Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 36 min czytania

Szturm

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Coś się zbliżało. Czułem to w kościach. Swędziała mnie cewka moczowa w trakcie współpracy z cewnikiem. Miałem ochotę się podrapać po głowie. A przecież dwa dni temu brałem prysznic. Dla żołnierza piechoty liniowej, który przez cztery miesiące polega na dezynfekcji ultradźwiękowej i zjadaczach naskórka , dwa dni bez prysznica to nic wielkiego.

Miałem swoje 15 minut pod prysznicem w bunkrze nr 4 bazy Erudin, miałem sześć godzin picia kiepskiego alkoholu w tawernie dla szeregowców ( na koszt armii) i kilka godzin snu bez munduru ochronnego. Co za luksus. Tutaj niewielu ma taki. W tawernie spotkałem pilota. Tłusty kurdupel bez czakramu, zwykle pokrywającego ich głowę, wyglądał śmiesznie. - Salem alejkum pilocie. - Alejkum selem weteranie. - Pewnie służysz w lekkich myśliwcach. - Tak, zabójca. - O to doborowa formacja. - Służba jak każda inna, dupy trzeba nadstawiać jak wszyscy. - Ale przynajmniej możesz się bronić. Dla mnie najgorszą rzeczą było lądowanie na tym bagnie. Bujaliśmy się szybowcem dwie kwadry, zdani tylko na waszą łaskę. - Taka już rola piechociarza. Jednak, gdy wy dekujecie się w ciepłych garnizonach, my nadstawiamy codziennie głowę. Zresztą, skończ tą głupią dyskusję. Nie po to mam tydzień na picie, żeby wysłuchiwać monologów na temat wyższości świąt Ran Shid nad Iram Kel. Jeśli nie masz nic ciekawszego do gadanie, to spadaj koleś. - Nie, chciałem się tylko dowiedzieć, czy tam w przestrzeni nie szykuje się jakaś zadyma. Kupa weteranów dostała przepustki. Przysłali jakiegoś gówniarza na nowego dowódcę odcinka. Coś śmierdzi. Może ty coś wiesz więcej. - Nic więcej niż ty. Tylko każą nam latać co chwilę rozwalać wszystkie sondy. Do tej pory większość z nich ignorowali, uważając że specjalne narażanie pilotów nie warte jest tego złomu. Od dwóch tygodni sprawdzamy każde echo. Anilowie, chyba też coś wywęszyli, bo od tygodnia latają jak gridlaki po zestrzelenia gniazda. Gość był do dupy. Nudziarz i gbur. Ale po podlaniu gtogu można było coś od niego wyciągnąć. Mówił, że zrobił tę głupotę i mimo, że obywatel, zaciągnął się do floty dla dziewczyny, która wyszła za innego. Teraz już tutaj 3 cykle, ma dużo szczęścia, że żyje. Skoro stawiała armia podlewałem mu gtogu, o on przy moim wtórze zaczął śpiewać stary szlagier " Miłości moja", potem "Na pierwszej linii frontu". Po zakończeniu przyszła kolej na "Nagrodzonego gwiazdą południa " i kilka innych głupot. Potem nam obu film się urwał.

Obudziłem się na Intensywnym Odwyku Alkoholowym. Komputer terkotał. - Do zakończenia przepustki 3 godziny, do zakończenia odtruwania 15 minut. Medycy szli wolnym krokiem. - Kolejny palant, który sądził, że jak się zapije to ma kilka godzin ekstra. - powiedział młodszy - Musisz ich zrozumieć - bronił go starszy- ci chłopcy po kilka miesięcy, a nawet lat, służą na linii. Teraz dostają kilka godzin przepustki, nawet nie tygodni czy choćby dni, a ty im zabraniasz nawet wypić. Jak się to zacznie większość z nich nie wróci. - Ale taka jest służba. - Nie przesadzaj, nie po to tych młodych gówniarzy po akademiach imperialnych przysłali, aby oni służyli. Potrzeba krwi, wstrząsających informacji dla serwisów. Zauważyli, że rozumie co przy nim mówią. - O Pan cwany się obudził. Niemiłe zaskoczenie. Nie ma dekowania się w areszcie za przekroczenie czasu przepustki- sarkastycznie mówił młodszy. Starszy i ja patrzyliśmy na niego z politowaniem. Głupi smarkacz. Gdybym miał solvera leżałby w roli plamy przesączającej się na niższy poziom. Resztę przepustki spędziłem na testach. Wykazali pełną moją sprawność, włączyli do munduru i z pełnym zapasem energii, uzbrojenia i wyposażenia wsadzili mój szlachetny zadek na snega. Stary grat pruł swoje 300 na godzinę unosząc za sobą tumany kurzu. Coś się będzie działa. Coś się musi dziać.

Służyłem, w armii od pięciu lat. Jak się uda to jeszcze tylko pięć do końca kontraktu. Jednak trzy lata w tym piekle nie można porównać z żadną inną służbą Tutaj każdy dzień liczył się jak rok w koszarach. Rad Implan była kiedyś bogatą rolnicza planeta jednak od 80 laty imperium, w którego to armii miałem zaszczyt nadstawiać dupę, tłukło się z Dominium Anilów. Historia walk na tym zadupiu jest ulubionym tematem rozpraw naukowych tłustych klientów z akademii, niemniej nie mam ochoty się nad nią rozwodzić. Krótko mówiąc, od 80 lat się tu tłuką. Od 10 lat, kiedy wtedy porucznik Sar Theb zdobył ten płaskowyż za barierą, mieliśmy niewielka przewagę. Po serii udanych ofensyw, które pochłonęły nie jeden pułk młokosów, posunęliśmy się około 700 metrów przez 7 lat. Dopiero powrót Sar Theba spowodował jakiś przełom. Jego strategia małych kroczków i nękania spowodowała, że wciągu 3 lat zdobyliśmy więcej terytorium niż przez ostatnie 50 lat konfliktu . Jakąś połowę odległości do kolejnej bariery. Poza tym ograniczył ilość ofiar. Wprawdzie było ich nadal dużo, ale głównie zbyt odważni gówniarze. Rad Implan była dość dziwną planetą. Podzieloną rozległymi pęknięciami skorupy, w których wiecznie płynęła nigdy nie zastygająca lawa. Tworzyła dziesiątki oderwanych od siebie platform, poprzedzielanych górskimi barierami pomiędzy, którymi rozciągały się rozległe rolnicze równiny, a gdzie niegdzie malownicze płaskowyże. Stabilna geologicznie, nie nękana, ze względu na swoja specyficzną strukturę grawitacyjno-elektryczną, przez roje meteorytów, planeta musiała kiedyś być rajem. Można wyobrazić sobie łany zbóż i wielkie stada zwierząt pasących się tutaj. Niestety dzisiaj mieliśmy tu pustynię zatrutą dziesiątkami gazów bojowych, setkami grzybów i bakterii. Przesycona milionami zabójczych wirusów i wiroidów, a także białek apolastycznych atmosfera, kiedyś tak odpowiednia dla człowieka, teraz była zabójcza dla wszystkiego co żyje. Oficjalna propaganda zrzucała winę na Anilów, niemniej nawet głupek, patrząc na tę pustynię, mógłby się domyśleć, że i imperium miało w tym nie mały udział. Sneg stanął. Strażnicy bramy. Zostaliśmy zeskanowani. Biodetektory potwierdziły naszą autentyczność. Jedziemy dalej, jeszcze chwila i będę w swojej jednostce. - Nemo, idioto jak mogłeś się nie postrzelić w Erudin przy butelce gtogu- wrzasnął dekurion- chociaż właściwie, wolę twoją starą mordę niż jakiego młokosa, którego w najlepszym wypadku bym zbierał za dwa dni. - Witaj Deryl. Wracam. Stęskniłem się za wami marudy. - Co słychać w wielkim świecie. - Coś się szykuje, generał Seb Ther dostał urlop i przysłali na jego miejsce jakiś młokosów po akademii. Piloci latają jak opętani i zestrzeliwują wszystko co się pojawi wokół planety. Tak samo zachowują się anilowie. Znowu jakaś zadyma. - Trzeba się jakoś zadekować. - Dekurionie, a masz jakiś pomysł? - Nie, ale lepiej znajdź jakiś pomysł jak przeżyć jutrzejszy patrol.

Wstaliśmy rano. Cała sekcja, rozproszona poruszała się wolnym krokiem. Już odruchowo potrafiliśmy modulować zakłócacze. Odruchowo zajmować bezpieczne pozycje i zmieniając rodzaje kamuflażu. Odruchowo, także strzelaliśmy do wszystkiego co się rusza. Indien szedł pierwszy. Mina! Błysnęło. Macka miny leciała w Andiena. Każdy młokos by się rzucił do ucieczki. Jednak nie weteran. Ucieczka w takiej chwili była by wyrokiem śmierci. Andien zamarł. Mina trochę zwolniła oczekując na jego manewr. Tego potrzebował. Błysk z prawego naramiennika zamienił ją w parę. - Spokojnie , możemy iść dalej. Poruszaliśmy się powoli. Byliśmy zawodowcami, weteranami, którzy ocalili swój zadek przez dwa, a nawet jak ja i Deryl pięć lat siedzenia tutaj, więc żaden z nas nie zrobiłby by głupoty by go łatwo stracić. Dzisiaj szło łatwo Irl wskoczył do wykopu drążonego przez nas od dwóch tygodni. Nikogo i nic nie było. Żadnych min, ani pułapek. Anilowie jeszcze się nie zorientowali. Wyszliśmy około 200 metrów od bunkra. To najgorszy etap wyprawy, trzeba było wyjść w trzech na otwartą przestrzeń i zmontować miotacz. Ale udało się, nie zauważyli nas. Musieliśmy ich zaskoczyć, nie dostosowali swoich wykrywaczy do modulacji naszych urządzeń maskujących. Gdyby rozpoznali nasze częstotliwości nie mielibyśmy szans. Celowaliśmy w ścianę z dala od naszego stanowiska. Starannie wybierając miejsca. - Ok! strzelamy. Trzy kolejne salwy miotacza trafiły w trzy wybrane fragmenty muru bunkra, skutecznie tworząc wyraźne wyrwy. Anilowie rozpoczęli ślepy ogień zaporowy ustawiony na jeden do dwóch kilometrów w głąb przedpola bunkra.- Całkowity brak wyobraźni- pomyślałem. Wypuszczaliśmy powoli muszki. One celując starannie eliminowały automatyczne stanowiska ogniowe i detektory. Potem chwila ciszy. Subtelna jak lampka gtogu wlewana w gardła, gorzka, a tak wytęskniona. Krótka chwila ciszy. Potem oni. Jak spod ziemi wybiegają z podobnych naszemu okopów chłopcy z piechoty szturmowej. Widać młokosy, wychodzą szybko, atakują regularnym szykiem jak na defiladzie. Źle dobrane częstotliwości osłon, zbyt regularny ruch, strzelanie do każdego pocisku, bez względu czy ma szansę ich dosięgnąć czy nie. Nie mieli szans. Pełne ciągłe salwy szły w stronę bunkra, a anilowie nie byli im dłużni. My korzystaliśmy z okazji by nasze muszki eliminowały po kolei automatyczne stanowiska po naszej stronie. Potem powoli zaczęliśmy wychodzić na otwartą przestrzeń. Pojedynczo, nieregularnymi, nieprzewidywalnymi ruchami, rozproszonym szykiem umożliwiający wzajemną ochronę, a jednocześnie uniemożliwiającym określenie pozycji każdego innego członka oddziału na podstawie pozycji kolegów. Tymczasem młokosi twardo szli ku przodowi. Zanim doszli do otworów połowa z nich już nie żyła. Potem zniknęli we wnętrzu bunkra. Chwila błysków i cisza. Wiedzieliśmy. Dwie sekcje zostały pokonane. Gdy wyleciał penetrator anilów mieliśmy pewność, zostali wybici w pień. Może jeden albo dwóch kryło się jeszcze za jakąś ochroną, ale reszta była martwa. Powoli podchodziliśmy do otworów. Całkowita cisza w komunikatorach. Jedynie kontakt mentalny. Znaliśmy się znakomicie, doskonale wyczuwaliśmy swoje myśli. Walczyliśmy w tym składzie 2 lata. Pierwszy minął otwór Intomb. Nie strzelając, wszedł nieregularnym krokiem i ukrył się za bezpieczną zasłoną. Marker podał na wszystkie monitory lokalizację anilów. Potem robiliśmy to po nim. Ostatni wchodził decurion, gdy zszedł z linii wejścia rozpoczął ogień do upatrzonych celów. My za nim. Eliminowaliśmy kolejne cele. Anilowie nie wykryli naszego wejścia, strzelali tam gdzie się nas spodziewali. Tam gdzie leżały ciała młokosów z piechoty szturmowej. Trafiali w pustkę. Nasze salwy natomiast eliminowały obrońców. Przede mną po kolejnej salwie wykryłem zmianę modulacji osłony. Anil. Wyszarpnąłem miecz. Ruch dłonią i stal rozszarpała jego mundur, przebiła skórę. Trąbki smakowe wypadły na zewnątrz. Czarna posoka trysnęła na podłogę. Wydobyłem miecz. Miałem pewność uszkodzenia pompy oddechowej. Umierał. Nie musiałem go dobijać. Zrobiły to gazy bojowe, którymi było przesycone powietrze. W ciągu 10 minut doliczyliśmy się 35 zabitych anilów, inni zaczęli uciekać. Potem pojawił się jakiś człowiek. Wyszedł z boczny drzwi lekkim krokiem szedł w naszym kierunku. Można by pomyśleć, że któryś z młokosów przeżył. Niestety, skaner Indiena nie kłamał. Ludzka mina. Razem z Andienem zaczęli strzelać w jej kierunku. Decurion nie musiał nawet dawać impulsów mentalnych. Nim pociski rozszarpały pancerz miny, wszyscy wylecieliśmy jak oparzeni z bunkra, kryjąc się w lejach, wyżłobieniach i okopach. Mina eksplodowała. Jeśli któryś z anilów pozostał jeszcze w środku, to nie miał żadnych szans przeżyć, właśnie wyparował, jak większość struktur bunkra. Gdy po chwili lej wystygł wpełzliśmy do tego tworu utworzonego z fragmentów ścian bunkra, stopionych skał i pozostało jakiś umocnień. Wystawiliśmy stabilizatory na zewnątrz i czekaliśmy. Artyleria anilów próbowała ostrzeliwać bunkier. Stabilizatory, sterowane z wnętrza tego dość makabrycznego tworu, zestrzeliwały wszystkie pociski mające szanse trafić w nas. Wokół nas szalało piekło, kiedy my byliśmy bezpieczni w środku tworu, który nie tak dawno był niezdobytym bunkrem anilów. Potwornie zmęczeni, ale bezpieczni. - Irl, nadaj do dowództwa, że zdobyliśmy bunkier. Prosimy o wsparcie. Dostaliśmy potwierdzenie odbioru. - Utrzymajcie pozycję. - Jakie miłe pieszczoty Deryl- powiedziałem -Całe szczęście że skończyła się kanonada. - Czy teraz pójdą do ataku? - spytał się Im. - Chyba nie - odrzekł decurion. - Jeśli mają doświadczonego dowódcę i coś węszą to, nigdy nie zdecydują się na atak. Raczej zrobią wrażenie, że są tu słabi i następnie rozbiją każde nie dostatecznie przygotowane uderzenie. - Może masz rację. Te głupki z dowództwa uważają, że anilowie są tak samo głupi jak oni. - Kto kontroluje stabilizatory. - Satab i Hebr. - Satab, co u góry. - Deryl, ucichło. - Czy atakują? - Nie tylko pojedyncze miny próbują się podkraść. Usiedliśmy. Podajniki podawały pożywną papkę, a cewniki usunęły mocz. To już rytuał. - Nemo- spytał decurion- dlaczego wstąpiłeś do armii. - Pochodzę z Go-thab. Tam jest taka tradycja. Mężczyzna bez odsłużenia 10 lat w wojsku nie może poślubić kobiety. - Ale przecież kobiet jest tyle samo co mężczyzn. - Jesteś mało domyślny. Na Go-thab jest 1 mężczyzna na 150 kobiet - Ciekawe. Uuuuuuuuuuuu- przeszedł szmer przez komunikatory. - Dlatego wszyscy mężczyźni, którzy odbyli służbę w armii mają haremy. - A jeśli ktoś, nie chce służyć w armii. - To nie może mieć, żony.- Chwilę się zamyśliłem- Może ją poślubić, ale dopiero kiedy ona skończy 30 lat i nie znajdzie męża, który odsłużył swoje. - Ja bym nigdy nie poszedł na wojnę,- zaczął Irl- gdyby miał tyle wolnych babek na oku. - Czasem pozory mylą. Nie takie spojrzenie na nie twoją kobietę może spowodować moshec. - Co to jest moshec? - To taki rodzaj sądu. Trochę gra, trochę sprawiedliwość. Nie umiem ci wytłumaczyć zasad moshecu. Musiałbyś go zobaczyć. Czasem jest to wyrok sądu, czasem decyzja widzów, czasem, losowanie, a czasem zawody. Rządzą tym ścisłe reguły. Dość trudno to wytłumaczyć to obcym. - Powiedz jak to się kończy? - Najczęściej akh - Czyli czym? - Rodzaj kary- uznania winy- winowajca z reguły jest sprzedany do oddziału karnego. - Dziwne prawo. - Może i dziwne, ale skuteczne. rzadko dochodzi do zdrad na Go-thab. - Więc ile ci zostało nemo? - Mi? Pięć lat, mam nadzieję, że nie w tym piekle. - Nadzieja matką głupich. - Lepiej być głupim i się łudzić, niż nim nie być i klepnąć sobie w czaszkę. - Decurionie - przerwał Hebr. - Liczne miny sami z Satabem nie damy sobie rady. - Ok Nemo, Andien i Indien macie 4 godziny snu. Pozostali strzelają do min. Włączyłem stymulator spałem. Szarpnął mnie Hebr. -Teraz moja kolej. Deryl położył się za Andiena. - I co? - Na razie wszystko w porządku. Zaraz będzie tu jakiś bufon z eskortą. Dobrze poczekamy. Mamy dużo czasu. Pojawili się szybko trzy sekcje młokosów i jakiś sierżant. Obudziliśmy Deryla. - Wszelki duch Pana Boga chwali- zaczął nasz decurion. - Sierżant Broda. Mój dawny decurion. Kopa lat. - Witaj Deryl. Widzę, że uchroniłeś swoją dupę przed odstrzeleniem. A nawet udało ci się awansować. A w mojej sekcji byłeś ostatnią zakałą. - Gdybym był zakałą, dawno by mnie rozpuścił gazy. Kogo ci tym razem dali? - Primari. Jedna z sekcji nawet nie ma dwóch lat wstępniaka. No cóż, taki pluton. - Coś warci? - Trzech rozszarpały miny już na dojściu. A co by było gdyby to była prawdziwa walka. - Czy masz dla nas jakieś rozkazy? - Tak mamy was zluzować. Macie się wycofać do obozu A. - A wy ? - My mamy obronić pozycję za wszelką cenę. - Jakieś ploteczki? -Przejdź na prywatną. Dalszej rozmowy nie słyszałem.

Deryl zarządził wymarsz. Wycofanie się z pozycji niczym nie różniło się od ataku. Poruszaliśmy się luźnym rozproszonym szykiem. Kroki były nieregularne, trudne do przewidzenia. Cały czas zmieniane maskowanie i modulacja. Po drodze zniszczyliśmy kilkanaście min. Niektóre nas nawet nie wykryły. To się nazywa profesjonalizm. Powoli zbliżaliśmy się do dawnej własnej linii obrony. Chyba najbardziej niebezpieczny etap powrotu. Tu zginęło najwięcej ludzi w naszym batalionie. Gdy czujesz się już bezpieczny stajesz się zbyt rozluźniony i nie dostrzegasz atakującej cię miny. Poza tym obrona strefy może cię pomylić z miną ludzką. Mina ludzka przypomina człowieka, potrafi mówić, poruszać się. Jedynie dokładne bioskanowanie pozwala odróżnić ją od nas. Nie demonizujmy jej zdolności, ale czasami mimo bardzo dokładnych kontroli potrafi się przekraść do bunkra i wysadzić z się wraz z dwoma lub trzema setkami żołnierzy. Oczywiście ty też możesz trafić na minę. Zwykle, jeśli się pomylisz przy skanowaniu, to się pod ciebie podczepi. Jednak oddział 10 ludzi czasem jest wystarczającym łupem dla eksplozji.

Zbliżaliśmy się do pierwszego posterunku. Remek oddalił się od oddziału. Zaczął skanować trzech żołnierzy posterunku kontrolnego. Oni również go skanowali. -Ok! -powiedział -wszystko w porządku.- Odszedł. Pod osłoną dwóch innych posterunków byliśmy skanowani, podobnie każdy z nas niezależnie od siebie skanował wszystkie patrole. - Skąd wracacie? - Z bunkra. Zdobyliśmy go. - Bujasz słyszałem, że tam wyrżnęli dwie sekcje piechoty szturmowej. - Tak, natłukli ich. To byli primari. Chyba ich pierwsza walka. Nie musieli się dużo natrudzić, aby wybić ich od nogi. Sami szli pod nóż jak na defiladzie. - Dopadliście ich. - Sami się dopadli. Wypuścili na nas minę samobieżną, a my ją rozwaliliśmy z całym bunkrem. - Ot wola nieba. A teraz co, wygonili was? - Zluzowali. Przysłali pluton młokosów. Już ich natrzepały miny na dojściu. Co będzie w walce? - Gdzie teraz? - Obóz A. - Ot, ci to mają szczęście. Nie dość, że dostaną jakiś order za bunkier, to jeszcze mogą się zadekować

Minęliśmy posterunek. Teraz można było iść swobodniej. Dalej należało zachować szyk luźny. Niemniej poza wartownikami można było rozmawiać. - Deryl, co ty wiesz o tej zadymie? Byłem z Derylem od pięciu lat. Razem służyliśmy w

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Szturm — czytnik · opowiadania