Psychologia · 3 min czytania
Ta jedna brakujaca szansa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Szedł. Spokojnie, równomiernym, wolnym i miarowym krokiem krążył po parku. Była bardzo wczesna wiosna. Szary śnieg oblepiał podeszwy jego wysokich, starych, wojskowych butów z wysoko wgrzaną plakietką zawierającą imię, nazwisko i stopień. W buty miał włożone białe, nie tyle z koloru ile przez zużycie spodnie, ściśnięte skórzanym pasem. Szarawa kurtka jeansowa była rozpięta, odsłaniając srebrzysty sweter. Włosy, długie i siwe miał z tyłu związane w opadający kaskadą na plecy kuc. Blade, niegdyś szafirowe oczy tęsknie spoglądały na świat. Krążył po parku raz z rękoma w kieszeniach, spokojnie znosząc wiatr wiejący w pokrytą zmarszczkami twarz, kiedy inadziej zaś garbiąc się z rękoma na plecach niczym przytłoczony wiekiem dziadek. Spojrzał na zegarek, była 16:30. Koniec jego wargi lekko drgnął. Skierował swe kroki nad akwen. Siedziała na ławce. Długie, ponad metrowe ciemne włosy powiewały na wietrze. Była w jasnym płaszczu sięgającym jej do kostek. Wzięła zamach. Kawałek chleba poszybował w górę i spokojnie opadł na powierzchnię ledwo co stworzonej warstwy wody. On zaś zbliżył się cicho. -Witaj - powiedział. Nie