącym sercem poszłam do sypialni. Łóżko było rozmemłane. W kuchni zajrzałam do śmieci. Zawiązany w supełek dowód rzeczowy, pełen życiodajnych plemników, tkwił na samym wierzchu!
- Nawet nie raczył go, zbok jeden, zawinąć w papier! – powiedziałam do siebie z wściekłością.
Część 22 / 2
Gdy mąż wyszedł z łazienki, na moich ustach był już przyklejony gotowy uśmiech urzędniczki służby cywilnej. Nic nie znaczył, nic z niego nie można było wyczytać. A ten dureń kolejny raz dał się nabrać, że jestem ślepa i nic nie zauważyłam.
- Kochanie! – zaczął z fałszywym entuzjazmem. – Jak to dobrze, że wcześniej wróciłaś!
Milczałam, czekając co więcej zełże.
- Czekałem na ciebie z zakupionymi dziś szparagami. A raczej na twój sos beszamelowy! - Dobrze, zaraz się tym zajmę – odpowiedziałam spokojnie, choć serce waliło mi jak młotem. Pewnie holter wykaże takie anomalia, że skierują mnie na natychmiastową operację serca.
Przy kolacji mąż był dla mnie niezwykle miły. Nadzwyczaj gadatliwie opowiadał o pracy, o zbliżających się okrągłych urodzinach – czterdziestych! - na które mamusia obiecała upiec jego ulubiony tort tiramisu. Miał dostać go w prezencie, oprócz flanelowej piżamy, jak co roku, tym razem jednak miała być wyjątkowa. Przypomniał mi się od razu film „Bridget Jones” i wielce usztywniony adorator głównej bohaterki, który chcąc nie chcąc musiał nosić dziwne, wydziergane na drutach przez jego mamę swetry. Na jednym z ważnych spotkań rodzinnych miał kiedyś zielony, z wielką głową łosia z przodu. Bohaterka dyskretnie się roześmiała, a on niczego nie zauważył. Jak to facet! Rozbawiło mnie to wspomnienie.
Wróćmy jednak do naszej środowej kolacji. Gdy…