Psychologia · 7 min czytania
Szyba
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mówi się, że wschód słońca jest symbolem nadziei, że owa, z wolna pojawiająca się na horyzoncie, ogromna, jasna, oślepiająca twarz, stwarza nowe możliwości, daje spokój i wytchnienie, łaknącym go, bezimiennym i kruchym postaciom, z wolna przemierzającym zarówno ulice wielkich miast, jak i zapomniane polne ścieżki. Jednak ja każdego dnia czuję jej okrucieństwo, gdy świetliste promienie, niczym wysłannicy złych wiadomości, bezceremonialnie wdzierają się do mego pokoju, pokonawszy uprzednio ciemną barykadę zasłonki, którą wieczorem postawiłem, jakkolwiek bez większych złudzeń, że tym razem okaże się skuteczna. Robią to od niechcenia, schematycznie, a mimo to, mój misternie tkany świat sennych marzeń, słodka chwila odpoczynku w alternatywnej rzeczywistości, rozpada się pod ich naporem, jak chatka z patyków podczas szalejącej wichury, a ja, skulony wewnątrz tego wątłego, lecz tak jedynego i drogiego schronienia, znów jestem nagi, wystawiony na bolesne smagania wiatru i drwiące, lub, co gorsza, obojętne spojrzenia miliardów oczu, bez najmniejszego śladu zrozumienia. Powieki me, starannie przeze mnie obciążone tonami trosk, wysuszone potokami łez, zaszyte grubą nicią nieprzemijającego smutku, również nie okazują mi posłuszeństwa, gdy tylko pojawia się światło. Podnoszą się natychmiast, jak znakomicie wyszkoleni żołnierze, ślepo oddani swemu dowódcy. Groteskowy obraz niegdyś białych, obecnie zaś, pełnych ciemnoszarych plam życiowych doświadczeń ścian, brutalnie wdziera się do mojej świadomości, skąd zdążył wyparować, przez te kilka godzin, gdy została ona spętana przez ciemność. W bezużytecznym, a jednak, jakby na złość, nadal funkcjonującym ciele, zaczynam na powrót wyczuwać drganie mięśni, krążenie przeklętej cieczy, niegodnej noszenia szlachetnego miana ludzkiej krwi. Dłonie, poruszane jakąś niewidzialną siłą, którą z pewnością nie jest moja wola, zaczynają powoli i niezdarnie, aczkolwiek sukcesywnie zrzucać ze mnie gorący kokon przepoconej pościeli. Następnie, ów nieznany mi, lecz podejrzewam, że doskonale znający mnie i lubujący się w prymitywnych, jednak sprawiających mu mnóstwo uciechy zabawach mą egzystencją, Mistrz Marionetek nakazuje, wciąż leżącemu na twardym i nieco za krótkim łóżku, młodemu mężczyźnie (czy to ja?) podnieść się, a ten idiota bez śladu sprzeciwu, na nie wyrażającej właściwie nic twarzy, robi to. Widzę to codziennie, od niemal dwudziestu lat, i nigdy chyba nie zrozumiem, dlaczego. Dlaczego nie zbuntował się? Dlaczego nie podjął choćby jednej, być może rozpaczliwej i z góry skazanej na klęskę próby? Nie wyrwał się z ,pozbawionego czułości, uścisku Marionetkarza, nie wybiegł na ulicę, nie krzyczał, nie uśmiechał się do ludzi, nie szukał przyjaciół, nie padł na kolana, nie błagał o pomoc, nie lubił, nie kochał , nie nienawidził? Zawsze powtarzam sobie, że to już ostatni raz, że więcej na niego nie spojrzę, zostawię go, odwrócę się po prostu plecami, zrobię pierwszy, dość jeszcze niepewny krok, potem kolejny, i następny, aż w końcu stanę całkiem wyprostowany, z pogardą spojrzę na jego nędzną postać, całkowicie opanowaną przez strach i słabość. Wiem jednak, że to nierealne, jestem bowiem jak on, przykuty do niego, niczym mityczny Prometeusz do