Kryminał · 21 min czytania
Szydercy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To nie mógł być pierwszy dzień w szkole. Znałam wszystkich, o tu idzie Isabella, tam pani Mays. Ale było wielkie zbiorowisko ludzi. Całe boisko zapełnione było uczniami, rodzicami i nauczycielami. Czekaliśmy na przemowę dyrektora jak ZAWSZE na nowy rok szkolny. Patrzyłam z góry szukając mojej grupki znajomych, a przynajmniej kogoś znajomego koło kogo mogłam spokojnie siedzieć. W końcu oni mnie odnaleźli .Szli powoli lawirując między innymi uczniami, którzy spóźnili się na przydzielanie pokoi w Internacie i teraz czekali na najgorsze miejsca wśród kujonów, emosów, gotów czy metali. Czułam się niespokojna, strasznie niespokojna. Czułam że coś się stanie, ale nie umiałam wytłumaczyć co, dlaczego i komu. Nic nie wiedziałam. Tylko to czułam. Głęboko w środku, w sercu. Miałam rację. Na boisku zrobił się szum, cheerleaderki przestały wykonywać swoje popisy na piramidach. Rozległy się strzały. Trzy w niebo, jeden w kogoś. Tłum rozstąpił się pokazując kogoś leżącego na trawie. To był chłopak, młody przystojny. Dostał kulkę prosto w serce. Umierał.... Słyszałam kogoś śmiech. Rozejrzałam się i zobaczyłam tylko chłopaka o miodowych włosach, zielono-brązowych oczach. Stał oparty o swój kabriolet z założonymi rękoma. Czarna skórzana kurtka błyszczała w słońcu. Na przystojnej twarzy wykwitł pogardliwy uśmiech. Zmrużyłam oczy, a on tylko zaśmiał się jeszcze raz i wskoczył do auta. Ktoś tam już na niego czekał. Chłopak, Victor Rosenthal. Mój były narzeczony...."
Obudziła się cała oblana potem. Przez chwilę nie zdawała sobie sprawy gdzie jest ani z kim. W głowie wciąć brzmiał głos tajemniczego chłopaka, tak zimny i szyderczy. Dlaczego właśnie on się jej śnił. I to morderstwo w jakieś szkole z Internatem... Nicole Carter zwykle nie zwracała uwagi na to co się jej śni. Uważała to za banialuki tworzone przez zbyt wybujałą wyobraźnię. Nigdy żaden sen się nie spełnił. Sama żyła we śnie. Miała wszystko, prawie wszystko co chciała mieć. Dom z basenem o powierzchni prawie tysiąca metrów kwadratowych tuż przy prywatnej plaży, jacht, własna siłownię, paręnaście kart kredytowych, samochód. Chodziła do najlepszej szkoły w Miami, była kapitanem drużyny cheerleaderek i uchodziła za największą sukę w całej dzielnicy. Spotykała się z gangsterem, którego wszyscy się bali. Nie przeszkadzało jej to, żyła jak księżniczka i tak miało pozostać na wieki. Odsłoniła oczy i spojrzała na błękitne niebo za oknem. Pogoda zapowiadała się cudowna na zakupy w galerii, gdzie umówiła się ze swoja najlepsza przyjaciółką. Westchnęła przestając myśleć o śnie, chociaż raz na czas pojawiał się w jej podświadomości sprawiając w niej dziwny niepokój. Usiadła na łóżku i włączyła radio. Gdy słuchała muzyki zawsze szybciej się zbierała. Ziewnęła jeszcze parę razy i przeciągnęła się leniwie. Ostatnie dni wakacji nie może tak po prostu przespać. Wyskoczyła z łóżka i usiadła przy biurku rozglądając się wokoło. Tatuś po powrocie z delegacji obiecał jej zmianę wystroju sypialni. Różowe ściany strasznie kojarzyły się jej z rozkapryszoną dziewuchą i chciała czegoś nowego. Może złamana biel? Mebli wcale nie musiałaby zmieniać, miały idealną białą powierzchnię. Wszystko będzie białe, zdecydowała pukając palcem w usta. Czysto i niewinnie. Uśmiechnęła się pod nosem. Jej myśli przesunęły się ku dzisiejszemu ubraniu. Zapewne temperatura była wysoka jak na dziewiątą rano,więc potrzebowała czegoś lekkiego i jasnego. ' Był taki przystojny, zielonooki....' Dlaczego znów myślała o tym chłopaku ze snu? Owszem był seksowny, ale nie znaczyło to że mogłaby o nim śnić bez powodu. Westchnęła i wyjęła z torebki notesik. Szybko zapisała swój sen, tyle ile zdołała zapamiętać. Nie wierzyła że to się spełni, chociaż zapewne jedna z jej koleżanek powiedziałaby właśnie że sny czasem stają się jawą. Nicole nie miała ochoty by ktoś umierał na jej oczach znowu. Raz widziała śmierć swojej macochy; została z wielką siłą potrącona przez rozpędzony samochód. Zmarła na miejscu ,a sprawca nie został pojmany. Nikt nie chciał być świadkiem, nikt się nie zainteresował czarnym autem o przyciemnianych szybach. Sama Nicole dziękowała bogu że nie poszła z nią wtedy do tego fryzjera, że Victor zadzwonił do niej z propozycją spotkania, że musiała przystanąć na chodniku. Czy sen to była jakaś aluzja do śmierci Diany? Wzrok podążył do kalendarza. Dzisiejsza data wskazywała powrót ojca. Już dzisiaj znowu go zobaczy. Tęskniła za jego uściskiem, głosem i osoba. Kiedyś nie była z nim blisko; doceniła go dopiero gdy wyszedł po raz kolejny za Evangeline, jej biologiczną matkę. Kobieta stała się cóż brzydko mówiąc podła. Już przestała udawać kochaną mamusię która zrobiłaby wszystko by dostać opiekę nad córeczką. Dopięła swego; dobrała się do majątku i nie chciała puścić. Nicole zmrużyła jasnozielone oczy i podeszła do garderoby. Jedyne co zobaczyła ciekawego to biała krótka sukienka i kremowe platformy. Nie zwlekając długo ubrała się i wyszła do łazienki. Aż podskoczyła słysząc kogoś za drzwiami. Gdy je otworzyła stanęła oko w oko z prawie nagim mężczyzną, kolegą matki z pracy. Leon Sheppard uniósł brew, a ona chyba ze zdziwienia zamknęła mu drzwi przed nosem i wróciła do swojego pokoju i przekręciła zamek w drzwiach. Co to znaczyło? Że mamusia zdradzała ojca? Że wysłała go do Europy po to by móc spokojnie zabawiać się ze współwłaścicielem jej kancelarii prawniczej? Czyżby ich sekretarka, pani Carson stała się zbyt ciekawska i nie mieli wystarczającej prywatności? Oddychała ciężko. - Coś się stało, panienko? - aż podskoczyła widząc Mi-Chan, Azjatkę która była ich jedną ze służących. Właśnie ścieliła jej łózko i patrzyła na nią smutnym wzrokiem. - Ach, przestraszyłaś mnie. Jesteś taka cicha, że nie zauważyłam że wchodzisz - odpowiedziała Nicole ponurym wzrokiem. Nie miała pojęcia jak się zachować, czy powiedzieć ojcu o tym co widziała czy też milczeć by go bardziej nie skrzywdzić. W najgorszym wypadku tatuś stwierdzi że znowu chce pozbyć się matki z domu i da szlaban, w najlepszym pozbędzie się z domu mamusi. Godne zastanowienia. Służąca ukłoniła się przepraszając. - Myślałam że zdążę nim panienka wyjdzie z łazienki. - Moja łazienka jest zajęta, niestety. Jakiś pan... - Pewnie pan Sheppard. Ostatnio często tu bywa, szczególnie w rannych godzinach, jak panienki nie ma w domu. Myślę, że... - Min-chan, ty nie myśl, ty sprzątaj. Mamusię zostaw mi - powiedziała wzdychając. Skoczyła na łózko które dziewczyna dopiero co poprawiła. - Wybacz, sama potem je pościelę. Mogłabyś załatwić mi sok pomarańczowy i jogurt? Dzięki wielkie - poczekała aż służąca opuści pokój po czym sięgnęła po swój różowy iPhone, który aż prosił się o telefon do ojca. Chciała by być teraz w domu i nakrył swoją żonę w łóżku z innym, ale zapewne był jeszcze na lotnisku. Zanim wybrała z listy jego numer ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Przewróciła oczami i wstała z łóżka. To na pewno nie była jeszcze pracownica, nie zdążyłaby dojść do kuchni przez trzy sekundy. Wcale się nie zdziwiła widząc matkę w niebieskim szlafroku. Była zdenerwowana i trochę czerwonawa na twarzy. Ciemne włosy zawinięte miała w ręcznik. - Nicole, co ty robisz w domu o tej porze? - powiedziała z pretensjami w głosie. - Nie powinnaś być w szkole.. - Ty nawet nie wiesz kiedy zaczyna się rok szkolny - powiedziała Nicole kładąc się z powrotem do łóżka .Zrzuciła jeszcze po drodze ciężkie buty. Nawet nie patrzyła na rodzicielkę. Tapeta w telefonie była o niebo ciekawsza niż złośliwy uśmiech mamusi. - Właściwie to masz dobry gust. Leon Sheppard, któż by pomyślał że ktoś taki zechce spojrzeć na ciebie. Albo ty na niego. Albo jest dobry w łóżku, albo ma tyle forsy by cię usatysfakcjonować, co obie wiemy jest baaardzo trudne - uśmiechnęła się mściwie nadal patrząc na wyświetlacz telefonu. - Nie dość że chciwa, to jeszcze dziwka... Evangeline zacisnęła usta i pokręciła w milczeniu głową. - Jak... śmiesz... - powiedziała w końcu. - Nie, jak ty śmiesz. Okłamujesz mnie, ojca i wszystkich. Nie masz prawa go zdradzać, nie masz prawa się wtrącać w nasze życie, nie masz prawa... brać od niego pieniądze. Zostawiłaś mnie wieki temu i tak powinno zostać! - Nicole spojrzała na nią z oczami pełnymi łez. Dawno nie płakała, ale emocje wzięły nad nią górę. Po prostu. - Wyjedź nim ojciec wróci, nie chce cię widzieć. - Doprawdy? - matka uśmiechnęła się podle. - Nicole, wybacz kochanie ale ja nie wyjadę. To mój dom i to nie ty tu rządzisz. Nie możesz mnie wyrzucić. - Taak? Nie mogę? To zrobi tu ojciec , gdy powiem mu z kim się zabawiasz. Nie jestem jedynym świadkiem... Wyjdź, nie mam ochoty na ciebie patrzeć! - wycedziła. Evangeline zmrużyła oczy i wyszła trzaskając drzwiami. Dziewczyna nadal wycierała łzy. Obiecała sobie kiedyś że nie będzie płakać z powodu matki. Kiedy była mała strasznie smutno jej było że jej mamusi nie było przy niej jak u każdej jej przyjaciółki. Po paru latach pojęła fakt że matka nie kocha jej tylko jej pieniądze. - Tato wróć - wyszeptała do siebie przytulając do piersi wielką różową poduszkę z wszytymi jej inicjałami. - Wróć.
*
- Nicole usiądź. Spojrzała na ojca który chodził po swoim gabinecie i wykonała jego prośbę tylko dlatego że wydawał się być czymś zmartwiony. Z trudem panował nad tym by nie zapalić albo nie napić się Whisky w której stronę zerkał raz po raz. Na zmęczonej, ale nadal przystojnej twarzy błąkał się nerwowy uśmiech. Przyjrzała się mu dokładniej. Miał jeszcze więcej zmarszczek niż kiedyś, ale parę z nich dodawały mu uroku. Zielone oczy straciły swój blask, kąciki ust opadły, brązowe niegdyś włosy przerzedziły się i widać było pierwsze siwe kosmyki. Thomas Carter był jeszcze młody, miał zaledwie trzydzieści sześć lat, chociaż wyglądał trochę starzej. Zniszczyły go problemy z żoną, trochę z córką w jej buntowniczych okresach no i praca. Stres był zabójcą jego urody którą odziedziczył po matce modelce i miss świata z któregoś roku. Dawniej pełen życia, dziś wrak człowieka. Uśmiechnęła się tak samo nerwowo jak on i odgarnęła świeżo farbowane na brązowy kolor włosy do tyłu. Założyła…