Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 18 min czytania

Tajemnica w dolinie roztoki

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Biorąc ostatni łyk popołudniowej kawy wpatrywałam się w okno. Wszystkich bez wyjątku pochłonął długi weekend przypadający z okazji święta Bożego Ciała. Dzieci spacerujące za rękę z rodzicami, rodzinne wycieczki rowerowe, spotkania z rówieśnikami, spacery z psami, zatłoczone tramwaje i pozostali spóźnialscy pakujący ostatnie bagaże i udający się gdzieś poza miasto na krótki relaks. Tylko mi jednej przypadł samotny dyżur w pracy.

Nawet lekarz siedział w domu czekając na telefon w przypadku gdyby zjawił się jakiś zbłąkany pacjent. A dzisiaj jak na złość nie pojawił się kompletnie nikt. Widocznie bolące zęby postanowiły odpuścić natenczas swoim właścicielom. Chodząc bez celu z kąta w kąt, od czasu do czasu rzucałam pełne nadziei i wyczekiwania spojrzenie w stronę milczącego jak grób telefonu. Usiadłam przed komputerem, by choć na chwilę oddać się zapomnieniu a myślami przenieść w moje ukochane góry. Jak to zwykle w przypadku góroholizmu bywa, sprawdziłam najnowsze informacje na stronie Tygodnika Podhalańskiego, odpaliłam kamerki internetowe, by już po chwili teleportować się na zatłoczone Krupówki, majestatyczny Giewont, zakorkowaną Zakopiankę i rozpłynąć podziwiając górskie panoramy… ile ja bym dała by choć na moment oderwać się od problemów codziennego życia, wielkiego miasta i znaleźć się choć na krótką chwilę na drugim końcu Polski, popijać ciepłą herbatę i jeść najwspanialszą na świecie szarlotkę siedząc na schroniskowej ławeczce, wsłuchując się w wszechogarniającą ciszę.

******

Była godzina 23 kiedy do ledwo domykającego się już plecaka wpakowywałam ostatnie najpotrzebniejsze rzeczy, dobiegłam na dworzec i w ostatniej chwili wskoczyłam do nadjeżdżającego już pociągu. Podróż mijała spokojnie, samotnie, z książką na której nie mogłam się skupić i wydobywającą się z słuchawek, głośną, rockową muzyką, zagłuszająca własne myśli. Te natomiast znalazły sobie odpowiednie miejsce i czas na prowadzenie ze sobą bitwy wewnątrz mojej głowy. Może coś jest ze mną nie tak. Może zamiast każdą wolną chwilę spędzać w górach powinnam każdą wolną chwilę spędzać u fryzjera, kosmetyczki, albo włóczyć się wydając ciężko zarobione pieniądze , po galeriach handlowych, próbując każdorazowo wkomponować się w miejskie życie wszystkich moich koleżanek. Może lekki makijaż, buty trekkingowe i chodzenie godzinami z kijkami po naszych szczecińskich „górach bukowych” powinnam zamienić na godziny spędzane przed lustrem i strojenie się nawet na tak specjalną okazję, jaką jest wyrzucanie śmieci na własnym podwórku???

Może powinnam skupić się na szukaniu sobie odpowiedniego partnera, z którym przyjdzie mi spędzić resztę życia, a nie poddawać się biernie swojemu nałogowi, jakim jest śledzenie kamer, oglądanie zdjęć, planowanie tras i kolejnych wyjazdów i żyć od urlopu do urlopu. Być rozdartą pomiędzy tym co robię każdego dnia, a tym co chciałabym robić. Brak mi tylko odwagi, aby w wieku 28lat zmienić całkowicie swoje życie. Gdyby tylko ktoś lub coś dało mi choćby mały znak… Z zamyśleń wyrwała mnie pochylająca się nade mną, wpadająca już niemalże w purpurę , rozwścieczona twarz konduktora i sądząc po jego wymachach rąk skierowanych we wszystkie strony bez ładu i składu, albo miał problemy z koordynacją ruchową, albo naprawdę go rozwścieczyłam przez te słuchawki? Z rozbrajającym uśmiechem dziecka, które ukradło ostatni kawałek tortu ze stołu, podałam mu pieniądze na bilet, o kupnie którego zapomniałam na śmierć!

Po wyjściu z pociągu, po kilkunastogodzinnej podróży, ogarnął mnie lekki chłód. Opatuliłam się mocno arafatką, nałożyłam plecak, w którym targając tylko „najpotrzebniejsze” jak zwykle rzeczy, wyglądałam jak wielbłąd. Nie mówiąc już o samopoczuciu. Omijając Krupówki szerokim łukiem, wskoczyłam do pierwszego lepszego nadjeżdżającego busa i …urwałam lusterko kierowcy hacząc o nie swoim „wielbłądem” z przypiętą karimatą . Musiało być chyba przyklejone na gumę do żucia i upaść już ze sto razy, ale to właśnie dzięki mojej zasłudze spadło po raz 101 (!) i to tak, że nic z niego nie zostało. Moja twarz musiała przybrać kolor kredowobiały, bo nawet sam kierowca zapytał czy wszystko w porządku. Mimo wszystko zapłaciłam za swoją szkodę jak za zboże tracąc przy tym wszystkie trzymane do tej pory w skarpecie oszczędności na wyjazd. Na szczęście nie musiałam płacić za bilet na Palenicę, co było istnym aktem łaski ze strony kierowcy. Tak więc zapowiadał się całkiem niezły początek mojego samotnego wyjazdu. Z miną obrażonej na cały świat księżnej Walii grzałam siedzenie w busie studiując mapę i zastanawiając się gdzie przyjdzie mi spędzić noc, a raczej jak za nią zapłacić. Ale myśl o tym, że już za chwilę stanę oko w oko z najpiękniejszymi tatrzańskimi panoramami sprawiła, że odrzucałam od siebie czarne myśli, a poza tym dopiero zaczął się dzień, więc do wieczora jeszcze daleka droga.

Idąc powoli i ciesząc oczy każdym najdrobniejszym elementem, wliczając w to nawet napotkaną na swojej drodze żmiję, dotarłam pod wodogrzmoty. Tam zrobiłam sobie krótką przerwę na prawdziwie góralską herbatkę, przygotowaną jeszcze w domu ,specjalnie na tą okazję. Dobrze, że chociaż termos był po mojej stronie, a zaparzona kilkanaście godzin temu herbata, była jeszcze wystarczająco gorąca, żeby poprawić nastrój . W celu zrekompensowania sobie tak kiepsko rozpoczętego dnia, udałam się w stronę Morskiego Oka. Mozolna, długa droga asfaltem, z ciężkim plecakiem może nie była najlepsza, ale za to satysfakcja ze już za moment zobaczę moje najukochańsze góry dawała mi poczucie bezpieczeństwa, a pogoda zachęcała by iść dalej. Na moment podeszłam do Morskiego Oka by przywitać się z Mnichem. Postałam chwilkę przy barierce, nacieszyłam się bezchmurnym niebem i konsumując ze smakiem bułkę z pasztetem (który z takim widokiem smakował co najmniej jak golonka w wybornej restauracji) wyruszyłam na spacer wokół Mo-ka zahaczając przy tym o Czarny Staw, a dobra energia sprawiła, że w drodze powrotnej zdecydowałam się na niebieski szlak do Doliny Pięciu Stawów. Z uśmiechem na twarzy rozpoczęłam strome podejście kamienistą drogą przez las, by po jego przekroczeniu znaleźć się w otoczeniu kosodrzewiny i zapierających dech w piersiach widoków na Tatry bielskie i dolinę Białki! To są chwile, kiedy wszystko zostawiam w tyle, kiedy zapominam o bożym świecie. Problemy codziennego dnia znikają, nie jest ważne jaki mamy miesiąc, jaki dzień tygodnia i ile lat, nie ważne też, że każdy centymetr tego szlaku znam na pamięć. Nigdy nic nie wygląda tak samo. Nogi same niosły mnie ku górze, a uśmiech nie schodził z twarzy. Zwolniłam trochę tempo wypatrując po drodze świstaków. Niestety chyba kierowane przeczuciem, że ktoś chce je wypatrzyć, pochowały się sprytnie w swoich kryjówkach. Chwilę później osiągnęłam grań i stojąc na zboczu zachwycałam się piękną późnowiosenną pogodą i widokiem na najpiękniejszą tatrzańską dolinę – Dolinę Pięciu Stawów. Czułam że jestem teraz najszczęśliwszą osobą na świecie. Na chwilę obecną stałam u bram raju. Teraz tylko zejście w dół łagodnym zboczem perci i kolejny przystanek w schronisku.

Siedziałam samotnie w kącie schroniskowego bufetu, popijałam herbatę z termosu i zajadałam ze smakiem ostatnią kanapkę, którą zakopałam na dnie plecaka specjalnie na tą okazję. Ze stoickim spokojem wsłuchiwałam się w wycie wiatru i delikatne chlupanie wywoływane przez fale stawu znajdującego w sąsiedztwie schroniska. Ten błogostan sprawił, że chyba oddałam się drzemce, bo kiedy znów otworzyłam oczy słońce było już za górami, a to oznaczało tylko jedno, jeżeli zaraz stąd nie wyjdę dopadnie mnie zmrok, a jeżeli chcę jakoś godnie spędzić noc, muszę wracać, żeby za ostatnie pieniądze złapać jeszcze busa z Palenicy i dotrzeć w porę na pociąg, wybłagać konduktora o kredytowy bilet powrotny, gdyż w przeciwnym razie przyjedzie mi spać na dworcu :)

Odrobinę trudności przysporzyła mi droga powrotna przez Siklawę. Zalegający jeszcze śnieg i lód, a do tego wielki plecak, nie ułatwiały mi zejścia. W Dolinie Roztoki było już szaro. Pogoda jak na złość nagle postanowiła się załamać. W jednej chwili zaczął zacinać zimny deszcz, a szumiący jeszcze na górze wiaterek, zamienił się w okrutne wietrzysko, powalające co rusz jakieś drzewo. Wyrwałam przed siebie ile sił w nogach, przystając od czasu do czasu obserwując czy jakaś gałąź nie spadnie mi na głowę. Drogę w dół pokonałam prawie biegiem. Od czasu do czasu czołgałam się pod zwalonymi na szlak drzewami. Istny koszmar. Na drogę przy wodogrzmotach niemalże wypadłam. Cała przemoczona do suchej nitki, podrapana i umorusana aż po czoło i włosy błotem. Swoim wyglądem mogłam równać się co najmniej z główną bohaterką horroru czy nominowanego do Oskara filmu katastroficznego! Usiadłam na moment na ławeczce, zrzuciłam plecak, skryłam twarz w dłoniach próbując złapać miarowy oddech. Teraz dopiero poczułam jak trzęsą…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%