Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 35 min czytania

Tajemnica Danville. (PRÓBNE) 1/4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Piętnastego września 1994 roku, dwunastoletni, wysoki jak na swój wiek Jeffrey Niccals stał na skraju wysokiego wzgórza, na którym znajdował się jego dom i z rękami w kieszeniach spoglądał na wioskę. Krótkie, ciemne włosy powiewały mu na wietrze, a ciało pokrywały krople wody. Deszcz zwiększał swoją częstotliwość, niebo okryły ciemne chmury burzowe, w kolorze soczystego granatu z drobnymi przejaśnieniami. Zaraz bój miały stoczyć błyskawice. Coraz głośniej słychać było huki, ale chłopiec stał niewzruszony i rokoszował się zapachem otaczającej go wilgoci. Czuł się pojednany z pogodą, marzył o skoku w przepaść i lataniu, uczuciu błogiej wolności, której by doznał. Ze wzgórza, na którym stał można było zobaczyć przede wszystkim ciemność, tonące w niej zarysy małych domów i stodół w oddali. Tylko gdzieniegdzie – może trzynaście lub czternaście - niewielkich, żółtych, pomarańczowych i białych punkcików będących zapalonymi światłami w domach wieśniaków, Jakiś metr przed nim znajdowały się gęste, zielone, krzaki w niektórych miejscach poobrywane przez ludzi, którzy lubili wchodzić na owo wzgórze dlatego, iż był to najlepszy punkt obserwacyjny na całe miasteczko. Zbocze wzniesienia było strome i w ciągu kilku ostatnich lat dwie osoby zsunęły się z urwiska ze skutkiem śmiertelnym, jednak na samym dole owego wzgórza znajdował się tylko jeden, mały drewniany krzyż. Jeffrey nie za bardzo wiedział, po co owy znak stoi u podnóża wzgórza - może nawet i lepiej – bardzo przejmowały go tego typu sprawy i prawdopodobnie nie spocząłby dopóki nie odnalazłby rodziny zmarłej czy zmarłego. Tubylcy zajmowali się najczęściej farmą, hodowlą bydła, uprawą roślin, połowem ryb, a skrajnych przypadkach w ich prywatnych mieszkaniach znajdowały się piekarnie, sklepy spożywcze, herbaciarnie, antykwariaty czy te z odzieżą. Ostatnio zaś największą popularność osiągnął budynek, w którym znajdowała się biblioteka, czytelnia i księgarnia zarazem, nosząca nazwę „Księgarni i Biblioteki pod Wielkim Smokiem”. To było jedno z tych miejsc, dzięki którym Jeffrey lubił to miasteczko – potrafił przesiedzieć w niej całe dnie, jednak około godziny osiemnastej trzydzieści musiał z niej wyjść wyprowadzany przez dwóch wysokich mężczyzn pracujących w ochronie. Zarysy otoczenia było widać także dzięki latarni, stojącej na rynku, na samym środku małej mieściny, którą była Danville. Jeffrey niezmiernie się cieszył, że wzgórze, na którym jego zmarły ojciec postawił dom, było na tyle wysokie, aby stojący na jego skraju człowiek mógł objąć malutką, mającą około siedemset mieszkańców wioskę gołym okiem. Na owym wzgórzu nie znajdował się tylko dom chłopca – było ono na to za obszerne, dlatego po długim namyśle rady miasta w roku 1938 postawiono tam mały kościół, który potem nazwano Kościołem Wschodzącego Słońca. Religijni mieszkańcy, których w tamtych latach było o wiele, wiele więcej, nazywali go Kościołem Miłosierdzia. Różnica między domem stojącym na wzgórzu, a budynkiem kościoła wynosiła prawie osiem i pół cala, dlatego ze względów bezpieczeństwa nie montowano w nim dzwonu – gdyby to zrobiono, stojący w pobliżu człowiek, który ma słabej odporności bębenki uszne mógłby całkowicie, lub częściowo ogłuchnąć. Były to jednak nierealistyczne spekulacje, ponieważ kościół był zamknięty od roku 1969. Po tym wydarzeniu po ludziach chodziły dwie plotki: jedna mniej prawdopodobna od drugiej, jednak zawsze było to jakieś wyjaśnienie owego zamknięcia – albo parafianie przestali dawać co łaska, więc kościół nie miał jak remontować budynku – lub po prostu księża albo poumierali, albo przenosili się w inne miejsca. Tak małe, jeśli chodzi o ludność miasteczko nie było ciekawym przedsięwzięciem dla księdza – jak dobrze poszło, na mszy niedzielnej po południu było maksimum pięćdziesiąt osób (a miejsc w kościele było prawie sto siedemdziesiąt) – Danville nie było za bardzo bogobojnym miasteczkiem, ludzie wierzyli raczej w rozwijającą się technologię i ludzkość. Do jego uszu doszły znajome, dzień w dzień słyszane, nawet lubiane przez chłopca dźwięki – szum fal uderzających o nierówne skały i śpiew latających wokół Danville mew. Te ptaki zawsze kojarzyły mu się ze spokojem, ustatkowaniem, pozytywnością, aczkolwiek nie mógł w stu procentach powiedzieć, że ich obecność wprawiała go w owy nastrój, szczególnie w takiej sytuacji, w jakiej się znajdował. Było to rybackie miasto, z lewej strony okolone morzem, za którym znajdowały się góry, ciemne doliny, niezmierzony las iglasty i jezioro Nenar; kiedyś wpływały do niego drobne prywatne łodzie, a rzeka doń prowadząca była głównym połączeniem z innymi miastami w głąb lądu. W połowie 1973 roku wybudowano kilkanaście dróg, gdy prądy rzeczne zaczęły zbyt mocno utrudniać pływanie i handel stał się niemożliwy. Odkąd jezioro pochłonęło kilkanaście łodzi – wraz z będącymi nań młodymi ludźmi - podczas jednego z największych sztormów, nikt nie miał odwagi na nie wpłynąć po raz kolejny. Wąskie ulice powstałe w gęsto zarośniętym lesie, pozwalały dostawać się obcym na tamtejszy rynek, a stamtąd prosto na będące za rogiem targowisko aby posprzedawać mieszkańcom trochę towarów i nakupić w hurtowych ilościach rzadkich ziół, lalek, bądź małych zabawkowych aut, drewna oraz niektórych gatunków ryb z jeziora czy tych bardziej okazalszych z morza Sieber. Z mroku wyłaniał się także bardzo stary, budzący grozę młyn, znajdujący się po prawej stronie chłopca. Oczy Jeffreya zwykle skupiały się na nim, zawsze gdy patrzył ze Swojego Wzgórza – mówił tak na nie, kiedy wychodził na zewnątrz, oznajmiając matce (czterdziestodwuletniej Susan Niccals) gdzie idzie. Ogromne rozmiary młynu sprawiały wrażenie, że ów budynek górował nad całą resztą małego miasteczka. Tego dnia, były to tylko ruiny pokryte gruzem. Rozpadające się drewniane ściany naderwane skrzydła wiatraka, a nawet po lewej i prawej stronie dachu porażający brak okrycia. Odkąd stał się ofiarą płomieni, które pochłonęły również jego właścicieli i kierowników (Arnolda Kempa, Phial Niccalsa, Thomasa Ferry, Morgana Fletchera i Gladys Black, oraz troje przypadkowych przechodnów: Nicka Taine’a, Tamarę Switch i Emily Clame), nikt tam nie zaglądał. To miejsce było przesiąknięte prawdziwym postrachem i niezwykłą tajemnicą, gdyż do teraz nie poznano przyczyn pożaru z połowy maja, 1994 roku. O owym pożarze było bardzo dużo mówione w telewizji i ogółem w wszelakich mediach. Dokładnie co miesiąc – co bardzo śmieszyło mieszkańców – policja odkrywała przerażające super-nowe fakty, nowych, choć nic nie wiedzących, ale niezwykle wiarygodnych i ważnych świadków, głównie po to, aby Telewizja Danville miała o czym mówić, w swoim codziennym wydaniu o godzinie 19, które prowadził wzbudzający kontrowersję, wiecznie pozytywny i uśmiechnięty Richard Frost. Mówione przez niego informacje nie były za bardzo wiarygodne, przez to w jaki sposób je wypowiadał i czy to było wygranie przez któregoś z mieszkańców miliona dolarów, czy katastrofa lotnicza, zawsze się uśmiechał. Płomienie odwiedziły stary młyn w maju, za co wielu, - szczególnie tych wierzących - ludzi dziękowało Bogu, byli bowiem wtedy w sąsiadującym z Danville mieście – Arrcady, gdzie odbywały się obchody dwudziestego drugiego festiwalu malarskiego Spaliło się tylko wnętrze młynu: połowa dachu oraz znaczna większość zewnętrznych maszyn. Muszę kiedyś zbadać tamte tereny. - Pomyślał chłopiec, któremu przyszło mieszkać w owej wiosce głównie dlatego, iż Susan nadal – po tylu miesiącach – wierzyła, że Phil po prostu wyszedł. Wyszedł i do teraz nie wrócił, dlatego też zatrzymywała się w każdym z domów, jakie kupił, by go szukać. Tak naprawdę wolałaby zapomnieć o całej sprawie z ojcem Jeffrey'a, który również zginął w tamtym pożarze przy starym młynie. Jej umysł nie potrafił zaakceptować odejścia męża, człowieka, z którym dzieliła życie od przeszło dziesięciu lat. Chłopiec w tamtej chwili przywołał w pamięci obraz matki popadającej w codzienną rutynę, z coraz to bardziej odseparowującą się nawet od najbliższych postawą i niemalże się rozpłakał. Zamknął powieki. Jego włosy zaczęły się delikatnie unosić pod wpływem delikatnego, choć chłodnego jesiennego wiatru. Zamieszkiwali akurat te tereny, ponieważ Phil Niccals miał tu wielu znajomych i to właśnie oni co jakiś czas patrzyli na dom – „opiekowali się” nim. Było to bowiem spokojne, dobre i wręcz fantastyczne do życia lokum. Phil dorobił się jednego z największych majątków w wiosce, chociaż niektórzy nie uznawali go za jej mieszkańca; przebywał tu kilka razy do roku, głównie w celach biznesowych lub kiedy nie miał co robić – by popracować i zarobić parę groszy, więc nazwanie go mieszkańcem Danville było troszeczkę naciąganym stwierdzeniem. Gdyby ludzie z innych miast, czy wsi nazywali by mężczyznę pełnoprawnym mieszkańcem tamtych terenów – mieszkałby aktualnie w jedenastu osobnych miejscach. Nie można było powiedzieć, iż nie był dojrzały – w wielu przypadkach okazywał ludziom to, że swoją inteligencją przerasta zwykłego nastolatka – to, co przeżył Jeffrey bardzo pomogło mu się usamodzielnić, a wręcz stał się w jakimś stopniu niezależny – w głębi serca wiedział, choć nie chciał w to wierzyć, że może liczyć tylko na siebie i, że jeśli da się ponieść melancholii tego miejsca po prostu zamieni się w drugą, leżąca całe dnie w łóżku Susan. - Przyjdź tu. Przyjdź. – usłyszał cichy, lecz przerażający głos, dobiegający zza jego pleców. - Słucham? – odparł Jeffrey, który nie był wielbicielem horrorów – od maleńkości bał się wielu błahostek, które zwykły, czteroletni chłopiec uważa za normalkę. W takiej sytuacji, dla ostrożności wolał wrócić do swojego pokoju, a że jego ciało przeszły ciarki, gdyż robiło się coraz chłodniej – szybkim krokiem skierował się w stronę domu, znajdującego się na bezimiennej ulicy – jeśli któryś z mieszkańców Danville chciał powiedzieć jakiejś osobie, by przyszła na daną ulicę, nie podawał jej nazwy, bowiem ulice w miasteczku nie miały nazw. Mówiono wtedy po prostu coś na wzór „Już prawie jesteś. Wystarczy, ze przejdziesz obok wielkiego dębu/latarni/młynu/domu Finnów/domu Allansów.. Jeffrey był sparaliżowany całą zaistniałą sytuacją – bał się jak nigdy dotąd głosu, który usłyszał, jednak był stanowczym i upartym nastolatkiem – jednym z tych, którzy zawsze stawiali na swoim, i dążyli bezwzględnie do celu. Nie potrafił uwierzyć w to, że jego umysł sam wymyślił ten przywołujący go do siebie przerażający głos. Usłyszał go na własne uszy i wiedział, że sam sobie go nie zmyślił, ot tak. Była pierwsza trzydzieści nad ranem, więc nie mógł tak po prostu wbiec przez próg głównych drzwi – odkąd ojciec Jeffrey’a umarł, we dwójkę nie potrafili wykonywać domowych prac technicznych, takich jak naprawa kranu czy naoliwienie drzwi, by nie skrzypiały. Postąpił tak jak zwykle - wspiął się na dach werandy od frontu i dotarł do swojego okna znajdującego się na śliskim, od deszczu padającego nieustannie przez ostatnie kilka dni, poddaszu. Zabrudzone okno uchylone było wyłącznie na półtorej milimetra (po to, aby matka Jeffrey’a nie zorientowała się po temperaturze w domu, iż jej syn nie znajduje się w łóżku). Chłopiec wyjął z tylnej kieszeni swoich już obdartych, niebieskich dżinsów mały, choć długi śrubokręt i włożył go między szczelinę po czym pociągnął w górę. Po chwili – okno uchylone było już na tyle, iż schylony nastolatek z łatwością mógł wejść do pokoju – schował śrubokręt z powrotem do kieszeni i będąc już w pokoju z wysiłkiem zamknął okno. Udało się prawie doskonale i jedyną istotą, która mogłaby wydać jego nocne przechadzki był ich pies Barney. Był to malutki, bo dopiero pięciomiesięczny, przyjacielski czarny Owczarek Belgijski o przyjaznym pyszczku i ostrych kłach, zwykle czuwający i potrafiący usłyszeć każdy, choćby najmniejszy szmer – z węchem nie było gorzej, a wręcz przeciwnie. Leżący na dywanie przed drewnianymi drzwiami prowadzącymi do pokoju chłopca pies nadstawił nos, zaczął merdać ogonem i wbiegł do pokoju w taki sposób, iż można by było pomyśleć, że ukłuto go igłą. Na szczęście nie wyczuł zapachu obcego, a przyjaciela – zadaniem Jeffrey’a było jedynie opanować spowodowane na jego widok ataki radości. Przyłożył palec do ust. Barney początkowo chciał się bawić, wyjść na spacer i wszystko to w jednym momencie. Stało się to, czego obawiał się najbardziej - zwierzę otworzyło paszczę a oczom Jeffrey’a ukazały się dwa rzędy nierównych i niesymetrycznych kieł. Po chwili pies zaczął szczekać. Chłopiec wziął znajdującego się na brązowej podłodze kapcia i podniósł go do góry w geście świadczącym o tym, iż chce go uderzyć, jednak jego pies idealnie to zrozumiał (chłopiec używał tego sposobu prawie co noc), momentalnie się uciszył, przestał szczekać, machać ogonem i wskoczył na łóżko znajdujące się obok okna, cały czas zerkając w stronę swojego pana. Idąc na palcach Jeffrey usiadł na krześle, ściągnął czarne tenisówki i jak najciszej potrafił otworzył szafkę i je tam położył. Drzwiczki szafki również zaskrzypiały, jednak nie tak, jak mogłyby to zrobić zrobiły frontowe, zrobione z solidnego drewna drzwi, gdyby do mieszkania wszedł zwyczajnie. Przebrał się w pasiastą, granatowo-białą piżamę, skończył myć zęby (odpuszczając sobie mycie włosów i prysznic, tylko aby nie obudzić matki – nienawidziła kiedy to robił, poza tym w jej stanie to nie wiadomo czy jeszcze w ogóle w tym tygodniu by zasnęła). Rzucił krótkie, acz dokładne spojrzenie na swoje odbicie w lustrze. Ujrzał zmęczoną po całym dniu, chudą młodziutką twarz. Uśmiech pełen trosk kontrastował z ciekawskimi żółtymi i radosnymi oczami. Z powodu dużego wzrostu lustro ledwie obejmowało go w całości. Pomyślał, że powinien w końcu przewiesić je ciut wyżej, jednak dochodząc do wniosku, że zirytowało by to dość niską Susan, odpuścił sobie. Przeczesał lekko dłonią swoje krótkie, lekko kręcone włosy i wypuścił powietrze z płuc. Po chwili ruszył w stronę sypialni. Położył się na łóżku i niemal natychmiast zasnął, co nie zdarzało się nazbyt często – przed snem zawsze analizował tuzin spraw i w myślach układał plan dnia jutrzejszego - wszystko po to, aby nie dać się nudzie i melancholii Danville. Kiedy wreszcie zasnął, przyśnił mu się jeden z najgorszych koszmarów, jakie kiedykolwiek mogłyby się przyśnić: kiedy to goni nas najniebezpieczniejszy morderca w całej Europie albo potwór, którego najbardziej w świecie się boimy, ewentualnie dla ludzi z fobiami – klaun, czy gigantyczny pająk. W przypadku Jeffrey’a był to wysoki czarnoskóry mężczyzna (jedyne co zapamiętał to było to, iż ów człowiek miał na sobie dżinsy firmy Lirder, które poznał po charakterystycznych dla tej marki kieszeniach). W takich właśnie momentach w śnie jak na złość nasze nogi zamieniają się w twardy kamień i przestają współpracować z naszym umysłem. Jednak to nie było najgorsze. Najgorsze zaś było to, że chłopak był do tego stopnia podobny do liścia w swoim sposobie poruszania się, że po najmniejszym ruchu wiatru, Jeffrey przewrócił się – jednak nie był to zwykły upadek – chłopiec nie dość, że uderzył głową w beton, to jeszcze jego dolne kończyny twardo stały na ziemi, zaś on sam leżał na podłodze z drugą połową swoich długich, zakrwawionych nóg. Kiedy odwrócił wzrok zobaczył kroczącego ku niemu mężczyznę, który trzymał w ręku różdżkę, przypominającą bardziej pomalowany na biało patyk, skierował ją w kierunku Jeffrey’a, a z jej końca wyleciał żółty, wręcz oślepiający promień światła. Kiedy go dopadł, chłopiec obudził się zlany potem, cicho przeklął i ze łzami w oczach podciągnął leżącą na ziemi kołdrę, a następnie niedbale nasunął ją z powrotem na siebie i otarł cieknące mu z oczu łzy. Choć wielokrotnie próbował – tej nocy już nie zasnął. Kolejne dni spędzone w małym miasteczku dla chłopca, który wychowywał się w Kalifornii (gdzie nie było nocy, w której nie budziło się słysząc dźwięku przejeżdżającej na sygnale straży pożarnej, czy policji – nie było nocy, w której nie słyszałoby się pijanych mężczyzn krzyczących, a czasami śpiewających na środku ulicy). Tam dni mijały naprawdę bardzo, bardzo powoli. Jeffrey nie potrafił określić ile czasu zajmuje tu jedna minuta – gdyby jednak się wysilił najprawdopodobniej doszedłby do wniosku, że jedna sekunda w miejscu, gdzie kiedyś mieszkał równa się kwadrans tutaj. Pod koniec września wpadł na błyskotliwą myśl, którą się później kierował: Jestem zamknięty w wielkim więzieniu o zaostrzonym rygorze, zwanym Danville. Dopiero jedne z pierwszych dni października uświadomiły chłopca o tym, w jak beznadziejnej sytuacji się znajdował wraz z matką. Ona powoli popadała w depresję, jedyne co potrafiła zrobić to przytakiwać, podczas kiedy Jeffrey opowiadał o jednej z wielu książek jakie wypożyczył w „Wielkim Smoku”. Udawało jej się także sięgać do torebki po portfel, z którego po chwili wyciągała banknot dwudziestodolarowy. Musiał kupić sobie jakiś w miarę przyzwoity obiad w mieście (upatrzył sobie nawet jedną restaurację – a było ich tu około sześciu w całym miasteczku – noszącą nazwę „Big Time”, w której zawsze kupował zestaw obiadowy za 18,99, w jego skład wchodziły: mała miska zupy pomidorowej, dwa duże naleśniki z serkiem homogenizowanym, tosty z szynką i z serem, oraz szklanka Coca-Coli, lub Coca-Coli light, jednak była promocja – za raz kupiony zestaw obiadowy za jednego dolara można było dostać dolewkę dowolnego napoju – Jeffrey nie marnował okazji i korzystał z owego udogodnienia) Znalazł sobie tam nawet przyjaciela, którym był Ryan Bast. Był on czarnoskórym pracującym w restauracji

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%