Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 7 min czytania

Szpital

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Krótki pobyt w szpitalu zniosłem całkiem nieźle. Oczywiście było tam wszystko to, co kojarzyć się może z niedofinansowaną polską służbą zdrowia. Marne jedzenie (ale jednak było, są miejsca na świecie, gdzie nie tylko nie ma jedzenia w szpitalach, ale i samych szpitali brak), nieprzyjemne pielęgniarki oraz poczucie cofnięcia się w czasie o jakieś trzydzieści pięć lat. Coraz ciężej przecież natknąć się gdziekolwiek na ściany z lamperią.

Ogólnie jednak było w porządku. Jeden z pacjentów, z którym wspólnie przyszło nam dzielić pokój, okazał się być moim nauczycielem wychowania fizycznego z podstawówki. Wyglądał całkiem nieźle, biorąc pod uwagę jego wiek. Choć wydawał mi się stary już wtedy, gdy byłem uczniem. Teraz siedział na emeryturze i dorabiał sobie jako miejski radny z ramienia pewnej bardzo interesującej partii politycznej. Podobno, tak utrzymywał, pamiętał mnie i moją starszą o rok siostrę. Może tylko jednak mu się to wydawało. Nie miał w tym względzie całkowitej pewności. Miał za to ze sobą mały telewizor. Dzięki temu przypomniałem sobie, że w ogóle jest jeszcze coś takiego jak Teleekspress.

I właściwie nie byłoby nic więcej do wspominania, gdyby nie to, co wydarzyło się pewnej wyjątkowo cichej nocy.

Spałem całkiem smacznie, gdy coś mnie przebudziło. Mam bardzo płytki sen. Nie zapalono świateł, by nas, pacjentów, nie wyrywać zbyt gwałtownie z objęć Morfeusza. Było to miłe, ponieważ na co dzień pielęgniarki nie prezentowały tak dobrych manier. O szóstej rano otwierały drzwi z tak zwanego kopa i zapalały wszystkie możliwe jarzeniówki. Zdarzały się też niewybredne krzyki i epitety. Wszystko to przypominać musiało pobudkę w zakładzie karnym. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo na szczęście nigdy nie siedziałem. W każdym razie nocna wizyta, o której wspominam, miała zdecydowanie inny charakter.

W drzwiach pojawiły się dwie ciemne sylwetki. Światło wpadające z korytarza trochę pomogło mi w ocenie sytuacji. Byli to dwaj członkowie ekipy pogotowia ratunkowego. Trzymali pod łokcie jakiegoś mężczyznę. Miał opuszczoną głowę, szedł ciężko. Pojękiwał boleśnie pod nosem. Pielęgniarze (tak ich chyba mogę nazwać?) wprowadzili cierpiącego do sali. Zrobili to z podziwu godnym taktem, właściwie bezszelestnie. Ułożyli go na wolnym łóżku, podpięli mu kroplówkę, przekryli kołdrą, i rozpłynęli się w powietrzu. Nowy pacjent jeszcze chwilkę postękał, w końcu zasnął. Niedługo potem poszedłem w jego ślady.

Gdy obudziłem się skoro świt, jeszcze przed nadejściem sióstr karbowych, w pierwszej chwili miałem wrażenie, że wszystko to, co opisałem powyżej, zwyczajnie mi się przyśniło. Powoli odwróciłem głowę w stronę łóżka, na którym powinien leżeć nowy. I rzeczywiście leżał. Akurat gdy na niego dyskretnie spojrzałem, otworzył oczy i zatrzymał nieco zdziwiony wzrok na znajdującym się ponad nim wysokim suficie. Potem podniósł rękę, do której doczepiono mu plastikową rurkę, jej również przyglądał się z pewnym zaciekawieniem. Jego wzrok podążył w ślad za pnącą się do góry rurką i spoczął na podczepionej do statywu kroplówce. Jęknął znów, zamknął oczy. Coś tam szepnął do siebie pod nosem. Był w moim wieku, czyli około trzydziestki. Jego niezbyt finezyjną twarz pokrywał kilkudniowy zarost. Czarny, kędzierzawy - w ogólnym rozrachunku wydawał się być jakiś taki dziki.

Po chwili jednak znów otworzył oczy. Powoli odsunął na bok kołdrę. Następnie równie ostrożnie uniósł się na łóżku i zsunął gołe stopy na podłogę. Po króciutkiej chwili wahania

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%