Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 56 min czytania

Tajemnica Psychiatryka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

-Nie nawidzę zimnej kawy - mruknął do siebie przeglądając papiery zmarłych topielców. W prawej ręce trzymał owy kubek pełen zimnej kofeiny, a w lewej ostatnią stronę akt zmarłego fotografa, kiedy zrozumiał iż w aktach nie było napisane nic o rodzinie zmarłego. - Takie przypadki braku danych o denatach, w londyńskiej policji nie mogą mieć miejsca - pomyślał i jeszcze raz przekartkował akta. I tym razem nic nie znalazł, prócz wpisu który wyraźnie mówił że brat denata siedzi w szpitalu dla umysłowo chorych. Został tam zamknięty za samobójcze myśli i rozległą paranoje. Detektyw przeciągnął się na krześle i sięgnął po następne papiery, a była godzina 15.43 w południe. Gdy obejrzał wszystkie akta topielców, poczuł że wzmaga się w nim pewne nieokreślone uczucie ludzkiej bezradności i pewien strach. Okazało się bowiem że wszyscy denaci nie mieli w aktach opisu rodzin, tylko wzmianka o chorym psychicznie bracie, a co najgorsze wszystko wskazywało na to że mowa jest o tym JEDNYM człowieku zamkniętym w pokoju nr.136.

- Jakim cudem trzej tak różni ludzie, nie mówiąc już o trzech różnych nazwiskach, mogą mieć wspólnego brata ? - zastanowiwszy się szybko zadzwonił do swego asystenta. -Halo, tu Jons z kim… - To ja Moor, bierz aparat i przyjeżdżaj do mnie samochodem, jak najszybciej - Tak jest już jadę -Gdy detektyw chciał już odłożyć słuchawkę usłyszał jeszcze jeden dziwny głos pomiędzy szumem zajętej linii. Jakby ktoś mówił do niego, samemu mając zanurzoną głowę w wannie, - Tashrum Braaasu, nira daturi - te słowa nie skończyły płynąć puki Moor nie odłożył słuchawki…

Ktoś szedł korytarzem…

Detektyw powoli poprawił krawat oraz szybko zwiną akta na jedną kupę, i wlepiwszy wzrok w drzwi oczekiwał gościa. Kroki w pewnym momencie zaczynały brzmieć tak samo, jakby ktoś szedł w miejscu. Po kilku minutach detektyw nie wytrzymał i wyjąwszy z szuflady swój rewolwer podszedł do drzwi i z niesamowitą szybkością otworzył je, celując prosto w nadchodzącego Jonsona - Co Pan robi, proszę nie strzelać !! - asystent podniósł odruchowo ręce i z strachem na tworzy stał jak zamurowany.- Ile zajęło ci przyjechanie tutaj, licząc od momentu końca naszej rozmowy ? -Moor nadal miał wycelowany rewolwer w asystenta. - Bo ja wiem jakieś kilka minut Detektywie, przecież Pan wie że mieszkam dość blisko od pana gabinetu - Jonson nie przestawał trzymać rąk w powietrzu. Po chwili wahania Moor odłożył rewolwer i wziąwszy płaszcz z gabinetu, szybko wyszedł na zewnątrz mówiąc - Przestań udawać jeńca i rusz się, jedziemy do Psychiatryka - asystent odetchnął w ulgą i pobiegł za detektywem.

Było coś koło godziny 18 kiedy oboje dojechali do szarych bram szpitala dla umysłowo chorych. Strażnik wpuścił ich gdy detektyw wspomniał coś o swoim bracie i odwiedzinach. I w ten sposób znaleźli się na dziedzińcu tego ponurego budynku. Już teraz siedząc w samochodzie słyszeli jakieś krzyki z północnego skrzydła, a niebo zapełniło się czarnymi chmurami.- Będzie burza - odkrywczo stwierdził Jonson, a detektyw nic nie mówiąc wyszedł z samochodu, zapalił papieros i powolnym krokiem wszedł do budynku. Przed zakratowanymi drzwiami oboje stali jakąś chwile, dopóki z mroku słabo oświetlonych korytarzy nie wyłonił się kolejny strażnik i otworzył je. - Prawie jak w więzieniu - asystent spróbował rozluźnić atmosfere tego ponurego miejsca, a strażnik tylko popatrzywszy się na niego odpowiedział - gorzej, znacznie gorzej - i tak znaleźli się w korytarzach tego “nawiedzonego” miejsca, gdzie krzyki i wrzaski rozciągały się do granic wytrzymałości ludzkiego gardła. Moor zauważył że cały szpitalny personel składał się z ludzi którzy przychodząc do domu nie idą spać, lecz siadając na fotelu przed oknem i patrzą się na okna sąsiadów.

Gdy doszli do recepcji, basowy głos dziadka za biurkiem oznajmi - Do kogo ? Po co ? i na jak długo ? - Przyszliśmy do Darneya Dursta, mojego brata - detektyw nieznacznie się uśmiechnął i podpisawszy świstek podsunięty przez recepcjonistę dopowiedział - nie zajmie nam to długo, tylko po prostu chce z nim chwile porozmawiać, jak brat z bratem - dziadek popatrzał się na niego spod łba i powiedział - Nie wydaj mi się żeby był za bardzo rozmowny… hehehe - Dziadek wypełniając jakiś formularz zachichotał, a detektyw zapytał - Dlaczego ? słyszałem że jego stan się poprawił - Jeżeli jako po prawe mamy rozumieć ciągłe wrzaski około 3 w nocy i rozmowy ze ścianami z użyciem słów które pierwszy raz słyszę, to można tak powiedzieć - Skończywszy wypełniać formularz, podany przez recepcjonistę, podszedł do nich strażnik i powiedział znudzonym głosem - Za mną i nie radze iść blisko drzwi pokojów, oni nie lubią nowych zapachów.. he he - Asystent wzdrygnął się i przeżegnał gdy weszli na długi hol gdzie lampy były tak brudne że światło bijące z nich było jedynie troszeczkę jaśniejsze do ciemności.

W tym samym czasie, gdzieś w ciemnościach tego samego budynku - Ktoś przyjechał mistrzu, chyba to ten detektyw - Czuje jego niepewność i strach, tak to on. Nie był świadomy co tak na prawdę stało się z naszymi ofiarami, i przyjechał już tutaj tak szybko - jakiś słabszy głos spytał się - Co z nim robimy mistrzu, składamy w… -NIE ! niech szuka i odkrywa, aby potem wiedział że sam się doprowadził do przyszłego stanu - Tak panie - głosy powoli zamieniły się w cichy, huralny śpiew w nieludzkim i dziwnym języku - Naari bartun, Naaari Bartuuunn, Tashrum Braaasu, nira daturi…

- Pierwszy raz widzę aby personel psychiatryka, zamykał i zabijał dechami drzwi do pacjenta - zagadnął detektyw i bacznie oglądał osmalone deski - Może ten pokój był objęty kwarantanną ?- spróbował odgadnąć Jons, na to po chwili Moor odpowiedział pytając - Czy ten szpital spłoną ? - asystent z dziwnym wyrazem twarzy popatrzał się dookoła zgliszczy i odpowiedział - nooo tak - detektyw przeleciał palcem po desce i powiedział - dobra, jedziemy do urzędu miasta, muszę sprawdzić zapisy związane z tym budynkiem - Jons przytaknął i po chwili już szli w stronę samochodu. W momencie przechodzenia koło drzewa słyszeli jakby urywki melodyjnych słów, jednak nikt z nich się nie zatrzymał gdyż oboje potraktowali to jako wiatr przelatujący między pustymi pokojami szpital. Gdy byli już w samochodzie Jonson odpalając silnik zauważył przez moment nikłe światło w daleko posuniętym oknie, na lewym skrzydle. Chciał już o tym powiadomić detektywa ale światło znikło tak szybko jak się pojawiło, wiec szybko zapomniał o tym zjawisku - No to jedziemy do Ratusza ? - zapytał Jons, detektywa - Tak jedziemy do Ratusza, zastanawia mnie przeszłość tego budynku, a jeszcze bardziej przyczynę dlaczego spłoną. - zastanowił się przez chwile i dodał - oraz to dlaczego nikt go jeszcze nie przejął, ani nie odrestaurował, ANI zburzył - Gdy odjeżdżali detektyw ostatni raz popatrzał się na oddalające się ruiny szpitala, gdzie właśnie w tym momencie stała jakaś postać i machała do niego ręką na pożegnanie.

Korytarz stał pusty, a przez kraty cel wystawały zasuszone ręce ludzie, żebrzące o nadzieje. Przez gęste i parne powietrze przedzierały się zmiennie szlochanie i śmiech, szaleńczy wrzask i stłumione słowa. Widział jak na końcu tego korytarza dziwnie chwiejąc się na boki, kołysze się specyficzny kształt. Jak prąd przez jego umysł przechodziło trzeszczenie naprężonej liny. Stał tak w drzwiach od szpitala przez dobre kilka minut kiedy zauważył że za jego plecami błysną flesz. Odwrócił się szybko za siebie, aby zobaczyć uciekającego Jonsona, wymachującego rękoma i krzyczącego o pomoc. Gdy chciał krzyknąć do uciekiniera poczuł że jego usta są zaszyte, a lewa ręka trzyma zakrwawioną łyżkę, z której powoli i delikatnie kapie krew. Nim się zorientował że korytarz sam się zaczął zwężać i obiekt staje się bardziej wyrazisty, spojrzał z niepokojem w dół. Pod jego stopami leżało niegdyś atrakcyjne ciało młodej bibliotekarki, której zakrwawione oczodoły zionęły teraz pustką i bólem, samo ciało natomiast było zgięte w olbrzymich konwulsjach. Widok ten o mało nie spowodował paniki w jego już i tak na giętej odwadze, ale poczuł że to nie wszystko co ma dzisiaj zobaczyć. Gdy podniósł wzrok zauważył że dzieli go kilkanaście metrów od dziwnego ciała powieszonego na końcu korytarza. Zaczął powoli i bardzo ostrożnie podchodzić do ciała wyostrzając wzrok do granic możliwości aby rozpoznać denata. Po chwili wiedział że jest to młoda dziewczyna, która właśnie w tym momencie z trupiego bezruchu, wykonała strasznie sprężysty gest ręką, wskazując na drzwi po jej prawej stronie. Wtem usłyszał jak ciało bibliotekarki jest rozrywane na strzępy przez wyciągnięte ręce, w akompaniamencie soczystego mlaskania. Nie miał wystarczająco dużo woli aby się odwrócił więc z lękiem w serce i strachem w gardle, spojrzał na wskazane drzwi.

Były zabite deskami, a za nimi słychac było wrzask palonego człowieka….

-PANIE MOOR !! PANIE MOOOR !! - zlany potem szybko zerwał się z kanapy aby zobaczyć jak Jonson odskakuje do niego w obronnym geście. Nie czuł serca, nie czul swojego oddechu czuł strach i paliły go oczy, zapalił papierosa - A wiec, cco cco co dalej, szefie ? - Asystent zapytał się lekko przestraszony, na to Detektyw - Trzeba zobaczyć co jest za tymi drzwiami - Podszedł do biurka i wyjąwszy pudełko z jakimiś tabletkami, nalał sobie whyski i zapił trzy z nich, wszystko to robiąc z widocznym drżeniem rąk - Ale one były zabite, po co tam wchodzić ? - Był tam pożar ? - No tak, był - Płonęło wszystko wokół ? - Tak i co z tego ? - Widzisz, te deski nie mogły przeżyć wewnętrznego pożaru budynku, a po za tym dotknąłem jednej z nich - I co ? - zapytał się Jons - Była nadpalona - …

<cdn>

To chyba są najmroczniejsze dni Londynu. Takiego zachmurzonego nieba jeszcze nikt nie widział, nawet ci wiekowi mieszkańcy śpiący już głęboko w ziemi. Deszcz powoli i mozolnie tańczył spadając z szyby samochodu detektywa gdy przejeżdżali bramą szpitalną. Przez całą drogę Moor skręcał jednego papierosa patrząc się w ciemno-granatowe niebo. Asystent tym razem nie miał ochoty rozpoczynać jakiejkolwiek rozmowy, nie miał nastroju po tym jak detektyw zaczął sam do siebie gadać gdy byli na cmentarzu szukając zmarłych ofiar pożaru psychiatryka. Robiło mu się zimno gdy przypominał sobie jak detektyw wyciągnął pistolet i strzeliwszy w grób jednego z pacjentów krzykną - NIE MASZ PRAWA WSTAWAĆ WILLSON !! I NIE WSTANIESZ !! - tak jakby nie był sobą, jakby żył w tym momencie wspomnieniami innego człowieka. Ten człowiek siedzący teraz po jego lewej stronie nie był już Detektywem, a na pewno nie Mikem Moor’em. Stał się inną osobą, a może mu się tylko wydawało…

-Jesteśmy - oznajmi Jonson i wyłączywszy silnik wyszedł z samochodu prosto na zimny deszcz -No, teraz zobaczymy co za tym wszystkim się kryje - Powiedział do siebie detektyw i szybkim marszem wszedł do szpitala. Jonson powoli kroczył za nim, próbując nie zwracać uwagi na dziwne szelesty dobiegające z cel. To brzmiało jak szuranie butami, zmęczonego i skatowanego człowieka. Moor idąc przodem czuł jakby narastający w nim niepokój, ten sam strach jaki ogarną go w śnie i na cmentarzu. Jego asystent powiedział mu nawet że strzelał do grobu mówiąc o jakimś Willsonie, ale on sam nie mógł sobie tego przypomnieć. Jedynie co stamtąd pamięta to to jak wchodzi na cmentarz i traci na chwile przytomność padając przy jednym z grobów należących do jakiegoś katolickiego księdza. Teraz natomiast widzi jeden cel, zobaczyć co jest tak naprawdę za tymi drzwiami, zabitymi belkami. Ma własne przypuszczenia i teorie, a szczególnie związane z zaginięciem tego syna bogacza. Idąc tak słyszał ten znajomy szelest liny…

-JEST TUTAJ PONOWNIE- powiedział jeden z siedmiu

Jonson widział i czuł już że nie są sami w tym szpitalu i nigdy nie byli. Ktoś w tych ciemnościach się chowa i czeka na dogodny moment - Dobrze że wziąłem dzisiaj mój rewolwer- tak, to chyba jedyna rzecz która dawało mu poczucie bezpieczeństwa. Bo jeśli chodzi o Detektywa, akurat w tym momencie zaczął tańczyć i krzyczeć w jakimś dziwnym języku…

-NIE DA RADY- powiedział jeden z siedmiu

Moor usłyszał jak zza jego plecami odbezpieczana jest broń i powoli odwróciwszy się, zrozumiał że się nie mylił. Jonson z drżeniem rąk celował w niego i krzyczał, rozkazującym tonem - STÓJ !! NIE RUSZAJ SIĘ BO STRZELE NA BOGA !! - o co jemu chodzi ? - Jonson jasna cholera !! co ty wyprawiasz !! - Moor zapytał się unosząc ręce do góry…

-JEDEN Z DWÓCH - powiedział jeden z siedmiu

Aystent widział teraz jak jego nauczyciel delikatnie podnosi ręce i nienaturalnie wydużając sobie twarz mówi z sykiem w ustach - Gura suratu mirakss !! THANTY !! - Ciemność tego starego budynku podwajała strach i szaleństwo. Jonson czuł że jego nauczyciel został opętany przez diabła, bo przez kogo innego, wycelował…

-KULA I ŻYCIE - powiedział jeden z siedmiu

-Jonson do kurwy nędzy !! odbiło ci do końca !! - Moor widział że jego asystent przymierzał się do strzału w głowę - uratuje cię nauczycielu - po tych słowach padły dwa strzały, krew prysła, rozmazując się po ścianach… Jonson padła z dziurą w piersi. Nigdy nie był dobry strzelcem, a szczególnie nie był zbyt szybki….

-LOS JEDNEGO - powiedział jeden z siedmiu

Detektyw z ciężkim oddechem i postrzałem w rękę, szybko oderwawszy sobie rękach zrobił opaskę uciskową i z obrazem morderstwa w obronie własnej podszedł do zabitych dechami drzwi…

Jego oddech stawał się z każdą minutą co raz bardziej głębszy, jakby nie mógł nabrać dostatecznej dawki powietrza do płuc. Zmysły powodowały dziwne halucynacje wzroku i słuchu, nie mógł się skoncentrować bo wydawało mu się cały czas że Jonson jest tam za nim i plując krwią, przeklina go. Jednak nie odwrócił się, był zbyt zmęczony i za dużo stracił krwi aby teraz jeszcze przejmować się oszalałymi zmysłami. Bardziej od tego wszystkiego interesowały go zabite dechami drzwi, które teraz próbował otworzyć. Deski musiały być przybite dość niedawno gdyż nie musiał się zbytnio wysilać zdrową jak i ranną ręką aby je oderwać od framugi. Gdy oderwał wszystkie, wyjął rewolwer i przeładował go, aby po chwili znowu sprawdzić czy magazynek jest pełen. Zanim otworzył drzwi, zapalił ostatniego papierosa wyciągniętego z bocznej kieszeni mokrego płaszcza i lekko nacisnął klamkę. Ta lekko opadła i drzwi z zgrzytem otworzyły się ukazując Detektywowi osmalone pomieszczenie na którego środku stało stare metalowe krzesło. Było to te same krzesło jakie niedawno widział w jego śnie, na ścianach natomiast były widoczne aż za bardzo rysy lub wgłębienia. Gdy Moor spojrzał się bliżej zrozumiał że są to szramy wykonane ludzkimi paznokciami, gdyż można było jeszcze zauważyć gdzieniegdzie ślady zatęchłej krwi - Ktoś tu musiał być przetrzymywany i to na pewno nie żaden pacjent - jego myślenie przerwał odgłos dobywający się z holu, tak jakby ktoś ciągnął coś długiego po ziemi, powoli i nieustannie. Moor podniósł rewolwer i powoli wyjrzał zza drzwi. W ciemnościach tego zapomnianego przez Boga miejsca, widział jakiś kształt który ciągnął martwego Jonsona po ziemi - Stój ! STÓJ BO STRZELAM !! - krzyknął ze wszystkich sił, aby po chwili zauważyć jak postać przystaje na moment. Czuł że ten cień właśnie obrócił w jego stronę głowę lecz nie widział nic w tym mroku prócz dwóch ciemno-czerwonych gałek ocznych. Na moment było słychać w tunelu jakby warczenie albo mowę zaszytych ust, lecz detektyw nie był w stanie rozpoznać tego dźwięku, a może mu się tylko wydawało - PODNIEŚ DO GÓRY RĘCE I STÓJ GDZIE STOISZ !! - Moor zaczął powoli iść korytarzem do osobnika, kiedy zorientował się że za nim słychać odgłosy jakby drapania o ścianę. Stojąc tak przez chwile nie wiedząc co zrobić, powolnym ruchem cofnął się do pomieszczenia i zobaczył bladego, chudego i skatowanego, mężczyznę, który teraz drapał ścianę. Najwidoczniej jego oczy już nie mogły płakać, gdyż były przetarte jak u ślepego człowieka, zresztą jego grymas na twarzy pokazywał nieludzki ból i cierpienie, Detektyw poznał tego człowieka. Gdy chciał już coś do niego powiedzieć zorientował się że znowu słychać ciągnięte zwłoki, wybiegł na korytarz lecz nikogo już tam nie było. Nadal jednak za jego plecami słychać było słowa szaleńca i chrząkanie startych już do skóry paznokci o szorstki beton. Wrócił do pomieszczenia i zaczął szukać jakiegoś wejścia do środka lub schowka skąd mógł wyjść ten biedak. Po kilkunastu minutach zauważył że w miejscu gdzie porwany trze swe resztki palców, jest większa wyrwa w ścianie. Podszedł więc do krzesła, podniósł je i z całej siły walnął nim w tą wyrwę, biedak aż zawył i schował się w kąt celi, a przed Moor’em ukazał się ciemny korytarz. Powietrze było gęste i zgniłe, takie same jakie unosiło się w prosektorium gdy znaleźli tych trzech pechowców. Detektyw nie miał zamiaru wracać i wzywać posiłków, bo kto by mu uwierzył, prędzej nazwali by go szaleńcem, musiał sam dokończyć tą sprawę.

Gdy szedł korytarzem w jego głowę wbijały się jak kliny, myśli o samobójstwie lub zabiciu tego biedaka. Myślał o tak mrocznych przestępstwach i tak obleśnych i krwawych rzeczach że gdyby jego dusza mogła krzyczeć, ogłuchła by. Korytarz był wydrążony w skale na co parę metrów na ścianie widniały dziwne obrazy, a z dołu dobiegały dziwne przytłumione dźwięki rozmów. Nagle po chwili usłyszał przerażający krzyk i gdy zorientował się że dobiegł on z góry, pognał w stronę celi. Gdy zadyszany wbiegł do środka zobaczył na ziemi zwłoki z rozciętym brzuchem i twarzą wykrzywioną w strasznym grymasie. Zebrało mu się na wymioty, lecz gdy odwrócił się w stronę drzwi aby wyrzygać dym z papierosa, zobaczył stojącego na przeciw niego Jonson’a - Nie idź tam, on cię wabią, uciekaj - jego głos brzmiał spokojnie, lecz sprawne ucho detektywa wyłapało w nim strach, strach tak wielki że przez moment myślał że ucieknie stąd i nigdy nie wróci do Londynu, do Francji, do życia. Gdy chciał coś powiedzieć, Jonson wbiegł w głąb korytarza z płaczem i krzykiem - ZABIŁEŚ MNIE !! ZAABIŁEEŚ !! - Nie ma już odwrotu, musi skończyć z tym szaleństwem albo sam skończy z własnym życiem. Odwrócił się i z resztkami odwagi ruszył ciemnym i dusznym tunelem…

Tunel wydawał się nie mieć końca, a nikłe pojedyncze pochodnie zamiast dawać światło, potęgowały ciemność tam gdzie ich promienie nie dochodziły. Pod jego stopami był śliski i stary bruk na który widoczne były świeże ślady krwi - Pewnie tędy ten cień ciągnął Jonsona, ale po jaką cholerę mu jego trup - Pomyślał resztką zdrowego rozsądku. Z daleko zaczął dobiegać cichy śpiew który odbijał się ehem od ścian. Jego postrzelona ręka była w stanie naprawdę kiepski i tylko cud mógł uratować ją od amputacji. Zresztą on to dobrze wiedział, przecież musiał przejść przeszkolenie w zakresie ran postrzałowych, a że interesował się tym po godzinach zaowocowało to wiedzą która dzisiaj nie wróżyła mu nic dobrego. Z kolejnymi jego krokami głos się wzmagał i już po połowie minuty było słychać wyraźnie dziwaczne słowa, śpiewane przez kobiecy głos. Moor nie mógł uwierzyć że taki korytarz mógł zostać nie zauważony przy eksploatacji tego terenu w celach budowlanych. Detektyw nie mógł uwierzyć że to wszystko dzieje się na prawdę, marzył tylko o tym aby zakończyć te szaleństwo i znaleźć się w ciepłym i wygodnym łóżku. Przejrzawszy szybko bembenek rewolweru, doliczył się pięciu naboi kalibru .44.

Widział jak właśnie teraz koło niego przelatują wszelkie jego życiowe tragedie. Wydarzenia które po kumulacji wywołały by w nim erupcje która zniszczyła by jego JA. Teraz gdy widział nikłe światło w przejściu które padało na goły i zakrwawiony ołtarz, widział zło tego świata. Lecz gdy podniósł wzrok trochę wyżej, zauważył leżącego Jonsona, który jeszcze żył po jego postrzale. Właśnie w chwili gdy Detektyw chciał podbiec i chociaż spróbować mu pomóc, jakaś zakapturzona postać włożyła jego asystentowi, ociekające krwią serce do gardła. Po chwili zaczęła na siłę wpychać je do jego przełyku. Jonson resztkami sił, wierzgał się i płakał aż serce stanęło mu w gardle i udusił się. Moor nie wiedział co ma zrobić gdy zauważy że postać patrzy się na niego, a z ciemności kaptura zwisa bezwładnie spleśniała żuchwa kiwając się co chwile to w lewo to w prawo…

- Siostro !! proszę wziąć ze sobą dwóch asystentów i podać środki uspakajające pacjentowi z celi nr.136 i to szybko ! - To jest ten pacjent co… - TAK TAK ten były detektyw. Proszę się pośpieszyć bo znowu ma atak i … O MÓJ BOŻE !! - CO !! - ON PŁONIE … -

Rozdział II

Do biura wszedł bardzo wysoki i szczupły człowiek. Jego rysy twarzy były pociągłe i ostre, a z oczu biło nie przyjemne zimno. Tak jakby nic na tym świecie już mu nie przynosiło radości, niewątpliwie przyszedł tu właśnie w tej sprawie – Dzień dobry, czy rozmawiam teraz z detektywem Moor’em - Owszem, proszę usiąść, może whyski ? - nie, nie dziękuje nie mogę pić odkąd mam problemy ze zdrowiem - nieznajomy uśmiechnął się nieznacznie, po czym wpatrzył się w detektywa jak w obraz - Mniemam że przyszedł pan w jakieś swojej osobistej sprawie? taaak ? - zagadnął trochę speszony Detektyw - Tak, właściwie nie wiem od czego zacząć, bo byłem już z tym wszędzie, ale nikt nie mógł mi pomóc - I dlatego przyszedł pan do prywatnego detektywa ? - no właściwie to tak - Jak to właściwie ? - zdziwił się Moor - no widzi pan, byłem z tym na policji, potem gdy się okazało że nic nie mogą wskórać w tej sprawie, poszedłem do pewnego prywatnego detektywa. Miał na imię Travis i wydawał mi się na bardzo dobrego w swoim fachu - wiec był już pan z tą sprawą u innego detektywa ? Czyli mam rozumieć że tamtemu się nie udało ? - Moor poprawił się na krześle. Zawsze lubił takie sprawy, a zwłaszcza takie które ktoś przed nim próbował rozwiązać - No można by tak powiedzieć - ten nieznajomy coś przed nim ukrywał - jak to “można tak powiedzieć” ? - No bo widzi pan, po kilku dniach straciłem z nim kontakt całkowity. Na moje szczęście dałem mu tylko zaliczkę, więc jeśli uciekł po prostu z moimi pieniędzmi to nic wielkiego, ale jeśli … - Sugeruje pan że Travis uciekła z pańskimi pieniędzmi, opuścił miasto i swój prywatny gabinet za … - Moor popatrzał się na gościa poważnie i dokończył - … za jaką ilość zaliczki ? - to będzie jakieś 500 dolarów - odpowiedział gość - aha… . przez moment siedział tak rozmyślając, a jego zleceniodawca rozglądał się po gabinecie - No dobrze więc, o jakie chodzi tu zlecenie ? I najważniejsze jak ma pan na imię ? - Moor zaśmiał się głupio - … bo od tego oczekiwania na pana zapomniałem się spytać - gość uśmiechnął się łagodnie i odpowiedział - mam na imię Frank i pochodzę z małego miasteczka, niedaleko stąd. Widzi pan, sprawa wygląda tak że zaginęła mi żona, a potem córka… a najgorsze jest to… - zniżył lekko głos i pochylił się w stronę detektywa -… że czasami budzę się nie we własnym łóżku tylko na poniszczonym materacu w starym dworku - Moor już w tym momencie mógł uznać go za szaleńca, ale to co sam przeżył 4 lata temu, zaowocowało małą kroplą wiary w jego słowa – Czyli zostały porwane, prawdopodobnie?- najwidoczniej tak. Gdyż moja żona zniknęła po tym jak poszła po zakupy, a dwa tygodnie później zniknęła mi córka gdy wracała ze szkoły - Frank mówił to już z wielkim bólem i ze łzami w oczach. Szaleni ludzie tak nie potrafią - aha… a od kiedy pan hmm… zmienia miejsce spania ? - jakieś kilka dni po porwaniu mojej Mike… - Detektyw widział już wiele załamań psychicznych na tym świecie, zresztą sam miał podobne pewnego razu… .Ale płaczący ojciec i mąż w jednym jest strasznym widokiem - No dobrze, już dobrze niech się pan nie przejmuje,… na pewno je odnajdziemy - Moor mówił to, lecz bez przekonania. Porwane kobiety i dzieci po kilku miesiącach albo są martwe, albo wywiezione za granice. Handel żywym towarem jest bardzo dobry interesem dla podrzędnych kryminalistów - tak… ma pan racje, nie można się załamywać … - detektywa zdziwiła siła z jaką ten wrak człowieka potrafił zaufać nadziei. Nie mógł pozwolić aby ta nadzieją upadła, przecież one jeszcze mogą żyć i być gdzieś tylko przetrzymywane - Dobrze więc,… wydaje mi się że 4 tysiące dolarów za wykonanie i odnalezienie pana rodziny wystarczy - zagadnął Moor - ależ oczywiście, zapłacę nawet więcej jeśli zobaczę je całe i zdrowe - Frank teraz patrzał trzeźwo i twardo na swego przyszłego wybawce - Od jutra zaczynał poszukiwania, a jeśli pan znowu obudzi się w tym dworku, niech pan dokładnie obejrzy podłogę wokół siebie… zastanawiam się czy wypatrzy pan tam ślady czyjś butów…- Frank przytaknął, uścisnął rękę i zostawiwszy numer telefonu na biurku, wyszedł - A więc zaczyna się, tylko ciekaw jestem czy to ma jakikolwiek związek z … - nie dokończył w myślach zdania kiedy usłyszał że za jego szybą pada deszcz… . To mu coś przypominało …

Było godzina dwudziesta pięć, kiedy detektyw Moor przeglądał stare akta dotyczące różnych porwań, a szczególnie kobiet i dzieci. Sprawy dotyczyły głownie porwań młodych i pięknych kobiet oraz dzieci do lat dziesięciu. W obu przypadkach ofiary zostawały wykorzystywane przez gwałcicieli oraz pedofilów, ale również do odprawiania pewnych rytuałów. Gdy wczytał się głębiej w akta związane z ofiarami rytuałów, dostrzegł że ofiary przeważnie zabijane były na żywca albo po odurzeniu środkiem halucynogennymi. Podobno jest to środek V, który powoduje groźne i straszliwe halucynacje, które mogą spowodować trwałe uszkodzenia w mózgu zażywającego. Detektyw wziął do ręki dużą książkę która zawierała policyjne zapiski na temat działania różnych leków i narkotyków, która pożyczył pewnego razu z komendy policji dawno temu. Przewertował strony w poszukiwaniu narkotyku o prostej nazwie V, i gdy ją znalazł wczytał się powoli i uważnie.

V (łac. Veradioum Askulus) Jest środkiem wpływającym na główne receptory wzroku, słuchu i węchu, który dzięki silnym substancją toksycznym powoduje olbrzymie zaburzenia. Zaburzenia te mogą wywołać obrazy tak rzeczywiste i namacalne iż zażywający jest przekonany że wszystko dzieje się naprawdę. Przedawkowanie może doprowadzić do nieodwracalnego stępienia mózgu który już do końca będzie odbierał na wpół rzeczywiste i nie, obrazy świata zewnętrznego.

Substancja ta, nie na tyle rzadka, że praktycznie jest niedostępna u zwykłych osiedlowych dilerów narkotyków. Sam skład substancji jest niestety nie znany, choć już od roku prowadzone sa nad nim badania.

Obiawy przedawkowania:

-Całkowita utrata rzeczywistości

-Brak spójności wydarzeń w wyimaginowanej rzeczywistości

-Ofierze wydaje się iż cały czas jest jej zimno, aż do samego końca

-Spontaniczne i niekontrolowane ruchy oczu

-Czasami drgawki

Substancje podaje się poprzez zastrzyk do krwi zażywającego. Efekt stopniowo następuje w ciągu 2-3 godzin od zażycia, zależy od odporności fizycznej ofiary.

Jeżeli przed zażycie ofiara przeżyła stres lub straszne chwile mogą nastąpić nieobliczalne wizje śmierci oraz przeróżne halucynacje związane ze strachem, bólem i śmiercią.

Jeżeli natomiast osobnik przed zażyciem był szczęśliwy i radosny, wizje mogą pokazywać mu świat piękny i błogi, nie ograniczony niczym…

UWAGA ! Zalecona szczególna ostrożność przy rozmowie z ofiarą normalnej dawki, a tym bardziej z ofiarą przedawkowania… .

Moor powoli oparł się o oparcie na swoim wysłużonym krześle, przetarł oczy i zaczął się głęboko zastanawiać czy przypadkiem te zdarzenia sprzed 4 lat nie były wywołane tym środkiem, a sam okres 4 letniej rehabilitacji w szpitalu dla chorych umysłowo mógł być jedynym w swoim rodzaju okresem po który jego mózg wrócił do dawnej pracy. To mogło świadczyć o tym iż przedawkował i jakimś cudem po 4 latach zerowej aktywności “wrócił na ziemie” - Nie, nie … to kurwa nie możliwe - pomyślał głośno i zamoczył swoje usta w chłodnym kubku kawy.

Na zewnątrz było ciemno i wiał mocny wiatr który roznosił rzadkie krople po całym Londynie - Takie dni są stratą w naszym ludzkim życiorysie - pomyślał detektyw i położył się spać na łóżku… tyk tyk tyk … a zegar powoli i miarowo tykał … tyk tyk tyk

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Tajemnica Psychiatryka — czytnik · opowiadania