Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 1 godz. 1 min czytania

Tajemnica Haunebu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W mundurze wroga Thomas czuł się bardzo nieswojo. Ciemnoszara barwa materiału sprawiała, że w półmroku bunkra stawał się niewidoczny, ale swastyka wyszyta na ramieniu i pół tuzina niemieckich medali wystających z klapy marynarki podsuwały mu ponure myśli. Pocieszał się tym, jak wielu ludzi uratuje, jeśli misja zakończy się powodzeniem. Pomimo słabej widoczności starał się posuwać wąskim korytarzem jak najszybciej. Poruszając się na ugiętych kolanach, dodatkowo odkrywając puste ciemności za pomocą dotyku miał pewność, że nie uderzy głową w ścianę, gdy niespodziewanie z otchłani wyrośnie ściana. Zastanawiał się, czy Niemcy zabezpieczyli patrolem również szyb wentylacyjny. Mocno w to wątpił, ale z drugiej strony, jeśli tajemnica skrywana przez hitlerowców jest rzeczywiście tak ściśle tajna, jak go poinformowano w bazie, nie zdziwiłby go nawet taki wariant. Tak więc strój niemieckiego oficera był niezbędny, chociaż Thomas wręcz czuł jak znak na ramieniu pali go w skórę, zupełnie jakby został wykonany ze świeżo kutego metalu. Zmrużył kasztanowo-brązowe oczy, dostrzegając w oddali białe plamy światła. Przyśpieszył znacznie kroku i czując się już pewniej w ciasnym szybie, dopadł miejsca z którego wydobywało się tajemnicze światło. W porę się opamiętał i upadł płasko na ziemię, podpełzając do krawędzi otworu, na tyle tylko, żeby widzieć co się dzieje na dole. Otwór mógł mieć dwa metry szerokości i co najmniej trzy długości. Przykryty był ciężką żeliwną kratą, która znaczyła bladożółtą poświatę na suficie siatką cieni, będącymi jej odbiciem. Thomas westchnął głęboko z uciechy. Poczuł nieodłączny dreszcz adrenaliny mieszający się z podnieceniem i już wiedział, za co kocha tę robotę. Hangar rozciągający się u jego stóp był przeogromny i przez ograniczające widoczność kraty nie mógł nawet zobaczyć jego końca. Pod sufitem biegły siatki grubych szumiących rur o zgniłozielonej barwie, wtapiając się w grube żelbetonowe ściany bunkra jak żyły jakiegoś mitycznego potwora. Przy ścianach pięły się i opadały metalowe schody, powietrze przecinały zwodzone mostki, ale uwagę Thomasa od dłuższego już czasu zajmowała stojąca na ziemi maszyna. Był pod ogromnym wrażeniem jej rozmiarów. Na oko mogła mieć wielkość trzydziestu ówczesnych parterowych domów. Czterdziestometrowej szerokości i około dziesięciometrowej wysokości stalowe bydlę posiadało bardzo dziwny kształt, przypominający kapelusz. Od spodu było płaskim szerokim talerzem, ale gracji ujmowała mu wysoka, niezgrabna kabina wielkością dorównująca małemu bunkrowi. Miała w sobie coś śmiesznego i przerażającego zarazem. Była połowę węższa od podstawy, w jej ścianach tkwiły małe, okrągłe okienka podobne do bulajów w okrętach wojennych, zaś sufit stanowiła wypukła kopuła, jakby świeżo zdjęta z bazyliki świętego Piotra. Thomas od natłoku myśli aż się spocił. Odruchowo otarł czoło rękawem marynarki i sięgnął za pasek spodni po manierkę z wodą. Upił łyk i ciągle patrząc między kraty podniósł się i przykląkł na skraju kamiennej podłogi, metr od czeluści. Wydobył aparat fotograficzny i wychylając się lekko spojrzał w wizjer z czarnym krzyżykiem pośrodku. Zrobił zbliżenie i dostrzegł ginące przedtem w całości szczegóły. W stalowych płatach wywiercone były otwory, z których spozierały czarne lufy karabinów maszynowych, złote taśmy amunicji oraz działka. Jednak najlepiej widocznym elementem uzbrojenia była wieżyczka czołgowa przytwierdzona do spodu statku, pochodząca od najcięższego niemieckiego czołgu Tygrysa Królewskiego. Thomas uznał, że tak ciężki pojazd musi się wolno poruszać. Podczas bitwy garstka zwykłych żołnierzy mogłaby wspiąć się po płasko nachylonej podstawie, wybić bulaje karabinami i zlikwidować załogę. W takim układzie wydawanie mnóstwa pieniędzy na budowę tych pojazdów wydało się Thomasowi bezsensowne. Wychylił się i cyknął jeszcze jedno zdjęcie ujmując w kadr wieżyczkę zapożyczoną z Tygrysa. Z lampy błysnęło światłem, które mignęło nierównym prostokątem na poszyciu maszyny. Wtem kilkanaście metrów niżej zwodzonym metalowym mostkiem przeszło dwóch mężczyzn w mundurach SS, rozmawiając głośno z wyraźnym niemieckim akcentem. Thomas uczył się tego języka zaledwie dziewięć miesięcy, ale swoim bogatym słownictwem mógłby zadziwić niejednego rodowitego Niemca. Zorientował się, że rozmawiali o maszynie. Zresztą, o czym mieliby tu rozmawiać. Takie rzeczy niełatwo przemijają bez echa. Nazywali ją kapeluszem. Tyle Thomas zdołał wyłapać z rozmowy zagłuszanej buczeniem rur i odległym dźwiękiem kucia i spawania. Posłyszał także słowo „Vrill”, chociaż nie był pewien czy tak to właśnie miało brzmieć. W każdym razie odniósł wrażenie, że gdzieś już słyszał ten wyraz. Na razie wszystko szło po jego myśli więc pozwolił sobie na uśmiech. Śmiejąc się zawsze czuł odprężenie i spokój, ale tym razem bardzo szybko spochmurniał usłyszawszy za plecami czyjś oddech. Miał wielką nadzieję, że ten kto stoi za nim jest tu tylko przypadkowo, ale bał się odwrócić i sprawdzić. Krępował się wykonać jakikolwiek ruch, który mógłby zdradzić jego obecność. Lecz czy nie jest już za późno? – myślał gorączkowo. Słyszał go każdym nerwem, czuł każdą komórką ciała. Był blisko. Zbliżał się. Być może skradał się dyskretnie z nożem uniesionym w dłoni. Niewykluczone, że opuszczał w tym momencie ostrze próbując zadać Thomasowi śmiertelny cios w nerkę. Nadal czuł się bezwładny we własnym ciele, jakby czekał już tylko na świst ostrza w powietrzu, który to wszystko zakończy. Poddał się już nim zaczął walkę. Przegrał ją tam, w środku. W dole dostrzegał niemieckich oficerów stojących naprzeciw siebie. Zajadle gestykulowali, palili papierosy i rozmawiali o wojnie nie zdając sobie zupełnie sprawy z tego, że wysoko nad ich głowami pewien amerykański szpieg imieniem Thomas może się za chwilę stać jedną z jej ofiar. Przez chwilę Thomasowi zdawało się, że czuje ciepły oddech na policzku. Odwrócił głowę, ale nikogo przy nim nie było. Uczucie okazało się być tylko fałszywym złudzeniem. Ale poruszając głową, zwrócił uwagę przeciwnika. Kiedy rozległo się pytanie, Thomas pojął, że jedną rękę kurczowo zaciska na kracie. - Przepraszam, sir. Co pan tu robi ? Głos był cienki i mógł należeć do mężczyzny pod warunkiem, że ten mężczyzna miał trzynaście lat. W Thomasie coś pękło. Jakaś wewnętrzna tama, rozlewając falę ulgi po gotowym na ból i cierpienie ciele. Thomas powoli okręcił głowę. Przed nim stał na oko czternastoletni chłopiec w ciemnozielonym mundurze. Spod płaskiej czapki z rondem wystawała kępka krótko ostrzyżonych blond włosów, które w zestawieniu z bladą cerą dawały upiorny efekt. Wychudzone oblicze niespodziewanego przybysza przypominało czaszkę obitą skórą z oczami wciśniętymi w puste oczodoły. Głos choć dziecięcy i piskliwy zawierał w sobie także dużo powagi i szczyptę groźby, nakazującej Thomasowi podporządkować się jego rozkazom. Powoli uniósł się z chłodnej posadzki wykonując ostrożne ruchy, jakby miało go na muszce tuzin esesmanów. Mimo niepozornego wyglądu chłopca Thomas starał się być ostrożny. Dowódca jego oddziału, Nicholas Camel uczył go szacunku dla umiejętności przeciwnika, choćby miał nim być nastoletni chłopiec. Zresztą mógł być ćwiczony przez niemieckich żołnierzy. Szpieg czuł, że obecność chłopca tutaj nie jest przypadkowa. Jeśli uczono go bezwzględności i zabijania, Thomas mógł mieć do czynienia z trudnym przeciwnikiem, bo dzieci na ogół łatwo ustępują i poddają się regułom panującym w nowym środowisku. - Usłyszałem dziwne hałasy i przyszedłem sprawdzić czy wszystko w porządku. – tłumaczył nieporęcznie Thomas. Poczuł, że dłonie lekko mu drżą i spróbował się opanować. Musiał zagrać pewnego siebie, szorstkiego oficera. Powinien się złościć na chłopaka, że w ogóle śmie go zagadywać jak profesor ucznia przyłapanego na paleniu papierosów w męskiej. Odchrząknął. - Nie muszę się ci tłumaczyć, synku – rzekł nieco surowszym tonem, ale daleko mu było do szorstkości – wypełniam obowiązki oficera i nic ci do tego. Chłopak przekrzywił głowę. Na twarzy malował się mu dziwny grymas. - Chwileczkę, a co niby mają znaczyć te wycieczki w środku nocy? – Thomas gwałtownie podniósł głos – czy nie wiesz, że chłopcy w twoim wieku powinni teraz spać? Muszę to zgłosić przełożonemu! Proszę za mną! Nie wywiniesz się, nocny ptaszku. Chłopcowi zaświeciły się oczy, ale obojętny wyraz twarzy pozostał. - Mam pozwolenie kapitana, sir. – padła odpowiedź. W ciemnościach coś zaświeciło. To był ostrzegawczy błysk w oku niemieckiego nastolatka i nie wiadomo skąd w Thomasie pojawił się niepokój. Ten dzieciak ma na mnie dziwny wpływ – pomyślał. – Moim obowiązkiem jest patrolowanie tego szybu i robię to nie od dziś. Czy szanowny pan oficer naprawdę nic o tym nie wie? – w głosie dało się wyczuć drwinę. – ostatnimi czasy kręci się tu mnóstwo szpiegów, sir. Moi poprzednicy byli dla niech za miękcy. Nie sądzi pan? - Oczywiście, ale co to ma do rzeczy? – Thomas czuł, że traci trwały grunt pod nogami. Chłopak zmrużył oczy. - Hm. Niech się wsłucham w pański głos... tak, mówi pan z wyraźnym południowoamerykańskim akcentem. - Słucham? - Będę musiał pana zaprowadzić do mojego przełożonego – poinformował, masując brodę kciukiem i palcem wskazującym – ale muszę pana ostrzec, że jeśli będzie się pan upierał, sam to załatwię. „Sir”, dodał w myślach Thomas. Gówniarz miał do niego więcej szacunku niż niejeden kumpel z oddziału. Tajny amerykański szpieg nie mógł zauważyć groteskowości całego wydarzenia. Niewiarygodne! Groził mu chłopiec niższy o głowę, na dodatek chudy i raczej słabo umięśniony. Thomas był pewny, że w pojedynku jeden na jeden wygrałby bezkonkurencyjnie. Więc dlaczego się bał? Być może nadal był wierny zasadom wyznawanym przez dowódcę Camela, czyli „ Szanuj wroga, Tom”. Powtarzana mu była setki tysięcy razy, aż do znudzenia. Teraz znienawidził ją jeszcze bardziej. Chrzanić zasady! - Chłopcze – zaczął Thomas próbując nadać twarzy znudzony wygląd – jestem niemieckim oficerem, czy to ci się podoba czy nie. Ale obiecuję, że jeśli nie znikniesz mi za moment z oczu ty wścibski bachorze to przysięgam na wszystko co kocham, że urwę ci ten cholerny szwabski łeb! – Thomas za późno zrozumiał swój błąd i przygryzł dolną wargę do krwi, przeklinając się w duchu. Popełnił straszny błąd. Niemiec może się nieźle posprzeczać z drugim Niemcem, ale nigdy nie nazywa go szwabem, ponieważ znieważył by w tym momencie siebie samego. Chłopiec nie wyrażał miną żadnych emocji, jakby twarz miał ciosaną z kamienia, co trzymało Thomasa w niepewności: załapał aluzję, czy nie? Mimo wszystko sięgnął ostrzegawczo po broń schowaną w kaburze ze skóry żbika. - Poczekaj – rzucił chłopiec, jednak jego głos nie uległ większej zmianie pod wpływem groźby bronią. - Nie, to ty poczekaj – Thomas miał przewagę, czy chłopak złudnie mu ją dał? – jeśli chcesz żyć, spływaj i to natychmiast! Jeden trup więcej, czy mniej, kogo to na wojnie obchodzi? Myślisz, że się zawaham tego użyć? – wzrokiem wskazał na smukłego Colta 44. – zastanów się. - Racja. Rozwiążmy ten problem tak jak to się robi na wojnie – odparł niemiecki młodzieniec, po czym ruszył w stronę Thomasa jednocześnie sięgając ręką za plecy. Co on tam miał? Miecz Samurajski? - Co? - Nie jest pan niemieckim oficerem, sir. Pański akcent wskazuje na północną Dakotę, a wymuszona szorstkość brzmi nawet zabawnie, jeśli ma się poczucie humoru. - O czym ty do cholery mówisz? – wrzasnął Thomas. Czuł, że za chwilę wydarzy się coś złego i przeszył go zimny dreszcz. Dzieciak nadal się zbliżał, jedną ręką ciągle czegoś szukając za plecami. Był w połowie drogi. Ciężkie, wojskowe buty dudniły o chłodną posadzkę. - Nie dał mi pan wyboru. Muszę pana zabić – przyśpieszył kroku, pokonując dystans między nimi szybciej niż Thomas by sobie tego życzył. Trzy metry, dwa... - Ale... – Thomas kompletnie nie wiedział co robić. Strzelić do trzynastoletniego chłopca? To była by niezmyta plama na jego honorze. Nie wiedział czy się bronić, nie wiedział jak... zaskoczenie odebrało mu zdolność trzeźwego myślenia. Chłopak był na wyciągnięcie ręki od Thomasa kiedy niespodziewanie wydobył zza pleców nóż. Młodzieńcza, gładka dłoń trzymająca ostrze opadła w dół z prędkością błyskawicy, przecinając ze świstem powietrze. Thomas nie zdążył nawet się osłonić ręką i został dźgnięty prosto w wątrobę z całą siłą i impetem jaką chłopiec włożył w cios. Ostrze weszło aż po rękojeść. Kiedy ponownie się wynurzyło z Thomasa było grubo pokryte najciemniejszą barwą krwi, jaką kiedykolwiek widział w życiu. Była niemal czarna. Szpieg złapał się obiema dłońmi za brzuch, dopiero teraz wyrzucając z siebie okropny jęk rozpaczy i bólu. Niemiec był niewzruszony. Stał nad zwijającym się z bólu ciałem z obojętną twarzą. A Thomas, leżąc na ziemi słyszał jeszcze , choć bardzo słabo, jakby zza ściany rozmowę dochodzącą z hangaru. Prawie całą jego uwagę pochłaniał pulsujący ból. Już nikt nie dowie się o tajemniczej maszynie zbudowanej w najlepiej strzeżonej hitlerowskiej bazie. Thomas zabierze tę informację do grobu, jak wielu jego poprzedników. Czy oni też umierali u stóp beznamiętnego chłopca? Wzrok powoli tracił ostrość. Thomas dostrzegał zamazane kontury owalnej twarzy napastnika, niewyraźną kępę blond włosów i oczy, wpatrujące się w niego jakby był wczorajszą gazetą wyrzuconą na bruk. Ale były też bardzo głębokie i mogły pomieścić wiele tajemnic i myśli. Jedną z nich mogła być ta, czy zawsze zabijanie przychodziło mu z taką łatwością. I być może odpowiedź brzmiała nie. To wojna i cierpienie nauczyły go bezwzględności. Ale teraz przestawało mieć to znaczenie. Zanim Thomas z ulgą wyzionął ducha lawina myśli zalała jego wycieńczony cierpieniem umysł. Szanuj wroga, Tom. Szanuj wroga, Tom. Szanuj wroga, Tom. SZANUJWROGATOM. SZNJWRGATM. SZJRATM. SZNUGTM.

Lothar był jeszcze dzieckiem, ale kiedy tak siedział w gęstych ciemnościach pokoju, z twarzą poznaczoną zmęczeniem, targaną z lewa ciekawości, z prawa przemożnym strachem, nienaturalnie bladą po trochu z niewyspania i częściowo z powodu seledynowo-niebieskiej poświaty bijącej od okna, wyglądał jak zmęczony życiem człowiek. Chłopiec od kilku miesięcy dokładał wszelkich starań, aby udowodnić matce, że nie jest szaleńcem. Tak więc całe noce spędzał obserwując ciemne, bezgwiezdne niebo licząc na to, że one znów się pojawią i mrugną w okno jego domu fioletowym światłem. W zasadzie chłopiec nie był pewien czy kolor ten był rzeczywiście fioletowy. Za każdym razem, gdy tamci błyskali w okno od ganku tajemniczym światłem, Lothar czuł dziwną mieszaninę emocji, podniosłości połączonej z lękiem i czymś jeszcze, czego zupełnie nie umiał ująć w słowa, jakby po raz pierwszy doznawał takiego uczucia. Zaś fiolet także był kolorem dziwnym w mniemaniu malca. Czasem zdawało się mu, że nazwał strugę światła fioletem, gdyż barwa której wydawało mu się nie widzieć nigdy wcześniej w życiu była najbardziej podobna do fioletu, choć czasem wyraźnie przechodziła w róż, pomarańcz lub zieleń. Lothar nie potrafił powiedzieć kim są „oni”. Pojawiali się na niebie niemal każdej nocy i przez tygodnie obserwacji mógł jedynie powiedzieć, że na pewno mają kształt kulisty, świecą różnymi światłami i promieniują przedziwną siłą. Pewnie dawno porzuciłby to zajęcie, gdyby nie matka. Bardzo irytowało go to, że uważała jego świecące kule za niemądry wymysł jego wybujałej wyobraźni, jak mawiała. Oczywiście nie dawała mu tego do zrozumienia dosłownie, lecz w sposób bardzo okrężny, delikatny i często żartobliwy, była bowiem kobietą z natury opanowaną i spokojną. Lothar wiele razy się nad tym zastanawiał i doszedł do wniosku, że łagodne usposobienie matki wytrąca go z równowagi bardziej niż gdyby stale strzępiła swoje delikatne struny głosowe za każdym razem gdy rozlał herbatę, bawiąc się kubkiem lub wchodząc do mieszkania w butach. Niekiedy nawet modlił się w duchu, aby zamiast pouczającego wykładu wypowiedzianego cichym i spokojnym głosem, usłyszał chaotyczne wrzaski i wyzwiska. Matka Lothara, Ewa, znosiła ze spokojem nawet conocne pobudki, kiedy to syn nagle zapalał lampkę nocną i czołgając się po łóżku wyciągał ją z ciepłej pościeli, bo na niebie znów pojawiły się płonące jasnym światłem kule, które mrugają do niego fioletowym światłem. Niestety jak dotąd za każdym razem, gdy Ewa wyrwana siłą ze snu podreptała za malcem do okna wychodzącego na ganek, niebo stawało się czyste od wszelkich dziwactw, niemal pulsujące niewinnością, co ostatecznie doprowadzało małego Lothara do szału, a matkę zmuszało do kolejnego wykładu na temat „niemądrych wymysłów jego wybujałej wyobraźni”. Zwykł w takich chwilach mawiać, że cały świat sprzysiągł się przeciw niemu, chcąc aby postrzegano go za głupca i dziwaka. Twierdził częstokroć, że niebo jest gwieździste, ale kiedy pojawiały się kule było szmaragdowo niebieskie niczym karta z kolorowego bloku technicznego. Potem, gdy mama wracała do swojego pokoju kładł się na łóżku, przykrywał tylko do połowy i tuląc głowę do poduszki, płakał. Ronił duże, czyste łzy, które spływały nierównym nurtem po policzku, po czym skapywały z nostalgicznym puknięciem na poduszkę w którą wsiąkały. Lothar pomyślał pewnego razu, że gdyby ją wykręcił wylałyby się z niej dwa litry słonej wody, tyle łez już uronił. I zwykle wybuchał wtedy głośnym śmiechem, aż z oczu wypływały słodkie łzy radości. Częstokroć, gdy tak leżał na wznak do pasa przykryty zwiewną kołdrą, nie mógł zasnąć, więc długo rozmyślał o tajemniczych kulach. I choć był mały, młody i prawie nic nie wiedział o świecie, wysnuł sporo teorii, z których niektóre były mocno naciągane, choć znalazłyby się też całkiem prawdopodobne. Jedną z najrealniejszych, przynajmniej według Lothara była teoria o obcych stworzeniach z odległej od Ziemi planety. Wiedział, że wielu by go wyśmiało gdyby im o tym opowiedział, więc zachowywał tę cząstkę wiedzy tylko dla siebie i czuł czasem wyższość nad kolegami przejmującymi się takimi błahostkami jak nowy rower lub sobotnia audycja radiowa, podczas gdy on był na tropie pozaziemskiej cywilizacji. „Przecież muszą istnieć we wszechświecie inne stworzenia. To niemożliwe, żeby na tak wielkim obszarze żyli tylko ludzie i zwierzęta – rozmyślał chłopiec. To, że dotychczas ludzkość nie spotkała się z obcymi wynika tylko z tego, że poziom naszej techniki jest zbyt niski, aby móc wędrować na bardziej oddalone planety. Innym cywilizacjom musiało udać się rozwinąć technologię na tyle, aby bezproblemowo wędrować po wszechświecie i naigrywać się z tych ciemnych istot, ziemian. Może nie spotkaliśmy się z nimi twarzą w twarz, bo w drabinie ewolucyjnej jesteśmy zbyt nisko, zbyt daleko za nimi, aby zaszczycić nas rozmową. To tak, jakby człowiek miał porozmawiać z psem lub z kotem? Na pewno język istot pozaziemskich różni się od naszego, więc nie będziemy mogli rozmawiać, dzielić się światopoglądami i wiedzą, co i tak nie jest możliwe, bo obcy nie zniżą się do naszego niskiego w ich mniemaniu poziomu intelektualnego. A co jeśli zechcą podbić Ziemię i zacząć nas traktować jak my zwierzęta? – każąc pracować za darmo, podając tylko tyle pożywienia, aby mogło pracować dalej?” Rozważania Lothara nie miały końca i zwykle kończyły się marzeniem o tym, aby żyć w zgodzie z obcymi, a może nawet wyruszyć w wyprawę na ich odległą planetę. Wizja taka wypełniała go podnieceniem i radością, choć często miał problemy ze zlokalizowaniem źródła tych przyjemnych odczuć. Pewnie wiedział podświadomie, że takie zdarzenie wywołałoby gwałtowne zmiany. Zmiany na lepsze. Zresztą, kto nie chciałby poznać istoty żyjącej po drugiej stronie słońca, miliardy lat świetlnych od Ziemi? Albo po prostu odbyć lot latającym talerzem? Przez ostatnie trzy noce ledwo udawało się mu utrzymać w pionowej pozycji, nieświadomie garbiąc się, pochylając i zasypiając z czołem opartym o chłodne szkło. Zwykle, czując chłód budził się, ale dalsze czatowanie nie miało sensu, gdyż świecące kule mogły przylecieć, kiedy spał, a zwykle ujawniały się jednorazowo. Tak też było tym razem i zmartwiony Lothar zaczął zwijać koc i odchodzić od okna, marząc już tylko o miękkim łóżku i ciepłej kołdrze, gdy na niebie eksplodowało fioletowo-niebieskie światło, nadając mu nienaturalny, niemal upiorny wyraz. Mniej więcej w tym samym momencie niebieskawa smuga światła otaczająca obiekt latający spłaszczyła się i rozciągnęła w długą cienką linię, która niczym pika wbita w bok rycerza przecięła gęste nocne niebo. Lothar pisnął z uciechy i dopadł okna. Pisk był krótki, ale dało się w nim wyczuć także nutkę lęku. Smuga światła obracała się szybko, ale niezdecydowanie, raz wykonując parę półobrotów w lewo, raz kilka szybkich cięć na ukos. W pewnym momencie fosforyzująca wstążka światła popełzła po oknie domu Brownów. Lothar zasłonił twarz, kiedy ostry promień ukłuł go w oczy. Mimo, że to nie był jego pierwszy raz , ani też nie drugi, poczuł zupełnie nowe doznania nie podobne do niczego innego co wcześniej poznał. Tak było za każdym razem gdy kula pojawiał się nad ostrymi szczytami skalistych gór, na tle granatowego nieba, między tymi czterema ramami okna, od których dawno zaczął zdzierać się oliwkowo żółty lakier. Nigdy więcej owo wrażenie się nie powtórzy. Ale chłopiec był pewien, że następny raz przeżyje jeszcze lepiej. Kula wisiała w powietrzu nieruchomo. Lothar wiedział, że może się ulotnić w ułamku sekundy, więc nie tracił czasu. Musiał wyciągnąć z łóżka matkę, ale najpierw ukląkł przy chłodnym marmurze parapetu, złożył zadbane dłonie do modlitwy i wyszeptał „Ojcze Nasz”. Wyprostowane palce dłoni strzelały w okno, prosto w stronę kuli. Amen. Koniec. Przeżegnał się z powolnością i dokładnością dobrego chrześcijanina, lecz ledwie oderwał poduszki dłoni od ramienia i złożył ręce ponownie, wystrzelił spomiędzy koców jak pocisk armatni i pobiegł korytarzykiem do sypialni matki obok. Budzenie jej o tak późnej porze nie należało do przyjemności. Oczywiście matka nigdy nie podnosiła na chłopca głosu, a tym bardziej ręki, lecz w każdym późniejszym geście i słowie wyczuwał namiastkę żalu. W każdym jej słowie Lothara drażniły pierwiastki gniewu i sarkazmu, które choć znikome wyczuwał dobrze jak pies myśliwski wyczuwa zapach krwi. Dlatego jeszcze zanim nacisnął drewnianą klamkę dębowych, ciężkich drzwi tupnął mocno w dechy posadzki, która aż zaskrzypiała, myśląc, że gdy wejdzie matka będzie już obudzona, rzucając półprzytomne spojrzenia na wszystkie zakamarki pokoju. Zawiasy skrzypnęły głucho, ale Ewa nie poruszała się na łóżku. Lotharowi oklapły policzki. Znów będzie musiał ją ciągać i potrząsać zanim wyda z siebie głębokie westchnienie i zaspanym głosem spyta o co chodzi. Wziął głęboki oddech i krzyknął: - Mamo, mamo! Zbudź się! Wszystkie słowa wypadły z ust malca w czasie, gdy biegł w stronę łóżka. Czarne, żelazne bydlę, pomyślał. Nie wiedział, jak można spać na czymś co przypomina fortepian. Sztywne jak i metal i takie... chłodne. Dobrze, że chociaż nie śpi na żelaznych poduszkach. Za łóżkiem była biała, goła ściana, oświetlona słabo światłem z lamp sodowych stojących przy przyległej do mieszkania ulicy. Odbijał się na niej cień szarych krat – baldachim łoża. - Mamo, oni znów są! Kule! Świecące kule, mamo! Wskoczył na uwypuklenie materiału. Był pewien, że pod nim znajdują się nogi matki, mając jednocześnie nadzieję, że wreszcie się na niego wścieknie i pokrzyczy. Matka zbudziła się gwałtownie i spojrzała w ciemność, przez moment nie zauważając Lothara. Zielone, kocie oczy zawirowały w szarości pokoju jak dwie świdrujące diody, zanim natrafiły na lekko drżącą twarz Lothara. Te źrenice, tęczówki, ciała szkliste i białka były tylko kawałkami różnych tkanek, w osiemdziesięciu lub więcej procentach składających się z wody, fragmentami komórek mogących stopić się w zbyt wysokiej temperaturze, a mimo to z oczu Ewy biła taka siła i pewność siebie, że wydawałoby się niemożliwe aby jakakolwiek przeciwność losu mogła ją pokonać. Jednak stało się tak i Ewa dotąd nie pozbierała się całkowicie po stracie męża, który przez cztery lata walczył na wojnie by pewnego dnia wpaść pod koła ciężarówki z dostawą broni dla jego własnego oddziału. - Co się dzieje, synku? – odezwał się cichy, zmęczony szept. Zdało mu się, że widzi znany błysk w oku matki i już wiedział, że mu nie wierzy. - Mamo, ja nie kłamię! Kule znów są na niebie. Jeśli... jeśli wstaniesz od razu dążysz zanim odlecą. -Tak, synku – z wypowiedzi matki nie buchało entuzjazmem, ale już chwilę potem spod kołdry wynurzyła się zgrabna noga, a do niej dołączyła druga. Obie poszamotały się chwilę przy podłodze, zanim natrafiły na kapcie. Matka była gotowa. Chłopak tak się niecierpliwił, że całą drogę z sypialni do przedpokoju ciągnął matkę za rąbek szlafroka, jakby chciał mieć pewność, że mu nie ucieknie. Tym razem musiało się udać. Wyciągnął Ewę z łóżka w rekordowym czasie. Spodek powinien nadal polatywać nad czarnymi widmami gór. Znalazłszy się na miejscu Lothar od razu zauważył dziwną zmianę. Fioletowe światło już nie dolatywało z zewnątrz. Zdawało mu się, że źródło jasności wisi nad ich domem, bo podwórze omiatały snopy świateł, jakby włączono wyjątkowo wydajne oświetlenie ogrodowe. Poczuł się niepewnie. Co, jeśli obce stworzenia, istoty z innej planety wejdą do środka? Lothar nie był jeszcze gotowy na spotkanie. A z drugiej strony wciąż o tym marzył, wiernie odsiadując noce zapatrzony w szybę, podziwiając niewytłumaczalnie piękne pojazdy na niebie. Promieniowały szczęściem, czy to jedynie złudzenie? Prowadząc matkę za rękę, by ominąć porozrzucane po całym salonie ostre drewniane zabawki, doszedł do okna w ganku. Szybkim spojrzeniem spenetrował gwiaździste niebo. Nic. Statek zniknął, a Lothar poczuł ciążący mu na karku wzrok matki. Spuścił wzrok w dół i zadrżał, gdyż tłukły się w nim zbędne emocje domagające się ujścia. Jak by jednak mógł to zrobić w obecności matki, która miała dla niego tyle wyrozumiałości. - Synku... – Ewa odgarnęła długie blond włosy z twarzy chłopca i zaczęła je gładzić, układać w pasemka i czule szeptać do ucha na uspokojenie. Lothar wiedział, że matka ma go za wariata i wezbrał w nim niepohamowany smutek. Tak bardzo się starał zaimponować matce, udowodnić jak bardzo się myli. Bóg jednak chciał inaczej – pomyślał Lothar , czując jak oczy mu łzawią i zaczynają szczypać. Zamrugał intensywnie i mocno zacisnął powieki – w innym razie nie wystawiałby go tyle razy na próbę, nie szydziłby sobie z niego tam, z niebios, bo Bóg jest dobry. Lothar był pewien, że nawet cała ludzkość razem wzięta, wszystkie ich mózgi zlepione w jeden umysł nie są tak mądre jak Bóg i starał się żyć tą myślą, wiedząc, że Bóg przygotował dla niego specjalne zadanie. Jeśli tylko będzie podążał za jego wskazówkami, na pewno nie zbłądzi. A kule na niebie to był najwyraźniej fałszywy trop. - Mamo? – odezwał się Lothar, odwracając głowę i napotykając lśniący wzrok matki. - Tak, synku? - Czy to wszystko musi być takie melodramatyczne? Ewa uśmiechnęła się szeroko, odkrywając szereg zadbanych zębów i pocałowała syna w czoło. Chłopiec nie spuszczał z niej wzroku. - To nie jest melodramatyczne. To jest bardzo ciekawe. - Co takiego? – zdziwił się Lothar. -Za każdym razem, kiedy budzisz mnie w nocy, wiem jaki będzie tego finał. Ale wierzę ci. Wierzę ci, bo nie potrafisz kłamać. Chłopiec spojrzał matce głęboko w oczy. Żartuje sobie z niego? - No – rzekła, mierzwiąc mu włosy – a teraz umówmy się, że każde z nas powędruje grzecznie do łóżek i zaśnie snem sprawiedliwych. Ewa odwróciła się i wyszła z pomieszczenia. Ale Lothar stał w miejscu próbując pojąć to, co usłyszał.

Już pierwszy zgrzyt wyrwał Lothara ze snu, ale potrzebował czasu, żeby odróżnić rzeczywistość od świata umysłu. Już od dłuższego czasu siedział na łóżku, nasłuchując i nie będąc pewnym co należy zrobić. Dopiero huk, zgrzyt i brzdęk wywołały w nim paniczną reakcję, zmuszającą do wyskoczenia z pościeli. Kucając na tapczanie, drżąc z zimna i strachu, Lothar czuł się jak spłoszony zając. Znów nasłuchiwał i wyobrażał sobie siebie jako wielkiego królika z długimi nastroszonym uszami, którego po chwili dopada wilk. Przeląkł się. Poczuł się jak zamknięty w klatce, choć miał wolną drogę do ucieczki. Był zupełnie zdezorientowany. Czekał jeszcze parę chwil, ale kiedy odgłosy nie powtarzały się ruszył po omacku w stronę drzwi. Przestraszył się, że może matka wyszła z pokoju i spadła ze schodów. Ostatnio tak często lunatykowała. Kto by się wtedy nim zaopiekował? I czy potrafiłby bez niej żyć? Powoli wsunął głowę w szczelinę między drzwiami a framugą. Dyskretnie wyjrzał na schody i korytarz, ale nikogo nie było widać. Seledynowe światło dryfowało na czystych drewnianych schodach, tak samo wypolerowanych i pachnących cytrynową pastą jak reszta mieszkania. Hałasy ustały na dobre, ale Lothar nadal czuł niepokój. Postanowił sprawdzić sypialnię matki, nie budząc jej. Ostrożnie wyszedł zza drzwi i poruszając się na palcach zaczął schodzić ze schodów cicho jak duch. Nagle ktoś szepnął. Serce Lothara zabiło dziesięć razy mocniej i kiedy stanął w miejscu, znów nasłuchując jak spłoszony królik usłyszał walenie w piersi przypominające szybkie odbijanie się kauczuku od podłogi. Szept powtórzył się zdołał go zlokalizować. Dochodził ze strychu, tuż obok jego pokoju. Zauważył też, że drzwi na poddasze są lekko uchylone, ale na razie nie zamierzał tam pójść. Musiał wiedzieć z kim ma do czynienia. - Kim jesteś? – szepnął. - Nie bój się, jestem chłopcem. Chcesz się ze mną pobawić?- głos tamtego był szumiący, jakby zmieszał się z wyciem wiatru. Na poddaszu wiecznie panował przeciąg. - Najpierw musiałbym cię zobaczyć – odparł Lothar, zadowolony, że tak to rozegrał. - Zbliż się. - Nie chcę! Skąd się tu w ogóle wziąłeś? – podniósł głos Lothar. - Później ci wyjaśnię – szepnął głos ze strychu, tak cicho, że chłopiec musiał dobrze się wsłuchać by wydobyć sens tych słów – a teraz chodź tu – dodał niemal chciwie. Poczuł, ze Lothar się waha i dodał słodkim, cichym głosikiem: - Proszę. - Niech będzie. Przyjdę – uległ w końcu - Znakomicie Lothar zwinnie przeskoczył parę stopni, ale do drzwi prowadzących na poddasze bynajmniej się śpieszył, wciąż niepewny, czy dobrze robi. W głowie narodziła się mu pewna myśl, która była całkiem prawdopodobna. Kiedy zszedł…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Tajemnica Haunebu — czytnik · opowiadania