Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 2 godz. 50 min czytania

Szynkadela - najlepszy biznes w powojennej Polsce

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szynkadela Najlepszy biznes w powojennej Polsce

Gęsi, gęsi. Niby te Wodziejowice wcale nie takie małe miasto, a tu w samym centrum, po ulicy gęsi łażą i gęgają. - A sio! – machnął ręką jadący na rowerze mężczyzna i dodatkowo popędził je dzwonkiem. Liczące kilka sztuk stadko ptaków, z głośnym sykiem zeszło z jezdni i czmychnęło w boczną uliczkę. Pan Mieczysław właśnie wracał z sąsiadującej z Wodziejowicami wioski, gdzie u jednego z gospodarzy stawiał piec kaflowy. Zgodnie z umową gospodarz nie częstował go obiadami – miało to na celu obniżenie kosztów robocizny. Dlatego Pan Mieczysław zwykł po pracy, zaglądać do sklepu z mięsem i wędlinami, w którym kupował pęto kaszanki by załagodzić głód po drodze do odległego o osiem kilometrów domu, gdzie czekał niego gorący posiłek. Kupowane w sklepie firmowym masarni „BykRol” kaszanka zawsze smakowała że palce lizać. Nic też dziwnego – wypracowane przez lata funkcjonowania zakładu receptury i częste świeże dostawy, powodowały, że produkty tej masarni nie miały sobie równych na rynku (a już najlepiej smakowały właśnie te kupowane bezpośrednio w sklepie firmowym na ulicy Mięsnej). Blisko sześćdziesięcioletni zdun zjechał z ulicy na chodnik, oparł rower o ścianę parterowego budynku i machinalnie sprawdziwszy, czy włożony do kieszeni w marynarce portfel znajduje się na swoim miejscu, wszedł pośpiesznie do sklepu. Poczuł przyjemny chód, zapach wędlin i powiewy wiatru od kręcącego się pod sufitem wiatraka. Wprawdzie w kolejce stało kilka osób, lecz znany w tym sklepie jako stały klient, mrugnął powieką do układającej towary na półce ekspedientki i powiedział żartobliwym tonem: - Pani Jadziu, pani poda to co zwykle! Ekspedientka uśmiechnęła się w odpowiedzi i podczas gdy jej koleżanka obsługiwała stojących w kolejce klientów, sama zważyła pętko kaszanki, zwinęła je w papier i położyła na ladzie. - To z najświeższej dostawy – poinformowała śmiejąc się krotochwilnie. – Że też ta kaszanka nigdy się panu nie znudzi... - A to dlatego że taką dobrą robicie! – odparł mężczyzna. - Żeby nie dieta, co mi ją lekarz po operacji na wyrostek zalecił, kupowałbym jeszcze więcej. - Te lekarze niby takie mądre a sami też papierosy palą, wódkę piją, innym tylko przez te zakazy życie uprzykrzają! – zezłościła się kobieta. – Mojemu Jaśkowi kazali rzucić palenie, a on nie rzucił! Żyje do tej pory a lekarz w zeszłym tygodniu przeniósł się na tamten świat. Na raka płuc umarł – dodała. - O widzi pani... - mruknął Pan Mieczysław wrzucając pętko kaszanki do torby. – Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – podsumował. Zdun położywszy wyliczone pieniądze na ladzie pożegnał się z ekspedientką i wyszedł ze sklepu. Podszedł do roweru, zawiesił na kierownicy skórzaną torbę, nastawił pedał tak, aby mógł sprawnie ruszyć i usadowił się na siodełku. Odbił się nogą od ściany, zjechał z chodnika i podążył drogą przez miasto. Nie ujechał nawet stu metrów, kiedy czując głód sięgnął do torby i wyjął z niej dopiero co zakupione pętko kaszanki. Była jeszcze ciepła. Pewnie przed chwilą przywieziono ją z masarni. Ugryzł kawałek i to co poczuł wprawiło go w zakłopotanie. Kwaśna jakaś! Cierpka! Nigdy taka nie była! Początkowo myślał, że ulega złudzeniu. Kiedy jednak kwaskowaty smak stał się tak nieznośny, że musiał wypluć wszystko co miał w ustach na ziemie – nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości, że z tą kaszanką coś jest nie tak. Nie był z tych co dają siebie robić w balona! Natychmiast zawrócił i pojechał do sklepu. Nie minęła nawet minuta kiedy z powrotem stał przy ladzie. - Pani Jadziu! Co mi pani sprzedała! – wołał z oburzeniem. – Przecież tego nie da się wziąć do ust! To jest co najmniej nieświeże! - Jak to? – zdziwiła się sprzedawczyni. – Dopiero co przywiezione z masarni! Coś pan zmyśla! - Tam się musiała dostać trutka na szczury! – snuł przypuszczenia Pan Mieczysław – Albo jakieś inne cholerstwo. Niech pani sama spróbuje! Kobieta z wyrazem sceptycyzmu na twarzy odcięła nożem kawałek kaszanki i wzięła go do ust. Po chwili jej policzki wydęły się, a oczy zrobiły okrągłe jak pięciozłotówki. Przysłaniając usta ręką, pobiegła na zaplecze sklepu. Wróciła po minucie z wyrazem niesmaku na ustach. - Panie Mieczysławie, ma pan racje! – oznajmiła ze wzburzeniem w głosie. – Okropnie kwaśna! Czuć ją, taką trutką na muchy. Jak to się nazywało... mucho...mucho – usiłowała sobie przypomnieć. - Muchozolem! – podpowiedział zdun. - Właśnie! Muchozolem! – przytaknęła sprzedawczyni. - Co robimy? – zapytał mężczyzna. – Ja chcę tą dobrą kaszankę, albo zwrot pieniędzy! Ekspedientka podeszła do rogu pomieszczenia, w którym zawieszono na wbitym do ściany gwoździku książkę skarg i zażaleń. Położyła ten mocno zakurzony i dawno już nie używany dokument na ladzie, a następnie przewróciwszy kilka kartek wskazała miejsce na wykonanie nowego wpisu. - Musimy złożyć reklamacje – orzekła patrząc na Pana Mieczysława. - To stanowi podstawę do zwrotu pieniędzy. - Co mam wpisać? – zapytał mężczyzna niezgrabnie obracając długopis w ręce. - Co pan uważa. Pan Mieczysław nachylił się i tuż pod wpisem z osiemdziesiątego czwartego roku, w którym ktoś żalił się na niedosolone śledzie zamieścił krótką uwagę: „Kaszankę czuć Muchozolem”. Ekspedientka wzięła książeczkę i z powrotem powiesiła ją na gwoździku. - Już dzwonie do BykRolu – powiedziała odchodząc na zaplecze. – Swoją drogą to bardzo dziwne, że taka dobra masarnia wypuściła taki bubel! Coś musiało się stać na linii produkcyjnej! – w progu odwróciła się i zawołała do Pana Mieczysława: - Przepraszamy za cały kłopot! - Nic się nie stało. Do widzenia! – odpowiedział wychodząc ze sklepu.

Genewa

Słynny Zegar Kwiatowy mieszczący się w położonym nad brzegiem Jeziora Genewskiego parku Jardin Anglais wskazywał godzinę 15:30 kiedy Zenon Orłowski – prezes BykRolu i Austriak Hans Roithner - właściciel kilku zakładów mięsnych w Wiedniu uścisnęli sobie ręce, przypadkowo spotkawszy się na korytarzu w gmachu, w którym od kilku dni trwało spotkanie przedstawicieli Lubelskiego Stowarzyszenia Przetwórstwa Mięsnego z delegatami Zrzeszenia Masarzy Regionu Wiedeńskiego. Zgromadzeni w tym miejscu fachowcy od technologii, produkcji i marketingu obydwu organizacji mieli za zadanie ustalić zasady współpracy w zakresie prowadzenia wspólnej polityki rynkowej po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Do tego przełomowego momentu pozostał zaledwie rok, a ogrom prac wyznaczonych do osiągnięcia założonych celów, zdawał się przypominać czyszczenie mitycznej stajni Augiasza. Każdy rozwiązany problem, wydobywał na światło dzienne kolejne dwa, z którymi trzeba było się uporać. Przestarzały park maszynowy polskich masarni wymagał gruntowniej restrukturyzacji. Bez poprawy stanu technicznego maszyn oraz wykorzystania nowoczesnych technologii, polskie produkty nie były w stanie sprostać ostrym normom stosowanym w krajach Unii Europejskiej. Poprawa zaplecza technicznego niosła za sobą ogromne koszty, których masarze z Lubelskiego nie byli w stanie ponieść nawet w dziesiątej części. Dlatego też duże nadzieje wiązano z osobą Hansa Roithnera, który poważnie podchodził do inwestycji w zakłady mięsne na terenie Lubelskiego. Oznaczało to że Austriak uzyska znaczny wpływ na dalszy los tychże zakładów. To było do przewidzenia, że nowy inwestor zacznie zaprowadzać swoje porządki, co niekoniecznie oznaczało pozytywne zmiany dla zatrudnionych pracowników. Doświadczenie uczy, że w takich okolicznościach często dochodziło do grupowych zwolnień, mających na celu obniżenie kosztów produkcji. Pomimo tych obaw w obliczu ujednolicenia rynku z Unią, propozycja Roithnera była jedynym sensownym rozwiązaniem, mogącym uchronić masarnie Stowarzyszenia przed bankructwem, spowodowanym zalaniem lokalnych rynków lepszymi jakościowo i tańszymi produktami z zachodu Europy. Dlatego ośmiu prezesów zakładów mięsnych z Lubelskiego, wykorzystywało każdą sposobność, aby zyskać przychylność bogatego Austriaka w celu otrzymania możliwie największych środków na rozbudowę kierowanych przez siebie placówek. Kiedy tak wszyscy nadskakiwali Roithnerowi, Zenon Orłowski zdawał się całkowicie go ignorować. W ogóle sprawiał wrażenie, że jego obecność na spotkaniu w Genewie spowodowana jest taktem i grzecznością jaką chciał zachować dla swych obecnych współpracowników w Polsce i przyszłych w Austrii. Gdyby jednak faktycznie taki przyświecał mu cel, to poniósł on całkowitą porażkę gdyż notorycznie spóźniał się na posiedzenia, momentami okazywał jawne oznaki znudzenia i braku zainteresowania tematem ( ziewał i bez skrępowania rozmawiał przez telefon komórkowy). Ta arogancka postawa prawdopodobnie wynikała z faktu, że BykRol nie potrzebował żadnego inwestora, a wręcz nawet go nie chciał. Firma została gruntownie zrestrukturyzowana jeszcze kilka lat temu. W owym okresie gdy na parkingach zarządów konkurencyjnych zakładów pojawiały się luksusowe samochody, do BykRolu przyjeżdżały ciężarówki z maszynami stanowiącymi elementy nowej linii produkcyjnej. Gdy członkowie zarządu konkurencji wyjeżdżali po kilka razy w roku na wczasy do położonych w egzotycznych miejscach kurortów, pracownicy masarni w Wodziejowicach udawali się na szkolenia do Holandii. Dziś efekt tak różnego potraktowania dostępnych kilka lat temu środków finansowych był taki, że BykRol funkcjonował znakomicie, podczas gdy inne zakłady ledwo przędły. Orłowski do tego stopnia był przekonany co do jakości swoich produktów, że zaproponował Roithnerowi test polegający na rozprowadzeniu po sieci sklepów z wędlinami we Wiedniu partii wędlin wyprodukowanych w BykRolu. Austriak zgodził się na przeprowadzenia tego ciekawego eksperymentu. Dwie tony wyprodukowanych w Wodziejowicach parówek, po uprzednim przebadaniu przez odpowiednie służby, trafiło do kilkunastu sklepów w stolicy Austrii. Już pierwsze dni miały rozstrzygnąć czy wyroby z Wodziejowic utrafiły w gusta Wiedeńczyków, czy mieszkańcy tego miasta w ogóle się nimi nie zainteresowali. Jak się prędko okazało rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania. O parówkach z Wodziejowic napisano nawet w stołecznej prasie! Hans Roithner był dobrze trzymającym się pięćdziesięciolatkiem. Wyglądałby o co najmniej pięć lat młodziej gdyby nie rozległa łysina na czubku głowy. Mając sporą tuszę często męczył się i pocił, dlatego zawsze w prawej ręce trzymał różową chusteczkę, którą co chwile ocierał twarz i ową łysinę na głowie (już nawet ta czynność powodowała, że dostawał zadyszki). Wszędzie poruszał się z swoim nieodłącznym pupilkiem – małym białym prosiaczkiem. Hans prowadzał go na smyczy tak jak małego pieska. Prosiak co jakiś czas był wymieniany na młodszy i mniejszy okaz. To posunięcie podyktowane było względami Public Relations, ponieważ Austriak doszedł do wniosku, że mając u boku wyrośniętą świnię wyglądałby nie jak biznesmen, lecz jak pastuch. Był on człowiekiem z natury łagodnym i spokojnym, jak przystało na właściciela od lat dobrze prosperującej firmy. W chwili gdy spotkał się z Orłowskim towarzyszyła mu młoda asystentka. Dziewczyna trzymała w ręku wiklinowy koszyczek, nakryty białą serwetką. Musiało wydarzyć się coś niedobrego, ponieważ naturalny spokój ducha Austriaka został gwałtownie zaburzony. Dało się to poznać po nerwowym kroku i szybkiej gestykulacji w trakcie rozmowy z asystentką. Prezes BykRolu traktował Roithnera jako konkurenta. Nie tylko nie chciał oddać władzy nad BykRolem, lecz ufając jakości swych produktów zamierzał wyłamać się z Lubelskiego Stowarzyszenia Producentów Przetwórstwa Mięsnego i prowadzić działalność na własną rękę. Obranie takiej polityki stwarzało możliwość podbicia rynków Unii Europejskiej i osiągnięcia nie ulegających podziałowi zysków. Jednak gdyby wyroby BykRolu nie sprzedawały się, to mogło to spowodować sromotną klęskę całego przedsięwzięcia. Gra była jednak warta świeczki i Orłowski był gotów to ryzyko podjąć. - Hallo mister Orłowski! – wołał Hans Roithner, wchodząc do przestronnego holu. – I was looking for you almost the whole day! Prezes BykRolu rozpaczliwie rozejrzał się wokoło za tłumaczką, która w czasie biznesowych wizyt nie odstępowała go ani na krok. Nie znał angielskiego w ogóle, co w panujących do tej pory realiach zupełnie nie przeszkadzało mu w prowadzeniu interesów. Warunki jednak się zmieniały i czasami z zażenowaniem stwierdzał, że nie jest do nich dostosowany. Przewidująco zapisał się na kurs łamania języka jeszcze rok temu, ale jest tyle naglących spraw na prezesowskiej głowie... Gdzie jest ta tłumaczka?! Rozmawia przy recepcji z jakimś Szwajcarem! Po francusku! Co za dziwny kraj ta Szwajcaria – jedna narodowość a cztery języki! Istna wieża Babel! Trzeba być poliglotą aby żyć tym kraju! Tłumaczka szybko oceniwszy sytuacje, stwierdziła że jej obecność u boku swego pracodawcy jest teraz nieodzowna. Przerwała prędko rozmowę z Szwajcarem i po chwili stała już obok Orłowskiego. - Czy pan zdaje sobie sprawę z tego co mi pan zrobił?! – wołał z oburzeniem austriacki przedsiębiorca wymachując trzymaną w ręku gazetą. – Dobre imię zakładów Wien Fleisch Fabrick, zostało na zawsze utracone! Nigdy więcej nie zgodzę się na takie eksperymenty! Żądam rekompensaty i sprostowania w mediach! - Chwileczkę! – przerwał gwałtownie Orłowski. – Raczy pan najpierw wyjaśnić o co chodzi? Austriak potrząsnął gazetą, przewrócił kilka pierwszych stron i wskazał ręką krótki artykuł opatrzny zdjęciem pacjenta leżącego na szpitalnym łóżku. - Proszę pana! To skandal! – Roithner wcisnął Orłowskiemu do ręki gazetę. – Pięć osób trafiło do szpitala, po zatruciu się waszymi polskimi, prowincjonalnymi wędlinami! Ja firmowałem swoim nazwiskiem te kiełbasy! Czy pan wie co to dla mnie znaczy? Utrata zaufania klientów, to ogromne straty finansowe, nie mówiąc już o czasie i zabiegach, które trzeba włożyć w odbudowe marki! – Austriak otarł chusteczką zapocone czoło i łysinę. Jego oczy strzelały piorunami. – Może u was w Polsce, to normalne, że ludzie się zatruwają waszymi produktami, ale u nas w Austrii nie! - To z całą pewnością jakieś nieporozumienie! – Zenon Orłowski demonstracyjnym ruchem przedarł gazetę na pół i zgniótłszy ją niedbale, wyrzucił do stojącego obok kosza na śmieci. – Wyroby BykRolu w niczym nie ustępują waszym – austriackim. Nasze linie produkcyjne w Wodziejowicach są sterylnie czyste! Sprawę zatrucia należy dokładnie zbadać! - To się skończy w sądzie! – groził Roithner. - A idź pan z tym kiełbasami nawet do Trybunału Konstytucyjnego w Hadze! – zirytował się Orłowski. – I tak racja będzie po naszej stronie! - Kiełbasy to ja dla was przyniosłem – rzekł Austriak z pogardą w głosie. Skinął ręka na asystentkę, która podeszła do prezesa BykRolu i wręczyła mu wiklinowy koszyczek, przykryty serwetką. Spojrzała wyniośle w oczy wyższemu od niej o pół głowy Polakowi i odwróciwszy się na pięcie, wróciła za szerokie plecy swojego szefa. - Co to jest? – zapytał Orłowski nieufnie przyglądając się trzymanemu w rękach koszyczkowi. - To trzy kilogramy wędlin z zakładów Wien Fleisch Fabrick. Wieźcie je do Polski i uczcie się jak się robi porządne kiełbasy! – wyjaśnił austriacki przedsiębiorca. – Niestety daleko im jeszcze do naszych... Na twarzy prezesa BykRolu pojawiły się czerwone wypieki. Krew zaszumiała mu w uszach. Powstrzymał jednak wybuch gniewu i odezwał się spokojnym, sztucznym tonem: - Podarunek przyjmujemy. Może nawet czegoś się nauczymy – machnął wiklinowym koszyczkiem i nie wiedzieć czemu dodał. – Nie dla psa kiełbasa! - Co słucham? – spojrzał na niego Roithner. - Nic, nic nie ważne – odparł Orłowski. Popatrzył ostentacyjnie na zegarek i rzucił krótko. – Interesy wzywają. Żegnam! - Good bye! – odpowiedział Austriak. Pociągnął za smycz prosiaczka i wolno podreptał ku wyjściu. Jednak w połowie drogi odwrócił się i zawołał: - Mister Orłowski! Polak zatrzymał się i popatrzył na niego z zainteresowaniem. - Pan się stanowczo za często spóźnia. To musi się zmienić! – powiedział Roithner. Podszedł po zdumionego tą uwagą prezesa polskiej firmy i zdjął ze swojej ręki zegarek z grubą złotą bransoletą. Otarł chusteczką spoconą twarz i rzekł: - Oto mój Rolex. Skoro mamy współpracować, to proszę pamiętać o tym, że czas to pieniądz, a szczególnie w moich zakładach Wien Fleisch Fabrick. Czy to jest jasne? - Tak – odparł Orłowski. – W BykRolu nie marnujemy go na posiedzenia – dodał hardo i wsunąwszy sprezentowanego Rolexa do kieszeni w marynarce wybiegł po schodach.

Wodziejowice

Zza zasłoniętego drzewami zakrętu dochodziło charakterystyczne dudnienie silników motocyklowych. Dwa lśniące chromem i błyszczące nowiutkim fabrycznym lakierem Hayrele Electra wytoczyły się zza zakrętu i jadąc z wolną, spacerową prędkością pokonały mostek nad niewielką rzeczką a następnie po dodaniu gazu na krótkim odcinku prostej, zatrzymały się tuż za bramą wjazdową do BykRolu. Siedzący w portierce mężczyzna z zainteresowaniem wyjrzał przez okno i sądząc, że motocykliści zamierzają wjechać na teren zakładu wcisnął przycisk otwierający szlaban. Pomalowanie biało-czerwoną farbą ramię uniosło się do góry. Jeden z Harleyowców dał ręką znać, że nie zamierzają wjeżdżać za bramę. Portier opuścił szlaban i zaciekawieniem przyglądał się dwóm wspaniałym maszynom, które kosztowały więcej niż suma rocznych pensji wszystkich pracowników BykRolu. Tymczasem obydwaj motocykliści zdjęli kaski. Na tle ich czarnej jak heban skóry błyskały białka oczu i białe zęby. Byli murzynami. Postawili Herleye na bocznych stopkach i stanąwszy obok siebie, przyglądając się zabudowaniom BykRolu rozmawiali ze sobą w jakimś niezrozumiałym, z pewnością nieeuropejskim języku. Zaskoczony widokiem egzotycznych gości portier wychylił się przez okno i wykrzyknął nazwę jedynego państwa afrykańskiego państwa jakie znał: - Kambodża? - No, no! – zaprotestowali przybysze. - Kalifornia! - O! Kalifornia – zawołał portier. – Kalifornia blues! Na chwile znikł w budce, aby otworzyć szlaban ciężarówce wyjeżdżającej z zakładu, po czym wyszedł na zewnątrz i ciekawością przyglądał się dwóm pięknym Harleyom. W tym czasie obywaj czarnoskórzy obcokrajowcy rozmawiali ze sobą z ożywieniem pokazując rękoma budynki na terenie zakładu.

Akurat tak się złożyło, że staremu Kazimierskiemu, nie wypłacono jeszcze renty w tym miesiącu. Czekał dwa tygodnie, co dnia wyglądał listonosza, a tu renty nie ma i nie ma. A przecież z czegoś trzeba żyć. Założył więc pięcioletniemu bykowi powróz na rogi i pociągnął go ze sobą do skupu żywca przy zakładach BykRolu. Byk już od dawna był przeznaczony na sprzedaż. Kazimerski chował go do rozpłodu, ale zimą ważący dziewięćset kilogramów zwierz nadepnął mu na nogę. Minęło pół roku, a rana wciąż nie chciała się zagoić. Wreszcie Kazimierski po bezskutecznych kuracjach różnymi maściami od znachorki wybrał się do lekarza. Ten obejrzał nogę i mówi: „ - Gangrena! Palce trzeba amputować, albo dwa lata leczyć”. Jak się łatwo domyśleć Kazimierski wybrał leczenie, a koszty miał pokryć winowajca, czyli byk. Przy tej wadze, w skupie miał wziąć za niego około osiem tysięcy, co w zupełności wystarczało na opłacenie lekarzy i leków. W chwili gdy Kazimierski utykając na jednej nodze pojawił się na mostku ze swoim wielkim, bykiem którego prowadził na grubym powrozie, z wystającego pręta na przyczepie ciężarówki odczepił się kawałek czerwonego, płótna służący do zasygnalizowania wystającego elementu. Płótno porwane wiatrem przez chwile leciało w powietrzu i upadło na jeden z stojących przy bramie Harley Zaczepiło się o kierownice i łopotało na wietrze. Byk kiedy to zobaczył, wypuścił parę z nozdrzy i puścił się biegiem. Drobny Kazimierski nie był w stanie go utrzymać. Powróz został wyszarpnięty mu z rąk. Murzyni słysząc dudnienie spojrzeli w stronę mostku. Zobaczyli sadzące na nich wielkie rogate bydle. Dostrzegłszy czerwone płótno na Haryley`u zorientowali się, jaka jest przyczyna i jednocześnie cel szarży byka. Właściciel pięknego motocykla podbiegł i usiłował zerwać czerwone płótno. Daremnie jednak! Zaczepiło się o coś i nie chciało puścić! A pędzący byk był już tylko, ze dwadzieścia metrów z tyłu! Murzyn chcąc ratować drogą maszynę przed staranowaniem, wskoczył na siedzenie, odpalił silnik i ruszył na wysokich obrotach z miejsca. W samą porę, gdyż rozwścieczona bestia niemal już dosięgała go rogami! Murzynowi na pewno udałoby się uciec przed bykiem, jednak nie miał gdzie, bo z naprzeciwka pędziła ciężarówką. Skręcił więc w polną drogę, a byk mając przed oczami czerwoną płachtę cały czas pędził za nim. Niestety po pełnej wykrotów i wybojów drodze nie dało się szybko jechać. W zasadzie Harley i pędzący za nim byk zachowywali tą samą prędkość, a dystans między nimi skracał się bądź wydłużał zaledwie o kilka metrów. Jakiś stary dziadek, który kosił trawę na łące aż opuścił kosę ze zdumienia jak zobaczył jadącego polną drogą murzyna na lśniącym chromem motocyklu i goniącego go potężnego byka.

Kiedy tak kalifornijski murzyn uciekał na Harleju przed Kazimierowskim buhajem, mieszkająca na skraju Wodziejowic znachorka oprawiała uroki próbując odpędzić gorączkę, na którą skarżył się jeden z jej stałych pacjentów – Antek Gruszka – rolnik na czterdziestohektarowym gospodarstwie. Próbowała ziół, maści przeróżnych, ale nie dawało do żadnego skutku. W końcu mówi do obecnej przy tych wszystkich zabiegach Antkowej: - No nic. Trzeba by go do pieca na trzy zdrowaśki wsadzić! - Jak trza, to trza – zgodziła się Antkowa. – Żeby tylko chłop szybko wydobrzał, bo żniwa idą. Obydwie baby położyły otumanianego ziołami chłopa na desce, przykryły prześcieradłem i wsunęły do pieca w miejsce gdzie wypieka się chleb. W palenisku płonął już ogień. Odmawiając zdrowaśki co jakiś czas zagadywały do Antka, żeby wiedzieć czy nic mu się nie dzieje. Antek mówił, że wszystko w porządku, tylko że niemiłosiernie gorąco. Po trzech zdrowaśkach wyjęły go z pieca i zaniosły do sadu, „żeby wystygł” – jak mówiła znachorka. Zostawiły chłopa przykrytego prześcieradłem, na ławce pod śliwą i wróciły do chaty. A Antkowi, który dzisiaj wypił już ze trzy litry wywarów z ziół, mało pęcherz nie pękł, tak chciało mu się sikać. Zdjął z siebie prześcieradło, wstał z ławki i pobiegł do wychodka, który stał parę metrów dalej obok gnojowiska. Nie mógł zobaczyć tego momentu, kiedy pędzący przez łąki Harley, wpadł na drewniany płot, rozwalił go w drzazgi i wjechał do sadu. Tuż za nim bieżył mocno już zdyszany buhaj. Motocykl uderzył w gruszę i wywrócił się na bok. Kierujący nim murzyn, poleciał na ziemie. Widząc nabiegającego byka zerwał się i zaczął uciekać przez sad. Zwierz zatrzymawszy się na chwilę nad leżącym motocyklem zdarł rogiem szmatę i puścił się w pogoń za uciekającym murzynem. Czarnoskóry mężczyzna biegł na oślep miedzy drzewami, okrążył oborę i zobaczywszy wychodek próbował go otworzyć, żeby się w nim schować. Drzwi jednak były zamknięte. Aby ukryć się przed goniącym go po sadzie bykiem położył się na stojącej obok ławce i nakrył prześcieradłem. Tymczasem rozwścieczone zwierze nie mogąc odnaleźć swojej ofiary wybiegło, przez połamane ogrodzenia z sadu i pognało w pola. Ankowa wyszła z chaty, żeby zobaczyć jak czuje się jej mąż. Czy już całkiem wystygł, czy jeszcze nie? Podeszła do ławki, zerwała prześcieradło i ujrzawszy czarnego człowieka ryknęła w niebogłosy: - Jezusicku! Maryjo! Antek cały się spiekł!

* * *

Dwa kręcące się tuż pod sufitem wiatraki znakomicie radziły sobie z schładzaniem gorącego powietrza w sali konferencyjnej BykRolu, jednak w żaden sposób nie mogły rozpędzić nerwowych fluidów, które krążyły wśród zgromadzonych tutaj pracowników marketingu i działu kontroli jakości. Leciutkie powiewy wiatru poruszały stosem faksów z przysłanymi reklamacjami. Od wczoraj nadeszło ich już kilkanaście. Zakład jeszcze nigdy nie wypuścił tak feralnej partii produktów. Do tej pory nie wykryto co jest przyczyną, częstych zatruć i niemiłej woni wędlin, kaszanki i parówek, które wyprodukowano kilka dni temu. Sprawą tą od kilku godzin zajmowało się zakładowe laboratorium a wyniki analizy miały być dostępne lada moment. Na przykrytym białym obrusem długim stole konferencyjnym znajdowały się dwa stojące obok siebie talerze z wędlinami. Jeden z nich był biały a drugi czarny. Przyniesiono je tutaj przed chwilą na polecenie Orłowskiego. Nikt nie potrafił domyśleć się jaki za tym posunięciem kryje się cel. Wszak jeśli nawet wędliny zawierały substancję, która spowodowała zatrucia, to i tak nie będzie jej widać gołym okiem. Około dwudziestu osób oczekiwało w nerwowym napięciu na przybycie szefa. Jedni ukrywali swe emocje pod maską sztucznego spokoju, drudzy jawnie okazywali oznaki podenerwowania. Żaden z nich, znając porywczość swego pryncypała, nie mógł być pewien swego losu. Zresztą wszystko zależało od wyniku analiz laboratoryjnych, które wskażą przyczynę oraz winnych tej porażki, a prezes zadecyduje, jak ich ukarać. Zenon Orłowski gwałtownie wkroczył do sali. Zatrzasnął drzwi, energicznie podszedł do stołu i rzucił na blat skórzaną aktówkę z wyglądającym z niej plikiem dokumentów. Wyprostował się i potoczył pałającym gniewem wzrokiem po zgromadzonych w sali podwładnych. - Klęska! Nieprawdopodobny brak odpowiedzialności i rażące zaniedbania! – wyrzucił z siebie po chwili pełnej napięcia ciszy. – Zawiódł dział kontroli jakości i dział produkcji. Nikt nie miał odwagi się odezwać. Wszyscy wiedzieli jakim nerwowym człowiekiem jest prezes i wielokrotnie byli już świadkami, podejmowanych przez niego pod wypływem impulsu, pochopnych i radykalnych decyzji. Mimo tego musiał być jednak dobrym menadżerem skoro potrafił doprowadzić BykRol do tak znaczącej pozycji na rynku. Stąd też nawet jeśli jego decyzje były podejmowane pod wpływem impulsu, to jednak w ogólnym rozrachunku zawsze racja była po jego stronie. Rozległo się kilka nerwowych kaszlnięć, szuranie butów po podłodze. - Panie Zenonie, może trochę więcej szczegółów – mocnym głosem odezwał się szef produkcji. – Ciekawi jesteśmy co konkretnie się stało? Orłowski pochylił się nad stołem, wyjął ze skórzanej aktówki kilka kartek papieru i zamachał nimi w powietrzu. - W laboratorium stwierdzono, że partie produkcji z ostatnich kilku dni, w tym również ta reprezentacyjna, która poszła do Austrii, zawierały dziesięć razy większą niż przewidują normy dawkę kwasku mazatanowego – rzucił na stół kartki z wynikami analiz i potoczył wśród zgromadzonych gniewnym, oskarżycielskim spojrzeniem.- Nie rozumiem jak można było dopuścić się takiego niedopatrzenia! - To niemożliwe! – zaprotestował szef produkcji. – Robiliśmy wszystko zgodnie z procedurami! Osobiście nadzorowałem prace! - Porozmawiamy o tym nadzorowaniu w moim gabinecie! – rzucił krótko Orłowski. - Czy oby w wynikach analiz nie doszło do pomyłki? – odezwał się kierownik działu kontroli jakości. – Ze swojej strony mogę panu przedstawić wyniki analizy, w których czarno na białym stoi, że składniki w tej partii produkcji były dobrane zgodnie z recepturą i procedurami – wątły i chudy mężczyzna odpowiedzialny za kontrolę jakości przemieścił się kilka kroków w stronę drzwi. - Proszę poczekać, zaraz przyniosę wyniki. - Niech pan nigdzie nie odchodzi! – prezes zatrzymał go w miejscu. Kilkanaście zaskoczonych spojrzeń spoczęło na wysokiej szczupłej postaci Zenona Orłowskiego. Ten zaś energicznym ruchem głowy odrzucił do tyłu spadającą na czoło kruczoczarną grzywkę i wskazując na dwa położone na stole talerze powiedział: - Zrobimy teraz mały sprawdzian z wiedzy o firmie – podszedł do środka długiego stołu. – Na jednym z tych talerzy znajdują się parówki z Austriackich zakładów Wien Fleisch Fabrick, a na drugim nasze z BykRolu – zrobił kilka kroków do tyłu i mówił dalej: – Zasady są proste. Należy odgadnąć, które są nasze, a które z Austrii. Kto stwierdzi, że nasze są na białym talerzu, ustawia się w tym rogu sali – wskazał ręką na lewo – a kto uważa, że na czarnym, ustawia się tam przy drzwiach – skinął ręką w prawo. Przez chwile zapanowała cisza. W kilka sekund później rozległy kpiarskie, skrywane pod przysłoniętymi dłonią ustami prześmiechy. Wygląda na to, że szef z tych nerwów kompletnie ześwirował! Robi z siebie błazna! Jak można nie poznać wędlin przy których pracuje się od lat? - A to nam pan prezes szaradę wymyślił! – roześmiał się w głos szef produkcji. Podszedł do stołu, pochylił się nad talerzami, chwilę pomyślał i rzekł: - Ja nawet patrzeć nie muszę, już po samym zapachu poznaje, że te na czarnym, to nasze są! - W takim razie proszę na prawo – rzekł Orłowski z nie zdradzającą żadnych emocji miną pokerzysty. Do stołu zbliżył się ów chucherkowaty człowieczek odpowiedzialny za kontrolę jakości. Popatrzył niepewnie na dwa talerze z wędlinami i zapytał: - A czy mogę spróbować? - Ależ oczywiście – zgodził się prezes. Człowieczek wyjął z kieszeni scyzoryk, otworzył go i odkroił kawałek kiełbasy z czarnego talerza. Wziął go do ust, chwilę posmakował i przełknął. Tej samej degustacji poddał wędlinę z drugiego talerza. Ogłoszony pewnym głosem werdykt brzmiał: - Zgadzam się z szefem produkcji. Nasze są w czarnym półmisku. - Zatem proszę na prawo i zapraszam dyrektora marketingu – powiedział chłodnym tonem Orłowski. Gładko ogolony, ubrany w granatowy garnitur mężczyzna około czterdziestki zbliżył się do stołu mając na twarzy starannie dobrany ironiczny uśmiech. Niech wszyscy wiedzą co on sobie myśli o tym kretynie – Orłowskim i jego idiotycznym testowaniu pracowników. Nawet nie pochylając się nad talerzami, rzuciwszy nań tylko przelotne spojrzenie orzekł: - Ależ nie ulega najmniejszych wątpliwości, że nasze są na tym czarnym! Orłowski bez słowa skiną ręką na prawo. Dyrektor marketingu dumnym krokiem oddalił się w kierunku drzwi. W dalszej kolejności do stołu pochodzili pracownicy zajmujący podrzędne stanowiska. Niejednokrotnie ludzie zajmujący się produkcją. Choć było kilku takich, którzy mieli odmienne zdanie, niż większość i chętnie stanęliby po lewej stronie, to jednak ulegając psychologii tłumu woleli nie wyróżniać się od reszty, uważając że w kupie zawsze bezpieczniej. Zwłaszcza że w tej licznej grupie znajdowali się ich szefowie. Na samym końcu, do stołu podeszła młoda dziewczyna pracująca jako rozbieraczka, zatrudniona jeszcze na okresie próbnym. Stanęła przy stole i nie mogąc się zdecydować wpatrywała się to w jeden to w drugi półmisek. - Nad czym się pani tak długo zastanawia? Proszę wybierać i iść w prawo lub lewo! – popędził ją Orłowski. - Kiedy, panie prezesie, mnie się wydaję, że ani jedne, ani drugie nie są nasze... – odpowiedziała dziewczyna nieśmiało, widząc w wyobraźni kadrową rozkładającą bezradnie ręce ze słowami: „chyba jednak nie zdecydujemy się przedłużyć pani umowę o pracę”. Stojąca przy drzwiach kilkunastoosobowa grupka ludzi skomentowała tą odpowiedź salwą śmiechu. Ta ogólna wesołość jednak nie trwała długo. Śmiertelnie poważna mina Orłowskiego, zamroziła śmiechy. - Zgadza się - odparł szef BykRolu. Obciągnął poły marynarki i włożywszy ręce do kieszeni zwrócił się do stojącej obok drzwi grupy zaskoczonych pracowników. – Sprawdzian miał jeden mały haczyk: żadna z tych wędlin, nie została wyprodukowana ani w naszych zakładach, ani w austriackich zakładach Wien Fleisch Fabrick. Wszystkie pochodzą od konkurencyjnej firmy Rolpex. Szmer zaskoczenia przebiegł przez sale. - Pan chyba sobie z nas żartuje, panie prezesie! – oburzył się dyrektor marketingu. – Nie rozumiem jak można poddawać nas, wieloletnich doświadczonych pracowników tego zakładu, tak podchwytliwym testom?! To zakrawa na kpinę! Co pan chce przez to osiągnąć? Zenon Orłowski poniósł teczkę z wynikami analiz i potrząsając nią w prawej ręce opowiedział: - Zbadać zangażowanie pracowników, ich stan wiedzy o produkcie a także stopień identyfikacji z firmą – rzucony przez niego plik dokumentów z trzaskiem wylądowała na stole. – Niestety żaden z testów nie dał pozytywnego wyniku – dodał z przygnębieniem. Usiadł zrezygnowany na krześle i mówił dalej bez cienia gniewu, czy wyższości w głosie: - Idą nowe czasy. Większe wymagania i ostrzejsza konkurencja. Nowy rynek to będzie nieustanna bitwa o klienta. Z takim zespołem jak wy nie podołam – wstał z krzesła, włożył ręce do kieszeni w spodniach i przespacerował się kilka kroków w milczeniu. – Ale ja przewidywałem, że wy możecie nie zdać tego egzaminu i przygotowałem na tą okazję coś specjalnego... – w jego prawej ręce pojawił się telefon komórkowy. Wybrał z pamięci numer i odezwał się krótko do słuchawki: – Pani Zosiu, zapraszam do konferencyjnej. Kliknięcie rozłączanej rozmowy i pełna napięcia cisza. - Co to ma znaczyć? – odezwał się nieufnie szef produkcji. – Co pan znowu knuje? - Knuje? – obruszył się Orłowski. – Ja nic nie knuje, ja was wszystkich zwalniam! Wybuchł gwar rozmów. Rozległy się gwizdy. Ktoś wywrócił krzesło, które z rumorem poleciło na podłogę. - Czy mnie słuch nie myli?! – odezwał się szef produkcji. – Chce pan zwolnić prawie połowę pracowników?! – wysunął się do przodu i stanął kilka kroków od przełożonego. – Ponad trzydzieści osób wykwalifikowanego personelu? Skąd pan weźmie ludzi na ich miejsce? Ta firma nie poradzi sobie bez nas! – drżącymi rękoma wyjął paczkę papierosów i machinalnie szukał zapalniczki. Znalazł ją w kieszeni marynarki. Próbował odpalić, lecz nie wydobył się zeń nawet najmniejszy płomyczek ognia. - Nie ma ludzi niezastąpionych – odparł Orłowski. Wyjął z kieszeni swoją benzynową zapalniczkę i wręczył ją byłemu szefowi produkcji. – Proszę użyć mojej. Pańska się już wypaliła – usiadł na krześle i założywszy nogę na nogę swobodnym tonem dodał: - Przy dzisiejszym bezrobociu łatwo zastąpić starego pracownika nowym. Tak jak zużyta zapalniczkę. Rozległy się okrzyki oburzenia. Zuchwały prezes BykRolu zachowywał się wręcz skandalicznie! Bezkarny truteń, który zrobił karierę rękoma dziesiątek przeciętnych ludzi wykonujących nudną, taśmową robotę. Czy nie było nikogo nad nim, aby mógł ukrócić jego fanaberie i przywołać go do porządku?! Otworzyły się drzwi. W progu pojawiła się krępa postać kadrowej. Kobieta weszła do sali trzymając w rękach gruby plik kartek. Z zapytaniem w oczach spojrzała na prezesa. - Proszę wręczyć wypowiedzenia! – powiedział Orłowski oschle. – Wszyscy tutaj zgromadzeni z dniem dzisiejszym kończą pracę w BykRolu! – wstał z krzesła i zobaczywszy stojącą wciąż przy stole dziewczynę, która pomyślnie przeszła test, poprawił się: - Przepraszam, oczywiście ta pani pracuje nadal. Początkowy szok i zdziwienie wśród zgromadzonej w sali licznej grupy pracowników przeistoczył się w złość i agresję przeciwko butnemu i pewnemu siebie prezesowi. Ten człowiek zdecydował o wyrzuceniu ich na bruk z łatwością jakby chodziło o usunięcie zużytego tonera do drukarki! Żeby chociaż oni czuli wypaleni zawodowo, to mogłoby zmieniać postać rzeczy. Lecz oni wciąż byli pełni zapału do pracy, wspólnie doprowadzili firmę do rozkwitu, a tu raptem spada na nich jak grom z jasnego nieba wiadomość: „Przy dzisiejszym bezrobociu łatwo zastąpić starego pracownika nowym, jak zużytą zapalniczkę. Zwalniam was!”. Jakiś mocno podenerwowany, rosły mężczyzna przebił się przez tłum, złapał leżące na podłodze krzesło i ruszył z nim na Orłowskiego: - Ty sk.......u! Kredyt na mieszkanie wziąłem! Zaraz rozwalę ci łeb! – wołał przygotowując się w biegu do zadania ciosu drewnianym oparciem. – Władza ci odbiła! Ale to się skończy! Powstał rwetes. Kobiety zapiszczały, mężczyźni sypnęli przekleństwami. Jednak nikt nie kwapił się powstrzymać wielkoluda. Rzucone przez niego z mocą krzesło poszybowało w powietrzu i pewnie trafiłoby Orłowskiego w samą głowę, lecz ten ułamek sekundy wcześniej uchylił się i dał nura pod stół. Krzesło z impetem uderzyło w ścianę i zsunąwszy się po niej upadło na podłogę. - Wezwać ochronę, wezwać ochronę! – krzyczał Orłowski biegnąc na czworaka pod stołem. – Zadzwonić na policje! Natychmiast! Ogromny mężczyzna chyba rzeczywiście postanowił zrobić mu krzywdę, gdyż nie dając za wygraną złapał za nogę stołu i gwałtownym szarpnięciem odsunął ten ciężki mebel o dwa metry w bok. Orłowski leżał na podłodze wystraszony jak karaluch, który po podniesieniu miotły, nagle znalazł się w zasięgu światła dziennego. Widząc idącego w jego stronę wielkoluda, zerwał się na równe nogi i wyskoczył na parapet okna. Przez moment na jego twarzy pojawiło się wahanie, lecz dostrzegłszy kątem oka swego prześladowcę zaledwie kilka kroków za swoimi plecami, zacisnął zęby, zwarł się w sobie i wyskoczył przez okno. Leciał około dwóch metrów gdyż sala konferencyjna mieściła się na pierwszym piętrze. Wylądował na hałdzie węgla, która zamortyzowała upadek. Podniósł się, wytarł chustką pobrudzone ręce i zszedł w dół na betonową podmurówkę. Słysząc wybuch śmiechu w sali konferencyjnej, spojrzał w górę na otwarte okno i mruknął: - Nie dla psa kiełbasa. Tfu!

* * *

Z górującej nad miastem fary dochodziło donośne bicie dzwonów. Zgromadzeni na dorocznym odpuście mieszkańcy Wodziejowic gęstym wiankiem otoczyli kościół oraz wylegli na biegnącą obok niego ulicę. Głośniki rozbrzmiewały statecznym, spokojnym głosem proboszcza. Dzieci biegały od kramu do kramu i zachwytem przyglądały się rozłożonym na stolikach kolorowym zabawkom. Nastrój uduchowienia mieszał się z odgłosami trąbek, brzęczydełek, gwizdków, fujarek, strzałów z pistoletów na kapsle i na korki. Co chwilę rozlegały się też salwy gromkiego męskiego śmiechu. Odpust stwarzał znakomitą okazję do spotkania i pożartowania z sąsiadem zza miedzy, kolegą ze szkoły i znajomym z pracy. Stanowił też doskonałą sytuacje wyjściową do umówienia się na piwo w „Weku” – miejscowej pijalni tanich napojów wyskokowych. Rozległ się śpiew chóru dziewczęcego, mocnej zabiły dzwony. Czyniono przygotowania do wyjścia na procesję. Lśniące czerwonym lakierem Porsche Carrera nadjechało od strony niewielkiego ryneczku i zaczęło wolno przeciskać się przez stojący na ulicy tłum wiernych. Widok luksusowego samochodu wzbudził sporą sensację wśród mieszkańców małego miasteczka. Dziesiątki zaciekawionych spojrzeń próbowało przebić przyciemniane szyby i dojrzeć kierowcę nieosiągalne drogiego dla przeciętnych obywateli auta. Jednak nałożona na szyby ciemna powłoka antyrefleksyjna skutecznie uniemożliwiała zlustrowanie wnętrza pojazdu. Pomimo tego dla niektórych nie było tajemnicą, kto prowadzi ten sportowy wóz. Człowiek ten należał on do jednych z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w Wodziejowicach. Zenon Orłowski – on to bowiem zasiadał za kierownicą Porsche, ostrożnie przejeżdżał przez stojący na ulicy tłumek. Zaskoczone i pełne podziwu spojrzenia jakimi obdarzano jego samochód wywoływały w nim poczucie dumy. Zakupione rok temu w salonie nowiutkie Porsche było dla niego czymś więcej niż samochodem – oto wyjeżdżał na drogę i czuł się kimś wyjątkowym. Przy powszechnych Toyotach, Nissanach, BMW, Mazdach, Fiatach i innych autach dla przeciętnych zjadaczy chleba, jego piękny czerwony bolid prezentował się jak urodziwa królewna wśród gromady wiejskich dziewuch. Stanowił też namacalny i niepodważalny dowód życiowego sukcesu i jednocześnie świadczył o właściwych metodach postępowania właściciela, które doprowadziły go do osiągnięcia dobrobytu i powodzenia. Pogląd ten całkowicie wytłumiał wątpliwości związane ze zwolnieniem jednej trzeciej załogi BykRolu. Zapewne większość lokalnych pseudobiznesmenów uznałaby to posunięcie za błąd w sztuce lecz on - nieomylny Zenon Orłowski – podświadomie czuł, że jest to kolejny krok w drodze do sukcesu firmy. Co prawda jeszcze nie wiedział w jaki sposób szybko uzupełnić braki kadrowe, tak aby nie doszło do przerwy w produkcji, wierzył jednak w swoją nieprzeciętną pomysłowość i obrotność. Wszak gdyby nie posiadał tych cech, jeździłby dziś co najwyżej zdezelowanym Citroenem a nie Porsche! Liczył na to, że w stosownym czasie przyjdzie mu do głowy odpowiednie rozwiązanie. Obawiając się zemsty ze strony zwolnionych pracowników popadł w lekką paranoję. Wynajął firmę ochroniarską, która obstawiła dom, kupił i nosił przy sobie pistolet gazowy a ponad to zastanawiał się nad sprawieniem sobie ochrony osobistej – wysportowanego dobrze władającego bronią palną goryla. Po głębszym przemyśleniu odrzucił jednak ten pomysł, ponieważ obecność osobistej ochrony byłaby jawną oznaką strachu, a tego nie chciał po sobie okazywać. Wręcz odwrotnie, w tej sytuacji zamierzał promieniować odwagą i pewnością siebie. Na szczęcie tę aktorską grę, z racji zajmowanego stanowiska, od dawna miał opanowaną aż do perfekcji. Ominąwszy stojący na ulicy różnobarwny tłum, skręcił w lewo na drogę prowadzącą do wylotu z miasteczka i po przejechaniu kilkuset metrów zatrzymał się na czerwonym świetle. Przed nim rozpościerał się długi liczący co najmniej pięć kilometrów odcinek prostej dwupasmowej szosy. Przygotowując się do szybkiej jazdy na wprost, czekał na zmianę świateł. Trzymając mocno zaciśnięte ręce na kierownicy, usłyszał dźwięk nadjeżdżającego z prawej strony samochodu. Granatowe Subaru Impreza zrównało się z jego Porsche na białej linii zatrzymania przed światłami. Dwóch ogolonych na łyso z grubymi tłustymi karkami dresiarzy, śmiało się do niego przez opuszczoną szybę. Prowadzący sportowe auto dwudziestokilkuletni mężczyzna dodawał i ujmował gazu powodując, że Subaru rozbrzmiewało głębokim basowym głosem silnika. Jednocześnie dawał rękoma znaki, że chce się ścigać. Zenon Orłowski spokojnie czekał na zmianę świateł. Jeszcze tylko kilka sekund i zapali się zielone. Jest już żółte. Nogą wcisnął gaz i z przyjemnością wsłuchał się w muzykę, wkręcającego się na wysokie obroty silnika Boxtera. Stojące obok Subaru huczało wibrującym dźwiękiem załączonej turbiny. Obydwaj kierowcy wbili wyczekujące spojrzenia w stojący przy drodze semafor. Jest zielone! Dwa stalowe rumaki przeraźliwym z piskiem opon wyrwały przed siebie! Młodszy kierowca miał szybszy refleks i wcześniej wcisnął pedał gazu. Na pierwszych metrach Subaru wysunęło się o pół długości do przodu. Nie trwało to długo bo wkrótce kopnięty mocą czterystu dwudziestu koni mechanicznych Porsche, zerwał się jak przyczajony w zaroślach na ofiarę jaguar i rzucił się naprzód zachłannie i co raz szybciej połykając kolejne metry asfaltu. Z dziecinną łatwością wyprzedził idące na pełnej mocy turbiny Subaru i cały czas, jakby nie istniał dla niego opór powietrza, przyśpieszał i gnał przed siebie. Silnik wkręcił się na nieosiągalne dla przeciętnych samochodów obroty i dopiero teraz przy prędkości sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, poczuł się jak człowiek, który rozprostowuje kości po długotrwałym siedzeniu w fotelu. A strzałka licznika cały czas przechyla się w prawo: sto dziewięćdziesiąt, dwieście, dwieście dziesięć, dwieście dwadzieścia. Zewsząd dochodzi świst ciętego z dużą prędkością powietrza. Droga staję się wąska jak wstążka a rosnące obok niej drzewa migoczą jak kadry w filmie, tworząc wysoki zielony szpaler zakończony błękitem nieba. Dwieście pięćdziesiąt, dwieście sześćdziesiąt! Za oknem huragan, a widziane w bocznym lusterku Subaru wlecze się gdzieś daleko w tyle jakby ciągnęło olbrzymią cysternę z paliwem. Głód wrażeń, głód prędkości, poziom adrenaliny wzrasta wraz z agresywnymi obrotami silnika a umysł domaga się jeszcze szybciej, jeszcze więcej, noga bezwiednie wciska gaz a prędkościomierz jakby nie istniała żadna ograniczająca go bariera przechyla się w prawo. Dwieście dziewięćdziesiąt, trzysta kilometrów na godzinę! Jedność - całkowite zintegrowanie się człowieka z maszyna i przestrzenią. Przetrzymać ten stan! Upajać się nim jak najdłużej, balansując na granicy życia i śmierci! Subaru już dawno przestało się liczyć w tej grze. A jednak skoncentrowany na prowadzeniu samochodu kierowca kątem oka dostrzegł zbliżający się z prawej strony cień. Z hukiem porównywalnym do dźwięku silnika odrzutowego czarny motocykl majestatycznie zrównał się z jego Porsche. Przez chwilę obydwa, prujące przestrzeń z niesamowitą prędkością, pojazdy szły łeb w łeb, lecz schowany za szybką motocyklista, walcząc z ogromnym naporem powietrza, przylgnął szczelnie do swej maszyny i niemal dotykając już brodą chłodnego baku okręcił do końca manetkę gazu. Motocyklem szarpnęło. Posiadając jeszcze rezerwę mocy pomknął do przodu zostawiając za sobą superszybki bolid i jego rozgalopowane czterysta dwadzieścia koni mechanicznych. „Dawca nerek” – przemknęło Orłowskiemu przez głowę. W chwilę potem przypomniał sobie, że sam ma żonę, dzieci i zaczął zwalniać przed odcinkiem gdzie kończyła się prosta, a zaczynały ostre zakręty. W ciągu kilku sekund wytracił prędkość do stu kilometrów na godzinę. Ustał świt powietrza, silnik wszedł na spokojniejsze obroty. Wyścig skończony. Zaczęła się zwykła jazda. Dopiero po minucie w lusterku pojawiło się sunąca z dużą prędkością Subaru. Prowadzony przez młodych ludzi samochód ledwo wyrobił na zakręcie i rósł w oczach. Wyprzedził Porsche i biorąc przednimi kołami pobocze wszedł w kolejny zakręt. Orłowski, już się nie ścigał. To która maszyna jest szybsza rozstrzygnęło się przed chwilą na długiej prostej. Wrócił do rozmyślań o trudnej sytuacji w jakiej znalazła się kierowana przez niego firma. Skąd wziąć dwudziestu kilku wykwalifikowanych pracowników i szybko ich przeszkolić? Prawdopodobnie nie zbierze całego zespołu spośród ludności zamieszkałej w Wodziejowicach, a zatem musi naprędce zorganizować zakwaterowanie dla zamiejscowych. Przyszło mu na myśl, aby dogadać się z właścicielem taniego hotelu przy stacji kolejowej. Hotel mógłby być dobry na początek, później postawi się jakiś barak na terenie zakładu i wynajmie w nim pomieszczenia odpłatnie. Pomyślał sobie, że znowu jak kot spadnie na cztery łapy i jeszcze na tym zarobi. Jadąc biegnącą przez las szosą, dostrzegł leżące w rowie Subaru, z którym przed chwilą się ścigał. Samochód spoczywał na prawym boku kilka metrów przed betonowym przepustem. Obok niego na drodze znajdowało się dwóch ludzi. Jeden z nich leżał na wznak z głową we krwi a drugi stał na poboczu dając Orłowskiemu znak aby się zatrzymał. „Proszę jak się gówniarzom śpieszyło!” – posumował w myślach tę sytuację czterdziestolatek. Wprawdzie nie cierpiał tego pokroju ludzi, jednak nie mógł sobie wyobrazić, że mógłby przejechać obok nich obojętnie, bez udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Zwolnił i zjechał na pobocze kilka metrów przed leżącym w rowie Subaru. Machinalnie wyrwał kluczyki ze stacyjki i energicznie otworzył drzwi. Wyprostowawszy się zauważył wycelowaną w jego głowę lufę pistoletu. „Zasadzka!” – śmignęła myśl jak błyskawica. Poczuł jak ze strachu wiotczeją mu uda. Żeby tylko, nie chcieli zabić! Niech biorą Porsche i jadą, a jego zostawią w spokoju. Ubezpieczyciel... - Dawaj kluczyki i spierdalaj w las! – powiedział stojący przed nim rosły mężczyzna w kominiarce. – Bo jak nie to rozwalę łeb! Jego leżący na drodze wspólnik zerwał się, otarł rozpiętą koszulą czerwoną farbę z twarzy i otworzył tylne drzwi ich samochodu. Wyjął stamtąd kałasznikowa i przeładowawszy go zbliżył się do trzęsącego się ze strachu właściciela Porsche. Szturchnął go lufą w żebra i szepnął chłodnym jak stal głosem: - Szybciej! Dwa kluczyki spoczęły w żylastej ręce wysokiego draba. - Spokojnie, panowie spokojnie – mamrotał Orłowski. – Bez paniki. Nie jestem głupi. Bierzcie auto mnie dajcie spokój! Rzezimieszek bez słowa ruchem głowy dał mu znać aby oddalił się do lasu. Orłowski odwrócił się i zaczął iść przez drogę. Cały czas z przerażeniem myślał, że mogą mu teraz strzelić w plecy. Ale słyszał tylko ciszę. Dopiero kiedy przyskoczył rów, rozległ się ogłuszający wystrzał serii z karabinu, a w chwilę potem dał się słyszeć szyderczy śmiech. Co sił w nogach rzucił się w las wiedząc, że tam za grubymi pniami drzew trudniej będzie go trafić. Gnał przed siebie, a gałęzie chłostały go po twarzy. Potknąwszy się o gruby konar upadł. Ciężko dysząc, z twarzą w mokrej trawie, słyszał dźwięk odjeżdżającego wartego czterysta tysięcy złotych Porsche. Ubezpieczyciel w zeszłym tygodniu próbował się z nim skontaktować w celu przedłużenia ubezpieczenia AC i od kradzieży, ale kiedy do licha miał się z nim spotkać, skoro w tym czasie przebywał w Genewie?! Mając do siebie masę pretensji, wyjął telefon komórkowy i zadzwonił na Policje, aby zgłosić napad i kradzież samochodu.

* * *

Pół kilometra dalej szedł drogą Kazimierski ze swoim wielkim bykiem. Podobnie jak poprzednio prowadził go na postronku do skupu żywca. Wtedy olbrzymie agresywne bydle, wyrwało mu się z rąk i przez trzy dni krążyło w okolicznych wioskach siejąc postrach wśród mieszkańców. Na domiar złego byk spowodował szkody materialne wpędzając biednego starca w niebotyczne długi. Sołtysowi rozwalił w drzazgi szopę, w sąsiedniej wiosce zdemolował przystanek autobusowy, jakiś człowiek uciekając przed nim na rowerze wpadł w skarpę przy drodze gdzie pogiął ramę i scentrował koła, badylarzowi porozwalał grzędy z pomidorami, a wdowie po dróżniku zepchnął do rzeki bańkę na mleko. Ogółem szkody oszacowano na dwa tysiące złotych, co przy wynoszącej czterysta złotych rencie Kazimerskiego było kwotą przyprawiającą o zawrót głowy. Dlatego starzec nie miał już żadnych złudzeń, że musi byka – przyczynę swych problemów finansowych i zdrowotnych – czym prędzej sprzedać. Nie wiadomo czym Kazimierski go karmił, ale fakt faktem, że buhaj na widok czerwonego koloru dostawał wścieklizny. Wpadał w szał i żadna siła nie była w stanie utrzymać go w miejscu. W tym względzie nie czynił żadnych wyjątków. Olbrzymi buchaj widząc jadący wolno z naprzeciwka lśniący czerwonym lakierem samochód, pochylił wieli łeb, wypuścił parę z nozdrzy i z impetem ruszył do ataku. Kazimierski trzymał powróz co sił w rękach i w wyobraźni dodawał kolejne zera do swojego długu. Jednak powróz szarpnął nim tak mocno, że chudy starzec jak belka słomy przewrócił się na drogę i poturlał do rowu. Ogromny, ważący prawie dziewięćset kilo buchaj, dudniąc kopytami po asfalcie sadził do przodu wprost na jadące z prędkością piechura Porsche. Wziąwszy kilkanaście metrów rozpędu huknął łbem jak taranem w przednią maskę z taką siłą, że ważące półtorej tony auto zostało odrzucone do tyłu. Rozległ się jęk rozdzieranych rogami blach, brzęk tłuczonych reflektorów, eksplodowały poduszki powietrzne, załączył się wyjący wściekle alarm. Oszołomiony byk, stęknął żałośnie i padł na asfalt tuż przed samochodem. Siedzący w środku przestępcy, po tym jak poduszki powietrze uderzyły ich prosto w twarz, znajdowali się w stanie lekkiego zamroczenia. Usiłowali niezdarnie wygramolić się z auta, lecz uruchomienie alarmu spowodowało, że wszystkie drzwi zostały zablokowane, a opuszczenie szyb okazało się niemożliwe. Pech przyczepił się złodziei jak pijawka i nie chciał ich opuścić. W momencie kiedy wybili boczne szyby i próbowali przecisnąć przez okna swe grube cielska, za stojącym na środku drogi Porsche rozległ się dźwięk syreny policyjnej. Pędzący drogą radiowóz zatrzymał się przy luksusowym samochodzie, a dwóch odzianych w kamizelki kuloodporne i uzbrojonych w karabiny policjantów wyskoczyło z pojazdu i stanęło obok Porsche celując do przestępców. Ci, zakleszczywszy się w otworach okiennych, nie mogli dosięgnąć swej broni. Bezradni jak dzieci krzyczeli, że się poddają. Wówczas z policyjnego poloneza wysiadł Zenon Orłowski. Obszedł swój samochód dookoła ostrożnie ominął leżącego na drodze zaćmionego od uderzenia łbem w maskę byka i rozżaleniem spojrzał na wgniecioną i porysowaną karoserię. W myśli obliczył, że koszty naprawy wyniosą około dwudziestu tysięcy złotych, ale to i tak nieporównywalnie mniej niż utrata całego samochodu. Na dobrą sprawę ten wielki byk, przyczynił się do odzyskania skradzionego Porsche. Ciekawe skąd on tu się wziął i kto jest jego właścicielem? Odpowiedz na to pytanie przyszła błyskawicznie: - Panie Zenonie, litości! Ja już nie mam pieniędzy! – wołał Kazimierski kuśtykając wzdłuż pobocza. Podszedł do właściciela staranowanego pojazdu i dodał: - Za te szkody, niech Pan weźmie mojego byka! Orłowski bez słowa zdjął z ręki złotego Rolexa, którego kilka dni temu dostał od Roithnera i wcisnął go do otwartej garści starego. - Proszę to wziąć i nie pytać dlaczego – powiedział patrząc mu w oczy. - Chyba pan żartuje? – niedowierzał Kazimierski. – Taki ładny zegarek za nic mam wziąć? - Niech pan bierze bo jeszcze się rozmyśle! – pogroził Orłowski. - No dobrze, jak dają to biorę, jak biją to uciekam – zgodził się starzec. Włożył Rolexa do kieszeni, podziękował i zajął się cuceniem byka, któremu powoli zaczynała wracać przytomność. Policja zabrała przestępców na komisariat, Porsche zostało zawiezione na lawecie do firmy serwisowej, Zenon Orłowski wrócił taksówką do domu, a Kazimierski stwierdził, że dostawszy w prezencie złoty zegarek, buhaja już nie sprzeda i zaprowadził go spowrotem do chałupy.

* * *

Szczupłe palce prezesa BykRolu nerwowo bębniły po dużym porcelanowym kubku. Podjęta przez niego decyzja o zwolnieniu jeden trzeciej pracowników została źle przyjęta przez Zarząd Stowarzyszenia. Jednak mając na uwadze jego dotychczasowe osiągnięcia w kierowaniu firmą, nie zastosowano wobec niego żadnych sankcji karnych. Na spotkaniu które odbyło się dziś rano, zapewnił wszystkich członków Zarządu, że wie co robi, i że po chwilowym zachwianiu BykRol prędko stanie na nogi i wkrótce zacznie osiągać jeszcze lepsze wyniki finansowe niż do tej pory. Mimo iż zapewnienie to spotkało się ze sporą dozą sceptycyzmu, nikt nie odważył się otwarcie zaprotestować i wyrazić swych wątpliwości, bowiem Zenon Orłowski niejednokrotnie już zaskoczył Zarząd swoimi nieszablonowymi i uwieńczonymi sukcesem pomysłami. Rozpoczęte w ponurym oskarżycielskim tonie spotkanie, upłynęło w atmosferze umiarkowanego optymizmu. Gdzieś w międzyczasie po uświadomieniu, że sytuacja jest pod kontrolą, ustąpiły niepokój i napięcie. Jednocześnie wzrosły oczekiwania wobec prezesa BykRolu i siłą rzeczy od tej pory każdy jego ruch miał być obserwowany jak pod lupą. Doświadczony, czterdziestoletni biznesmen musiał się na nowo wykazać i miał na to bardzo mało czasu. Nie po raz pierwszy zresztą. - Proszę usiąść – Orłowski wskazał wchodzącej do jego gabinetu dziewczynie krzesło naprzeciw swojego biurka. W ręku trzymał jej CV i przelatywał wzrokiem wersy opisujące jej długi kontakt z nauka i krótki przebieg pracy zawodowej. – Jest pani prosto po szkole – zauważył. - Tak. To moja pierwsza poważna praca – potwierdziła dziewczyna. - Uniwersytet Warszawski. Wydział Nauk Ekonomicznych i Zarządzania! – gwizdnął cicho pod nosem z podziwu. – No proszę kogo my tu mamy. Zna pani języki obce? - Tak. Biegle angielski i niemiecki, trochę gorzej rosyjski – odpowiedziała. Orłowski pokręcił głową z niedowierzaniem. Jak można znać tyle języków mając tylko dwadzieścia cztery lata? - Czym zajmuje się pani u nas firmie? – zapytał patrząc na nią spod czarnych brwi. - Pracuje na hali – odparła wzruszając ramionami. - A dokładniej? - Jako rozbieraczka. - Hm, a nie myślała pani o czymś bardziej ambitnym? – rozsiadł się w fotelu i z ciekawością przyglądał się małej siedzącej przed nim kruszynie. - Owszem – potwierdziła dziewczyna. – Ale sytuacja na rynku pracy jest trudna, a poza tym od czegoś trzeba zacząć. - Słusznie – zgodził się prezes. Odłożył na bok jej życiorys zawodowy i zaproponował: - Co pani sądzi o stanowisku Dyrektora Marketingu w BykRolu? Dziewczyna spojrzała na niego z zaskoczeniem w oczach. Prezes stroi sobie z niej żarty? Niedawno przyjęto ją do pracy i od razu, będąc jeszcze na okresie próbnym miałaby awansować na dyrektora marketingu? To chyba sen! - To znaczy ja miałabym objąć tę funkcje? – upewniła się. - Tak. Dokładnie to mam na myśli – odpowiedział Orłowski zdecydowanie. - Trochę mi to przypomina bajkę o Kopciuszku... – powiedziała z niedowierzaniem w głosie. – Bajkę – powtórzyła. Orłowski zabębnił nerwowo palcami po porcelanowym kubku. Wstał z fotela, przespacerował się do okna, zamknął je i wskazał na stos życiorysów, które przyniosła mu kadrowa. - Bajka o Kopciuszku to nie jest dobre porównanie – mówił, niedbale przerzucając kartki z CV obecnie zatrudnionych pracowników. – Niebawem wejdziemy do Unii. Firma zacznie funkcjonować w międzynarodowym środowisku, a to wymaga zupełnie innych koncepcji marketingowych niż te, które się sprawdzały na rynkach lokalnych. Aby umieć poruszać się w tym świecie trzeba mieć pewną wiedzę – ponownie wziął do ręki jej życiorys. - Studiowała pani zarządzanie w jednym z lepszych uniwersytetów w kraju, zna pani użyteczne z punktu widzenia BykRolu języki obce, poznała pani naszą firmę i branżę. Wśród obecne zatrudnionych osób, nie znalazłem lepszej kandydatury na to miejsce, a tych których zwolniłem z pewnością nie przyjmę na nowo – mówił mając w wyobraźni moment kiedy po wręczeniu wypowiedzeń wyskakuje z sali konferencyjnej przez okno na hałdę węgla. – Moja propozycja to układ korzystny dla obydwu stron. Więc jaka jest pani decyzja? To co powiedział Orłowski brzmiało przekonywująco. Dziewczyna poczuła jak mocnej zabiło jej serce. Wiedziała, że jest ambitna i że kiedyś zrobi karierę, ale nie spodziewała się, że ten pierwszy wznoszący ją wysoko do góry krok, nastąpi tak szybko. - Jestem zaskoczona – odezwała się po chwili. – Byłoby błędem odrzucić taką ofertę. Oczywiście, zgadzam się. Prezes BykRolu spokojnym kiwnięciem głowy zaakceptował ten fakt. - Zapewne jest pani świadoma, że firma obecnie znajduje się w trudnej sytuacji – przejechał ręką po strapionym czole odrzucił do tyłu kruczoczarną grzywkę. – Po wypuszczeniu tej feralnej partii wędlin, która spowodowała masę zatruć, zrezygnowało z nas wielu kooperantów. Mamy poważny niedobór personelu, a to grozi załamaniem się produkcji. Lokalna konkurencja odbiera nam klientów, a ta za granicą – mam na myśli należące do Roithnera zakłady we Wiedniu, zamierza nas wykupić – wstał z fotela i nerwowym krokiem przespacerował się po gabinecie. Wyjrzał przez okno, włożył ręce do kieszeni w spodniach i patrząc z góry na świeżo upieczoną dyrektor marketingu oznajmił: - Ale ja na to nie pozwolę! Musimy nie tylko wyciągnąć firmę z kryzysu, ale spowodować, aby działała ona lepiej niż poprzednio! – podszedł do biurka. Wsparł się na nim obydwoma dłońmi i mówił dalej. – Działam w tej branży dwadzieścia lat. Popadłem w rutynę i niczego nowego już nie wymyśle. To czego od pani oczekuje, to pomysł! Pomysł na to jak przygotować BykRol, aby przebił się przez konkurencje w Unii i wszedł na tamtejsze rynki. - To trudne i odpowiedzialne zadanie – zauważyła. - Z cała pewnością – potwierdził Orłowski. – Daję pani trzy dni wolnego, na przygotowanie swojej koncepcji działania. W Poniedziałek rano widzimy się tutaj ponownie i zobaczymy co pani wymyśliła. Dziewczyna widząc, że zanosi się na koniec spotkania wstała z krzesła i zapytała nieśmiałym tonem: - A co z moją pensją? Czy dostanę jakąś podwyżkę? - Ależ oczywiście, że tak – odezwał się Orłowski zawstydzony, że nie wspomniał o tak istotnym szczególe. – Proponuję połowę pensji na warunkach jakie otrzymał dotychczasowy dyrektor marketingu. - To znaczy? – zapytała drżącym głosem. - Dostanie pani siedem tysięcy złotych miesięcznie na rękę, plus premia zależna od wyników finansowych – sprecyzował prezes. Dziewczyna ukradkiem przełknęła ślinę. - Do Poniedziałku z całą pewnością coś wymyślę – powiedziała z przekonaniem. Oddaliła się do drzwi i nacisnęła klamkę. - Aha jeszcze jedno – zatrzymał ją Orłowski. – Jak pani godność? - Anna Terlecka. - Bardzo mi miło. - Mnie również.

* * *

Kuku, kuku, kuku – rozległo się w ciasnej pracowni zegarmistrzowskiej. Drewniany ptak schował się do środka wiszącego na ścianie zegara i zapadł na godzinną drzemkę. W chwilę potem rozbrzmiał przejmującym „ding dang, ding dang” stary drewniany zegar z dużym widocznym przez zakurzoną szybkę mosiężnym wahadłem. - Zawsze się spóźnia o godzinę – wyjaśnił ubrany w kraciastą koszulę i dżinsy lekko łysiejący, pięćdziesięcioletni mężczyzna. Wytarł spocone ręce w założony na brzuch krótki granatowy fartuch i usiadł na krześle. – Niech pan to pokaże. Kazimierski stojąc cały czas na nogach, od momentu kiedy wszedł do środka, sięgnął do wewnętrznej kieszeni w marynarce i wydobył stamtąd drobny przedmiot zawinięty w płócienną chustkę do nosa. Błysnęło złoto. Stary człowiek położył na stoliku zegarek, który dostał wczoraj od właściciela pięknego czerwonego samochodu i zapytał: - Ile mogę za niego dostać? Zegarmistrz zmarszczył brwi i syknął z ze zdumienia. - O niech cię licho! Rolex! – podniósł zdziwione chytre spojrzenie na mientolącego w rękach chustkę starca. – Niech pan siada – przysunął stojące przy ścianie krzesło i zapytał ze sztuczną uprzejmością: - Kawy, herbaty? Kazimierski usiadł i pokręciwszy przecząco głową dał znać, że nic nie chce. Bacznie obserwował ręce właściciela warsztatu. - Trudno powiedzieć ile jest wart ten Rolex – mówił zegarmistrz. – Widzę, że bransoleta jest ze złota. Na cyferblacie kamienie szlachetne; szafiry chyba – włączył dającą mocną strugę światła lampę i wziął do ręki lupę. – Nie znam się zbyt dobrze na wycenie ¬- z uwagą oglądał starannie wykonaną bransoletę. – Dobra próba złota – zauważył. Rozciągnął zegarek na otwartej dłoni i powiedział. – Mogę się mylić, ale według mnie jest wart około piętnaście tysięcy. - Piętnaście tysięcy? – Kazimierski drgnął. - Mniej więcej tyle – potwierdził zegarmistrz. – Ale ja mogę go kupić jeszcze dziś za dwa tysiące – odchylił się na krześle i spojrzał w oczy staremu. – Lepiej Kazimierski sprzedajcie go mnie, bo jak się ludzie dowiedzą, że macie w domu takie cudo, to prędzej nożem pod żebra zarobicie niż jakiego grosza – przestrzegł go. Sięgnął do szuflady w stoliku i wyjął stamtąd pękaty skórzany portfel. – Mogę już teraz wpłacić dwieście złoty zaliczki. - Nie chce zaliczki – zaprotestował Kazimierski. Prędko złapał leżący na stole zegarek i wsunął go do kieszeni w marynarce. – Za osiem sprzedam. Taniej nie. Skórzany portfel trafił spowrotem do szuflady. - Trudno – zegarmistrz bezradnie rozłożył ręce. – Nie ubijemy targu bo więcej nie mam. Ale lepiej posłuchajcie mnie Kazimierski bo ja wam dobrze radzę... - Pojadę do Warszawy i tam sprzedam – zadecydował starzec. Wstał z krzesła i zapytał: - Ile się należy? Zegarmistrz machnął ręką. - Nic – odpowiedział. Wyłączył lampkę i obrzucił starego pełnym podejrzliwości spojrzeniem. – A skąd go macie? Nie kradziony przypadkiem? - W prezencie dostałem i świadków na to mam – rzekł twardo Kazimierski. Założył położoną na metalowy wieszak czapkę i popatrzywszy nieufnie na zegarmistrza, wyszedł z ciasnego warsztatu. Gdy znalazł się na ulicy sprawdził, czy w kieszeni znajduje się jej drogocenna zawartość i rozglądając się ostrożnie dookoła ruszył przez miasto w kierunku dworca autobusowego.

W swojej oddalanej o pięć kilometr od Wodziejowic chacie znalazł się dopiero pod wieczór. Umyślnie zamiast dojechać autobusem, cały czas szedł polnymi drogami ponieważ obawiał się, że na przystanku lub w autobusie ktoś mógłby go napaść. W ogóle starał się unikać ludzi i nawet jak widział kogoś idącego tą samą ścieżką to umykał na bok. „Piętnaście tysięcy złotych!” – nieustannie chodziła mu po głowie myśl głośna jak dzwon. Co chwilę sprawdzał czy wciąż jeszcze ma w kieszeni tą mały złoty przedmiot który był wart więcej niż jego chałupa, byk, cała zagroda i wszystek znajdujący się w niej inwentarz. „Piętnaście tysięcy złotych!” zamiast się cieszyć, martwił się co zrobi z taką ilością pieniędzy. Cześć pójdzie na leczenie gangreny, ale co zrobić z resztą? Mógłby kupić coś do chaty, ale co skoro przecież wszystko co trzeba już jest? „Piętnaście tysięcy złotych!” wpłaci do banku i będzie trzymał na czarną godzinę, albo wyremontuje dach, albo wykopie staw i ryby wpuści i wieczorami będzie siedział za wędziskiem i łowił, albo sprzeda wszystko i pojedzie do brata w Kanadzie, albo da proboszczowi na kościół i czyśćca się wykupi, bo jak tak nieraz sięgnie pamięcią wstecz, to grzechy przypominają mu się takie, że aż ciarki przechodzą. Nie wiadomo nawet czy te piętnaście tysięcy wystarczy... Znalazłszy się wieczorem w swej chałupie wszedł do spiżarni i rozejrzał się za miejscem gdzie można by schować zegarek. Był piątek a zamierzał zaraz po niedzieli pojechać pociągiem do Warszawy, bo tam spodziewał się uzyskać najwyższą cenę i spieniężyć ten drogi prezent. A więc chodziło o ukrycie go na kilka dni. Spojrzał na starą komodę. W górnej części przechowywał słoiki kiszonymi ogórkami, marynowanymi grzybami, buraczkami ćwikłowymi, duży gar kiszonej kapusty i kilkanaście porozstawianych na pólkach słoików z innymi przetworami. Wysunął z dolnej części komody szufladę ze jakimiś starymi cuchnącymi ciuchami, zużytymi butami, butelkami po winie i piwie. Przez chwile myślał nad tym, żeby zawinąć w szmatę zegarek i schować go w tej szufladzie. Uzmysłowił sobie jednak, że jeśli ktoś będzie chciał go znaleźć, to pierwsze co zrobi, to właśnie wywali na wierzch wszystkie szuflady. Najlepiej ukryć tam, gdzie nikt nie spodziewa. Może ot po prostu zwyczajnie pod doniczką?. Komu przyjdzie do głowy szukać złotego zegarka pod stojącą na oknie doniczka z uschniętym badylem? Rzeczywiście, jak pomyślał tak też zrobił. Wyjął wartego piętnaście tysięcy złotych Rolexa z kieszeni i umieścił go pod ciężką glinianą donicą i wyszedł z chałupy do sadu, żeby ukosić trawy. Kiedy ostrzył kosę jego wzrok mimowolnie biegł w kierunku okna i padał na donice. Wydawała mu się ona podejrzanie przekrzywiona, tak jak gdyby coś się pod nią znajdowało. Pomyślał sobie, że coś mu się uroiło bo z tej odległości nie można osądzić czy stoi ona prosto, czy krzywo. Splunął w ręce i zabrał się do koszenia trawy. A jednak dręczył go pewien niepokój gdyż co chwile zerkał w kierunku okna. Od tego zerkania w jego oczach donica spuchła jak dynia i zdawała się stać tak ewidentnie krzywo jak wieża w Pizzie. Odłożył kosę na bok i teraz już popatrzył na chałupę na wprost, a nie tak jak wcześniej z ukosa kątem oka. I rzeczywiście jak się tak wyjdzie z lasu i popatrzy przed siebie, to wzrok najpierw pada na tę wielką donice, a dopiero później na całą chałupę. Innymi słowy zdawała się ona przyciągać wzrok jak świecący w nocy drogowskaz. Jeśli przyjdzie złodziej popatrzy w okno i pomyśli: „donica stoi krzywo, pewnie Kazimierski włożył pod nią zegarek”. W końcu starzec doszedł do wniosku, że nie jest to najlepsze miejsce na ukrycie małego kosztownego przedmiotu. Musi go schować tam gdzie nie sięga oko ludzkie. Ale na pewno nie zakopać w ziemi, bo pierwsze co przyjedzie złodziejowi do głowy to: „Kazimierski na pewno zakopał zegarek w sadzie i trzeba sprawdzić, gdzie leży świeża glina”, ani też pod drewnianą podłogą w chałupie bo złodziejaszek będzie rozumował: „ani chybi stary włożył go pod którąś deskę w podłodze bo siedząc w chacie cały czas może go pilnować, a podłoga jest duża i trudno jest znaleźć taką małą rzecz. Trzeba by zerwać wszystkie deski. To idealne miejsce na ukrycie zegarka”. Głowił się starzec i głowił gdzie by tu ulokować tego Rolmeksa, czy jak mu tam, z powodu którego utracił spokój ducha. Wcześniej kiedy nie miał nic, mógł spać spokojne bez obawy, że go ktoś napadnie lub okradnie. Teraz kiedy tak szybko i niespodziewanie się wzbogacił lękał się, że to „coś” zostanie mu odebrane i stał się podejrzliwy oraz nieufny. Już samo zachowanie zegarmistrza - konkretnie jego przestrogi - napawały Kazimierskiego dużym niepokojem. Słowa: „ja wam dobrze radzę...lepiej sprzedajcie go mi bo jak się ludzie dowiedzą... to prędzej zarobicie nóż w żebra”, brzmiały jak autentyczne pogróżki! A do tego jeszcze ta chciwość w jego oczach. O tak! Musiał się dobrze pilnować, bo ludzie dla pieniędzy są gotowi zrobić wszystko, nawet zabić! Stary wyjąwszy złoty zegarek spod donicy rzucił na niego niechętne spojrzenie i pomyślał, że póki co to ma z jego powodu więcej utrapienia niż radości. Ale to mogło się jeszcze zmienić... Siedząc na ławce przed chatą wpadł na olśniewająco proste rozwiązanie: ukryje ten skarb w... swoim wielkim byku! Pomysł ten, w pierwszej chwili bzdurny i niedorzeczny, po głębszym przemyśleniu okazał się mieć trzy sensowne i mocne strony: po pierwsze nikomu nie przyjdzie do głowy żeby tam szukać złotego zegarka, po drugie do groźnego zwierza nikt nawet nie odważy się podejść, po trzecie byk wydali go po niedzieli, akurat wtedy kiedy otwarte już będą sklepy jubilerskie. Kazimierski gratulując sobie pomysłowości poszedł do obory i odszukał blaszane wiadro w którym raz na kilka dni podawał bykowi paszę. Najpierw musiał przygotować metalowy przedmiot do odbycia długiej drogi przez układ pokarmowy zwierza. W tym celu zawinął zegarek w mały foliowy woreczek zawiązany na gumkę wyciętą z dętki do roweru. Nasypał paszy do wiadra i postawił je pod nos rosłemu buhajowi. Ten zaczął od razu jeść swój przysmak, którym niestety jego właściciel nie obdarzał go zbyt często. Najwyraźniej wyczuł w paszy twardą grudę, bo na chwilę wytrzeszczył oczy i cicho zamuczał. Nie wypluł jej jednak z mordy, lecz podniósł do góry wielki łeb i przełknął ją do swej gardzieli. Kazimierski obserwował to z zadowoleniem. Kiedy byk zjadł całą paszę, w drugim wiadrze przyniósł mu wody ze studni i postawiwszy je przy żłobie wyszedł z obory. Późną nocą położył się spać. Wydawało mu się, że słyszy jakieś kroki, jakieś głosy, ale to chyba tylko z przemęczenia...

* * * Zwisający na grubej linie mosiężny żyrandol, w którym tkwiło dziesiątki, a może nawet setki lampek kształtem przypominających świeczki, kołysał się wolno i majestatycznie nad przestronną widownią Teatru Wielkiego. Powietrze rozbrzmiewało ariami i muzyką orkiestry symfonicznej. Miękki kobiecy alt przeplatał się ze zdumiewającym czystością głosu tenorem, do których czasem dołączał się chór. Na scenie żwawo przemieszczały się postacie góralek i górali ubranych w malownicze stroje ludowe. Na deskach Teatru Wielkiego toczyły się kolejne akty opery „Halka”. Zenon Orłowski siedząc obok swej żony w jednym pierwszych rzędów, śledził co dzieje się na scenie i co chwilę rzucał krótkie spojrzenia na starszego, ubranego czarny frak dyrygenta. Przyglądał się mu z zazdrością; ludzie którymi kierował ten człowiek przychodzili tutaj dla przyjemności, dla pokazania światu swego talentu i umiejętności, za co oprócz wynagrodzenia pieniężnego otrzymywali także brawa publiczności. Pomyślał sobie, że dyrygent ma ułatwione zadanie ponieważ znajduje się przed nim gotowy i napisany plan działania w postaci nut, on zaś jako prezes firmy musiał ten nuty najpierw napisać, a następnie spowodować aby cały zespół zechciał je zagrać. Kurtyna oparła. Zapaliły się światła. Rozpoczęła się pierwsza przerwa między aktami. Orłowski wykorzystawszy tę sposobność przeprosił żonę i udał się do toalety. Na korytarzu rozlegał się gwar rozmów. Elegancko ubrani ludzie przechadzali się i z zainteresowaniem oglądali rzeźby i obrazy czasem czytając umieszczone obok nich opisy. Dużo przestrzeni, marmurowe posadzki i schody, kryształowe żyrandole – wszystko to sprawiało wrażenie niezwykłości i niecodzienności. Znajdował się obok szatni kiedy zaczepiło go dwóch ubranych w czarne garnitury mężczyzn. Jeden z nich zastąpił mu drogę i zapytał: - Pan Zenon Orłowski? - Ta... – odparł niepewnie. - Proszę z nami – mężczyzna znacząco odchylił połę marynarki i pokazał czarną rączkę pistoletu. - Co to ma znaczyć? – potoczył wokół dramatycznym spojrzeniem. Nikt na nich nie zwraca uwagi. Szatniarka czyta gazetę. Co to za jedni? Wołać pomocy? Nie! – Kto was przysłał? - Dowie się pan w swoim czasie – odpowiedział wysoki jegomość. – Idziemy! Ruszyli przez przestronny hol. Dwóch rosłych mężczyzn po bokach i nieco niższy od nich Orłowski pośrodku. Z boku wyglądało to tak jakby był VIPem, a ci dwaj stanowili jego osobistą ochronę. Wyszli z gmach teatru na obszerny dzieciniec. Poczuł podmuch ciepłego letniego powietrza. Szli przez plac w kierunku parkingu. Tuż przy drodze czekała na nich długa czarna limuzyna. Idący po prawej stronie dżentelmen w garniturze otworzył mu drzwi i ruchem ręki wskazał aby wszedł do środka. Orłowski spodziewał się, że już w samochodzie spotka osobę, która w tak drastyczny sposób zabiegała o spotkanie z nim. Jednak w limuzynie znajdował się tylko szofer. Obstawa zajęła miejsca tyłem do kierunku jazdy a on usiadł na szerokiej skórzanej kanapie mając widok na przód samochodu. „Porywacze” – tak ich nazywał w myślach nie okazywali oznak agresji, co więcej starali się nawet zagwarantować mu minimum komfortu w tej trudnej i niewygodnej dla niego sytuacji. Zapytali czy czegoś się napije, ale odmówił. Limuzyna ruszyła spod teatru i skręciła w lewo mijając oświetlony reflektorami Ratusz z prawej strony. Szofer prowadził samochód w kierunku Centrum. - Gdzie jedziemy? – zapytał Orłowski, wcale nie będąc pewny czy uzyska odpowiedź. - Do Mariottu – mruknął siedzący naprzeciw niego elegancki goguś. Po kilkunastu minutach jazdy czarna limuzyna zatrzymała się przed wejściem do górującego nad centrum miasta hotelu. Człowiek z obstawy energicznie wysiadł na zewnątrz, otworzył drzwi i przetrzymując je za klamkę dał znak Orłowskiemu, żeby opuścił samochód. Szli prędko przez obszerny hol. Minęli recepcje i zbliżali się do wind. „Porywacz” – ten który pogroził mu rewolwerem w teatrze, widząc przy nich małe zgromadzenie oczekujących zadecydował: - Pójdziemy po schodach. To tylko drugie piętro. Dostali się do klatki schodowej i ruszyli w górę. Orłowski był w Mariottcie po raz pierwszy, ale ze zrozumiałych względów nie przyglądał się otoczeniu. Pędził prędko po schodach. Prócz niepokoju czuł również niepohamowaną ciekawość, kto zadał sobie tyle trudu, aby go tu ściągnąć i to w taki sposób. Wyszli na drugie piętro. Ludzie z obstawy poprowadzili go do restauracji. Tuż przy wejściu siedzi muzyk i gra na wiolonczeli. Wchodzą do środka. Kilkanaście stolików, kilka z nich zajętych przez dwu – trzyosobowe grupy gości. Szczupły kelner przyjmuje zamówienie od dwóch siedzących tuż przy wejściu kobiet. W dali siedzi samotnie mężczyzna w białej koszuli. Elegancko ubrani panowie idą w jego kierunku. Mężczyzna na widok Orłowskiego w asyście swych ludzi wstał i wyszedł kilka kroków naprzeciw. - Dzień dobry, panie Zenonie – wyciągnął przyozdobioną w sygnet z rubinem rękę na powitanie. – Przepraszam, że tak brutalnie pana potraktowałem, ale musiałem to uczynić ze względu na zaistniałe, niezależne ode mnie okoliczności – mówił dobrą polszczyzna, ale z mocnym amerykańskim akcentem. - Nazywam się Albert Malinowski – przedstawił się z miłym uśmiechem na twarzy. - Jakie okoliczności? – zapytał Orłowski z wyraźnym niepokojem w głosie. Machinalnie uścisnął miękką dłoń i spojrzał w oczy zagadkowemu mężczyźnie. Ten charakterystycznym niedbałym ruchem ręki spławił swych dwóch groźnych goryli. Ci oddalili się pośpiesznie od stolika i wyszli z restauracji. - Mój samolot odlatuje za kilka godzin – mówił Malinowski siadając na krześle. – Interesy wzywają za ocean. Stąd ten pośpiech i brak czasu na umawiane spotkania. - Nadal nie tłumaczy to porwania mnie z teatru! - Owszem, ale tłumaczy je pewien układ jaki chciałem z panem zawrzeć... – rzekł nalewając czerwone wino do dwóch smukłych lampek. – Jako z prezesem podupadającej firmy – dodał z przekąsem. – Proszę usiąść – wskazał krzesło naprzeciw. - BykRol jest w stanie przejściowego kryzysu a nie jakąś podupadającą firmą! – zaprotestował Orłowski. Usiadł na krześle, odsunął od siebie lampkę z winem i zapytał: - O jakim układzie mowa? - Prowadzę interesy w Stanach, ale z uwagą śledzę to co dzieje się z gospodarką w Polsce – położył łokcie na stole i oparł dłoń o dłoń tak, że palce tworzyły daszek. Znad tego daszku uważnie obserwował twarz rozmówcy. – Powszechnie wiadomo, że Austriak Hans Roithner, zamierza zainwestować pewien kapitał, w masarnie należące do Stowarzyszenia. Ale posiadam bardziej szczegółowe informacje pochodzące z dobrze zorientowanych źródeł – odchylił się na krześle, napił się wina i ciągnął dalej: - Tak naprawdę Roithner chce wykupić tylko BykRol bo jest to jedyny zakład nie wymagający modernizacji i posiadający nowoczesną linie produkcyjną – posłał do Orłowskiego żartobliwy uśmiech. – A pan zapewne źle znosiłby takie szefostwo, każące lubiącemu niezależność człowiekowi jakim pan jest, chodzić z precyzją Rolexa? – uśmiechnął się ironicznie. – Widzę, że nawet go pan nie nosi... - Do czego pan zmierza? – zapytał prezes BykRolu pomijając milczeniem fakt, że ten Albert Malinowski pojawiwszy się jak Filip z konopi dysponował tak drobiazgowymi informacjami. Wiedział nawet, że Austriak podarował mu Rolexa! –Wspomniał pan o jakimś układzie? – zagadnął. - Dokładnie – potwierdził Malinowski. – Ja jestem Polakiem, pan jest Polakiem. Po co mamy dopuszczać do koryta szwabską świnie? - Ehe? – mruknął Orłowski z zaciekawieniem. - Proponuję, żebyśmy założyli spółkę i wykupili tę firmę – dotarł Malinowski do sedna sprawy. - BykRol? Według moich szacunków jest wart około dwóch milionów złotych. Myślałem o tym, ale nie stać mnie nawet na piątą część – powiedział szczerze. Rzeczywiście mając na uwadze jak wysoka rotacja występuje na stanowiskach prezesowskich, przemyśliwał nad zakupieniem BykRolu na spółkę z kilkoma lokalnymi przedsiębiorcami. Jednak kapitał, który byli w stanie zgromadzić nie osiągał nawet połowy wartości zakładu. Poza tym, jeszcze kilka miesięcy temu Stowarzyszenie absolutnie nie zgodziłoby się na sprzedaż tej kury znoszącej złote jajka. Jednak jak widać w biznesie sytuacja często ulega nieoczekiwanym zmianom. Ale jak wejść w układ z człowiekiem posługującym się gangsterskimi metodami, na dodatek zupełnie nikomu, przynajmniej tutaj w Polsce, nieznanym? - Mnie również nie stać – przyznał się Malinowski. – Ale to pan kieruje firmą i przy „sprzyjających” okolicznościach za pewien czas jej wartość mogłaby być znacznie mniejsza. Wie pan co mam na myśli? - Malwersacje – Orłowski nazwał rzecz po imieniu. – Na to nie pójdę. - Malwersacja, malwersacja – żachnął się Albert Malinowski machając ręką jakby chciał odpędzić brzydki wydźwięk tego słowa. - Raczej błędy w kierowaniu firmą. Każdy może się mylić. „Nobody is perfect” – jak to mówimy w Ameryce. Prezes BykRolu gwałtownie wstał z krzesła. Machinalnie poprawił grzywkę, która nasunęła mu się na czoło. - W Polsce mówimy „Temu panu już dziękujemy” – powiedział szykując się do odejścia. Rozejrzał się dookoła i zauważył, że ludzi ze ludzie z obstawy stoją przy drzwiach. Albert Malinowski wyjął z kieszeni wizytówkę i położył ją na stoliku. - Nie zatrzymuję pana. Radzę się dobrze zastanowić – wstał i wyciągając przed siebie rękę na pożegnanie. – Czy zatrudnienie młodej dziewczyny po studiach w charakterze dyrektora marketingu nie było jednym z owych błędów, który może okazać się katastrofalny w skutkach? - Zobaczymy – odparł Orłowski. Nie podniósł wizytówki. Odwrócił się i podążył ku wyjściu z restauracji. - Moi ludzie pana odwiozą! – zawołał za nim polsko-amerykański przedsiębiorca. - Dziękuję. Wrócę taksówką! - nawet i ta propozycja została odrzucona.

* * *

Albert Malinowski, Albert Malinowski – chodziło mu po głowie. „Kimże u licha jest ta zagadkowa postać?” - rozmyślał wracając późną nocą z Warszawy do Wodziejowic swym naprawionym kilka dni temu Porsche. Zdumiewało go, że człowiek ten był w posiadaniu tak poufnych informacji do których miała dostęp ograniczona grupa osób. Skąd wiedział o Rolexie? Być może działa na zlecenie Hansa Roithnera, któremu zależy na obniżeniu wartości BykRolu przed jego zakupieniem? Niewykluczone. Malinowski musiał mieć swoich informatorów w firmie ponieważ o awansie tej nowej pracownicy na dyrektora marketingu wiedziało tylko trzy osoby on – prezes, kadrowa no i ta dziewczyna, jak jej tam Anna Bielińska bodajże. Oficjalna informacja o zajęciu przez nią dyrektorskiego stanowiska miała zostać podana do wiadomości dopiero w poniedziałek. Ale jak widać plotki roznoszą się bardzo szybko. Kiedy dojeżdżał już do Wodziejowic zadzwonił Hans Roithner. Przełączył go na zestaw głośno mówiący. Austriak głosem swej tłumaczki beształ go bezlitośnie: - Co pan tam wyprawia? Zwolnił pan połowę pracowników! To karygodny i niewybaczalny błąd! - Póki ja kieruję tą firmą nic panu do tego! - odparował Orłowski. – Poza tym wiem co robię. Sytuacja jest pod kontrola – dodał nieco łagodniej świadom, że data zakupienia BykRolu przez Roithnera może okazać się także datą ostatniego dnia prezesowania w tej firmie. - Natychmiast zatrudnić ich z powrotem i uruchomić produkcje! – rozkazywał austriacki przedsiębiorca. – Nie zamierzam topić pieniędzy w bankrucie! - Produkcja cały czas działa, a moim celem jest sukces a nie bankructwo! – odpowiedział z przekonaniem. – Mam już ustalony plan działania. - Bardzo dobrze. To mi się podoba – pretensjonalny ton znikł z głosu Austriaka. – Przylatuję do Polski za kilka dni. Zamierzam odbyć z panem kilka spotkań. Mam nadzieję, że Rolex dobrze panu służy i że notoryczna spóźnienia nie będą już miały miejsca? - Kiedy można się pana spodziewać? – zapytał wymigawszy się odpowiedzi na niewygodne pytanie. - W poniedziałek po południu – Austriak zaszwargotał coś po niemiecku i dodał kończąc rozmowę - W takim razie do zobaczenia! - Do widzenia – odpowiedział Orłowski. Przerwał połączenie i zwrócił się do swej jadącej obok niego żony: - Sama widzisz Krysia z kim ja musze pracować...

* * *

Kazimierski niespokojnie przewracał się na boku na bok. Albo mu się wydawało, albo rzeczywiście słyszał jakieś głosy w sadzie. Przestraszył się, że zegarmistrz – bo jak na razie tylko on wiedział, o Rolexie nasłał na niego zbirów, żeby odebrali mu zegarek. A może się wygadał i ktoś inny podjął inicjatywę obrabowania go z drogocennego prezentu? W dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe... Usłyszawszy jakiś podejrzany odgłos, powoli wstał z łóżka i schyliwszy się nisko podszedł do okna. Spomiędzy glinianych doniczek obserwował sad. Rąbek księżyca oświetlał świat swym srebrzystym światłem. Kazimierski przebiegał wzrokiem między pniami drzew. Nikogo tam nie zauważył a byłby przysiągł, że odgłosy rozmowy, które słyszał jeszcze przed chwilą dobiegały właśnie z sadu. Akurat teraz na złość nastąpiła cisza. Postanowił uzbroić się w cierpliwość i obserwować otoczenie za oknem co najmniej przez kilka minut. Od kucania zdrętwiały mu nogi, usiadł więc na zabranym z kuchni taborecie. I rzeczywiście nie mylił się: po kilku minutach w głębi sadu dostrzegł podnoszącą się z ziemi sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Postać ta szła między drzewami i zmierzała w kierunku chaty. Z ust tego człowieka wydobywał się niezrozumiały bełkot. Kazimierski z większą uwagą wodził wzrokiem między drzewami – może jest ich tam więcej? Nikogo jednak nie zauważył. Tymczasem postać zbliżyła się do chaty i przeszła obok okna. Wkrótce rozległo się łomotanie do drzwi. Starzec poszedł do sieni i odszukał między gratami siekierę. Łomot do drzwi nasilał się. Zapalił światło na dworze i trzymając w ręce siekierę zawołał: - Kto tam, do licha? - To ja Antek Świder! – usłyszał odpowiedz. Znał Świdra bardzo dobrze. Był to mechanik, który wcześniej pracował w kółku rolniczym, ale został zwolniony za pijaństwo. Później nigdzie nie znalazł pracy. Mimo, że był zdolnym mechanikiem, klepał wieczną biedę ponieważ wszystko co zarobił to niemal tego samego dnia przepijał z kolegami od flaszki. Żona nie chciała go pijanego wpuszczać do domu, więc włóczył się po wsi i nocował w kopach siana, stodołach, starych opuszczonych ruderach. Dziś zawitał w progi starego Kazimierskiego. - Co chcesz? Do chałupy cię i tak nie wpuszczę! – stary podejrzewał, że Świder może wiedzieć o zegarku i przyszedł tu z zamiarem odebrania go. Pomyślał sobie jak to mądrze zrobił, że dał go do połknięcia swojemu bykowi. Tam nikt go nie znajdzie! - Jak nie w chałupie, to chociaż w stodole na sianie pozwólcie się przenocować – wołał Świder. – Dzisiaj w nocy rosa zimna na trawie. A wiecie że ja niepalący to stodoły z dymem nie puszcze. To co mówił brzmiało bardzo wiarygodnie. Kazimierski odłożył siekierę i rzekł pojednawczym tonem: - Prześpij się Świder na sianie, bo na gołej ziemi można dzika złapać. Tylko jaj kurzych nie ruszaj bo nie mam nic do jedzenia na rano. - Dziękuje wam! – powiedział Świder i poszedł do stodoły. Stary ze strachu o zegarek nie mógł w ogóle spać. Zasnął dopiero bladym świtem. Obudził się w samo południe i czując głód od razu poleciał do stodoły żeby zebrać jaja na jajecznice. Świdra już tam nie było, został po nim tylko dół w sianie w miejscu gdzie spał. A jaja w kurzych gniazdach a jakże wypite! Tylko skorupy po nich zostały. I weź tu zaufaj pijanicy!

W południe przed chałupę przyjechał pan Orłowski swoim pięknym czerwonym samochodem. Wysiadł ze środka obszedł wóz dookoła żeby sprawdzić, czy na wskutek jazdy po polnej drodze nie pojawiły się rysy na błyszczącym lakierze. Najwidoczniej oględziny wypadły pomyślne gdyż odezwał się przyjaźnie do stojącego na podwórku Kazimierskiego: - Jak zdróweczko? - Może być – stary machnął ręką, nie chcąc się rozwodzić na temat swych problemów zdrowotnych. Orłowski podszedł do niego, przywitał się i powiedział: - Widzicie Kazimierski

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%