Komedia · 17 min czytania
Szynkadela produkt polski
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Szynkadela - produkt polski, czesc 1
Szynkadela - produkt polski
Gęsi, gęsi. Niby te Wodziejowice wcale nie takie małe miasto, a tu w samym centrum, po ulicy gęsi łażą i gęgają. - A sio! – machnął ręką jadący na rowerze mężczyzna i dodatkowo popędził je dzwonkiem. Liczące kilka sztuk stadko ptaków, z głośnym sykiem zeszło z jezdni i czmychnęło w boczną uliczkę. Pan Mieczysław właśnie wracał z sąsiadującej z Wodziejowicami wioski, gdzie u jednego z gospodarzy stawiał piec kaflowy. Zgodnie z umową gospodarz nie częstował go obiadami – miało to na celu obniżenie kosztów robocizny. Dlatego Pan Mieczysław zwykł po pracy, zaglądać do sklepu z mięsem i wędlinami, w którym kupował pęto kaszanki by załagodzić głód po drodze do odległego o osiem kilometrów domu, gdzie czekał niego gorący posiłek. Kupowane w sklepie firmowym masarni „BykRol” kaszanka zawsze smakowała że palce lizać. Nic też dziwnego – wypracowane przez lata funkcjonowania zakładu receptury i częste świeże dostawy, powodowały, że produkty tej masarni nie miały sobie równych na rynku (a już najlepiej smakowały właśnie te kupowane bezpośrednio w sklepie firmowym na ulicy Mięsnej). Blisko sześćdziesięcioletni zdun zjechał z ulicy na chodnik, oparł rower o ścianę parterowego budynku i machinalnie sprawdziwszy, czy włożony do kieszeni w marynarce portfel znajduje się na swoim miejscu, wszedł pośpiesznie do sklepu. Poczuł przyjemny chód, zapach wędlin i powiewy wiatru od kręcącego się pod sufitem wiatraka. Wprawdzie w kolejce stało kilka osób, lecz znany w tym sklepie jako stały klient, mrugnął powieką do układającej towary na półce ekspedientki i powiedział żartobliwym tonem: - Pani Jadziu, pani poda to co zwykle! Ekspedientka uśmiechnęła się w odpowiedzi i podczas gdy jej koleżanka obsługiwała stojących w kolejce klientów, sama zważyła pętko kaszanki, zwinęła je w papier i położyła na ladzie. - To z najświeższej dostawy – poinformowała śmiejąc się krotochwilnie. – Że też ta kaszanka nigdy się panu nie znudzi... - A to dlatego że taką dobrą robicie! – odparł mężczyzna. - Żeby nie dieta, co mi ją lekarz po operacji na wyrostek zalecił, kupowałbym jeszcze więcej. - Te lekarze niby takie mądre a sami też papierosy palą, wódkę piją, innym tylko przez te zakazy życie uprzykrzają! – zezłościła się kobieta. – Mojemu Jaśkowi kazali rzucić palenie, a on nie rzucił! Żyje do tej pory a lekarz w zeszłym tygodniu przeniósł się na tamten świat. Na raka płuc umarł – dodała. - O widzi pani... - mruknął Pan Mieczysław wrzucając pętko kaszanki do torby. – Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – podsumował. Zdun położywszy wyliczone pieniądze na ladzie pożegnał się z ekspedientką i wyszedł ze sklepu. Podszedł do roweru, zawiesił na kierownicy skórzaną torbę, nastawił pedał tak, aby mógł sprawnie ruszyć i usadowił się na siodełku. Odbił się nogą od ściany, zjechał z chodnika i podążył drogą przez miasto. Nie ujechał nawet stu metrów, kiedy czując głód sięgnął do torby i wyjął z niej dopiero co zakupione pętko kaszanki. Była jeszcze ciepła. Pewnie przed chwilą przywieziono ją z masarni. Ugryzł kawałek i to co poczuł wprawiło go w zakłopotanie. Kwaśna jakaś! Cierpka! Nigdy taka nie była! Początkowo myślał, że ulega złudzeniu. Kiedy jednak kwaskowaty smak stał się tak nieznośny, że musiał wypluć wszystko co miał w ustach na ziemie – nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości, że z tą kaszanką coś jest nie tak. Nie był z tych co dają siebie robić w balona! Natychmiast zawrócił i pojechał do sklepu. Nie minęła nawet minuta kiedy z powrotem stał przy ladzie. - Pani Jadziu! Co mi pani sprzedała! – wołał z oburzeniem. – Przecież tego nie da się wziąć do ust! To jest co najmniej nieświeże! - Jak to? – zdziwiła się sprzedawczyni. – Dopiero co przywiezione z masarni! Coś pan zmyśla! - Tam się musiała dostać trutka na szczury! – snuł przypuszczenia Pan Mieczysław – Albo jakieś inne cholerstwo. Niech pani sama spróbuje! Kobieta z wyrazem sceptycyzmu na twarzy odcięła nożem kawałek kaszanki i wzięła go do ust. Po chwili jej policzki wydęły się, a oczy zrobiły okrągłe jak pięciozłotówki. Przysłaniając usta ręką, pobiegła na zaplecze sklepu. Wróciła po minucie z wyrazem niesmaku na ustach. - Panie Mieczysławie, ma pan racje! – oznajmiła ze wzburzeniem w głosie. – Okropnie kwaśna! Czuć ją, taką trutką na muchy. Jak to się nazywało... mucho...mucho – usiłowała sobie przypomnieć. - Muchozolem! – podpowiedział zdun. - Właśnie! Muchozolem! – przytaknęła sprzedawczyni. - Co robimy? – zapytał mężczyzna. – Ja chcę tą dobrą kaszankę, albo zwrot pieniędzy! Ekspedientka podeszła do rogu pomieszczenia, w którym zawieszono na wbitym do ściany gwoździku książkę skarg i zażaleń. Położyła ten mocno zakurzony i dawno już nie używany dokument na ladzie, a następnie przewróciwszy kilka kartek wskazała miejsce na wykonanie nowego wpisu. - Musimy złożyć reklamacje – orzekła patrząc na Pana Mieczysława. - To stanowi podstawę do zwrotu pieniędzy. - Co mam wpisać? – zapytał mężczyzna niezgrabnie obracając długopis w ręce. - Co pan uważa. Pan Mieczysław nachylił się i tuż pod wpisem z osiemdziesiątego czwartego roku, w którym ktoś żalił się na niedosolone śledzie zamieścił krótką uwagę: „Kaszankę czuć Muchozolem”. Ekspedientka wzięła książeczkę i z powrotem powiesiła ją na gwoździku. - Już dzwonie do BykRolu – powiedziała odchodząc na zaplecze. – Swoją drogą to bardzo dziwne, że taka dobra masarnia wypuściła taki bubel! Coś musiało się stać na linii produkcyjnej! – w progu odwróciła się i zawołała do Pana Mieczysława: - Przepraszamy za cały kłopot! - Nic się nie stało. Do widzenia! – odpowiedział wychodząc ze sklepu.
Genewa
Słynny Zegar Kwiatowy mieszczący się w położonym nad brzegiem Jeziora Genewskiego parku Jardin Anglais wskazywał godzinę 15:30 kiedy Zenon Orłowski – prezes BykRolu i Austriak Hans Roithner - właściciel kilku zakładów mięsnych w Wiedniu uścisnęli sobie ręce, przypadkowo spotkawszy się na korytarzu w gmachu, w którym od kilku dni trwało spotkanie przedstawicieli Lubelskiego Stowarzyszenia Przetwórstwa Mięsnego z delegatami Zrzeszenia Masarzy Regionu Wiedeńskiego. Zgromadzeni w tym miejscu fachowcy od technologii, produkcji i marketingu obydwu organizacji mieli za zadanie ustalić zasady współpracy w zakresie prowadzenia wspólnej polityki rynkowej po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Do tego przełomowego momentu pozostał zaledwie rok, a ogrom prac wyznaczonych do osiągnięcia założonych celów, zdawał się przypominać czyszczenie mitycznej stajni Augiasza. Każdy rozwiązany problem, wydobywał na światło dzienne kolejne dwa, z którymi trzeba było się uporać. Przestarzały park maszynowy polskich masarni wymagał gruntowniej restrukturyzacji. Bez poprawy stanu technicznego maszyn oraz wykorzystania nowoczesnych technologii, polskie produkty nie były w stanie sprostać ostrym normom stosowanym w krajach Unii Europejskiej. Poprawa zaplecza technicznego niosła za sobą ogromne koszty, których masarze z Lubelskiego nie byli w stanie ponieść nawet w dziesiątej części. Dlatego też duże nadzieje wiązano z osobą Hansa Roithnera, który poważnie podchodził do inwestycji w zakłady mięsne na terenie Lubelskiego. Oznaczało to że Austriak uzyska znaczny wpływ na dalszy los tychże zakładów. To było do przewidzenia, że nowy inwestor zacznie zaprowadzać swoje porządki, co niekoniecznie oznaczało pozytywne zmiany dla zatrudnionych pracowników. Doświadczenie uczy, że w takich okolicznościach często dochodziło do grupowych zwolnień, mających na celu obniżenie kosztów produkcji. Pomimo tych obaw w obliczu ujednolicenia rynku z Unią, propozycja Roithnera była jedynym sensownym rozwiązaniem, mogącym uchronić masarnie Stowarzyszenia przed bankructwem, spowodowanym zalaniem lokalnych rynków lepszymi jakościowo i tańszymi produktami z zachodu Europy. Dlatego ośmiu prezesów zakładów mięsnych z Lubelskiego, wykorzystywało każdą sposobność, aby zyskać przychylność bogatego Austriaka w celu otrzymania możliwie największych środków na rozbudowę kierowanych przez siebie placówek. Kiedy tak wszyscy nadskakiwali Roithnerowi, Zenon Orłowski zdawał się całkowicie go ignorować. W ogóle sprawiał wrażenie, że jego obecność na spotkaniu w…