Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 26 min czytania

Szynka szynce nierówna

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szynka szynce nierówna

Pewnej środy, wczesnym rankiem, w Dębowym Kole, małej wsi na Podlasiu, wybuchł pożar. Palił się chlewik, część skromnego dobytku jednego z okolicznych pijaczków, Sławka Miętko. Cała wieś zbiegła się niemal natychmiast, z wiadrami. Ktoś zadzwonił po straż pożarną, ktoś usiłował odkręcić zawór jedynego we wsi hydrantu. Na próżno. Po pierwsze, zawór był zbyt zardzewiały, po drugie – po niespełna dziesięciu minutach nie było co ratować. Strażacy przyjechali, gdy wszystko już dogorywało i, skoro nie było co gasić, niemrawo zabrali się do łapania łypiącej złym okiem na zebrany tłumek Miętkowej maciory, której jakimś cudem udało się uciec z płonącego budynku. Maciora była we wsi sławna z rzucania się na wszystko, co żywe z zębami i racicami i nikt przy zdrowych zmysłach (poza nieświadomymi jej reputacji gminnymi strażakami) nie ważył się do niej zbliżyć.

Trzy godziny, parę paskudnych ugryzień i jedno złamanie później było po wszystkim i maciora została spacyfikowana. Dopiero teraz Sławek Miętko, zbudzony z pijackiego snu kwikiem i krzykami, wytoczył się z zabudowań mieszkalnych i zaczął kląć na czym świat stoi. Mietek Wieszczuk, jego sąsiad i kumpel od kieliszka, musiał siłą odciągać go od pięciu sponiewieranych strażaków, którzy „pierony durne, poniszczyli mu budynki”, a teraz jeszcze „molejstowali biedną Kojsię”. Jego wydzieranie się na nikim nie zrobiło specjalnego wrażenia, może tylko dostarczyło odrobiny uciechy gawiedzi, która już zaczynała się nudzić.

Dwie godziny później strażacy ustalili, że pożar został prawdopodobnie spowodowany przez lampę naftową, zostawioną przez Sławka Miętko w chlewiku. Jego tłumaczeń, że takowej lampy nie posiada i nigdy nie posiadał nikt nie słuchał, jako że dnia poprzedniego (a właściwie przez cały poprzedni tydzień, może nawet miesiąc) Sławek Miętko znajdował się w stanie, delikatnie rzecz ujmując, wskazującym. Strażakom nie chciało się sprawy dokładnie badać, w końcu nikomu nic się nie stało, nawet mogącej konkurować w kwestii zajadłości z Terminatorem maciorze, a i szkoda była niewielka – chlewik już od dawna stał jedynie dzięki jakiemuś niedociągnięciu w działających na niego prawach fizyki. Dodatkowo właśnie dzwonili z gminy, że piesek pani wójtowej wpadł do studni i że pomoc pilnie potrzebna. Tak więc straż pożarna odjechała jeszcze przed południem, zostawiając Sławka Miętko oraz jego maciorę, przywiązaną do płotu za wszystkie cztery nogi mocną, grubą na dwa palce liną, samym sobie.

Mieszkańcy wioski rozeszli się niedługo potem. Mietek Wieszczuk niechętnie zaproponował sąsiadowi przechowanie maciory w jego oborze. Stwierdził, że musi tylko przygotować stanowisko, sprawdzić, czy belki wytrzymają, ogrodzić wszystko drutem kolczastym... Takie tam. Sławek łypnął na niego ponuro przekrwionymi z przepicia oczami i poklepał swoją dumę i skarb po zębatym pysku.

Duma i skarb usiłowała odgryźć mu rękę. Chybiła o milimetry.

– Spokój, Kojsia, spokój – zamruczał do niej.

Mietek spojrzał na maciorę z powątpiewaniem, ponownie rozważając swoją, ze starej przyjaźni wynikającą, propozycję. Rozumiał, że zwierzę mogło źle reagować na obcych, ale żeby do właściciela...

– Może czas by ją zakłuć, co? – zaproponował.

Maciora zachrumkała tonem, z którego jasno i wyraźnie dało się wyczytać: „tylko spróbuj zbliżyć się do mnie z nożem, a sam skończysz jako szynka, a może nawet kotlety mielone”.

– Cichaj, Kojsia, cichaj – uspokoił ją właściciel, z uczuciem drapiąc jej umięśniony, szczeciniasty grzbiet. – A ty Mieciu bzdury przestań gadać.

– Ale popatrz na nią, wielkie toto jak buldożer, z trzysta kilo co najmniej. Dawno było zakłuć – Miecio nie dawał za wygraną, starannie unikając wzroku maciory.

– Aaa dzieee tam – elokwentnie skomentował Sławek. – Nie taka ona wielka. Poza tym – stara. Mięso będzie łykowate.

Mietek obszedł maciorę, szarpiącą się w więzach tak, że cały płot się trząsł. Obutą w czarny gumofilc nogą na próbę lekko kopnął ją w... szynkę.

– Rzeczywiście, jak kamień. Sławek, ile jej? Cztery lata? Pięć?

– A nie wim – pan Miętko wzruszył ramionami. – Jeszcze tatko nieboszczyk...

– Ociec twój? – zdumiał się Mietek. Odgrzebał w pamięci wspomnienie Miętkowego ojca, wysuszonego jak wiór, surowego mężczyzny. Pamiętał, jak w dzieciństwie stary Miętko prał ich ze Sławkiem pasem, kiedy ich przyłapał, jak za stodołą palą tytoniowe skręty. – Z piętnaście lat będzie, jak mu się zmarło.

– Ano.

Spojrzeli z powątpiewaniem na maciorę. Odwzajemniła spojrzenie.

– Ty, Sławek, mnie się wydaje, że świnie to tak długo nie żyją... – Mietek wyraził głośno ich wspólne wątpliwości. Znów sięgnął pamięcią wstecz. Na posesji Miętków chlewik stał zawsze. A w chlewiku była maciora.

– Pamiętasz, od kiedy twój tatko ją miał?

– Nie.

– A pamiętasz, skąd ją miał?

– Tyż nie. Zawsze była.

– A świniaki miała kiedy jakie?

Sławek Miętko zastanowił się głęboko.

– Chibo niii... – odpowiedział.

– To po kiego ch... ten tego... ją trzymaliście?

Żadne głębokie zastanawianie nie pomogło znaleźć odpowiedzi na to pytanie.

Maciora łypnęła na nich. Mietek poczuł się trochę dziwnie. Że też w tak małej wioseczce, jaką było Dębowe Koło, nikt do tej pory nie zwrócił uwagi na jej podejrzaną długowieczność... Może stało się tak dlatego, że, jak powiedział Sławek, zawsze była. Ludzie się przyzwyczaili.

– Może by ją jednak zakłuć...? – bardzo niepewnie zaproponował Sławek.

– Wrrrrr – wydobyło się z gardła zwierzęcia, zupełnie nie po świńskiemu.

Mietek Wieszczuk cofnął się o dwa kroki.

– Ale najpierw to może proboszcza zawołamy, co?

***

Starszawy proboszcz jeszcze tego samego dnia przyjechał z sąsiedniej Trzepietówki na rozklekotanym rowerze typu damka. Sławek Miętko czekał na niego przed bramą na swoje podwórko, mnąc w dłoniach czapkę.

– Pochwalony, księże proboszczu – przywitał się pokornie.

– A pochwalony, pochwalony. Co tam słychać, panie Sławku? Dawno żeśmy się nie widzieli. Odwiedźcie czasem, kościół w każdą niedzielę otwarty...

– Ano, tego, księże proboszczu, wiecie jak to jest, gospodarstwo... Czasu tak jakoś...

– Dobrze już, panie Sławku, dobrze. Mnie wymówki niepotrzebne, nie przede mną się tłumaczyć będziecie jak czas przyjdzie. Przejdźmy lepiej do interesów. Co tam się za tragedia stała? Wieszczuk o jakimś pożarze przez telefon bełkotał, i jeszcze o jakimś diable wcielonym... Pożar rozumiem, słyszałem, że się wam chlewik rano spalił, przykro mi. To o diable już trochę mniej...

Sławek Miętko spojrzał nerwowo za siebie, na trzęsący się płot.

– Łiii tam, diabeł zaraz... Mietek z igły widły robi. Tak po prawdzie, to ja myślę, że lepiej by zostawić, jak jest...

– Co zostawić? – chciał wiedzieć proboszcz, nagle zainteresowany. Od wyświęcenia służył na wiejskich parafiach i lata doświadczenia mówiły mu, że największe kłopoty zawsze są wtedy, gdy plotki dochodzą aż na plebanię, za to ludzie bezpośrednio zainteresowani migają się od odpowiedzi.

– A głupota – Sławek uśmiechnął się szczerbato, miętosząc czapkę. – Głupota taka...

Zagrzechotał płot.

– Co tam macie, panie Sławku? – zapytał i, nie czekając na gospodarza, wszedł na posesję.

Zatrzymał się przed przywiązanym do płotu zwierzęciem. Było imponujące. Ogromne, umięśnione, różowo-białe, porośnięte gęstą, twardą szczeciną, z wielkimi, wachlarzowatymi uszami i grubym, przypominającym bicz, wcale nie zakręconym, ogonem.

Trochę okopcone.

Sławek, jako że nie był z natury okrutny, a i przywiązanie do pupilki zrobiło swoje, odwiązał od płotu jedną z przednich racic (więcej na razie nie miał odwagi) i podstawił przed jedyną w swoim rodzaju przedstawicielką trzody chlewnej miskę z szarą paciają o nieokreślonym składzie, stanowiącą jej zwykły obiad. Wygląd posiłku zdawał się Kojsi nie przeszkadzać, co można było odgadnąć na podstawie entuzjazmu, z jakim zajęła się konsumpcją.

– Maciora – stwierdził odkrywczo ksiądz.

Zwierzę łypnęło na niego groźnie.

– Ano maciora – westchnął Sławek.

A potem opowiedział proboszczowi, na czym polega problem. Ksiądz wysłuchał go uważnie, podszedł bliżej do maciory, czego o mało co nie przypłacił utratą nogi, obejrzał ją ostrożnie, w oczy zajrzał (czego z kolei o mało nie przypłacił utratą nosa), pomamrotał coś cicho, powzdychał i zwrócił się do Sławka:

– Stara, mówicie.

– Ano stara – potwierdził gospodarz.

– Zakłuć chcecie.

– Ano zak...

– Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrr...

– Oj tam, kłuć zaraz...

– Panie Sławku...

– Ja wiem, że ksiądz proboszcz to zajęty – rozmyślił się nagle Miętko, chwycił proboszcza za rękaw, nakierowując go w stronę bramy na ulicę. – Ja tu księdzu czas zabieram, taką głupotą...

– Czekajcie... Czekajcie... Panie Sławku! Poświęcić chociaż! – sprzeciwił się księżulo, popatrując z ukosa na maciorę.

– Poświęcić? – powtórzył gospodarz powątpiewająco.

– Właśnie. Nie zaszkodzi przecież.

Obejrzeli się na z głośnym chlupotem konsumującego swój obiad zwierza.

– Może i nie zaszkodzi...

Ksiądz, długo się nie namyślając, wyjął z przewieszonej przez ramię torby metalową pałeczkę, wyglądającą trochę jak mikrofon dziurkami na końcu, będącą w istocie polową wersją kropidła, zaszedł maciorę od strony zaopatrzonego w imponujące uzębienie ryja i zaaplikował jej porządną dawkę święconej wody. Gdyby zwierzę było jakimś piekielnym pomiotem, pomyślał, powinno jakoś zareagować. Może nie od razu roztapiać się i dymić, ale jakoś...

Maciora popatrzyła na niego kpiąco znad miski.

Ksiądz proboszcz zmieszał się.

– No nic, panie Sławku, chyba nic złego z nią nie jest. Znaczy, poza długowiecznością. Może to taki gatunek... – podsumował i pożegnał się.

Pan Miętko, zostawszy sam na sam z siłą, okazuje się, wcale nie-nieczystą, podniósł dwa jabłka spod pobliskiej jabłoni, jedno ugryzł sam, drugie rzucił zwierzęciu. Poradziło sobie z nim jednym kłapnięciem paszczy.

– No widzisz, Kojsia. Ty to po prostu inny gatunek jesteś.

***

Plotka o długowiecznej maciorze, gorliwie rozpowszechniana przez Mietka Wieszczuka, rozniosła się po okolicy lotem błyskawicy. Starzy ludzie stwierdzili nagle, że ano, rzeczywiście, Miętkowy ojciec miał maciorę, no i chyba Miętkowy dziadek też miał... Może nawet i tę samą. Ktoś tam nawet do telewizji zadzwonił, ale okazało się, że zajmujące się dziwnościami programy są w tej chwili bardziej zainteresowane gigantyczną pieczarką, znalezioną w Górach Świętokrzyskich oraz serią porwań przez UFO, mających miejsce w centrum Warszawy. Nikogo nie obchodziła jakaś tam świnia na podlaskim zadupiu, w dodatku nielegalna, bo nie zakolczykowana unijną biżuterią.

Mimo braku zainteresowania mediów, gospodarstwo Sławka Miętko, a właściwie jego sąsiada Mietka, u którego maciora chwilowo przebywała (w kojcu, oplecionym gęsto, pod sam sufit, drutem kolczastym), cieszyło się niezwykłą popularnością wśród ludności okolicznych wiosek. Każdy chciał zobaczyć niezwykłe zwierzę. A już najliczniej przychodziły dzieciaki, które przez szpary między drutami wrzucały do świńskiej zagródki jabłka, skórki od chleba i zielsko, tak że Mietek nie musiał nawet sam jej karmić.

Wszystko skończyło się pewnego popołudnia niecały miesiąc później, kiedy to Wieszczukowa obora spłonęła – prawie, popołudnie było deszczowe, a Mietek miał do obory podprowadzoną bieżącą wodę. Po bliższych oględzinach okazało się, że epicentrum nieszczęścia to właśnie kojec Kojsi.

Sławek i Mietek stali przed zagródką, kontemplując osmalony drut kolczasty i, równie osmaloną, ale poza tym całą i zdrową, rezydentkę.

– Trza by wezwać księdza jeszcze raz – powiedział Sławek.

– No – skinął głową Mietek. – Tak dla pewności.

Maciora kwiknęła kpiąco.

***

Ksiądz i owszem, i przyjechał, i pomodlił się tym razem należycie, i poświęcił. Mszę nawet obiecał odprawić. Sprawy zdawały się iść ku lepszemu.

Tydzień po jego wizycie w oborze Wieszczuka znów wybuchł pożar. I tym razem jakimś cudem uniknięto nieszczęścia, ale pechowa maciora została przeniesiona do naprędce zbudowanej na łączce za Miętkowym domem zagrody. Dziwne pożary nie skończyły się jednak, co kilka dni znad łąki unosił się dym. Sławek w przeciągu dwóch tygodni trzy razy musiał wymieniać nadpalone kołki, w końcu poddał się, pojechał na złom, wybrał co mu tam wpadło w oko i sklecił wszystko w jako-tako stabilną, przeplataną kolczastym drutem, konstrukcję. Szybko wszystko poczerniało od dymu.

Jedynym względnie pozytywnym skutkiem całej afery było to, że właściciel Kojsi prawie całkiem przestał pić, kiedy któregoś razu zbudził go zapach spalenizny i okazało się, że cała tylna ściana jego domu (stojącego dobre pięćdziesiąt metrów od zagrody) jest z wierzchu zwęglona. Nawet to nie przekonało go jednak do pozbawienia maciory-piromanki życia, z jakiegoś powodu zupełnie nie mógł się na to zdobyć, czynione jeszcze czasem przez jego sąsiada nieśmiałe wzmianki o kłuciu zbywał…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Szynka szynce nierówna — czytnik · opowiadania