Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 1 godz. 12 min czytania

Szpital Św. Anioła

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

SZPITAL ŚW. ANIOŁA

Znowu tu były. Wczepił palce w poduszkę, starając się uspokoić oddech. Już od dłuższego czasu wpatrywał się w poszarzały prostokąt sufitu, błagając, by wreszcie zaczęło świtać. Skulony, nakrył się szczelniej kołdrą. W żadnym wypadku nie chciał spojrzeć w kąt naprzeciwko. One znowu tu były. Znowu. Obrzydliwe tutry o zakrzywionych szponach, śmierdzące spalenizną i rzucające się na niego z wizgiem. Smutne seremity o głosie jego matki. Lulkowce o pustych, bezmyślnych ślepkach i długich, zimnych palcach. Wiedział, że podchodzą coraz bliżej łóżka, że prawie sięgają jego stóp. Szemrały, stukały, chrobotały, szeptały ochryple, to głośniej, to ciszej, z ekscytacją. Zacisnął zęby, chcąc za wszelką cenę stłumić krzyk. Jeśli zacznie wrzeszczeć, zrobi się zbiegowisko. Przyjdą z tabletkami, a jeśli będą bardziej zirytowani, to zabiorą też kaftan. Ta ostatnia myśl nieco go otrzeźwiła. Nie będzie krzyczeć, nie narobi sobie kłopotów. Lulkowce snuły się po pokoju, zerkając na niego z przygnębieniem. Przymknął oczy. Szarzyzna sufitu zaczynała blednąć. Demony powoli cofały się tył, kuliły się po kątach i pod łóżkiem. Zdrętwiały wsłuchiwał się w cichnące szepty i wizgi, wsłuchiwał się tak długo, dopóki w pokoju nie zapanowała cisza. Odemknął oczy i spojrzał na budzik. Piąta rano. Potarł łzawiące oczy i zerknął dla pewności na okno. Faktycznie, było już jasno. Podźwignął się na łokciach, by zaraz potem wyczerpany opaść na łóżko. Przynajmniej nie krzyczał. Nikt się nim nie zainteresował, chwała, nikt tu nie zajrzał. Dość miał już kłopotów. Bezmyślnie wpatrywał się w sufit, zawieszony pomiędzy świadomością a snem. Wrócą tutaj i tak, ale dopiero w nocy. Nareszcie zasnął.

***

- Jak się czujesz, Joelu? „Jak się czujesz”. Za taki tekst powinni wysyłać na katorgę, pomyślał ponuro zapytany. Na to pytanie prawie nigdy nie oczekiwano odpowiedzi, raczej stanowiło ono rozpoczęcie rozmowy. Równie dobrze można było je zignorować, jeśli nie chciało się bawić w zbędną grzeczność. A Joel nie miał żadnej ochoty na zabawę. Mimo to, wykrzywił usta, licząc, że tamten uzna to za uśmiech. - Dobrze, dziękuję. Siedzący za biurkiem mężczyzna skinął głową i wrócił do przeglądania dokumentów. Joel obojętnie prześlizgnął się wzrokiem po blacie. Taki sam jak zawsze. Wypolerowany do przesady. W prawym rogu stos teczek, w lewym – pozłacana lampa i ramka na zdjęcie. Joel często zastanawiał się, kto jest na fotografii. Żona, syn, córka, pies? Tonąca w kwiatach willa w tle? Wydawało mu się to dość prawdopodobne. Westchnął i spojrzał na środek biurka. Na wprost niego znajdowała się niewielka tabliczka z widniejącym napisem „Dr Brocks”, bezczelnie bijącym po oczach. Starannie wygrawerowane litery wprost emanowały klasą. Idealnie oddawały postać właściciela. Brocks, starszy mężczyzna z siwymi włosami i przystrzyżoną bródką, ubrany w elegancki kremowy garnitur. Doktor Brocks przerwał przeglądanie papierów. Chrząknął, poprawił prostokątne oprawki okularów i spojrzał na Joela. - Dobrze spałeś? - Nie. - Dlaczego? - Lulkowce znowu były w moim pokoju. Żaden mięsień nie drgnął na twarzy doktora. Zielone oczy pozostały idealnie spokojne. - Lulkowce? Wczoraj na terapii twierdziłeś, że nie ma żadnych lulkowców. Joel uśmiechnął się bezczelnie. - To pan wierzy wariatowi? Brocks odchylił się i zetknął końce palców obu dłoni. Jeśli niektórzy ludzie obdarzeni byli morzem cierpliwości, to Brocks miał jej ocean. Bez znużenia zadawał pytania, nie bojąc się najgłupszych i najbardziej absurdalnych odpowiedzi. Każda ich rozmowa była potyczką słowną, bezskuteczną próbą sprowokowania Brocksa. Na początku Joel się wściekał. Znienawidził lekarskie oczy skryte za prostokątnymi szkłami, niski, spokojny ton głosu doktora i jego zetknięte palce. Drażnił go. Zbyt spokojny, zbyt uprzejmy, zdawał się być poza jakimkolwiek zasięgiem. Siedział w fotelu, za swoim masywnym biurkiem, jak w twierdzy, i notował. Zadawał bezsensowne pytania, słuchał i wypełniał rubryki. Wepchnął całą duszę Joela do kilku tabelek. Z czasem złość opadła, pozostała co najwyżej irytacja. Joel przestał się martwić, czy uznają go za szalonego czy tylko za „przemęczonego”. Co za różnica, jaką etykietkę mu przypną. Brocks nie odpowiedział na zaczepkę. Zdawał się być wręcz znużony. - Mam dla ciebie propozycję, to główny temat naszego spotkania. Przewidziałem dla ciebie pewne… ćwiczenie, które pomoże ci uporać się z samym sobą. Dostaniesz zeszyt. Twój osobisty. Chcę, abyś w papierze zawierał wszystkie swoje przeżycia, uczucia, przemyślenia, swoją historię. Nadmiar emocji przelej na papier. - Pan chce, bym prowadził pamiętnik? Jak te zahukane, rozdygotane nastolatki? - Jeśli w ten sposób to ujmujesz, to tak. Nie jesteś od nich lepszy – Brocks uśmiechnął się słabo. – Joelu, to jest terapia, nie przyjacielska rada. Te – ra – pia. Nasz szpital może różni się od pozostałych, ale leczenie pozostaje leczeniem. - Ołówek zamiast elektrowstrząsów? – Joel spojrzał na niego kpiąco. – A pan te zapiski będzie czytać? - Nie. Mój jedyny warunek to systematyczne uzupełnianie… jak to nazwałeś? Pamiętnika? Nim Joel zdążył odpowiedzieć, Brocks machnął ręką. - Możesz iść na śniadanie. Nie zwiększam dawki lekarstw. Bądź spokojny, w końcu znikną te twoje potworki. One nie znikają tak łatwo, pomyślał Joel. Wstał, spojrzał kątem oka na doktora i zastanowił się, co go pchnęło do przyjęcia posady w klinice psychiatrycznej. Czy ktoś, kto pracuje tu z powołania nazywa problemy swojego pacjenta „potworkami”? Mężczyzna uśmiechnął się z bolesną satysfakcją. Gdyby Brocks choć raz usłyszał, jak seremity mówią głosem jego bliskich, swoje cholerne lekarstwa połknąłby jak tic tacki. Wsunął ręce w kieszenie szlafroka i skierował się w stronę drzwi.

***

Jak reklamowały ulotki, Szpital Św. Anioła był „przystanią dla wszystkich, którzy znaleźli się na zakręcie życia”. W ośrodku znajdywali się więc wszyscy poturbowali przez los, pokaleczeni przez rodzinę, zmiażdżeni niepowodzeniami, przerośniętymi ambicjami lub ci, którzy wylosowali chorobę. Schizofrenia, nerwica, załamania, kryzysy, cudowne objawienia i smutne obłąkania. Wszystkie te „zakręty życia” kłębiły się pod jednym dachem, pomiędzy grubymi murami otaczającymi klinikę. Szpital był dużym budynkiem zbudowanym w stylu neogotyckim. Opuszczony przed wojną, potem częściowo spalony, został wykupiony przez bogatą rodzinę. Początkowo miał być letnią rezydencją, jednak z czasem zamieniony został w prywatną klinikę psychiatryczną. Otoczony ogromnym ogrodem, pełnym zdziczałych krzewów, drzew, zdawał się być zupełnie odcięty od reszty świata. Na tyłach znajdowały się grządki, niewielka gołębiarnia i stajnia. Podobno zwierzęta miały zbawienny wpływ na chorych. Uprawa roślin i opieka nad stworzeniami był zazwyczaj częścią terapii, którą musieli przechodzić pacjenci. Kosztem kilku uduszonych gołębi i spalonych roślin, powoli poszukiwali normalności. Pomimo położenia na zupełnym pustkowiu, bez problemu transportowano potrzebną żywność, lekarstwa, sprzęt. Personel mieszkał w osobnym budynku, położonym w głębszych rejonach parku, gdzie nie dopuszczano pacjentów. Klinika była więc małą enklawą rządzoną własnymi zasadami, zazdrośnie strzeżoną przez właścicieli. Joel niechętnie musiał przyznać, że był to światek luksusowy. Czasami bardziej przypominał hotel dla ludzi, którzy zrobili sobie urlop od codzienności. Nie było izolatek, pokojów bez klamek ani wybitych materacem klitek. Krzyki słyszał rzadko. Czas upływał bez ucieczek, samobójstw, ataków agresji. Dbano o komfort wszystkich pacjentów. Joel w zamyśleniu obserwował grupę osób spacerujących alejką. Sanitariusz prowadził za rękę apatycznego czterdziestolatka, reszta grupy dreptała za nim. Mężczyzna miał nieprzyjemne wrażenie, że obserwuje stado cieląt, które tylko udają ludzi. Zmarszczył brwi. Nie chciał zastanawiać się czy on też tak kiedyś skończy, jeśli zostanie tu na dłużej. Po chwili przeniósł wzrok na notes, który trzymał na kolanach. Przygryzł koniec ołówka. Wcale nie chciał go otwierać. Rozpoczęcie pisania oznaczałoby powrót do wydarzeń, które rozpaczliwie próbował wyprzeć z pamięci. Za bramą Szpitala miał nadzieję zostawić wszystkie złe wspomnienia, wmawiając sobie, że po prostu ich nie ma. Brocks równie dobrze mógłby mu kazać grzebać w otwartej ranie, odniósłby podobny skutek. Może gdyby naprawdę oszalał, powrót do koszmaru by nie bolał? Niechętnie przyjrzał się czarnej oprawce zeszytu. Nie, na pewno nie zwariował. Jest zdrowy, całkowicie zdrowy. Czuł to i to był największy problem. Ta myśl go paraliżowała, bo zamiast iść po znanych szlakach, błąkał się we mgle. Gdyby oszalał, wiedziałby przynajmniej, że wszystko ma swoją przyczynę. Choroba psychiczna. Psychika nie wytrzymała obciążenia, pstryk, jakie to proste. Mógłby bezwstydnie wszystko zwalić na biologię. Ustalać własne zasady i być nieświadomym problemu. Czy fakt, że inni sądzą, że jest „na zakręcie”, naprawdę czyni go niespełna rozumu? W końcu, zaciskając zęby, otworzył zeszyt. Miał wrażenie, że tekturowa okładka waży z tonę. Przycisnął rysik ołówka do papieru. Powoli, opornie zaczął kreślić litery.

***

{i}Nazywam się Joel, mam 36 lat i jestem rysownikiem. Najczęściej ilustruję książki lub projektuję do nich okładki. Rysuję też większe szkice lub maluję obrazy – miałem nawet kilka wystaw. To talent lub kwestia szczęścia, ale myślę, że moje rysunki są całkiem niezłe. Mam żonę, Julię. Poznaliśmy się na studiach, na jakiejś imprezie, nie pamiętam zresztą. Mam też syna, Daniela. Ma 11 lat, blond włosy po mamie i szare oczy po mnie. Podejrzewam, że w tej chwili Brocks wytknąłby mi fakt, że używam czasu teraźniejszego. Daniel Poszedł Sobie kilka miesięcy temu. Wszystko przez samochód, który jechał za szybko. Właściwie nie umiem tego opisać, choć to widziałem. Z całego wydarzenia pamiętam tylko wielki chaos, zamazane obrazy i przerażający powrót świadomości. Brocks chce, abym mówiąc o synu używał czasu przeszłego. „Musisz zostawić przeszłość za sobą”, mówi. „Staraj się pogodzić z tym, co się stało. Mówiąc o nim, jakby żył, nie dajesz mu odejść w spokoju”. Osobiście uważam, że Brocks jest idiotą, który wydaje się być w Szpitalu przez przypadek. Ja wciąż mam syna i nigdy się go nie wyparłem. Napisałem wyraźnie, że Poszedł. To był tylko samochód. Dość, że po Schowaniu Się Daniela wszystko jakby się załamało. Miałem wrażenie, że ktoś chlusnął na świat czarną farbą. Wszystko było szare, nijakie, głupie. Julia i ja zamknęliśmy się w domu, snując się po kątach i liżąc rany. Potrafiłem całymi dniami nie wychodzić z łóżka. Wszystko stało mi się obojętne. Nie czułem nic konkretnego, żadnego bólu, rozpaczy. Nie czułem. To nie było w sumie życie, raczej wegetacja. Co dziwne, Julia z jakichś niepojętych powodów zamierzała o nas walczyć. Wynajdywała mi zajęcia, zapraszała znajomych. Wszystkie rysunki Daniela, które wisiały w salonie, schowała do szuflady. Zastanawiam się, ile ją to kosztowało. Dość, że efektem jej starań była budząca mnie myśl, czy zrobić to za pomocą żyletki czy lekarstw. Wcześniej śmierć była mi obojętna, teraz stała się pożądana. Ja… W sumie nie wiem, dla kogo piszę to wszystko Przecież nie dla Brocksa. Niech sam się bawi w „lekarza i pacjenta”, notes prędzej zjem niż mu oddam. Kieruję te słowa w przestrzeń, do każdego i nikogo. Tak będzie uczciwie. Wracając. Doszedłem do wniosku, że Daniela i mnie dzieli pewna uciążliwa, choć cienka ściana. Było kilka sposobów, by ją zburzyć. Julia pilnowała mnie i desperacko próbowała naprawić nienaprawialne. Dla mnie i tak coś wtedy się skończyło. Ja tylko chciałem sobie odpuścić i zobaczyć się z synem. Powiedzcie, to naprawdę coś szalonego? Wybrałem leki i alkohol. Tak, to banalne, tak, mogłem się bardziej wysilić, zwłaszcza, że nazywają mnie artystą. Jednak mogłem umrzeć żałośnie i banalnie, byleby tylko być z Danielem. Byłem wrednym egoistą, zapominając o Julii. Mogłem w końcu zabrać ją ze sobą. Trochę żałuję, że tego wtedy nie zrobiłem. Kupiłem, co trzeba. Czułem się wtedy fatalnie, od kilu dni miałem gorączkę. Aby kupić jakieś proszki i alkohol, wylazłem bez parasola i kurtki w sam środek listopadowej ulewy. Juli nie było w domu. Usadowiłem się w fotelu, na stoliku kładąc szklankę, butelkę i fiolkę z pastylkami, nie pamiętam zresztą jakimi. Byłem zbyt osłabiony, by myśleć logicznie. Jedyną klarowną myślą, jaką miałem, było to, że trzeba się śpieszyć. Nie miałem siły i ochoty zastanawiać się nad jakimiś symbolicznymi drobiazgami, rysunkiem synka w dłoni, listem pożegnalnym… Czułem tylko niepokój i obawę, że nie zdążę. Jakby wieczność mogła mi umknąć. Rozdygotanymi rękoma nalałem trunek do szklanki. Nie wiem, co to było… Koniak, wódka, whisky? Na pewno coś drogiego, słodko – ostrego, piekącego przełyk. Połknąłem tabletki i wypiłem od razu całą szklankę. Wziąłem następną garść tabletek, znowu popiłem. Chciałem czekać aż do skutku. Dopiero z czasem zauważyłem, że pokój wiruje. Uwierzcie lub nie, ale nigdy wcześniej nie próbowałem się zabić, więc nie bardzo wiedziałem, co dalej. Postanowiłem zaczekać. Położyłem głowę na oparciu fotela i czekałem na pierwsze objawy. Te nie nadchodziły, nasilała się za to gorączka i dreszcze. Nie reagowałem. Czekałem. Umrzeć od przedawkowania leków czy z przeziębienia, efekt jest ten sam. Byłem spokojny. Do czasu, aż zobaczyłem… właśnie, kogo lub co? Nie wiem dlaczego, ale uznałem go za anioła i ucieszyłem się. Naprawdę. Jego pojawienie się znaczyło jedno – osiągnąłem cel. Tak mi się wtedy przynajmniej wydawało. Nazwałem go aniołem, chociaż na niego nie wyglądał. Rysowałem wiele aniołów, więc wiem, o czym mówię. Nie było tuniki. Nie było srebrnych piór, postaci kobiecej ani zapachu raju. Zamiast tego ujrzałem pokrakę. Siedział na kanapie z podkulonymi nogami, które obejmował nienaturalnie długimi rękoma. Z łopatek sterczały mu kikuty skrzydeł. Pamiętam, że ubrany był w wyblakły fioletowy garnitur z mnóstwem rdzawych plam. Przyglądałem mu się z zainteresowaniem. Gdy człowiek umiera, staje się naprawdę bezczelny. Jego podłużna twarz była blada, jakby pokryta grubą warstwą talku. Usta zdawały się być niezdarnie pomalowane szminką. Czerwone smugi z kącików łagodnie ciągnęły ku dołowi, jakby anioł miał wielką czerwoną kreskę zamiast ust, wykrzywioną w podkówkę. Groteskowo wytuszowane brwi i rzęsy oraz podkreślone kredką oczy upodabniały go do upiornego klauna. Spojrzeliśmy na siebie. Wyglądał na niezdecydowanego, jakby sam nie wiedział, jak się tutaj znalazł. Machnął kilka razy pozostałościami skrzydeł, dotknął resztki czarnych włosów. Tak, on naprawdę wyglądał żałośnie. Gdybym miał siłę, parsknąłbym wtedy śmiechem. Może skoro popełniłem samobójstwo, to nie zasługiwałem na lepsze powitanie i przysłali niedojdę? Na moment wystraszyłem się, że nie spotkam się z synem. Uważniej spojrzałem na anioła. Ten wreszcie wstał. Głową prawie sięgał sufitu. Patykowaty i pokraczny, miał postawę stojącej małpy. Podszedł do mnie powoli i nachylił się ku mojej twarzy. Pachniał starością. Przez chwilę miałem wrażenie, że zamiast oczu ma guziki. Były czarne, połyskujące i idealnie okrągłe. Nie było żadnej głębi. Żadnego rozumnego spojrzenia. „Anioł może być martwy?”, zastanawiałem się. Może bym go spytał, gdyby nie dotknął palcem mojego czoła. Jednak zrobił to, a ja chyba umarłem po raz drugi. Napisałem „chyba umarłem”. Ale to za mało, a teraz niczego nie jestem pewien. Mogę tylko wyjaśnić, że byłem pośrodku chaosu. Pośrodku kotłującej się materii, plątaniny żywiołów i że to było straszne. Coś mnie rozrywało, szarpało, a ja nie mogłem nic zrobić, bo byłem bezsilny. Jakbym tam trafił przypadkiem, jak ziarno piasku pomiędzy trybiki zegara. Byłem sam, a jednak czułem, że on, anioł, jest przy mnie i wciąż dotyka mojego czoła. Zapomniałem o wszystkim, nawet o Danielu. Znikąd spadła na mnie świadomość i potworny strach. Byłem w samym środku pierwotnej siły, której nie da się zatrzymać. Odbierała mi oddech, miażdżyła klatkę piersiową, gruchotała kręgosłup. On wciąż był przy mnie. Tłumaczył. Wyjaśniał, jak dziecku objaśnia się tabliczkę mnożenia. Pokazywał obrazy. Wiele obrazów. Jakieś ulice, ludzi, miasta, samoloty. Dziennikarzy, dzieci, starców, chór głosów, chaos, a nad tym wszystkim kłębowisko dymu popędzane wiatrem. Prawie że mogłem tego wszystkiego dotknąć. Długo mi opowiadał, co się dzieje i co może się stać. Cierpliwie snuł swoją opowieść o końcu świata. Potem nagle wszystko się skończyło, a ja znowu byłem w fotelu. Anioł cofnął rękę, przyglądając mi się uważnie. Chciałem coś powiedzieć, cholera, naprawdę chciałem. Wpatrywałem się w niego uparcie i próbowałem składać litery. Pełen dobrych chęci, pobełkotałem chwilę. On wstał. „Każdy dostanie taki koniec, jakiego się spodziewa. Wiesz to. Jako pierwszy. Wykorzystaj wiedzę.” Potem pamiętam zawodzenie karetki, histerię Julii i szereg kroplówek. Wtedy też zaczęły się moje nocne walki z demonami. Anioł pokazał mi się tylko raz, ale jestem pewien, że to on nasyła na mnie lulkowce, tutry, seremity i resztę. Chce, abym pamiętał. Abym coś zrobił. Nie zrobiłem jak dotąd oczywiście nic. Wmówili mi załamanie nerwowe, depresję. Dość, że przegrałem wojnę z Julią i znalazłem się tutaj. - To tylko załamanie. Wyjdziesz tego – powtarzała do znudzenia. - Nie uważam, abym się załamał. Obcowałem z aniołem, to dla śmiertelnych niepojęte. Powinienem się tego domyślać. Wszyscy wybrańcy mają pod górkę – odpowiadałem wtedy, z bolesną satysfakcją obserwując, jak jej twarz staje się trupioblada. Pamiętam, że gdy minęliśmy bramę i samochód toczył się po żwirowej alejce, poczułem strach. Czułem się, jakbym już nigdy nie miał być szczęśliwy, a reszta tylko na siłę trzymała mnie przy życiu. Dlaczego? Bo wypada? Z policzkiem przylepionym do szyby obserwowałem krzaki róż i szwendających się ludzi w białych kitlach. - Jak się to miejsce właściwie nazywa? – wymamrotałem. - Szpital Św. Anioła – wyjaśniła Julia. Św. Anioła. Ktoś jest bardzo dowcipny. - Jesteśmy na miejscu. Wysiadłem i pierwsze, co ujrzałem, to cokół i znajdujący się na nim marmurowy posąg. Przedstawiał olbrzymiego anioła w powłóczystych szatach, o delikatnych rysach twarzy. Kamienne usta skrzywione były w lekkim grymasie. Rozpostarte skrzydła rzucały cień na pół alejki, ostre lotki lśniły w słońcu. Anioł twarzą skierowaną był w stronę bramy, ręce rozrzucone były w bok, ale całym ciałem zdawał się rwać w kierunku zachodnim, jakby chciał pognać za zachodzącym słońcem. - I ty chcesz stąd uciec – szepnąłem cicho. - To jest już nas dwóch.{/i}

***

W tym miejscu ołówek się zatrzymał. Joel spojrzał na zapisaną kartkę. Czy warto wspominać o pierwszych dniach? O pierwszym posiłku, pierwszym koszmarze, pierwszej dawce leków. A pierwsza rozmowa z Brocksem? Już wtedy zdawało mu się, że lekarz otoczony był murem uprzejmej obojętności i nie zamierza słuchać, co Joel ma do powiedzenia. Bezmyślnie kreśląc esy floresy na marginesie, Joel mimowolnie cofnął się do początków pobytu.

***

{i}- Usiądź, proszę – Brocks wskazał ręką masywne krzesło. Usiadłem więc posłusznie na skraju fotela, czując, że jeszcze nie czas, by się odprężyć. - Wszystkie tak wyglądają? – zapytałem. - Co ma pan ma myśli? - No… czy wszystkie pokoje są takie… gustowne. Doktor roześmiał się cicho, poprawił prostokątne szkła okularów. - Każdy z lekarzy i terapeutów sam zarządza swoim gabinetem. Urządza go tak, aby dawał jak najwięcej komfortu jemu i pacjentom. Czuje się pan komfortowo? - Jak nigdy przedtem. - To miłe. A teraz, Joelu… mogę się tak do ciebie zwracać? - Tak mam na imię – odparłem, nieco zirytowany błazeńską uprzejmością. Doktor bez pośpiechu wyjął szarą kopertę, a z niej kilka kartek. Chwycił pióro, jednak jeszcze go nie odkręcił. Zetknął końce palców i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem. Poczułem się jak nowo odkryty okaz, który Brocks koniecznie chciał skatalogować. - A więc, Joelu, chciałbym się skupić przede wszystkim na tobie. Chciałbym się dowiedzieć, co cię dręczy. Chcę ci pomóc. Mam nadzieję, że odkryjemy źródło twoich kłopotów. Świetnie. Cudownie po prostu. Tymczasem doktor rozsiadł się wygodniej w fotelu, zaszurał nogami i znowu obdarował mnie uprzejmym spojrzeniem zielonych oczu. Zacisnął usta, a siateczka zmarszczek na policzkach stała się wyraźniejsza. Może czekał, aż zacznę? - Próbowałem popełnić samobójstwo – zacząłem więc ostrożnie. Wciąż byłem na nieznanym terenie. Kątem oka zauważyłem ledwo dostrzegalny ruch nadgarstka prawej ręki doktora. – To chyba jest źródło kłopotów. - Nie zawsze. Próba samobójcza to raczej efekt. Nikt nie robi tego bez powodu. - Chciałem spotkać się z synem, to chyba wszystko wyjaśnia. - A może problem kryje się głębiej? Zdębiałem. Przeniesienie Gdzieś Indziej dziecka nie jest wystarczającym powodem? Obserwował mnie łagodnym, pełnym wyrozumienia spojrzeniem. - A bezsenność? – dodałem. - Demony nie dają mi spać. - Pańska żona mi o nich wspominała. Dręczą pana koszmary… - Nie. Demony. Nie śpię, więc nie mogę mieć koszmarów. Przychodzą każdej nocy. Doskonale wiedziałem, że się pogrążam, ale jednak nie potrafiłem przestać. Chciałem sprawdzić, jak wiele zniesie. - Od jak dawna? - Od spotkania anioła. Coś błysnęło w oczach doktora. Krótkie lśnienie na chwilę dodało mu bystrości. - Jakiego anioła spotkałeś, Joelu? – powiedział, tak jakby pytał o pogodę. - Anioła, który przepowiedział mi koniec świata – odparłem, uśmiechając się szeroko. Gdy tu jechałem, obiecywałem sobie, że nigdy nie wspomnę o tym, co się wydarzyło. Teraz jednak zależało mi na wytrąceniu Brocksa z równowagi, nawet za cenę swojej normalności. - Anioł przepowiedział ci koniec świata? – doktor wciąż nie podnosił głosu, jakby zupełnie nie oczekiwał odpowiedzi. Jego ręka poruszała się jakby szybciej. - Tak. Pokazał mi go. Nie podał dokładnej daty, nie znam szczegółów, ale czułem zbliżający się koniec. Wiem tylko, że to niedługo. Brocks milczał przez chwilę. Słychać było jękliwe dźwięki pianina, dobiegające z auli. Jakaś grupa była w trakcie terapii. - Joelu… jesteś pewien? Nic na to nie wskazuje. - A czy coś musi wskazywać? - Tamtej nocy, gdy chciałeś się zabić, miałeś prawie czterdzieści stopni gorączki. Leki wymieszałeś z alkoholem. Sądzisz, że w takiej sytuacji omamy można brać na poważnie? - Anioł zjawił się, zanim straciłem przytomność. - Czy jesteś w stanie podać mi godzinę, o której jeszcze byłeś świadomy? Albo powiedzieć, ile byłeś nieprzytomny? Milczałem. Nie byłem w stanie. Brocks skinął głową w zamyśleniu i po raz pierwszy spuścił wzrok. Po chwili powiedział: - Zlecę odpowiednie badania – to zdanie mogło znaczyć wszystko i nic. - Na razie nie mogę nic stwierdzić. Jesteś zmęczony, Joelu. Ustalę z tobą następnym razem twój plan dnia i sesje, na które będziesz uczęszczał. Pomożemy ci wypocząć. - Bardzo ładna metafora. Czy nie mógłbym wrócić do domu? - Proszę dać nam szansę – Brocks uśmiechnął się cierpko. – Proszę nam zaufać. Zaufać? Być może właśnie uznałeś mnie za jednego z Ludzi Na Zakręcie, pozbawiając normalności. Nie, do zaufania jeszcze długa droga. Wymamrotałem pożegnanie i powoli skierowałem się w stronę wyjścia. - Joelu, jeszcze jedno. - Tak? - Czy ten… ten anioł pokazał ci się jeszcze kiedyś? Muszę przyznać, że długo nie odpowiadałem, to zaciskają, to rozluźniając pięści. Brocks czekał cierpliwie. - Nie… - Przepraszam, nie dosłyszałem. - Nie, nigdy potem mi się nie pokazał – powtórzyłem głośniej. Byłem niemal pewny, że Brocks dopisuje sobie punkt przy swoim imieniu, a przy moim wstawia okrągłe zero. - Rozumiem. Do zobaczenia. Stanowczo nie polubiłem tego szpitala.

Badania wyszły w normie. Żadnych raków mózgów, schizofrenii i nerwic. Brocks musiał być zadowolony, skoro uznał, że „jestem zmęczony”, a demony są wytworem mojego mózgu. Gdy Julia to usłyszała, rozpłakała się. Myślę, że skłonna byłaby wybudować Brocksowi mały ołtarzyk, ozdobić go kwiatami i bić przed nim pokłon dzień w dzień. - Będzie dobrze, Jol – powtarzała, czepiając się mojego ramienia. – Zobaczysz, wyjdziesz z tego, będzie dobrze. Wcale nie było dobrze. I nie będzie. Tak wtedy myślałem. Wciąż tkwiłem pomiędzy. Przede wszystkim chciałem zobaczyć syna, nie planowałem jednak kolejnej wycieczki na tamtą stronę. Mimo to, nie miałem zamiaru naprawiać czegoś, co rozprysło się w drobny mak. Zapadłem w stan Wszystkomijedno i było mi z tym znośnie. Nie zaprzyjaźniłem się z innymi Ludźmi Na Zakręcie. Oglądałem parę filmów, czytałem kilka książek o pobytach w klinikach, a tam raczej zawierali przyjaźnie. Stawiali czoła zdrowym szaleńcom w białych fartuchach. Ale napisałem „raczej”, a ono nie jest całością. Byłem w tym opuszczonym kawałku, tym bez kompanii. Zresztą, tamci też nie widzieli potrzeby wciągania mnie w swoje kręgi. Chodziłem na terapie. Śpiewałem piosenki, poznawałem instrumenty, próbowałem tańczyć, pisać wiersze, - czyli wyżywałem się artystycznie. Jednak nigdy nie rysowałem. Odkąd Daniel Wyszedł Na Chwilę, jakoś straciłem do tego serce. Nieraz potrafiłem godzinę gapić się na ołówek i czuć tylko bezsilność. Za nic nie mogłem go wziąć do ręki. Narysowanie kreski było nieosiągalne. Poza tym, tolerowałem pracę w ogrodzie. „Tolerowałem” to odpowiednie słowo, ponieważ postanowiłem nie przywiązywać się mocniej do jakiejkolwiek rzeczy w Szpitalu. Szczególnie tolerowałem warzywa. Pielenie grządek było znośne. Zajęty likwidowaniem chwastów, zapominałem myśleć. Mogłem po prostu być, bez żadnych zobowiązań i zmartwień, którymi męczyłem się na własne życzenie. Byłem bogiem marchewki. Warte tolerowania.{/i}

***

Joel zacisnął powieki, mocno, mocniej, jakby licząc, że dzięki temu już nigdy nie będzie musiał otwierać oczu. Skulił się na łóżku, niezdarnie próbując owinąć się kołdrą. Miał 36 lat, a czuł się jak mały chłopiec, który próbował zasnąć w pustym domu. Nie, nie otworzy oczu. Za nic. Były tu wciąż. Szumiąc, skrzecząc, szemrząc, łkając. Pełzły po podłodze, rzucały się i gryzły nogi łóżka. Westchnienia, szepty, chichot, jęki, cmokanie, cała gama dźwięków, które go paraliżowały. Tutry, seremity, lulkowce i inne, były jak strzępy koszmarów, jak wyblakłe cienie. Syyynek, coś zawyło w kącie pokoju. Fala wizgów rozległa się na nowo. Joel wciągnął gwałtownie powietrze, czepiając się kurczowo rogu poduszki. Syyynek. Chciał się zapaść sam w sobie, zniknąć. Słyszał ciche chrobotanie po panelach, które wywoływało w nim irracjonalny, dziki strach. W takich chwilach zaczynał mieć prawdziwe wątpliwości, czy wciąż jest normalny. Syyynek. Tym razem wołało tuż przy jego twarzy. Uniósł powieki. Załzawione oko wielkości talerza, jakby zawieszone w powietrzu, wpatrywało się w niego uparcie. Fosforowa poświata rozpraszała mrok. Seremity, do której należało oko, nie widział. Nie był nawet pewny, czy seremity miały jakiekolwiek ciało. Zaczekasz? Milczał. Oko zaczęło się kołysać. On ci powiedział? - Nie ma was – wyszeptał bezgłośnie. – Powiem cokolwiek, powiem… Synek, więc wiesz? - Wcale nie brzmisz jak moja matka. Próbuj dalej, ale skoro ciebie tu i tak nie ma, to po co ten wysiłek? Koniec? - Nie ma żadnego końca. Oko zadrgało, jakby zniecierpliwione. Joel kontynuował monolog, zlepiając ze sobą przypadkowe słowa i wysyłając je w przestrzeń. Seremita była coraz bardziej zdenerwowana. Słyszał szelest i trzaski pod ścianą, szepty zaczęły się nasilać. - Zjadłem wczoraj dobry obiad. Brocks jest starym durniem, wyjdę stąd bez jego pomocy, bez niczyjej pomocy, bez niego, sam, sam sam sam cicho odejdź proszę ja i tak nie przestanę mówić to bez sensu gdzie mój zeszyt to przez was popaprańcy obłęd ja… Tato, wracamy? Joel wierzgnął gwałtownie, głośno wciągając powietrze. Seremita podskoczyła, oko jakby się powiększyło. Tutry zaskrzeczały, lulkowce podeszły bliżej. Joel zacisnął powieki, dławiąc się bezsilnym szlochem. Daniel Nocuje U Kolegi, ale teraz jakby wrócił. Swoim głosem wypełniał cały pokój. Tato, co on ci powiedział? - Wynoś się – warknął ochryple. – Wynoś się. Chwycił nocną lampę i bez namysłu cisnął nią w okrągłe ślepię. Rozległ się brzęk szkła i fala obcych dźwięków zalała go na nowo. Demony trajkotały w podnieceniu, oko znikło, a wraz z nim głos syna. Joel bez sił z powrotem opadł na łóżko, teraz obojętny na wszystko. Chrobot powoli cichł, aż w końcu zmienił się w monotonny szum. Szum odległy, ale wypełniający jego głowę. Huczał w jego czaszce jak rój dzikich pszczół, przynosząc nowe koszmary, wciąż i wciąż, od nowa.

***

- W kogo wymierzona była ta lampa, Joelu? - Przecież mi nie wierzysz, więc dlaczego miałbym ci powiedzieć? - Twoje demony znowu tam były – raczej stwierdził niż zapytał Brocks. Zetknął palce i przekrzywił lekko głowę. Mętnym wzrokiem wpatrywał się w Joela. Mężczyzna zaczął się zastanawiać, czy i doktor nie miał bezsennej nocy. – Nie pomyślałeś, że demony są uosobieniem twoich lęków związanych z przeszłością? Głosy… czy te głosy były znajome? Joel spuścił głowę, zacisnął ręce na poręczy krzesła. Gardło ścisnęło mu się do granic możliwości i nie był w stanie sklecić jakiejkolwiek odpowiedzi. Te pytania były ponad jego siły. Miał wrażenie, że minęło milion lat zanim się odezwał. - Proszę mnie wypisać – wybełkotał. – To ten szpital. Nie cierpię go. - Czy spisujesz wspomnienia w zeszycie, jak ci kazałem? - A co cię to obchodzi? – prychnął. - Spisujesz? Musisz się oczyścić. Nie można uciekać przed problemami. Złe myśli… Ale Joel nie słuchał. Brocks mówił do niego w innym języku, melodyjnym, spokojnym, a przez to zupełnie niezrozumiałym. Zaś Joel nie chciał nauczyć się nawet podstawowych słów. Siedzieli naprzeciwko siebie, oddzieleni biurkiem i to by było na tyle. Mieć i nie mieć syna. Widzieć i czuć koniec. Słuchać co noc mamrotania lulkowców. Jak przetłumaczyć to wszystko na język Brocksa? - Spisuję wspomnienia, ale poza zużyciem ołówka, nie widzę efektów. Nie rozumiesz, że… Brocks jeszcze bardziej przechylił głowę. Przez chwilę Joel miał nadzieję, że psychoterapeutyczny łeb spadnie ze swojej szyi. - Nie, nie zrozumiem. Ponieważ nie dręczę się tak jak ty. Spisuj wspomnienia. Zaklinaj brudy w papierze. A potem je zniszczymy. - I odprawimy dziki taniec wokół ogniska? Ja nie oszalałem, doktorze. - Wiem, Joelu – odparł niezmiennie spokojnie Brocks. – Tu nie ma szaleńców.

***

{i}Przyznam, że straciłem rozeznanie w tym wszystkim. Pogubiłem się po prostu. Nie wiem, czy mogę opisywać przeszłość czy to, co dzieje się teraz. Właśnie rozmawiałem z Brocksem. Kazał mi dalej prowadzić ten cholerny dziennik, a ja jakimś cudem to robię, nie potrafię przestać. Może on to przewidział? Jeśli tak, jest jeszcze bardziej wyrachowany niż sądziłem. Czy co ranek powinienem sobie powtarzać, że demony, anioł są po prostu dość oryginalnym koszmarem? Albo że są skutkiem leków, czy uosobieniem moich lęków z dzieciństwa? Mam wmawiać sobie, że „jestem zmęczony”? Przeciwnie, fizycznie czuję się nieźle. Czym mam być zmęczony; rozmową z Brocksem i sianiem buraków? Mam kolejną wiadomość – Brocks postanowił mnie, chacha, uszczęśliwić i dał mi przepustkę. Julia wykazała się większym refleksem niż ja i zaplanowała mi już czas wolny. Wizyta u rodziny. Oczywiście, to jest to, co Joel lubi najbardziej, tak jak dentystę i grzybicę stóp.{/i}

***

Krople deszczu rozpryskiwały się o boczne szyby samochodu, chaotycznymi zygzakami sunąc w dół. Joel obojętnie obserwował spływającą wodę, co jakiś czas przenosząc wzrok na rozmazane plamy zieleni i brudnoszare niebo. Cały świat zdawał się być rozmyty, tak jakby woda zatarła jego kontury. Joel niemal był pewny, że zaraz drzewa pościekają do kałuż i spłyną na asfalt. Mężczyzna spróbował rozprostować nogi, ale bez skutku. Przekręcił się na fotelu pasażera, szukając wygodniejszej pozycji. Kątem oka złowił lekki grymas Julii, więc natychmiast przestał się wiercić. Gdyby nie audycja radiowa, większość jazdy upłynęłaby w milczeniu. Julia ponuro obserwowała jezdnię. Mknęli szybko, cicho, czas mijał w takt melodii reggae beztrosko płynącej z radia. Joel podparł głowę rękoma, a przed oczyma stanął mu cel podróży. Na wyobrażenie ładnego ceglastego domu, otoczonego ogródkiem, poczuł ścisk w żołądku. Siedział w samochodzie, wieziony przez żonę na spotkanie rodzinne. Prawda ta docierała do niego powoli i opornie, ale mimo wszystko docierała. Joel zastanawiał się, czy nie wolałby w tym wypadku zostać jednak w Szpitalu św. Anioła. Nawet Brocksa da się oswoić, natomiast rodziny nigdy. Powoli pojawiały się zabudowania, wjechali na tereny podmiejskie. Monotonną równinę zastąpiły domy, zadbane rabaty, ogródki oddzielone rzędami tuj. Joel przyglądał się znajomym miejscom. Ich rodzina zjeżdżała się niezmiennie co roku na rocznicę urodzin dziadka. Nie przeszkadzał nikomu fakt, że dziadek nie żył od dwunastu lat. Tradycję kontynuowano głównie ze względu na babcię, a jedyną różnicą było to, iż na krześle obok babki, zamiast dziadka we własnej osobie, znajdowało się zdjęcie jego, ubranego w mundur, obwieszonego medalami. Rok temu i wcześniej, Joel wraz żoną uczestniczyli też w mszy w intencji dziadka. Pamiętał dwa krzesła obite aksamitem, znajdujące się przed samym ołtarzem i babkę w białej sukience, ściskającą nerwowo bukiet kwiatów. Zdjęcie dziadka w mundurze znajdowało się na drugim krześle. Joel czuł wtedy, że fotografia jest pełnoprawnym członkiem rodziny, kochanym i czczonym czasem bardziej niż ludzie. Msza była wzruszająca, a kazanie podniosłe, kończące się zazwyczaj cichym hymnem westchnień kobiet i szelestem chusteczek. Jednak mimo to, Joel cieszył się, że w tym roku nie musi uczestniczyć w ceremonii. Trzasnęły drzwi samochodu, Joel otrząsnął się z zamyślenia i bez szemrania ruszył za Julią. Obcasy kobiety grzęzły w drobnym żwirze, którym wysypana była alejka. Kobieta poprawiła kołnierz, wyprostowała się i zaatakowała dzwonek do drzwi. Zgrzytnął zamek, ugięła się klamka i w wejściu ukazała się otyła blondynka. - Patrzcie, kto przyjechał – zawołała, chociaż swoim ciałem zasłaniała praktycznie całe drzwi i nikt oprócz niej nowoprzybyłych nie widział. Umazane szminką usta uśmiechnęły się szczerze – Joooeeeel, Julia! Wchodźcie! Mężczyzna poczuł, jak ktoś wciąga go do środka, zdejmuje kurtkę i popycha w głąb przedpokoju. W środku było duszno, hałaśliwie, wesoło, tłoczno. Joel witał się z każdym po kolei, nie do końca pewny, kogo właściwie wita. Kątem oka łowił nerwowy uśmiech Julii, wystawiającej policzki do pocałowania. Mężczyzna rozejrzał się po znajomych kątach. Wszystko tkwiło na swoim miejscu, jak zawsze. Drewniana boazeria, kilka dyplomów oprawionych w ramki, fotografie, porcelanowe figurki kotów, kryształowy wazon. Prześlizgnął się spojrzeniem po sprzętach i nie poświęcał im już więcej uwagi. Rozglądał się dalej z cichą nadzieją, że zobaczy konkretną osobę. Widział tylko napływające twarze kuzynów, ciotek, znajomych i nieznajomych. Oszołomiony, poczuł, że wszystko zaczyna mu się mienić w oczach. - Chodźmy się przywitać z babcią – szturchnęła go Julia. Staruszka siedziała w salonie, nieopodal kominka, otoczona gromadką wnucząt. Joel po raz tysięczny stwierdził, że nigdy w życiu nie widział równie kruchej i delikatnej istoty. Dziecko po narodzinach wydawało się mieć więcej siły niż ona. Staruszka siedziała skulona, lekko przekrzywiona na bok, wczepiona w fotel. Drżącą ręką przygładzała białe podobne do waty cukrowej włosy i rozglądała się niewidzącym wzrokiem. Na chwilę spojrzenia Joela i babki przecięły się, mężczyzna odruchowo skinął głową. Wyblakłe oczy babki błysnęły lekko na jego widok, lecz nie był pewny, czy go poznała. Julia przyklękła przy babci, całując ją w końce palców. Przeniosła wzrok na stojąca obok kobietę, która wpuściła ich do domu. - Przyjechaliśmy, cieszysz się? – spytała, bardziej blondynkę niż babcię. – Cała rodzina w komplecie… Jaka cudna broszka… Nie, nie mogliśmy przyjść do kościoła, ale ceremonia na pewno była piękna. Tak, radzimy sobie. Tylko jesteśmy trochę zmęczeni… - Witaj, babciu – Joel wyciągnął rękę. Chwycił końce drżących palców, słabych, nikłych, jakby nierealnych. - Nie, wszystko w porządku – ciągnęła z boku Julia. - Tak. Jak najbardziej. Radzimy

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%