Psychologia · 23 min czytania
Szpital
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przygotowania
Wszystko zapowiadało się wspaniale. Na ten obóz miała pojechać cała moja klasa, chociaż nie była to wycieczka szkolna. Był środek wakacji i panował nieznośny upał. Dzień przed wycieczką wybrałam się z Kamilą na zakupy. Musiałyśmy sobie dokupić parę najpotrzebniejszych rzeczy, które chciałyśmy ze sobą zabrać. Kamila to moja najlepsza przyjaciółka. Niedawno zaczęła chodzić do naszego gimnazjum. Jest w tej samej klasie co ja, siedzimy nawet w jednej ławce. Wręcz nie wyobrażałam sobie obozu bez niej. Już od marca, tzn. od chwili, kiedy dowiedzieliśmy się, że mamy szansę jechać, uzgodniłyśmy, że obie pojedziemy. Właśnie weszłyśmy do sklepu z odzieżą młodzieżową. Chciałyśmy sobie kupić dwie takie same koszulki. Sklep był duży, niedawno był tu przeprowadzony remont i przywieziono mnóstwo nowej odzieży - miałyśmy więc w czym wybierać. Uwielbiam kupować, więc byłam wybredna i przymierzałam coraz to inne koszulki. Kamila patrzyła to na mnie to na koszulki, które przymierzałam i niemal każda jej się podobała. A przecież nie we wszystkich mi pasowało, więc w końcu przestałam się do niej zwracać o poradę. Ona się tym nie przejęła, po prostu zaczęła przeglądać kurtki przeciwdeszczowe. Zdecydowałam się na koszulkę z serduszkiem. Kamili, jak można się tego było spodziewać, podobała się i kupiła sobie taką samą. Teraz miałyśmy iść do sklepu z obuwiem, przyszła bowiem pora na nowe, wygodne sandały. Zapłaciłyśmy i ruszyłyśmy do wyjścia. Byłam już na schodach, kiedy nagle zawołała mnie Kamila. Już chciałam się odwrócić, kiedy niespodziewanie potknęłam się i upadłam na dół. Straciłam przytomność. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam biały sufit i równie białe ściany oraz duże okna. A to mogło się kojarzyć tylko ze szpitalem. Byłam kiedyś już w szpitalu, gdy podejrzewano u mnie chorobę nerek, ale na szczęście diagnoza była mylna. Ale teraz? Tylko jak ja się tu dostałam? Co ja tu robię? I co się stało? Próbowałam usiąść, ale gdy tylko się trochę podniosłam, poczułam jak z bólu głowa mi pęka. Zrezygnowałam. Obmacałam głowę, sprawdzając czy nie mam żadnego opatrunku. Nie mam. Uff! Gdybym miała, to mogliby mi wyciąć w miejscu rany włosy, a wtedy nie miałabym odwagi spojrzeć w lustro. Ale jeżeli nie mam żadnego opatrunku, to po co tu jestem? Chyba nie dlatego, że zemdlałam? Wszystko wyjaśniło się, kiedy chciałam poruszyć nogami. Nie, tylko nie to! - pomyślałam z rozpaczą. Kiedy chciałam dotknąć mojej lewej nogi, coś twardego mi przeszkodziło. Podniosłam kołdrę. Gips! Chciało mi się płakać. Z obozu nici! Tyle planów, przygotowań! I to wszystko przez Kamilę. Byłam na nią zła. Po co, do licha, mnie wołała? Gdyby tego nie zrobiła, jutro zdrowa jechałabym ze wszystkimi na obóz. A tak? Pozostał mi jedynie gips i to dodatku do samego uda! W tym czymś nawet porządnie siedzieć się nie da! Nie mówiąc już nic o chodzeniu. Byłabym się chyba zupełnie załamała, gdyby nie pielęgniarka, która podeszła do mnie. – No, wreszcie się obudziłaś.- powiedziała stawiając na półce jakieś strzykawki. Mam nadzieję, że nie do mnie. – Mogłabym wiedzieć, co się stało? zapytałam ją. – Spadłaś ze schodów i złamałaś sobie nogę w dwóch miejscach, a w dodatku dość silnie uderzyłaś głową o poręcz. Upadłaś naprawdę pechowo. – Długo tu jeszcze będę? - pytałam dalej. – To zależy od doktora. Ale z jakieś dwie doby na pewno.- powiedziała i wzięła moją rękę. A teraz założę ci weflon, żeby nie trzeba było cię kłóć przy każdej dawce przeciwbólowego. – Ale po co mi to? Przecież noga mnie nie boli.-próbowałam się ratować. – Bo dostałaś dożylnie, jak spałaś.- odparła i pokazała mi małą kropeczkę na ręce. W końcu poszła, a ja przez chwilę oglądałam weflon. Hmm, nie lubię niebieskiego koloru. Następnym razem muszę się zapytać pielęgniarki, czy są inne, bo ja zdecydowanie prosiłabym o zielony...Widziałam taki w jednym niemieckim filmie. Główna bohaterka trafiła do szpitala i taki właśnie miała. Gdy już się trochę pogodziłam z własnym losem, zaczęłam się rozglądać. Kiedy byłam pierwszy raz w szpitalu, to znajdowałam się w innej, zdecydowanie większej sali, gdzie było sześć łóżek. A tutaj, oprócz mojego, znajdowało się jedynie jedno łóżko. Leżał, a raczej siedział na nim jakiś chłopak. Chyba w moim wieku lub coś koło tego. Nieszczęśnik, miał obydwie nogi w gipsie. Jeszcze gorzej niż ja. Chociaż obóz… Z zamyślenia wyrwał mnie lekarz, który właśnie wszedł do sali. Był to młody, wysoki mężczyzna o zabawnej fryzurze. – No, Norbert, i jak? Podoba ci się nowa współlokatorka?- powiedział wesoło, a następnie odezwał się do mnie – No cóż, jak się teraz czujesz? Główka boli? – Głowa – poprawiłam. Nie lubiłam, gdy ktoś mnie pomniejszał, nawet jeśli odnosiło się to do głowy. – Dobrze, może być głowa.- powiedział – Na razie nie boli.- przyznałam – Założyliście mi niezły but. Tylko trochę za duży i niezbyt wygodny. Mogę wiedzieć, kiedy się go pozbędę? – Za parę lat może zrobią jakieś wygodniejsze… - podjął temat. – Ale na razie będziesz jednak musiała przez jakieś sześć tygodni nosić ten. – Ile?!- nie mogłam powstrzymać zdumienia. Przez sześć tygodni z tym gipsem... jejku, ja chyba zwariuję… – Lepiej odpocznij-powiedział. Chyba bał się ze przy nim zemdleję –jesteś jeszcze słaba -dodał siostrze zleciwszy coś siostrze opuścił salę z wesołym: „To na razie. Trzymajcie się!”. Równy lekarz - pomyślałam. Nie taki jak na co dzień się spotyka. Zmieniłam .nieco zdanie, kiedy za chwilę siostra przyniosła i.. podłączyła mi kroplówkę. W myślach szybko dodałam - Tylko, że strasznie staranny. Mimo wszystko. Cieszyłam się, że trafił mi się taki dobry lekarz. Sama nawet nie wiem, kiedy zasnęłam, ale gdy się obudziłam robiło się już powoli na dworze ciemno. Musi być około. ósmej. Kiedy otworzyłam oczy, zauważyłam, że chłopak, to znaczy Norbert, mi się przygląda, ale gdy zauważył, że się budzę odwrócił wzrok w stronę okna (miał szczęście, spał obok okna). Zaniepokoiłam się. Czyżbym była brudna? Może jak spadłam to się zbrudziłam? - pomyślałam Przerażona. Zawsze miałam bzika na punkcie higieny, dlatego nawet najmniejszy brud był dla mnie odrazą. Nie miałam lusterka, a po chwili stwierdziłam, że także zegarka. No jasne, i to mi zabrali. Ciągle jednak byłam niespokojna. Zastanawiałam się nawet czy nie zawołać siostry i poprosić ją o jakieś lusterko, ale zrezygnowałam. Przecież pielęgniarki to nie służące. A może by tak zapytać Norberta? E, nie. Głupi pomysł, jeszcze by mnie wyśmiał. Zrobiło mi się trochę smutno. Nudziło mi się i czas strasznie się dłużył. A może. by tak pogadać z Norbertem? Tylko o czym? Pomysł podsunął mi mój żołądek. No tak, oprócz śniadania nic dzisiaj nie jadłam. – Była już kolacja? - zapytałam wreszcie. – Tak - odparł nawet na mnie nie spoglądając. Zezłościło mnie trochę jego zachowanie. Już chciałam mu coś powiedzieć do słuchu, kiedy weszła pielęgniarka. Uff! Przynajmniej .ona będzie mówić do rzeczy. – Strasznie jestem. głodna. Mogłabym dostać jakąś kolację? – Zapytam się ..lekarza- powiedziała, ściągając mi kroplówkę. Wtedy właśnie przypomniałam sobie o weflonie. – Nie — siostra roześmiała się.- Pamiętaj, że szpital to szpital, a nie jakiś pokaz mody! Ale kto wie, może kiedyś będą i u nas…- dodała z nadzieją i wyszła. Potem przyniosła mi sok pomarańczowy i dwa jogurty. No, no – pomyślałam – przynajmniej w tym szpitalu mają dobre żarcie! Kiedy jednak podzieliłam się z tą myślą z pielęgniarką, ona odparła: – To nie jest szpitalne jedzenie. Twoi rodzice przynieśli ci to. – Gdzie są?- zapytałam –Dlaczego nie przyszli do mnie? – Lekarz zalecił ci spokój... – Przecież ja tu nie przyjechałam dla spokoju. Gdyby nie ten cholerny gips, to jutro bym jechała na obóz. A tak…- nie mogłam się powstrzymać. Zauważyłam, że naszą rozmową zaciekawił się Norbert. – Uspokój się – powiedziała – kiedy przyszli spałaś. Nie było sensu cię budzić. A kiedy się obudziłaś, czas odwiedzin. się skończył.— zakończyła wyszła. Zmarkotniałam.
"Współlokator"
– No, no, no! Ty to masz tupet - odezwał się pierwszy raz od jakiś pięciu godzin (przynajmniej kiedy byłam przytomna)- Doktorowi zacinasz, pielęgniarce krzyczysz… – Trzeba się domagać swoich praw-powiedziałam- Szpital to nie więzienie, żebyśmy musieli się tu męczyć. W więzieniu to nawet lepiej, bo pozwalają odwiedzać!- dodałam po chwili namysłu. Norbert mruknął coś pod nosem, odwrócił głowę w drugą stronę i chyba zasnął. Ja jak tylko zjadłam jogurt, też się położyłam i natychmiast zasnęłam. Obudziłam się z myślą, że jeszcze jeden dzień i będę w domu. Chociaż…powinnam być na obozie. Znowu powrócił smutek... Żeby jednak nie dać się rozpaczom ,zaczęłam patrzeć jak salowa myje podłogę. Niezbyt interesujące zajęcie, ale nie wiem; czy jest tu coś bardziej interesującego od tego. – Ile jest sal na tym oddziale? – zapytałam ją. – Z piętnaście będzie. To duży oddział. – A więc pani codziennie myje piętnaście korytarzy, tak? Kiwnęła głową na potwierdzenie. Jejku! -..przyszło mi na myśl chociaż miałabym żebrać na ulicy, nigdy nie będę salową! Nawet .więźniowie nie. mają tyle roboty na jeden dzień (jeżeli w ogóle mają tam jakieś obowiązki). Salowa skończyła myć u nas i zniknęła mi z oczu. – Wiesz może od kiedy można tu odwiedzać? Przez cały dzień nie zmrużę oka, żeby nie wiem co. A zresztą, powiedz mi. Naprawdę była tu siostra sprawdzić czy śpię, gdy przyszli rodzice?- zapytałam chłopaka. – Była.- odpowiedział.- A co do godzin odwiedzin to nie wiem. – Trudno – powiedziałam- No i co tu teraz robić. Nie miałam nic przy sobie,. ani walkmana; ani nawet książki chociaż, szczerze mówiąc, nie za bardzo lubię czytać. Nawet z tym Norbertem trudno się dogadać. Ciągle tylko gapi się w okno. Trochę trudno też uwierzyć, żeby nie znał godzin odwiedzin. Do niego na. pewno ktoś przychodzi, więc powinien wiedzieć o której, bo jak zauważyłam, zegarek miał na ręce. – Która godzina? - zapytałam go. – Wpół do dziewiątej. No tak, pomyślałam, o ósmej mieliśmy wyjechać autobusem na obóz. A ja tu siedzę, z nogą w gipsie... Zrobiło mi się strasznie przykro. Kiedy moja klasa spędzi sobie cudowne dwa tygodnie na obozie, ja będę siedzieć na kanapie albo jeszcze gorzej w szpitalu, z nogą w gipsie. Dlaczego właśnie mnie musiało to spotkać? Dlaczego los jest taki niesprawiedliwy. Moje rozmyślania przerwał swoim wejściem doktorek- wesołek, jak go w myślach nazwałam. – Jak się czują moi mali pacjenci?- zapytał jak zawsze wesoło. – Wypraszam sobie mówić na mnie „mali”. Nie znoszę, gdy ktoś mnie pomniejsza - powiedziałam stanowczo- mam metr sześćdziesiąt i piętnaście lat. Jestem więc tylko p a c j e n t -k ą, bez „mała”. Doktor zdumiał się słysząc moje słowa. Chyba jeszcze nikt mu tak nie wszedł w słowo jak ja teraz. Wszyscy obecni w sali (razem z doktorem przyszła jeszcze pielęgniarka) spoglądali na mnie w zaskoczeniu. Nawet Norbert przestał obserwować krajobraz za oknem, tylko patrzył to na mnie to na doktora w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Ale nie było tego dalszego ciągu, bo lekarz zaczął swoje codzienne czynności, potem bez słowa wyszedł. Zapomniał nawet powiedzieć "To na razie. Trzymajcie się!". – Jak tak będziesz dalej zacinać, to zobaczysz, że cię jutro na pewno wypiszą. Z taką p a c j e n t k ą jak ty, żaden lekarz ani…