Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 27 min czytania

Tajemnica babci

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Tajemnica babci

Zaczęło się zwyczajnie. Przekręciłem klucz w zamku i otworzyłem furtkę. Czułem się trochę dziwnie. Miałem wrażenie, że robię coś oczywistego, powtarzam gest wykonywany wielokrotnie a jednocześnie otwieram tę furtkę po raz pierwszy, jakbym nigdy wcześniej tego nie robił. Przeszedłem kilka kroków żwirową alejką i zatrzymałem się. Miałem przed sobą naprawdę piękny widok. Dom w sprawdzonym polskim stylu – spadzisty dach kryty dachówką, ganek wsparty na czterech solidnych kolumnach, mocne drewniane drzwi, dające poczucie bezpieczeństwa i symetrycznie rozmieszczone okna. Wszystko otulone zielenią starych drzew i zapachem kwiatów. Mój dom. To ciągle brzmiało dziwnie. Nie myślałem tych słów odruchowo, tylko za każdym razem uświadamiałem je sobie od początku. Instynktownie nadal myślałem – dom babci. Ale od pięciu tygodni dom był mój. Babcia zapisała mi go w testamencie. Wiadomo było, że zapisze go albo mi, albo mojej siostrze, Marcie. Wybrała mnie. Ja dostałem nieruchomość a Marta wszystkie ,,ruchomości”: babciną biżuterię, pieniądze z konta i, otoczonego rodzinną legendą, Kossaka.

Dom był więc mój. A także, oczywiście mojej żony i mojego syna, którzy teraz stali za mną i pozwalali mi nacieszyć się widokiem. Gdyby ktoś mnie zapytał czy nie miałem wtedy żadnych przeczuć, szczerze odpowiedziałbym, że nie. Już chyba szybciej Beata. - Dosyć tej kontemplacji!- w końcu szturchnęła mnie w plecy- Ruszaj się! - Najpierw nie chciałaś tu przyjeżdżać, a teraz widzę, że nie możesz się doczekać.- uśmiechnąłem się do niej przez ramię. - Dalej uważam, że to głupi pomysł, ale nie będę stać w nieskończoność za furtką. Dawaj klucz! - Sam otworzę. Nie złość się.- podniosłem torbę i ruszyłem do przodu. Beata z drugą torbą szła tuz za mną. Na końcu był Kuba ze swoim ukochanym Zającem w klatce, któremu wciskał jakieś już zerwane listki. Tak dotarliśmy do drzwi.

Na moją propozycję, aby się przeprowadzić do domu babci, do mojego domu, Beata zareagowała najpierw zdziwieniem a potem zdecydowanie się sprzeciwiła. Nie przekonywały jej moje oczywiste argumenty wykazujące wyższość domu stojącego na dużej działce w pięknej okolicy nad mieszkaniem w warszawskim blokowisku. Trzeba przyznać, że nasze mieszkanie nie było takie małe i urządziliśmy się w nim dosyć wygodnie. Ale dom, to dom. - Jak sobie to wyobrażasz? Kuba chodzi tu do przedszkola. Kto się będzie nim tam opiekował? Bo przecież ja nie rzucę pracy! - Znajdziemy kogoś. Na pewno mieszka tam jakaś miła starsza pani. - Gdzie?! - No… W tej najbliższej wiosce.- dom babci rzeczywiście stał samotnie, daleko od sąsiadów,bo babcia lubiła samotność.

>> Wolę rozmawiać z moimi roślinkami niż z wścibskimi babami.<<

Ale przecież nie był to koniec świata. - O nie! Nie zostawię dziecka z obcymi! - Może być przecież ze mną…Prawie przez cały tydzień.- jako korektor dużo rzeczy robiłem w domu. - Z tobą? Przecież dlatego wysłaliśmy go do przedszkola, żeby ci nie przeszkadzał! - Będzie mógł biegać po ogrodzie, bawić się z Zającem, dostanie własny pokój…Na pewno nie będzie zawracał mi głowy. - Jednym słowem liczysz, że sam się sobą zajmie? Naiwniaku, on ma dopiero cztery lata! Poza tym zdajesz sobie sprawę, że ten dom wymaga remontu. I to solidnego! Pamiętasz jak byliśmy ostatnio i padał deszcz? Sam biegałeś z miskami na strych! - Naprawimy dach. O resztę na razie nie ma co się martwić - Skąd weżmiesz pieniądze? Masz jakieś konto, o którym nie wiem? -Możemy sprzedać to mieszkanie. Przecież teraz już nie jest nam potrzebne. - Koniec głupiej dyskusji. To paranoja!- Wtedy po raz pierwszy padło to słowo, ale trudno uwierzyć, żeby Beata naprawdę coś przeczuwała .W każdym razie odwróciła się i poszła do kuchni. Jeszcze długo dochodziły stamtąd hałasy głośniejsze niż zwykle. Oczywiście na tej rozmowie się nie skończyło. W końcu wypracowaliśmy kompromis. Postanowiliśmy przeprowadzić się ,,na próbę” na czas urlopu Beaty. Potem mieliśmy podjąć decyzję.

Dom przywitał nas ciszą i jakimś dziwnym zapachem. Nie był nieprzyjemny - słodkawy, raczej miły dla nosa, ale w jakiś sposób dziwny. Nigdy wcześniej jakoś go nie czułem, choć przecież bywałem tu często. - Pachnie jak w kaplicy pogrzebowej.- to nie było taktowne odezwanie, ale Beata trafiła w sedno. To był zapach więdnących kwiatów, zapach towarzyszący śmierci człowieka. - Ale masz skojarzenia. Ja czuję się raczej jak w kwiaciarni.- podszedłem jednak do okna i otworzyłem je szeroko. Musiałem kilka razy mocno pchnąć, bo w zawiasy wplątało się odnóże pnącej róży. – Popatrz, co za widok! Do pokoju wtargnęło świeże powietrze z tylnego ogrodu. Przez staroświeckie okno otulone zielonymi pnączami róży widać było rabatki pełne kwiatów. Babcia kochała kwiaty .

>>Są jak dzieci. Trzeba się nimi opiekować, bo same nie umieją o siebie zadbać, biedactwa.<<

Beata wychyliła się przez okno i odetchnęła głęboko. - Może jakoś tu wytrzymam przez miesiąc. Ała!- odchyliła się gwałtownie i wsadziła palec do ust- Ale się ukłułam. - ,,Nie rusz, nie rusz tego kwiatka! Róża kole, rzekła matka”- wierszyk z dzieciństwa sam przyszedł mi do głowy.

>>Nie rusz, nie rusz tego kwiatka! Róża kole, rzekła matka. Zapamiętasz?<<

- Znalazł się mądrala! Wcale jej nie ruszałam! – spojrzała uważnie w stronę okna- Gdzie Kuba? Kuba nie czekał na nas. Pobiegł na górę do pokoju zabawek, jak go nazywał. Nie czuł się tu obco. Dla niego ciągle to był dom ukochanej babci, w którym zawsze dostawał jakieś prezenty, gdzie nigdy nie krzyczano na niego. No, chyba, że robiło to któreś z nas, rodziców. Babcia go rozpieszczała. Przeznaczyła dla niego jeden z pokoi, ten z widokiem na ogród za domem. Wyniosła z niego wszystkie zbędne rzeczy i zastąpiła je najróżniejszymi zabawkami. Kuba nigdy się tam nie nudził. - No dobrze! Skoro mamy tu dzisiaj spać, to trzeba brać się do pracy.- Beata znowu wyrwała mnie z zamyślenia. Sama zaczęła otwierać pozostałe okna. Podniosłem walizki i ruszyłem z nimi do naszego pokoju.

Całe popołudnie spędziliśmy na odkurzaniu, przecieraniu, wietrzeniu, wyrzucaniu i tym podobnych czynnościach. Przy okazji odkryliśmy źródło dziwnego zapachu. Właściwie źródeł było kilka. Ale po kolei. Beata wymachując szczotką łokciem uderzyła w drzwi szafy. Otworzyły się powoli z nieprzyjemnym piskiem. - Słyszysz?- przestała zamiatać i zapatrzyła się w otwarte drzwi jakby było w nich coś dziwnego. Były tam tylko wieszaki pełne ubrań. - Słyszę. Szafa jest stara, zamek popsuty a zawiasy nie naoliwione. To staroć. A właściwie antyk. Musi mieć chyba niezłą wartość. Jak sądzisz? Wydawało się jednak, że Beata zupełnie nie słyszy tego, co mówię. Dalej patrzyła w głąb szafy a wzrok miała jakby nieobecny. - Czujesz?- zapytała. - Co? - Ten zapach... Wydobywa się stamtąd.- palcem wskazała na wiszące ubrania. Rzeczywiście, gdy to powiedziała ja też poczułem zapach wyraźniej niż dotychczas. Nie widziałem w tym jednak niczego nadzwyczajnego. Ponieważ Beata dalej stała w miejscu, podszedłem do szafy i rozsunąłem ubrania. Z tyłu na małej półce leżał płócienny worek. Wziąłem go w ręce. Był lekki i delikatnie szeleścił, gdy się nim ruszało. To on wydzielał zapach. - Coś jakby kwiaty.- powiedziałem, zbliżając go do nosa. - To tylko worek …- w głosie mojej żony wyczułem ulgę. - A czego się spodziewałaś? - Sama nie wiem. Ale miałam takie dziwne uczucie, jakby było tam coś…dziwnego.- wyciągnęła ręce po worek i przysunęła go do nosa- To prawie na pewno róża… - To ulubiony kwiat babci. - Czuję coś jeszcze…- zaczęła rozwiązywać spłowiały sznurek- Zaraz zobaczymy…- zajrzała do środka- Rany! Co to?!- z obrzydzeniem odrzuciła worek od siebie. Gdy upadł, wysypały się z niego zbrązowiałe płatki róży. Beata się nie myliła. Ale to nie one wywołały jej nerwową reakcję. Przynajmniej połowę zawartości worka stanowiły resztki jakichś stworzeń, chyba owadów sądząc po kawałkach skrzydełek. Ale widać też było kilka cieniutkich kości. - Co to jest?!- Beata powtórzyła pytanie. Cały czas obcierała ręce o nogawki spodni. - Myślę, że woreczek zapachowy. Ty też przecież wkładasz coś takiego do bielizny. - Coś takiego? Wkładam małą torebkę ze sklepu! Czegoś takiego w życiu nie widziałam.- obejrzała swoje dłonie i uniosła je do góry, jakby bała się nimi czegokolwiek dotknąć. - Babcia pewnie sama zrobiła taką saszetkę. Przecież wiesz, że lubiła być samowystarczalna. Mogła kupić dżem a robiła prawdziwe konfitury. Pamiętasz jakie były smaczne? - Aż się boję pomyśleć, co wkładała do środka. - Przestań! Pewnie nasączyła czymś te płatki, żeby zabijały mole. Naftaliną może… - Nie czuję naftaliny, a poza tym, nie słyszałam, żeby naftalina zabijała myszy.- czubkiem buta wskazała w kierunku małego, cienkiego ogonka wystającego spod górki płatków. Skóra na nim była miejscami wyżarta, jakby uległa działaniu jakiegoś kwasu. Pasował do kości i mógł być pozostałością po myszy. - Idż do spiżarni. Ja tu posprzątam.-nie chciałem, aby zniechęcała się do tego domu przez takie głupstwo. Na mnie ten dziwny worek nie podziałał tak jak na nią, jednak założyłem rękawice, aby pozbyć się tego kwietnego cmentarzyska. Tknięty przeczuciem, sprawdziłem wszystkie pozostałe szafy. W każdej znajdowała się płócienna torba. Nauczony doświadczeniem, rozchylałem je ostrożnie. Zawartość miały podobną. Nic nie mówiłem Beacie, ale sam poczułem się nieswojo, gdy w ostatniej znalazłem kawałek skóry jakiegoś węża. Zacząłem się zastanawiać jak ta gadzina dostała się do babcinej szafy.

Do wieczora zdążyliśmy z grubsza uprzątnąć cały dom. Więcej makabrycznych odkryć nie było, więc Beata się uspokoiła. Kuba uprosił, aby mógł spać w pokoju zabawek. Wyciągnęliśmy więc materac z jego łóżka, bo przez jakiś czas mieliśmy spać tak jak zawsze, gdy przyjeżdżaliśmy tutaj, we wspólnym pokoju. Na razie nawet nie śmiałem proponować przeprowadzki do sypialni babci. Sam, prawdę mówiąc, nie chciałem tam spać przed gruntownym remontem. Materac położyliśmy na środku pokoju, bo tak chciał nasz synek. Wokół materaca zrobił parking dla samochodów, na skraju poduszki położył Miśka a przy nogach klatkę z Zającem. Żeby otulić go kołdrą i dostać wieczornego całusa, musiałem uklęknąć. - Zostawić ci światło, synku?- spytałem. - A możesz zapalić magiczną lampę? - Pewnie! Magiczna lampa była wynalazkiem z dawnych czasów, na pewno była starsza ode mnie. Z magią tak naprawdę nie miała wiele wspólnego. Cała tajemnica tkwiła w ciemnym abażurze. W przemyślny sposób powycinane były w nim otwory. Gdy zapalało się żarówkę, lampa dawała niewiele światła, ale na suficie pojawiały się świecące punkty, mniejsze i większe. Nie tylko wyglądały jak gwiazdy, to były gwiazdy! Prawdziwa mapa północnego nieba.

>>To pamiątka po dawnym przyjacielu .<<

Przez chwilę patrzyłem na Gwiazdę Polarną i Wielką Niedżwiedzicę uwięzione na stropie małego pokoju Widziałem to już wiele razy, ale raptem poczułem się nieswojo. Przez chwilę wydawało mi się, że ktoś jeszcze przygląda się światełkom w pokoju. Spojrzałem na Kubę. Oczy miał już zamknięte. Wrażenie minęło. Pomyślałem, że i na mnie zaczyna działać atmosfera starego domu. Jeszcze raz popatrzyłem na synka i zszedłem na dół. Beata czekała na mnie na frontowej werandzie. Siedziała w trzcinowym fotelu i patrzyła na ogród i widoczną między krzewami drogę. Z uśmiechem przyjęła kieliszek wina, które w tajemnicy przywiozłem ze sobą. Chciałem, żeby ten pierwszy wieczór był miły - Chcesz mnie przekupić.- To było stwierdzenie nie pytanie. - Skąd! Chcę cię upić! Wznoszę toast. Za nasze życie w tym domu! Uśmiech zniknął z twarzy Beaty. Popatrzyła znowu uważnie przed siebie. W końcu westchnęła. - Za nasze życie.- przechyliła kieliszek, ale nie było w tym zapału. - Zobacz jak tu pięknie…- siadłem obok niej na schodach. Dwa rzędy starych świerków rosły po obu stronach ścieżki, łącząc nad nią gałęzie. Krzaki bzu przy drodze chroniły przed kurzem i wścibskimi spojrzeniami. Na rabatce przy domu rosły nagietki a pod świerkami bratki i jakieś inne kwiatki, których nazw nie znałem. Babcia kochała kwiaty i swój ogród. W przesadny sposób wciągnąłem powietrze. - Ale piękny zapach! W mieście czegoś takiego nie znajdziesz. - To mnie właśnie zastanawia.. –przerwała na chwilkę- Coś pachnie bardzo mocno, intensywnie. Prawda?- spojrzała na mnie jakby szukając potwierdzenia. - No, tak… - Jaki zapach czujesz? - Słodki, interesujący, podniecający…- pogładziłem ją po odsłoniętej łydce. - Ja pytam, jakie kwiaty tak pachną!- zauważyłem , że dłońmi z całych sił ściska poręcze. - No, chyba te…- wskazałem ręką na nagietki – I tamte. - Sprawdźmy!- poderwała się z fotela, zbiegła do ogrodu i wróciła po chwili z kilkoma nagietkami, bratkami, i tymi kwiatami, których nazwy nie znałem. - Wąchaj.- podsuwała mi pod nos kolejne kwiaty.- Co czujesz? - Zapach kwiatów…- zaczynałem podejrzewać, o co jej chodzi. - Ten sam, co przed chwilą? - No, nie… - A wiesz jaki zapach wydał ci się kilka minut temu taki słodki, interesujący i podniecający?- zamilkła i popatrzyła na mnie -To róże. Tu naprawdę dzieje się coś dziwnego. - Gadanie! - Skup się!- Beata była spokojna, ale jednocześnie spięta- Przypomnij sobie zapach z tego woreczka. W duchu musiałem przyznać, że istniało pewne podobieństwo, ale nie chciałem utwierdzać początków jej obsesji, bo tak zaczynałem to odbierać. - A cóż w tym dziwnego, że…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%